28 X

A niech to. Wreszcie wybrałam się do Biblioteki na Pograniczu, pełna nadziei na znalezienie czegoś nowego i ciekawego, a tu takie zaskoczenie? Nie mam pojęcia, co o tym myśleć.
Kilmeny powiadomiła mnie sucho, że nie mogę nic wypożyczyć, dopóki nie przyniosę zaległej książki... Zaległej od paru miesięcy, wypożyczonej na mnie. Jakiegoś paskudztwa o czarnej magii.
Na wszystkie żywioły, w życiu niczego takiego nie brałam!! Ja przecież nawet nie mogę się posługiwać czarną magią - przynajmniej taką, jaką ja nazywam "czarną" - i zawsze unikałam jej jak ognia... Zresztą tylko ja wypożyczam dla siebie książki, a takiej na pewno nie brałam, wiem o tym. Aż tak roztrzepana nie jestem!
Kilmeny nic mi nie może o tym powiedzieć, bo akurat wtedy miał dyżur Haldis. A Haldis od tamtej pory zdążył już skończyć staż i wyruszyć w nieznane, w dodatku chyba o coś obrażony.
I nie, nie zamierzam szukać tej książki po całym domu. Zamierzam tylko jechać do Teevine po Tenariego i miło spędzić trochę czasu w domowym zaciszu.

23 X

Niestety zerwała się wichura i postrącała większość liści z drzew. Cóż, przynajmniej ziemia została okryta złotoczerwonym dywanem... Tenari byłby wniebowzięty, choć właściwie, skoro jest teraz w Teevine, może codziennie odwiedzać strefę jesienną i mieć takie atrakcje.
Zresztą nas już nie ma w tamtym świecie. Zupełnie zmieniliśmy lokację i klimat.
W jednym z takich miejsc, gdzie przecinają się wymiary i wszechświaty, rozciąga się ciemne pustkowie, na środku którego znajduje się bezdenna... Czarna dziura? Nie takie kłębowisko mocy, jakie tworzy Aeiran - zupełnie cicha i spokojna. To raczej jakby ktoś wykroił stamtąd kawałek rzeczywistości i zostawił pustkę. Nie ma (chyba) dna, niezgłębiona i niewyjaśniona... I nie widziałam dotychczas nic ciemniejszego. Nazwano ją Otchłanią Cereithy, po słynnej mistrzyni magii z Solen.

- Skoro była tak potężną czarodziejką, jakim cudem tam wpadła? - zapytał sceptycznie Aeiran, kiedy mu to opowiedziałam.
- Podobno raz do roku Otchłań się budzi i uwalnia wielką moc - wyjaśniłam, starając się nie patrzeć w dół. - I wciąga. Mniej więcej na przełomie lat.
- Według którego czasu?
- Właśnie nie wiem - roześmiałam się trochę nerwowo. - Wiesz, kiedyś o mało tam nie wpadłam, choć nie miało co mnie wciągać.
Od razu przysunął się bliżej i poszukał mojej ręki.
- Na szczęście w porę przypomniałam sobie, że mam skrzydła - westchnęłam. - Ale trochę mnie ciekawi, co jest tam na dnie. Tak samo jak ciekawi wszystkich badaczy magii.
Przemogłam się jednak i spojrzałam w głąb. Oczywiście nie zobaczyłam nic poza czernią... Zdecydowanie lepiej jest patrzeć Aeiranowi w oczy.
- Czy takiego spadania się boisz? - spytał cicho, przyciągając mnie do siebie.
- Właściwie w snach zwykle spadałam ze schodów - zadumałam się. - Tutaj nawet nie widać jak jest głęboko. Równie dobrze mogłabym wejść w najgłębszą noc... Ale nawet najgłębsza noc kiedyś się kończy. Można z niej wyjść...
Wyszliśmy szybciej niż zamierzaliśmy; Pokrzywa się denerwowała.

A co właściwie robiliśmy w takim zakazanym wymiarze? Po prostu przyszło nam do głowy, by zwiedzić sobie rozmaite miejsca "na pograniczu". Pewnie na koniec wylądujemy w którymś z tych przyjaznych, takich jak choćby Rozdroże, czy Biblioteka, w której zdecydowanie za długo nie byłam... I tak uwieńczymy naszą podróż. Przyznam, że spokojniejszą niż się w pewnym momencie spodziewałam. Mimo wszystko.
Wychodzimy z założenia, że Egil sam nas znajdzie, kiedy już będzie w dostatecznie pilnej potrzebie.

20 X

Wróciliśmy do zajazdu sporo po północy i tęskniłam za odrobiną snu, ale musiałam z tym jeszcze poczekać. Oczywiście posążka na stoliku nie było. Był za to wiele mówiący liścik od Egila:
Wygląda na to, że znalazłem w sobie odpowiednią moc. Wyjeżdżam, Galatea pragnie podążyć ze mną. Nie miejcie mi tego za złe.
Pismo było niestaranne, zdradzające pośpiech albo... Ekscytację?
- Galatea - powtórzyłam martwym głosem i padłam na łóżko. - Będziesz w stanie go znaleźć?
- Oczywiście, ale nie w tym rzecz - ku mojemu zdziwieniu Aeiran był zupełnie spokojny. - Jeszcze nie teraz.
- Dlaczego nie teraz?! - spojrzałam na niego błędnym wzrokiem. - Tak ci zależało na tej figurce, a teraz olewasz sprawę?
Uśmiechnął się lekko i usiadł obok mnie.
- Kronikarz nie da się przekonać jeśli nie sprawdzi w praktyce - powiedział. - A wtedy nie powinno już być problemów z odzyskaniem posążka. Trzeba przeczekać.
Nie mogłam przetrawić faktu, że tak niefrasobliwie podchodzi do sprawy, ale zarazem nie mogłam się z nim nie zgodzić. Zwłaszcza, że chyba się domyślałam, jak Egil ją "zaprogramował".
- Też uważasz, że nie pojechał od razu do Agencji?
Aeiran popatrzył na mnie porozumiewawczo i skinął głową.
Zaczęłam robić się zmęczona i to nie tańcem.

19 X

- Powiedz mu, żeby wracał do domu - Aeiran chyba zaczął tracić cierpliwość.
- Uważasz, że mnie by posłuchał? - żachnęłam się.
- Tak - odparł z niezachwianą pewnością.
Przemyślałam to i doszłam do wniosku, że może rzeczywiście... Ale wtedy już chyba zupełnie straciłabym z nim kontakt.

