Planowałam w końcu wypytać Aeirana o parę spraw, które mnie
zastanawiały, ale znów kompletnie nie miałam do tego głowy. Wczoraj
urządziliśmy sobie wreszcie wycieczkę po mieście, a Yasmin we własnej
osobie pełniła rolę przewodniczki. Mogłam więc za to spytać ją, z jakiej
okazji podejmowała samego sułtana – owszem, wywarł na nas całkiem miłe
wrażenie, ale cała reszta Duańczyków wydawała się traktować dom i jego
panią z dystansem. Widziałam to w oczach przechodniów i miejscowych
kupców: traktowali ją niby uprzejmie, ale i z rezerwą. Yasmin spokojnie
wyjaśniła, że rzecz ma się w świątyni, którą wybudował jej gość. Oni
uważają ją za przybytek pogańskiego bóstwa, a religię traktują
nadzwyczaj poważnie… Oczywiście fakt, że Yasmin to dawna cudzoziemska
niewolnica, która się wybiła, też ma pewne znaczenie, ale główną
przyczyną jest jednak świątynia. A że sułtan wszedł tam z uprzedzeniami i
wyszedł już bez, nie wiedzą, co o tym myśleć…
Najpierw odwiedziliśmy najsłynniejszy ogród w Aziz-Dui, wypełniony
prawie wyłącznie wieloma odmianami róż, które pachniały tak słodko i
odurzająco, że aż kręciło się w głowie. Na środku zaś rosło drzewo z
zawieszonymi na gałęziach kryształkami, które dzwoniły melodyjnie przy
każdym podmuchu wiatru… a nawet i tego nie potrzebowały. Podobno zresztą
nikt ich tam nie zawiesił, ale po prostu wyrosły niczym kwiaty albo
owoce.
Później obejrzeliśmy arcydzieła architektury, z których najważniejszym,
obok pałacu, był główny meczet – niestety nie mogliśmy zobaczyć go od
wewnątrz, gdyż dla takich niewiernych jak my wymagałoby to długiego i
żmudnego rytuału oczyszczenia.
Wreszcie trafiliśmy na suk, tak zatłoczony, że parę razy omal się nie
zgubiłam (no dobrze, raz się faktycznie zgubiłam), a do tego hałaśliwy, a
jednak miał swój urok. Okazało się, że sprzedawcy uwielbiają się
targować; cóż, do tego trzeba znać się na tutejszej walucie i mieć
niezmierzone pokłady cierpliwości, toteż za płacenia odpowiadała albo
Yasmin, która te warunki spełniała, albo Aeiran ze swoją nieodpartą siłą
przekonywania. Zresztą później okazało się, że nie nakupowaliśmy aż tak
dużo… Może tylko dlatego, że nagle zrobił się wieczór i poczuliśmy się
zmęczeni? Mnie najbardziej zajęły przyprawy i odpowiednie składniki do
komponowania herbat, Aeiran jak zwykle interesował się mistycznymi
symbolami, a Vanny dorwała się do fajek wodnych i później przez pewien
czas chodziła zakręcona (a ja i tak uważam, że róż nic nie przebije!).
Oczywiście bez zakupienia kilku mozaikowych obrazków i tkanin, do
odesłania których do domu trzeba było wynająć tragarza, się nie obyło,
ale i tak targ oferował dużo, dużo więcej…
Odpoczynku Yasmin radziła szukać na Baqifarze, rozległym placu, gdzie co
wieczór rozkładano kawiarnie i jadłodajnie. Usiedliśmy więc przy kawie
niemal równie smacznej, jak aromatycznej, a do tego stawiającej na nogi
nawet tak przesiąknięte teiną stworzenia jak ja. A wkrótce okazało się,
że na Baquifarę można przyjść nie tylko po to, by się pożywić. Z czasem
zaczęli gromadzić się tam kuglarze i muzykanci; jedni połykali ogień,
inni grali na rozmaitych instrumentach, czemu nierzadko towarzyszył
taniec węży, jeszcze inni zaś opowiadali stare historie, a w ich
opowieściach było sporo poezji.
Czas płynął tak prędko i miło, że do snu ułożyliśmy się w okolicach drugiej w nocy.
A dziś rano w Domu Faraj zjawił się niespodziewany gość.