- Dlaczego każesz jej pozostawać uwięzionej w kamieniu? - nie wytrzymał Egil, gdy zatrzymaliśmy się w pewnym mieście. Swoją drogą, miasta w tym świecie są tak porozrzucane... Nie, porozrzucanie sugeruje Chaos. Rozplanowane w przerwach między co piękniejszymi trasami. Może to, co piszę, brzmi bez sensu, ale mam wrażenie jakby tylko do tego służyły, do zatrzymania się na odpoczynek, żeby nazajutrz ruszyć dalej. A może po prostu odzwyczaiłam się od miast? To, w którym teraz przebywamy, jest jak wymarłe; ludzie są pochowani w domach, cisi i jakby zaspani. Oczywiście jest możliwość, że po prostu trafiliśmy na dzień poświąteczny, po jakiejś wielkiej imprezie...
Ale chyba odbiegłam od tematu.
- Dlaczego miałaby zamiast tego pozostać więźniem ludzkiej postaci? - odpowiedział pytaniem Aeiran. - To nie jest żywa istota, tylko ożywiony przedmiot.
- Gdybym ja miał wybór między byciem człowiekiem a kamieniem, wolałbym... - zaczął z irytacją Egil, ale nie dane mu było dokończyć.
- "Jej" wola będzie taka, jak zażyczy sobie posiadacz - Aeiran wszedł mu w słowo z kwaśną miną. - Będzie jak zaprogramowana maszyna, a nie żywy człowiek.
- Twierdzisz, że wystarczy sobie zażyczyć, żeby...?
- Nie tylko. Trzeba jeszcze wiedzieć jak... Mieć po temu odpowiednią moc.
Spytałabym, skąd jest tak dobrze poinformowany, ale widać było, że nie ma ochoty bardziej zagłębiać się w temat. Chyba nawet bardziej niż myślałam, skoro beztrosko zostawił figurkę kobiety w naszym pokoju, kiedy wieczorem wychodziliśmy potańczyć. Egil wykręcił się bólem głowy. Zresztą może to nie były wykręty; na jego miejscu też złapałabym migrenę.

18 X

- Wracaj do domu - zaproponował uprzejmie Aeiran Egilowi. Ten zaś zrobił dumną minę.
- Przykro mi, ale byłem tam pierwszy... No, prawie. Pierwszy zareagowałem, a wy tylko wykorzystaliście sytuację.
- Właśnie.
- Co właściwie Agencja z tym zrobi? - włączyłam się w tę jałową konwersację. - Postawi obok Symbolu Eskire'a, dla kontrastu?
- Im mniej wiesz o naszych poczynaniach, tym lepiej dla ciebie - mruknął. Jakbym to już gdzieś słyszała... Nieważne.
Egil podążał za nami cierpliwie, dopóki się nie zatrzymaliśmy żeby poczekać. Jechał na grzbiecie przywołanej istoty, której najwyraźniej nie odpowiadał tak powolny chód, bo co jakiś czas pomrukiwała. Te mruknięcia przypominały grzmoty.
- Czy to stworzenie jest różowe z natury, czy za sprawą twoich czarów? - nie mogłam nie zapytać.
- Nie wiem, zawsze takie było - wzruszył ramionami. A w mojej głowie otworzyła się jakaś szufladka.
- Szkoda, że się nie spotkaliśmy miesiąc temu - powiedziałam tym samym lekkim tonem. - Bo zdaje się, że i wtedy nas zawiało w to samo miejsce.
- Skąd wiesz? - jakby się lekko zdenerwował.
- Ktoś mi mówił - wzruszyłam ramionami; niech sobie nie myśli, że Agencja ma monopol na tajemnice. - Co tam robiłeś?
- Ktoś mnie poprosił, żebym się tam wybrał - prychnął.
- Co za niezwykły zbieg okoliczności - stwierdziłam. - Omega była, wy byliście... Co tam jest takiego, co was interesuje?
- Może lepiej, żebyś o tym też nie wiedziała? - zasugerował Egil. - Żeby potem nie narzekać, jeśli przez to zostaniesz wplątana w jakąś niewygodną opowieść?
Zaczęłam się śmiać, najpierw z nutką goryczy, potem coraz weselej.
- Nie zamierzam się w nią wplątywać, ale chętnie posłucham - zwróciłam się do niego. - Egil, opooowiedz coooś...
Nic nie powiedział, tylko oddalił się nieco, skrzywiony. Nie sądziłam, że się obraził, po prostu... Sprawiał wrażenie, że nie umie sobie z czymś poradzić.
Mam ochotę go zapytać, czy już nie pragnie napisać swojej kroniki.

17 X

- Czy ona się nie obudzi? - westchnęłam ciężko. - Prawdę mówiąc, wygląda jak nieżywa.
- Cierpliwości - Aeiran klęczał przy leżącej, unosząc nad nią dłonie. - Już to rozgryzłem.
- Nie jestem cierpliwa - burknęłam. - Nie jestem i już. Czy to rozgryzanie było takie trudne?
- Tak naprawdę to nie. Ale biorąc pod uwagę, że ktoś ciągle przeszkadza...
- Wypraszam sobie - obruszyłam się.
- Ja też - fuknęła dla towarzystwa Nindë, zatrzymując się wreszcie w jednym miejscu.
Aeiran spojrzał na nas z dziwną miną i przewrócił oczami.
- Miałem na myśli kogoś innego - zniżył głos. - Kogoś, kogo lokalizacja do tej pory była niełatwa do wyczucia, ale teraz...
Nie odzywałyśmy się już, pozwalając sobie wczuć się w nagle zaistniałą atmosferę grozy. Może naprędce stworzoną, ale jednak.
Tymczasem Aeiran podniósł się i zrobił tak, jak dawno temu Aldrina - błyskawicznie sięgnął do międzysfery i wyszarpnął z niej podsłuchiwacza. Tego samego, przez którego nie odbyło się nasze wielkie wejście.
Nie wydawał się zaskoczony ani przestraszony i bez namysłu rozpoczął zaklęcie, ale Aeiran siłą rzeczy reagował szybciej i unieruchomił mu ręce.
- Potrafisz coś zrobić bez gestów? - zapytał spokojnie, jakby z zaciekawieniem.
- Nie teraz, kiedy trzymasz za... - zaczął z rozdrażnieniem Egil, ale nagle zatoczył się i wydał zduszony krzyk.
- Czekaj, puść go, bo chyba coś mu dolega - zaniepokoiłam się. Oczywiście Aeiran nie dość, że puścił, to jeszcze odepchnął, zupełnie jakby Egil był czymś oślizgłym i lodowatym. Albo gorącym. W każdym razie trudnym do utrzymania przez dłuższy czas.
Chłopak zatoczył się znowu i upadł na kolana, cały czas trzymając się za lewy nadgarstek.
- Dlaczego to musieliście być wy?! - popatrzył na nas z wyrzutem. - Całą moją ciężko wyrobioną reputację szlag trafi!
- A co, przyjaciół nie atakujesz? - zainteresowałam się. - Czy raczej nie miałbyś z nami szans?
Nie odpowiedział, a tylko wypuścił ze świstem powietrze; już nie wyglądał jakby go dręczył ból. Usiadłam obok niego, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Kiedy się ostatnio widzieliśmy? - zagadnęłam. - Jakieś pół roku temu, czy jednak mniej?
Posłał mi spojrzenie pełne poczucia winy i szybko odwrócił wzrok.
Wreszcie mogłam mu się lepiej przyjrzeć, w końcu nie od razu go rozpoznałam. Na przykład nie przypuszczałam, że będzie mu tak do twarzy w stroju maga... Włosy urosły mu na tyle, że mógł je wiązać z tyłu. Ale chyba najbardziej zmienił się... Cóż, nie zewnętrznie. Wyglądało na to, że całkiem wrósł w tę swoją Agencję.
- Już gotowa - usłyszałam głos Aeirana, który zupełnie przestał zwracać uwagę na przybysza.
Ale przybysz od razu się ożywił. Zerwał się z miejsca i podbiegł do jasnowłosej.
- Obudź się - szepnął. - Już cię nikt nie skrzywdzi.
Dziewczyna natychmiast otworzyła oczy. Były zupełnie białe.
- O czym ty mówisz? - zapytała delikatnym głosem. - Muszę zostać poświęcona, inaczej dopełni się straszliwa przepowiednia i nastanie...
- Nikt cię już nie będzie składał w ofierze, zabieram cię stąd.
- Ty? - odezwał się Aeiran uszczypliwie. - Przecież widać, że nawet nie wiesz, jak to działa... Kronikarzu.
- No właśnie, wyjaśnij wreszcie - wtrąciłam się. - Ona ma nas doprowadzić do jakiegoś artefaktu z Jasności?
Zamiast odpowiedzieć, uśmiechnął się tylko lekko. Podszedł do dziewczyny i wyciągnął rękę, a na jego twarzy pojawił się wyraz koncentracji.
Osłupiały Egil patrzył bez słowa jak jasnowłosa zmienia postać, jak maleje i kamienieje, stając się białym posążkiem z rękami skrzyżowanymi na piersiach, jak unosi się w powietrze i znika w dłoni mojego towarzysza. Przypuszczam, że byłam równie osłupiała.
- A teraz - powiedział Aeiran, nie przejmując się naszymi minami - możemy już bez przeszkód kontynuować naszą podróż.

16 X

Skały rozstępowały się przed nami, drzewa z szumem unosiły gałęzie.
Gdzie byliśmy? Jak tam trafiliśmy? A czy to ważne? Czy zawsze są potrzebne długie wyjaśniające wstępy? Ja niekoniecznie muszę na nich polegać.
Coraz głębiej, coraz niżej, coraz ciemniej. Jakbym zmierzała do którejś z zapomnianych krain dusz, a Aeiran był nietykalnym Przewodnikiem o Stu Twarzach. Otwierał kolejne przejścia z niezachwianą pewnością, a ja sunęłam za nim niemal bezwolnie, choć zarazem z ekscytacją. Do czasu spodziewanego przyziemnego zakończenia mogłam sobie wyobrażać, że idziemy prosto w baśń, a nie na misję dla tych...

Wyglądało na to, że się spóźniliśmy.
Na skalnych ścianach płonęły pochodnie. Kamienny ołtarz z leżącą na nim postacią otaczali zakapturzeni kapłani. Jeden z nich, z połyskującym na czerwono łańcuchem na szyi, wystąpił do przodu i zaczął coś mówić. Nie znałam języka, ale ton jego głosu był podniosły, a zebrane tłumy zaczęły wiwatować.
Nie miałam pojęcia dlaczego taka rzesza ludzi zebrała się w jaskini jak jacyś konspiratorzy ani co knują ci osobnicy przy ołtarzu - może jestem uprzedzona, ale skojarzyli mi się z inkwizycją. Ważne, że w końcu odsłonili ołtarz, ukazując leżącą na nim kobietę o długich złocistych włosach. Najwyraźniej miała być ofiarą.
Ale nie dlatego odniosłam wrażenie, że się spóźniliśmy.
Po prostu zanim zwrócono na nas uwagę, zanim Aeiran zdążył coś zrobić - cokolwiek, po co tu przybył - w obłoku dymu pojawił się jasnowłosy młodzieniec w płaszczu maga, granatowym i bogato zdobionym. Poważny i zdecydowany. I zaczął przemawiać ostrym tonem, a ja, o dziwo, wiedziałam co mówi, choć przecież jego słowa płynęły w nieznanej mi mowie. Po prostu przepływały prosto do mojego umysłu i wyczuwałam ich znaczenie... Przybysz ich powstrzymywał.
- Bogowie nie życzą sobie waszych krętactw i obłudy! - mówił. - Żadnych fałszywych proroków, próbujących podporządkować sobie niewinnych ludzi! Jeśli nie zaniechacie tego przedstawienia, spadnie na was kara!
Wspomniani niewinni ludzie mocno się przestraszyli i powolutku zaczęli się wycofywać, ale kapłani chyba byli podejrzliwi. Ten z łańcuchem warknął coś w stronę przybysza, na co ten wzniósł ręce i wyrzekł jedno długie słowo, przywołując potężną boską istotę. Czy też, ściślej mówiąc, magiczną bestię. Wyglądała jak gigantyczny lampart, tylko kolorystyka się nie zgadzała... A może to była wina złego oświetlenia?
- Mogłeś trochę rozciągnąć czas - mruknęłam. - Przybylibyśmy przed tym całym zamieszaniem...
- Ale nie byłoby tak ciekawie - odparował Aeiran, załamując mnie tym doszczętnie. Chyba mam na niego zły wpływ.
Jedna magiczna bestia najwyraźniej nie wystarczyła, by kapłani dali spokój, przynajmniej w mniemaniu jasnowłosego maga, dlatego zaczął przywoływać drugą. Zarówno on, jak i jego przeciwnicy, oddalili się nieco od ołtarza i przestali zwracać uwagę na leżącą na nim ofiarę, za bardzo pochłonięci swoimi zaklęciami. Idealne warunki by przeskoczyć w tamto miejsce, zgarnąć nieprzytomną dziewczynę z ołtarza i prędziutko zniknąć, czyż nie?
Co prawda zostaliśmy zauważeni - mag odwrócił się ku nam i jęknął coś jakby "Czemu akurat oni?!", natomiast kapłani wyraźnie zamierzali wykorzystać fakt, że przestał inkantować - ale to już nie była moja sprawa. Zostałam pociągnięta do czarnej dziury i tyle było mojej baśni.