Siedziałam z Yasmin w jej salonie i popijałyśmy herbatkę, zastanawiając
się, kiedy te dwa śpiochy się do nas przywloką; jak zwykle obudziłam się
najwcześniej i trochę tego żałowałam. W pewnej chwili weszła nieco
skonsternowana służąca, prowadząc książęcego wezyra, który rozglądał się
wkoło z uwagą, jak jakiś komornik, a nie gość. Z początku go nie
poznałam, zamienił bowiem skrzące i ciężkie od ozdób szaty na proste i
szare; w dodatku przyszedł zupełnie sam, choć na jego stanowisku to
pewnie nie wypadało. Wyraźnie nie czuł się z tym najlepiej.
- Czcigodna pani Al-Ued – wymówił moje nazwisko z nieznacznie zmienionym
akcentem i usiadł. Na Yasmin w ogóle nie zwrócił uwagi. – Twój widok o
poranku jest światłem dla mych oczu, a twoja obecność koi wszelkie
niepokoje.
- Czyżby coś cię trapiło, dostojny Latifie? – uśmiechnęłam się krzywo. –
Jeśli tak, za domem stoi taka świątyńka, w której warto pomedytować
chociaż chwilę.
- Ależ to niepotrzebne – posłał mi skąpy uśmiech, gładząc wypielęgnowaną
bródkę. – Nie dręczą mnie żadne zmartwienia, dopóki koronowane głowy są
w dobrym nastroju… Co przypomina mi, że przyszedłem, by porozmawiać z
twą rodziną.
- Pójdę po nich – szepnęła mi Yasmin, po czym podniosła się i wyszła z pokoju.
Latif nie odzywał się więcej, wodził tylko rozbieganym wzrokiem, jakby
szukając czegoś, do czego mógłby się przyczepić. Ja też nie miałam
specjalnej ochoty na podjęcie konwersacji. Na szczęście Vanny i Aeiran
zdążyli już wstać albo też Yasmin miała wielki talent w robieniu
pobudek, bo po chwili przyszli zaintrygowani.
- Raduję się, zastając was w dobrym zdrowiu – przywitał ich Latif, a
jego głos ociekał miodem. – Mój pan, książę Parvez, przesyła wam
najserdeczniejsze pozdrowienia.
- O, w takim razie nawzajem! – ucieszyła się Vanny, a wezyr spojrzał na nią kątem oka, jakby niepewny, jak ma zareagować.
- Spieszę też zawiadomić, że przysłał mnie do was z poselstwem… – wciąż
na nią zezował, ale mówił do mnie i Aeirana, który w końcu przewrócił
oczami.
- Jeśli chcesz jej coś powiedzieć, zrób to – uciął.
- Skoro to zgodne z waszymi obyczajami… – bąknął Latif, ale kiedy
skłonił się Vanny, uśmiechał się już szeroko. – Mój pan Parvez, młodszy
syn władcy Turalu, pokornie prosi o twą rękę, podróżniczko z niezwykłych
ziem.
- …Skąd wiesz, że z niezwykłych? – wykrztusiła Vanny po długiej chwili
siedzenia z dłonią przy ustach. Powstrzymywała śmiech czy szczękę od
opadnięcia?
- Muszą być niezwykłe, skoro zrodziły tak niezwykły kwiat! – odparł
gładko Latif. – Książę żywi wielką nadzieję, że pewnego dnia pokażesz mu
swą ojczyznę, pani.
- No tak, mówił, że marzy o podróżach – przyznała moja kuzynka – ale czy
do tego potrzebna mu aż żona? Poza tym miał się chyba żenić z tą
księżniczką, która się tak męczyła na przyjęciu.
- Księżniczka Safiya, choć pełna niewątpliwych zalet, jest jeszcze
dzieckiem. Książę chętnie poczekałby na nią kilka lat, jednak to
zaręczyny z przyczyn politycznych, a pragnie uczynić coś z własnego
wyboru. Obawiał się w dodatku, że zostanie ubiegnięty w swych
staraniach…
- To… interesujące. Dopiero co tu przyjechałam i nikt poza nim nie zdążył mi się oświadczyć.
- Ależ to, że Imam Faiz zwrócił na ciebie uwagę, nie jest żadną
tajemnicą na jego dworze – Latif zaśmiał się cicho. – Gdyby jednak cię
poślubił, nic nie wyszłoby z unii naszych królestw, co byłoby bardzo…
niekorzystne.