15 X

Czegoś mnie melancholia dopadła. To chyba też sprawka jesieni, choć mimo wszystko pogoda sprzyja raczej wesołym myślom...
Choć to właściwie nie jest tak, że mi smutno. Pewnie byłoby, gdybym podjęła niewłaściwą decyzję odnośnie dróg, o których pisałam kilka dni temu - teraz zaś jest po prostu zaduma.
Jest taka piosenka o jesiennej zadumie, ale nigdy nie mogę zapamiętać, kto ją śpiewa. Piszę wyłącznie, piszę wyłącznie uczuć starym drapakiem...
Czasem - i teraz - zastanawiam się jak by mi się wiodło, gdybym (nie wyrzekając się światów i pisania, nie ma tak łatwo) była inną osobą i żyła inaczej. Ile nowych możliwości by przede mną stało. Ile rozwiązań sytuacji, do których nie jestem zdolna w tej chwili.
Ale nie przekonam się o tym; zbyt wiele tu spraw i osób, których nie byłabym w stanie zostawić...
Gdzieś w światach gasną i zapalają się gwiazdy. W DeNaNi duszki-iskierki oświetlają drogę Bogu-Wędrowcowi, a w Tysiącu Szmaragdach już pewnie przebudziła się siedemnasta Śpiąca Strażniczka. Trzeba się będzie wybrać do Naith, żeby dziewczyny wreszcie przedstawiły mnie matce.
Ale na razie jesteśmy z dala od tego wszystkiego. A właściwie w samym środku, ale otoczeni mocną i dźwiękoszczelną barierą.

13 X

Miasto rozświetlone blaskiem latarni i roziskrzone jesiennymi barwami rozpościerało się w oddali i kusiło.
- O nie, dzisiaj się nie skuszę - mruknęłam, odwracając od niego wzrok. - Mam ochotę przesiedzieć tę noc pod gołym niebem. W mieście trudniej zobaczyć gwiazdy.
Pokrzywa odpowiedziała coś ironicznego w tonie, ale ponieważ równocześnie przeżuwała trawę, ledwo to zrozumiałam i zignorowałam.
Na razie i tak prawie nie było widać gwiazd - dopiero zachodziło słońce - poszłam więc poszukać Aeirana, który chwilę temu oddalił się bez słowa. Nie cierpię kiedy tak robi. Nie cierpię kiedy ktokolwiek mi bliski tak robi. Czy może raczej cierpię dość mocno. Ot, mam taki dziwny nawyk, że zaraz zaczynam się niepokoić.
Szybko go wypatrzyłam; unosił dłoń nad jakimś małym przedmiotem postawionym na ziemi i coraz bardziej jaśniejącym. Kiedy wystrzeliły z tego promienie, przybierając coraz bardziej konkretny kształt, zdecydowałam się nie ujawniać swojej obecności. Skoro Aeiran chce mieć swoje tajemnice, to niech na razie ma.
- Co słychać, drogi mój Niszczycielu Światów? - usłyszałam melodyjny kobiecy głos.
- To był tylko jeden świat, Eydís - odparł Aeiran ze znużeniem. Rozmawiali w swoim języku, więc musiałam się mocno wsłuchiwać (a i tak nie jestem pewna, czy wszystko dobrze przełożyłam).
- Ale pod moją opieką. I to ja cię wybroniłam, pamiętaj. Teraz mogę ci wypominać ile mi się będzie chciało.
- Tak, wiem. Tylko że nie z tobą powinienem teraz rozmawiać.
- No cóż - zachichotała kobieta... bogini. - Zostawił to cacko na widoku, a byłam ciekawa, cóż to takiego.
- Niech go... - skłonna byłam przypuszczać, że Aeiran złapał się za głowę czy coś podobnego. - A wydawało się, że potrafi dochować tajemnicy...
- Ja też mogę dochować - powiedziała słodko jego rozmówczyni. - Tylko co mi za to dasz?
- A czego byś chciała? - syknął.
- Spokojnie, spokojnie... O, wiem. Pokaż mi tę panią i przedstaw nas sobie ceremonialnie.
- "Ta pani" najwyraźniej nie chce cię poznać - w głosie Aeirana usłyszałam nutę uśmiechu. - Skoro jeszcze nie wyszła zza tego drzewa.
- A to pech - westchnęła. - Ale nie martw się, nic nie powiem Geinowi ani Devnie. Jeszcze tego brakowało, żeby o n i mogli się komunikować poprzez światy. To co mam przekazać?
- Że jestem coraz bliżej - głos mu znowu stwardniał. - Ale tego też nie mów Geinowi i Devnie.
- Sama nie wiem, o co wam chodzi... Cóż, do zobaczenia w takim razie.
Potem blask zgasł i nastała cisza. Aeiran stanął obok mnie, chowając trzymany przedmiot do kieszeni płaszcza.
- Jak wielką potęgą trzeba dysponować, żeby nawiązać połączenie z Pieśnią? - szepnęłam w zamyśleniu.
- Mniejszą niż ci się wydaje - odpowiedział. - Póki wciąż istnieje do niej jakaś droga. Zresztą powinnaś o tym wiedzieć.
Miał rację. Skoro Hyô potrafił się skontaktować przez lustro, a tamta... tamta... no, tamta psioniczka wpłynąć telepatycznie na Tenariego, co to dla bóstw?
- Całe szczęście, że nie kusi ich, by wyruszyć w światy - jakby usłyszał moje myśli.
- I zamiast tego wysyłają ciebie, tak? - uśmiechnęłam się krzywo. - Czy to znów ma związek z tą przeklętą Jasnością?
Aeiran uciekł przede mną wzrokiem; oparł się o drzewo, patrząc w ziemię.
- Nie chciałem cię denerwować - powiedział. - To powinna być po prostu twoja podróż.
- Ale ja od początku chciałam, żeby to była t w o j a podróż! - podniosłam głos. - Wolna od niepokoju, długa i daleka! Taka jakiej pragnąłeś, pamiętasz?
- Zawarliśmy umowę - wyjaśnił z kwaśną miną. - Szybko znajdę coś, co powinno im się spodobać, a potem będzie już odpoczynek od wszystkich możliwych trosk.
- Pod warunkiem, że nie będziesz mi już uciekał - zaznaczyłam. - Nie zamierzam siedzieć tak samotna i bezsilna.
Skinął głową i poszliśmy z powrotem na miejsce postoju.
Gwiazdy już się pojawiły na niebie i były jasne jak rzadko kiedy.

11 X

Wyrwałam się z tej cichej herbaciarni jak ptak wylatuje z klatki. Mam ochotę pofrunąć razem z porwanymi przez wiatr liśćmi, ale na razie musi mi wystarczyć galop na Nindë.
Jesień już zawsze będzie przywodzić mi na myśl wspomnienia podróży... Co prawda ostatnia jesienna podróż nie należała do najprzyjemniejszych, ale nie można wiecznie rozpamiętywać.
- Co to znaczy "coraz głębiej w jesień"? - zapytał Aeiran, dopędziwszy mnie na No Doubcie. - Miałaś na myśli podróż na Południe?
- Na Południu jest już zima - pokręciłam głową. - Spróbuj potraktować to mniej dosłownie, a zrozumiesz, co miałam na myśli.
- Spróbuję - westchnął z udaną rezygnacją, ale oczy mu się śmiały.
Chyba także poczuł się wolny. Od dawna marzyła mu się taka podróż... Mnie też.
A co nas czeka w jej trakcie? Mam wrażenie, że stoję na rozstaju dróg, z których jedna prowadzi do baśni, a druga do tego rodzaju przygody, w którą się wpada wbrew woli, a potem się marzy, by ją jak najszybciej zakończyć. Przynajmniej jeśli się jest mną. I jak znam życie, pewnie ruszę właśnie tą drugą drogą, żeby nie zepsuć nowej baśni.
Chociaż kto wie...
Teraz jednak to nieistotne. Na razie pędzimy przed siebie, nieważne dokąd ani którędy, byle znaleźć w światach jak najwięcej jesieni.
Coraz szybciej robi się ciemno, ale wizja długich nocy jakoś działa mi na wyobraźnię.