- Ach, czyli jednak polityka – mruknęła Vanny. – Nie powiem, niby lepiej być pierwszą żoną niż czwartą…
- I stąd ta konspiracja? – wtrąciłam. – To twoje nierzucanie się w oczy?
- Widzieliście sułtana w pogodnym nastroju, wiem jednak, do czego jest
zdolny, gdy wpadnie w gniew. Do tego pogrążony jest we własnych
mrzonkach… Na przykład ogłosił na cały pałac, że schwytał prawdziwego
dżinna. Gdy jednak go poprosić o choćby najmniejszy dowód, gniewa się
srodze i wychodzi. Nie przypuszczam, by była to prawda… Ale może sam
sobie wierzy, co też jest niepokojące.
- Czy to najlepszy sposób na zdobycie przychylności kobiety? – zapytał Aeiran w przestrzeń. – Oczernianie rywala?
Latif oderwał wzrok od Vanny i spojrzał na niego przenikliwie, bez tej przesłodzonej uprzejmości.
- Słuszna uwaga, efendi, nie muszę tego robić – rzekł. – Kiedy książę
oświadczy się oficjalnie, z pewnością inaczej będzie z wami rozmawiał.
Wiedz przedtem jedno: mapy i tak nie dostaniesz.
Powiedziawszy to wstał i wyszedł, nie kłopocząc się czekaniem aż ktoś go
odprowadzi. Jakby na to czekając, weszła ponownie Yasmin, wnosząc tacę
ze śniadaniem.
- Nie miałam ochoty nic mu proponować – przyznała, krzywiąc się. – Nie
po tym, jak się zachowywał w gościnie. Jakby cuchnęło tu zgnilizną.
Zjedliśmy śniadanie w milczeniu, ale Vanny i ja co chwilę posyłałyśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia.
- A przepraszam, o mapie czego była mowa? – rzuciłam niewinnie, przełknąwszy wreszcie ostatni kęs. Witaj mi, tajemnico!
- Przeszłości – odpowiedział Aeiran spokojnie. – Przeszłości, którą zasypała pustynia.
- Przeszłości, do której nie można się dostać portalem?
- Dostać się tam to pół biedy… Gorzej coś znaleźć.
- Popraw mnie, jeśli się pomylę – powiedziała wolno Vanny. – Planowałeś sprzedać mnie sułtanowi za kawałek pergaminu?
- Nie tylko – pokręcił głową. – Była jeszcze mowa o paru wielbłądach.
- I tylko tyle jestem warta?! Mogłeś przynajmniej wytargować jakiś letni domek z ogródkiem albo coś…
- Domków z ogródkiem moglibyśmy mieć na pęczki – stwierdziłam. – W widmowym mieście, pamiętasz? Zasypanym przez pustynię.
- Mówiłem, że cię ze sobą zabiorę – Aeiran uśmiechnął się lekko. –
Sułtanowi wymknęła się wzmianka o mapie, kiedy spacerowałyście po
ogrodzie. Pytałem, czy jest możliwość skopiowania jej. A potem… to on
zaczął wypytywać.
- Zagadał cię! – klasnęłam w ręce. – No to pewnie ten śliski wąż was
podsłuchiwał… Tylko co mają zaginione miasta do spraw państwowych?
Pamiętam, że rozmowa toczyła się o dynastii i polityce…
- To też nie jest tajemnica – wyjaśniła mi Yasmin. – Dobrze pamiętam, że
gdy nasz sułtan był jeszcze księciem, jego starszy brat wyruszył na
pustynię, by odnaleźć pogrzebaną pod piaskiem przeszłość… I już nigdy
stamtąd nie wrócił.
- Bo co, nie wziął mapy ze sobą? – zdziwiła się Vanny.
- Podobno wziął… I w jakiś sposób wróciła do pałacowego skarbca.
- No proszę, historia z dreszczykiem… Ale teraz tym bardziej wolę Parveza. Może on zaproponuje za mnie coś normalnego.
- A w tym mieście-widmie mogą być skarby – zwróciłam jej uwagę.
- Tak, skarby-widma, strzeżone przez więcej widm – przekomarzała się, tłumiąc śmiech. – Chyba jednak wolę coś pewnego.
- A nie przeszkadza ci, że absztyfikant za młody?
- On za-młody, a ja za-jęta – wzruszyła ramionami. – Nikt nie jest doskonały.