9 X

I wandered down the pathway
Through the misty moor
Like I knew he did
A thousand times before
Voices seemed to echo
Come talk with me a while
Just around the corner
Just another mile
I had heard the stories,
Her legend served her well
A mystics myth and fable
Truth or fairytale
A raggle taggle gypsy
With a toothless smile
Said: "Sit with me my darling,
Let's talk a little while"
And the road goes on
Seeming ever longer
On the way to Mandalay
And the road goes on
Forever will I wander
On the way to Mandalay
...

Blackmore's Night

Dziwnie cicha stała się herbaciarnia, dziwnie pusta. Odwykłam.
Jesień rozpanoszyła się w światach na dobre, w ten najbardziej pozytywny sposób. Wiadomo, babie lato, kasztany i niezwykle malarski wygląd drzew. Żółty, czerwony i brązowy przeplatają się w ich koronach... Jesień to jeden z nielicznych przypadków, w których całkowicie akceptuję czerwień.
Ta pora roku kojarzy mi się z tajemnicami i z najbardziej intrygującym rodzajem baśni. Przynajmniej dopóki nie poszarzeje i nie zachlapie jej błoto.
Zanurzyłam się na cały dzień w jesieni, bo Geddwyn we wzorzystym, brązowo-pomarańczowym sweterku (prawie na pewno damskim, choć twardo zaprzeczał) wyciągnął nas na długi spacer. Trafiliśmy do jakiegoś parku, ale nie wymuskanego i zaplanowanego z całą starannością, tylko takiego, gdzie drzewa rosły na wieki przed ludźmi i teraz nadal pozwala im się rosnąć jak chcą. Tylko chodniki gdzieniegdzie porobiono.
- Trudno mi usiedzieć w domu, na jednym miejscu - wyznał Geddwyn przesadnie zbolałym głosem. Co chwilę schylał się po nowy liść, natomiast ja zbierałam kasztany.
- Wyrwij się gdzieś - zaproponowałam, starając się nie potknąć o Tenariego, który buszował ze Strel w liściach. Część z nich już leżała na ziemi, ale w ogóle nie zauważało się tego ubytku, patrząc na drzewa.
- W pojedynkę to żadna frajda.
- I ty to mówisz?! - zdumiałam się. - Ty, który tak zawsze lubiłeś przyczajać się cicho i niezauważony obserwować ludzi? Czytałam wczoraj twoje stare listy - roześmiałam się, widząc jego równie zdziwioną minę.
- No taaak, ale co poradzę - uśmiechnął się rozbrajająco. - Przyzwyczaiłem się, że ciągle mi się coś pod nogami plątało. Mówiąc symbolicznie - dodał szybko.
- Nie do wiary. Po prostu nie do wiary.
- Ale to prawda! Brak mi tego dzieciaka, nie spodziewałem się, że tak będzie... Mam nadzieję, że nie będzie się na mnie wściekał przez wieczność.
- Mogę ci Tenariego zostawić - podsunęłam. - Podróż mi się na dniach szykuje, wiesz.
- Ciekaw jestem, dokąd się wybierzecie - Geddwyn spojrzał na mnie z ukosa. - I czemu nie chcesz go zabrać. Bo będzie przeszkadzał? - posłał mi wymowny uśmiech.
- Po prostu nie wytrzymałby non-stop w chłodzie. Nawet jesiennym - wzruszyłam ramionami. - A dokąd... Coraz głębiej w jesień. I w tym sęk.
- Przecież jeszcze nie ma chłodów - zachichotał, patrząc przeciągle na głównego zainteresowanego, opatulonego naprawdę ciepło (sam chciał). Jak na komendę Ten-chan podleciał do nas i wepchnął Geddwynowi w ręce pokaźną stertę liści.
- I co ty z nimi zrobisz? - zaśmiałam się.
- Wybiorę najładniejsze i wykonam z nich koronę dla ciebie - odparł duch wody bez namysłu.
- Nawet się nie waż.
- Oj, łapiesz mnie za słówka - skrzywił się. - No to wieniec.
- Nie sądzę by mi było do twarzy z jesienią - stwierdziłam.
- Nie dowiesz się, póki nie zobaczysz. A ty co zrobisz z tych kasztanów?
- Ludziki oczywiście - parsknęłam śmiechem.
Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie park przechodził w ciemną puszczę. Może byśmy tego nie zauważyli, gdyby chodnik się nagle nie urwał.
- Tu właśnie kończy się jedno królestwo, a zaczyna drugie - powiedział Geddwyn cicho.
- Co tam dalej jest, jak myślicie? - zapytałam.
- Kiedyś pójdziemy i zobaczymy - postanowił Tenari.

6 X

Ketris i Vaneshka siedzieli u nas od południa i wyraźnie nie chciało im się zbierać. Dla mnie to nie był problem, a że Kaede się boczył po kątach, to już szczegół. W końcu jednak nie wytrzymał, przysunął sobie krzesło i usiadł, zachowując jednak bezpieczny dystans.
- Jutro jedziemy? - upewnił się natarczywie.
- Jutro, jutro - pokiwał głową Ketris. - Bo chyba za bardzo się tu rozleniwiłem.
- Możesz sobie przedłużyć urlop jeszcze o dzień - mrugnęłam do niego.
- Kto jak kto, ale akurat ty powinnaś mnie pierwsza wykopać w Pieśń - odmrugnął. - Masz w tym swój interes, prawda?
- Uczę sie cierpliwości - zrobiłam dumną minę. - Choć i tak już mi pewnie nic nie pomoże.
- Ciekawe... Teraz przyjdzie moja kolej na naukę cierpliwości - Vaneshka posłała nam rozmarzony uśmiech i przytuliła się do Ketrisa (choć trochę przeszkadzał jej w tym Tenari, który właśnie zasnął na jej kolanach).
- Nie ma czasu - burknął Kaede, huśtając się na krześle. Od wczoraj starał się udawać, że nie jest skrajnie spięty i stremowany, i myślał, że mu to wychodzi.
Ciągle tylko odwracał wzrok, napotykając uważne spojrzenie pieśniarki. Wyraźnie miała ochotę coś zaśpiewać, ale już od symbolicznego progu zapowiedział jej, że nie będzie słuchał... Ciekawa byłam, czy starczy jej tej cierpliwości, której zamierza się poduczyć.

Kiedy wnosiłam tacę z kolejną herbatą, omal nie wylądowała na podłodze. Przez otwarty znienacka portal wpadła do herbaciarni jasnowłosa postać i zatrzepotała rękami, żeby złapać równowagę. Gdyby jej nie złapała, obie byśmy się przewróciły, bo teleportowała się tuż przede mną. Szczęściem wyczuwam takie rzeczy i w ostatniej chwili się zatrzymałam.
- Już jestem!! - zawołała Enrith na cały głos.
- To świetnie, tylko przypadkiem nie próbuj mi się rzucić na szyję - ostrzegłam, bo wyglądała jakby to właśnie chciała zrobić. Prawie wszystkim obecnym. Zreflektowała się jednak i rzuciła się by podnieść coś długiego i owiniętego w płótno, co wypadło jej z rąk, gdy tak nimi machała.
- Uciekłaś stamtąd? Czy raczej cię wykopali? - zapytałam, odkładając tacę na stolik.
- Najpierw się tak fajnie zgubiłam - zaczęła Enrith, rozsiadając się na moim miejscu na kanapie. - Potem znalazła mnie ta pani, którą spotkałyśmy, a chwilę później pojawił się taki uroczy blondas z kitką i wypuścił na nią coś różowego w kropki.
- ...Aha. Mów dalej - wyjąkałam, zastanawiając się, jak jej się udało to powiedzieć na jednym wydechu. Ketris i Vaneshka przyglądali się jej z miłymi uśmiechami, jakby zastanawiając się kim właściwie jest ta panna i co jej się rzuciło na mózg. Może im kiedyś wszystko wyjaśnię, bo było mi ich trochę żal.
- No! A potem kazał mi biec do złoconych drzwi na końcu korytarza, otworzyć je i uciekać portalem - dziewczyna była uradowana poświęconą jej uwagą. - Ale za tymi drzwiami były trzy portale, więc zrobiłam wyliczankę i wskoczyłam w ten, który mi wypadł, a z drugiej strony spotkałam taką miłą panią z żółtym turbanem na głowie i...
- I co ci dała? - przerwałam głosem jeszcze słabszym niż poprzednio. Dziwne, że w ogóle usłyszała.
- A skąd wiedziałaś, że mi coś dała? - ucieszyła się i pospiesznie zaczęła rozwijać swój pakunek.
Na widok jego zawartości Kaede od razu przestał ostentacyjnie ignorować Enrith. Spojrzał na nią tak, jakby mu kogoś zabiła, bo czym poderwał się z krzesła (przewracając je przy okazji) i zniknął w drzwiach łazienki. Najpewniej przeszedł do mojego pokoju... Miałam nadzieję, że mi go nie zamrozi.
- A temu co? - zdziwiła się Enrith, odrywając na chwilę rozkochany wzrok od swojej nowiutkiej szpady. O rękojeści kojarzącej się ze skrzydłami ważki mieniącymi się w słońcu. Albo i bez słońca.
Już drugi z rzędu dzień niespodzianek?!
Choć to właściwie nie powinno być dla mnie niespodzianką. Cirnelle ma wprawę w obdarowywaniu ostrymi przedmiotami osób, którym zdecydowanie nie należy dawać ostrych przedmiotów.
- Chyba przypomniała mu się Tomine - wyjaśniłam głosem bez wyrazu, stawiając i zajmując przewrócone krzesło.
- Ale żeby aż tak gwałtownie reagować? - skrzywił się wtajemniczony w tę historię Ketris.
- To miało być gwałtownie? - roześmiała się Vaneshka. - Przecież nie zabrał jej tego i nie połamał.
- A co jest nie tak z tą Tomine? - zainteresowała się Enrith.
- Ma podobną broń do twojej - odpowiedziałam. - I mistrzowsko się nią posługuje... Fly like a butterfly, sting like a bee - szepnęłam do siebie, wracając myślami do wspomnień.
- No dobrze, ale co z nią nie tak? - nie ustawała dziewczyna. - On jej nie lubi, czy jak?
- Powiedzmy, że nie za dobrze mu się kojarzy.
Nie wiem, która z moich odpowiedzi tak na nią podziałała, grunt, że wlepiła we mnie rozgwieżdżone spojrzenie.
- Mogę ją poznać???
- Nie - mruknęłam. - Mieszka w miejscu, które nawet przy twoim niespotykanym szczęściu jest dla ciebie niedostępne.
- Dlaczego? - zabrał głos Ketris. - Gdybyś jej pożyczyła konia, mogłaby się zabrać ze mną...
Ta nieśmiała sugestia udowodniła, że bard czasem nie wie co mówi. Co też sobie poniewczasie uświadomił.
- Nie znam cię, ale cię kocham! - zapiszczała Enrith, wieszając mu się na szyi. Vaneshka przyglądała się temu z leciutkim uśmiechem. Podziwiałam ją całym sercem - ja bym tak nie umiała.
- Jak, gdzie, do Ha'O'Hany?! - próbowałam zawołać, ale wyszedł mi jakiś dziwny skrzek.
- Zabierze się z Kaede - uśmiechnął się uspokajająco Ketris.
- Ja nie wiem kiedy stałeś się taki beztroski - powiedziałam żałośnie, zastanawiając się jak Kaede to przyjmie. I Pokrzywa.
Vaneshka zanuciła cicho jakąś wesołą melodię; byłam pewna, że czeka na odpowiednią chwilę by móc wyśmiać się w samotności. Też to pewnie zrobię, jak tylko dojdę do siebie...
Niektóre rzeczy po prostu dzieją się zbyt szybko.

Tak jak przypuszczałam, Kaede był wściekły. I zarazem niesamowicie szczęśliwy, że może się wreszcie wyładować.
Na szczęście nie doszło do wymiany ognia.