3 X
Zadziwiające, ile można zdziałać z czyimś wizerunkiem, gdy eskorta
już czeka u drzwi i trzeba się naprawdę spieszyć… I gdy ma się do
dyspozycji dużą, przepełnioną po brzegi garderobę oraz cały tłum
rozentuzjazmowanych służek. Wątpiłam, by pani Yasmin zdążyła wykorzystać
te wszystkie odświętne stroje – a pomyśleć, ile jeszcze było
codziennych! – przez całe swoje życie, ale, jak uświadomiła mnie jedna z
dziewcząt, nie tylko ona w tym domu musiała się od czasu do czasu
ładnie ubrać. Inna rzecz, że w zasadzie nie wypatrzyłam tam żadnego
nieładnego ubrania.
- A obstawiałam, że zrobią ze mnie jakąś hurysę – Vanny przyglądała się swojej długiej, powiewnej szacie, utrzymanej w bladoróżowej tonacji i haftowanej srebrną nicią. Wyglądała… elegancko i dostojnie, a gdy ze śmiechem zakołysała biodrami, materiał układał się jak druga skóra, podkreślając jej wdzięk.
- Wystarczyłyby twoje włosy, żebyś się stała obiektem pragnień okolicznych kawalerów – zachichotałam. – Albo i nie kawalerów. Takich, których stać na więcej żon, też.
- Toś mnie pocieszyła – prychnęła. – Odkąd jestem w tym ciele, zdarza mi się to na okrągło. A co będzie, kiedy wrócę do własnego? Przyzwyczaiłam się! – wykrzyknęła z przesadnie nieszczęśliwą miną.
- Przefarbujesz włosy i wrócisz tu – skwitowałam, przeglądając się w wielkim lustrze. Jeśli Vanny była księżniczką jutrzenki, ja mogłam wystąpić w roli księżniczki nocy – z takimi samymi srebrzystymi haftami na ciemnofioletowym tle mogłabym stopić się w jedno z gwiaździstym niebem. I odebrało mi mowę, gdy służki Yasmin prowadziły nas do wyjścia i zobaczyłam Aeirana w odświętnym stroju pasującym do mojego. Wyglądał naprawdę… I sądząc po wyrazie jego oczu, ja też wyglądałam naprawdę.
- Ale córka króla duchów powstrzymała księcia przed padnięciem na kolana i podała mu dłoń do ucałowania zamiast szaty – zaintonowałam z nagłym natchnieniem. – I powiodła go do swych komnat, by uroczyście ślubować mu miłość i wierność…
- Sama to ułożyłaś?
- Nie ma tak dobrze – odpowiedziałam już normalnym głosem. – Ale po to tu jestem, żeby kiedyś ułożyć.
- W takim razie uważaj, bo mógłbym wziąć to na serio.
- O, porozmawiajcie tak sobie jeszcze – wyszczerzona od ucha do ucha Vanny dała mi kuksańca. – Ja sobie sama pójdę do sułtana i zagarnę cały splendor.
- Skoro próbujesz być bajarką w zastępstwie N’Didi, może opowiesz nam później, jak was przyjęto – Yasmin pojawiła się przy nas niemal bezszelestnie, uśmiechając się figlarnie. Była niemal równie podekscytowana jak jej służki i tak samo świetnie się bawiła przy ubieraniu nas. – Sułtan nie podejmuje cudzoziemców tylko dlatego, że są cudzoziemcami, jest zbyt rozmiłowany we własnym kraju. Dokonaliście czegoś niezwykłego w drodze?
- Pomogły jakiemuś księciu – Aeiran wzruszył ramionami.
- Doprawdy umiesz wywołać ciekawość – pani domu rzuciła mu spojrzenie pełne wyrzutu. – Koniecznie musicie opowiedzieć mi o waszych przygodach. Wczoraj nie chciałam was już męczyć, ale dziś z pewnością nie daruję.
Pałac sułtański stał dość daleko, więc prawie spodziewałam się jakiejś lektyki, ale okazało się, że bez trzęsiawki się obejdzie. Jego wysokość wydawał małe przyjęcie w ogrodzie Amiry, kimkolwiek była, więc droga trwała może dziesięć minut piechotą. Pewnie nawet zajęłaby mi mniej czasu, gdybym nie musiała dostosować tempa do dostojnie kroczącej eskorty. Na co dzień chodzę doprawdy szybciej, zwłaszcza w takim upale (żeby prędzej dojść do cienia), na szczęście moja ciemna szata skutecznie łapała słoneczne promienie.