5 X

Nie przypuszczałam, że to właśnie Sei'Hyô pomoże Kaede w podjęciu decyzji... Chociaż właściwie, jeśli nie on, to chyba nie znalazłby się nikt inny.
Podpatrzyłam dzisiaj rozmowę Hyô z moim kłopotliwym gościem (a kto go wpuścił do mojego pokoju?! Będę musiała się rozmówić z Tenarim...), który oczywiście nie miał na tę rozmowę ochoty. Przynajmniej tak twierdził. Żeby zachować twarz, czy co?
- Myślisz, że masz prawo ciągle wtrącać się w moje życie? - zapytał, chwyciwszy ramę lustra, jakby zamierzał nim zaraz rzucić przez całą szerokość pokoju.
- Nie wydajesz się szczęśliwy - mówił z troską niebieskowłosy. - Może jednak powinieneś do nas wrócić?
- Ci tutaj widzieli we mnie człowieka, w przeciwieństwie do was.
- Nie mów tak, przecież organizacji już nie ma - poprosił Hyô. - A ja chciałbym cię wreszcie osobiście spotkać... Tomine też...
- I przekonać, żebym zaczął nosić to?! - Kaede wskazał naszywkę na rękawie stroju ducha lodu. Widniał na niej czerwony znak hana - "krawędź".
- Nie musisz - pokręcił głową Hyô. - Wystarczy, że przyjedziesz w odwiedziny. Na jak długo chcesz.
- Nawet jeśli, to głównie po to, żeby ci... - zaczął Kaede, ale w tej chwili chłopak z lustra zdał sobie sprawę z mojej obecności i zniknął bez pożegnania.
- Przepraszam, jeśli przeszkodziłam - odezwałam się słodko.
Rudowłosy spojrzał na mnie spod ściągniętych brwi, a następnie westchnął ciężko.
- Idziemy - rzucił, po czym podszedł, złapał mnie za głowę i pociągnął do herbaciarni.

Nie puścił mnie nawet gdy przybyliśmy do Teevine i poszliśmy do strefy letniej. Mogłam tylko iść bokiem i rozłożyć bezradnie ręce na pytające spojrzenie Maeve.
- A teraz - powiedział, kiedy stanęliśmy przed zaskoczoną Nindë - powiedz temu zwierzęciu, żeby zabrało mnie na Rozdroże.
- Powiem jeśli zostawisz w spokoju moją fryzurę - mruknęłam. - Poza tym niewłaściwie się do tego zabierasz.
- Miya, powiedz temu narwańcowi, że się go nie słucham - nakazała Nindë z godnością.
- Powiedz jej, że mam to gdzieś.
- Powiedz mu, że nawzajem.
- W ten sposób do niczego nie dojdziecie - zamachałam rozpaczliwie rękami. - Pokrzywa, podwieź go, a będziesz miała z głowy...
- Kto tu go będzie miał z głowy? - parsknęła Nindë, przyglądając mi się z dzikim zadowoleniem. - Ale nie będziesz mi miała za złe, jeśli go tam zostawię?
- Tak dobrze nie będzie - westchnęłam. - Na pewno go stamtąd przywiozą z powrotem.

To nie był koniec niespodzianek na ten dzień. Kiedy wolna i szczęśliwa wróciłam do domu, na parkingu czekał koń z Rozdroża z jeźdźcem na grzbiecie...
- Widzisz, mówiłem, że nie ma pomyłki! - zawołał triumfalnie do czarnowłosej dziewczyny o czerwonych oczach. - Z a w s z e wiem, dokąd się udać! Dostanę coś do jedzenia? - zwrócił się tym razem do mnie. - Jak widać, ciągle mnie gdzieś gnają różne apodyktyczne istoty.
- Sam jesteś apodyktyczny, dlatego nie możesz tego znieść - mruknęła Noelle Steryard i zeskoczyła na ziemię. - A więc dobrze trafiłam?
- No przecież mówię - prychnął Rob Roy.
- Jeśli masz na myśli "czy trafiłam do Blue Haven?", to jak najbardziej - uśmiechnęłam się. - Jeśli zaś "czy zastałam Kaede?" - wprost przeciwnie.
Spojrzała na mnie jakoś dziwnie i poruszyła lekko ustami, szepcząc coś do siebie bezgłośnie.
- W takim razie co mam zrobić? - zapytała już na głos i bezradnie. Jakbym to gdzieś niedawno słyszała...
- Masz dwa wyjścia - objęłam ją przyjaźnie ramieniem. - Wejść do środka i napić się herbaty... Albo gnać z powrotem na Rozdroże, bo się rozminęliście.
- To znaczy... Że w tej chwili jest albo faszerowany kolacją, albo wyzwany na pojedynek w obronie mojej czci - Noelle bardzo starała się zachować pokerową twarz. - Zależy czy najpierw go zgarnęła Andrea, czy mój brat...
- Tak czy inaczej, masz czas - podsumowałam.

- Przyjechałam tu, żeby się dowiedzieć, jak to się skończyło - oznajmiła Noelle, wdychając aromat herbaty.
- Tutaj się dowiedzieć? Ty? - zdziwiłam się. - Byłaś w sercu opowieści, a raczej byłaś sercem opowieści, a mimo to nie wiesz?
- Jeśli to była opowieść, to miała zakończyć się inaczej - pokręciła głową. - Tymczasem ktoś się wplątał i... Pewnie nie wróciłabym do domu, gdyby nie to. Jeszcze nie.
- A co by było? - podchwyciłam.
- Teraz już nie wiem. Nie mogę pozbierać myśli - westchnęła. - Powiedz mi, dlaczego mnie szukał? Przecież nawet mnie nie znał... Nadal nie zna.
Miałam ochotę wyrazić zaskoczenie, że przyszła z tym do mnie, choć przecież też spotkałyśmy się zaledie kilka razy. Ale widząc wyraz jej twarzy - pomieszanie zdumienia z nieśmiała radością - nie mogłam się nie uśmiechnąć.
- Na początku pewnie dla opowieści - wzruszyłam ramionami. - Wiesz, Kaede się strasznie miotał po konwencjach... Po drogach życiowych - poprawiłam się szybko. - Nie umiał znaleźć żadnej dla siebie. A potem wreszcie coś mu zamajaczyło na horyzoncie i zapragnął się dowiedzieć, co. Jest nieludzko uparty.
Noelle słuchała uważnie, wpatrując się w filiżankę.
- Powiedziałaś "na początku"... - odezwała się po pierwszym łyku. - To znaczy, że potem było inaczej?
Długo się zastanawiałam, co powinnam powiedzieć. Była taka niepewna, jakby jedno nieostrożne słowo mogło wywiać ją za burtę bezpiecznego z pozoru statku.
- Ostatnio usłyszałam od pewnej osoby - zaczęłam w końcu - że nawet jeśli widziało się kogoś przez jeden moment, czasem coś sprawia, że chce się wiedzieć o nim więcej. O osobie, nie o wątku fabularnym. Kaede by się wściekł, gdyby to usłyszał - roześmiałam się.
- To znaczy... Jak przeznaczenie?
- Zaraz tam przeznaczenie. Może grawitacja?
- Może - Noelle chwyciła swoją filiżankę i wypiła duszkiem jej zawartość. - Nie będziesz mi miała za złe jeśli już pojadę?
- Nic a nic.
- To dobrze - odwróciła wzrok. - Bo uśmiechasz się tak samo jak Vanny, kiedy myśli, że tego nie widzę.
Z trudem udało mi się zdusić śmiech.
- Cokolwiek ci powie, dobrze to sobie przemyśl - uprzedziłam, kiedy już wsiadała na Rob Roya. Nie miałam bowiem pewności czy Kaede pojechał żeby sie z nią pożegnać, czy... Zresztą i tak chyba już mnie nie słuchała.

3 X

- Co miałeś na myśli, mówiąc, że Geddwyn nigdy nie płonął? - coś znowu mnie podkusiło do zadawania pytań. A co, choć raz to ja mogę być tą przesłuchującą!
- Właśnie to - prychnął Kaede. - Co on może wiedzieć?
- Może więc ode mnie też powinieneś się wynieść? - podsunęłam. - Jestem wodna jak diabli, nie zapominaj.
- Jasne - zaśmiał się cicho. Chyba pierwszy raz w życiu widziałam go w nastroju zbliżonym do rozbawienia.
- Zdecyduj się raz a dobrze - usiadłam naprzeciw niego. - Są płomienie, to niedobrze, nie ma, też niedobrze...
- Są płomienie i płomienie - rzekł enigmatycznie. - Ich brak doprowadza mnie do szału, ale gdybym... Nie, do cholery, dlaczego to musi t a k na mnie działać?!
- Nie do twarzy ci z taką smętną miną - orzekłam. - Gdzie się podział ten Kaede, który zuchwale pchał się w największe niebezpieczeństwa? A może jednak ten kryzys osobowości cię pokonał?
- A może nie powienienm był w ogóle wyruszać w żadną podróż - warknął. - Może powinienem przeklinać tamtych z Hany, że razem z pamięcią nie wykasowali mi emocji...
Powoli miałam już dość. Najchętniej wstałabym i walnęła pięścią w stół.
- Na wszystkie Siły Wyższe, nie rób z siebie chorego człowieka, bo ci to nic nie pomoże! - na razie tylko podniosłam głos. - Nigdy nie pomyślałeś, że ogień może też przynosić ciepło i ukojenie?!
- Jakoś nie zauważyłem - syknął. - Przynajmniej nie u siebie.
Nie do końca wiedziałam, o co mu właściwie chodzi w tej rozmowie, ale zaczęłam dochodzić do wniosku, że jestem na dobrym tropie.
- Pozwolenie emocjom by cię zniszczyły, to najgorsza z możliwych dróg - kontynuowałam. - Wiem z doświadczenia.
Wstałam od stolika, ale obeszłam się bez użycia siły. Po prostu skierowałam się do kuchni.
- To co mam robić? - usłyszałam pytanie pełne bezradności. Tak, zdecydowanie dobry trop.
- Wybierz się na Rozdroże - rzuciłam, coraz bardziej rozstrojona.
Dopiero kiedy herbata zaczęła się parzyć, dobiegła mnie odpowiedź:
- A jednak macie ze sobą co nieco wspólnego.
- Ja i Geddwyn? - roześmiałam się. - Wiesz, ten jeden raz mnie to nawet cieszy.

2 X

- Nigdzie nie idę - oświadczył Kaede. Miał głos człowieka wyczerpanego i udręczonego.
Lub też po prostu niewyspanego. Ostatnio prawie nie sypia. Albo jest hiperaktywny, albo przeciwnie, taki jak dzisiaj... Dobrze by było, żeby przyjął do wiadomości istnienie stanów pośrednich.
- Pod warunkiem, że nie podpalisz herbaciarni pod naszą nieobecność - mruknęłam. - Albo nie zamrozisz.
Odburknął coś niewyraźnie i znów odpłynął myślami gdzieś daleko.

W Marzeniu jak zwykle wiele się działo... Choć może jednak było ciszej niż zwykle. Przyczyną była niezwykła małomówność Milanee; nie kłóciła się z Leo, choć wyraźnie ją prowokował. Po prostu siedziała w kącie z ciężką chandrą.
- Co jej? - zapytała Carnetia, która właśnie wpadła do domu i zaczęła grzebać w barku, rozglądając się przy tym i taksując wszystkich wzrokiem.
- Dostała kosza od Haldisa - wzruszył ramionami Leo.
- Wcale nie!!! - wrzasnęła z kąta Mil i to były jedyne słowa, jakie wyrzekła w mojej obecności.
- Nie ten, to inny - orzekła Carnetia tonem eksperta, po czym wyjęła z barku pokaźną - i pełną - butlę i znów się ulotniła.
Ketris siedział rozparty na kanapie i wyglądało na to, że ten dom go lubi z wzajemnością. Dlatego też bard co chwilę wzdychał, jaki to jest nieszczęśliwy, że niedługo musi wracać do Pieśni.
- Niedługo, to znaczy kiedy? - Vaneshka spojrzała na niego z ukosa.
- No, może za jeszcze parę dni zwłoki nie zostanę zlinczowany - Ketris zrobił zbolałą minę. - Najwyżej dorobię się paru nowych blizn.
Pieśniarka tylko posłała mu uśmiech pełen rozbawienia i politowania, a potem zaintonowała wesołą i ciepłą melodię.
Doprawdy, wygląda na to, że pewne rzeczy znosi zdecydowanie lepiej niż ja. Przyznam, że tego się po niej nie spodziewałam.

- Dlaczego wolałeś zostać sam w domu? - zapytałam później Kaede. Właściwie miałam go zagonić do spania, bo sama też zamierzałam się już położyć (Tenari dawno się zagrzebał pod moją kołdrą), a nie chciałam żeby znów tak siedział bez sensu.
- Nie chciałem słuchać jak ona śpiewa - odpowiedział sucho. - To działa jak narkotyk.
- Ale nie powinieneś siedzieć w samotności - pokręciłam głową. - Może jednak lepiej było dla ciebie zostać w Teevine?
- Nie! - zaprotestował ostro, a potem wstał, omal nie przewracając krzesła, oparł się o ścianę i zagapił w sufit.
- Bo nie mogłeś wytrzymać z Geddwynem? - zerknęłam na niego podejrzliwie. - Czy może był jeszcze inny powód?
- Za dużo płomieni - westchnął. - Też jak narkotyk. Jak trucizna.
- Jeśli chodzi ci o obecność Brangien, to się dziwię - zaczęłam go trochę podpuszczać. - Pamiętam, że raczej do niej lgnąłeś...
W odpowiedzi posłał mi ciężko zdumione spojrzenie. Następnie osunął się na podłogę i schował twarz w dłoniach.
- Wiesz, czasem się boję ognia - rzekł zduszonym głosem.
Zaskoczona usiadłam obok niego.
- Wtedy, kiedy śni mi się, że płonę od środka - mówił cicho. - To chyba... Moje pierwsze wspomnienie, wiesz? A ostatnio się nasiliło.
Nie znając lepszego sposobu pocieszania, pogłaskałam go po włosach i lekko objęłam. Zareagował dość gwałtownie, przyciskając mnie do siebie... A potem równie gwałtownie się odsuwając i kręcąc głową.
- Nie, nie. Już sam nie wiem - powiedział ni to do mnie, ni to do siebie. - Chyba... już pójdę spać.
Wyszłam z herbaciarni zdezorientowana, ale zadowolona, że przynajmniej tyle udało mi się zdziałać.