Owszem, widzieliśmy wczoraj cztery spiczasto zakończone minarety, ale sądziłam, że strzegą jakiejś świątyni, a nie ogrodu. Naprawdę, naprawdę dużego ogrodu, położonego na planie prostokąta (nawet ktoś tak upośledzony w widzeniu przestrzennym jak ja mógł zauważyć, że jest dłuższy niż szerszy) i przedzielonego na części kanałami wodnymi i ścieżkami. Ha, z takiego opisu można by wywnioskować, że w tych sztywnych ramach znajduje się bardzo uporządkowane wnętrze, ale nie było tak źle! Zasadzono tam tak bujną i różnorodną roślinność, postawiono wymyślne fontanny i kolumny, które z pewnością wyrzeźbił jakiś przybysz z zagranicy… Zaskakujące ze strony władcy zakochanego we własnym kraju. Ale ten szum wody, śpiew ptaków, oszałamiający zapach kwiatów… Mogłabym tu zostać przynajmniej na tydzień.
A przynajmniej mogłam, dopóki nie zauważyłam przemykającej między kolumnami kobiety w czarnym welonie, która rzuciła w naszą stronę jedno spojrzenie – przelotne, ale mrożące…
W najmniej zagęszczonym przez roślinność miejscu rozpostarto czerwony baldachim, pod którym na poduszkach rozparli się gospodarz i goście.
- Patrz, znajome twarze – szepnęła ucieszona Vanny. I rzeczywiście, jednym z gości był nasz mały książę, który z wyraźnym znudzeniem słuchał jakiegoś – pewnie strofującego – wywodu swojego wezyra. Zamaskowany ochroniarz siedział w pewnym oddaleniu i milcząc spoglądał na kwiaty. Wreszcie książę uciął płynący ku niemu potok słów z dumną miną, co spotkało się z przyklaśnięciem i szczerym śmiechem ze strony dostojnego pana w najbardziej ozdobnych szatach. Musiał to być sułtan Imam Faiz (którego miano, tak podobne do imienia Aeiranowego przewodnika, wzbudziło w nas cichą wesołość); otaczały go trzy niezwykle efektowne damy oraz, co dziwniejsze, dziewczynka może siedmioletnia, cała zaplątana w długą i ostentacyjnie błękitną suknię. Dalej usadowiło się jeszcze kilku mężczyzn, pewnie sułtańskich dostojników, a z tyłu stał rządek służących, wyprostowanych jak struny i gotowych na każde skinienie. W pobliżu dziewczyna o uduchowionym wyrazie twarzy grała na harfie nastrojową melodię.
Trudno było nie zauważyć naszego przybycia i to książę pierwszy na nie zareagował.
- Są tu! Naprawdę są! – ucieszył się, jakby było to wielkim zaskoczeniem. Czy koronowanym głowom się odmawia?
Przywitaliśmy się z ukłonem na tyle głębokim, by okazać szacunek, choć wezyr Latif skrzywił się z pogardą, nie dbając, czy ktoś to zauważy. Ochroniarz zauważył i uśmiechnął się niewesoło.
- Nasz szlachetny gość, książę Parvez, nalegał, by was tu zaprosić – sułtan łaskawie skinął dłonią, wskazując nam wolne poduszki. Był całkiem przystojnym mężczyzną około czterdziestki, o orlim nosie i starannie przystrzyżonej brodzie. – Jako że to przyjęcie na jego cześć, nie sposób było odmówić, poza tym opowieść o tak dzielnych niewiastach rozbudziła moją ciekawość.
- W przeciwnym razie sam bym do was przyjechał – dodał Parvez z promiennym chłopięcym uśmiechem. – Chodzą słuchy, że mam otrzymać w darze pięknego konia.
- Prawie żałuję, że nie przybyłam tu na własnym – Vanny mrugnęła do niego jak do dobrego znajomego. – Moglibyśmy się pościgać.
Chłopiec odwzajemnił mrugnięcie, a dziewczynka w błękitach przestała podwijać rękawy i zapatrzyła się na nas z zaciekawieniem.
- Ryzykowny to pomysł, nauczyć małżonkę jak władać bronią – mówił tymczasem sułtan z porozumiewawczym spojrzeniem. – Gdyby moje żony przejawiały takie zainteresowania, pałac prędko stałby się polem bitwy.
- Ona umiała już wcześniej – odpowiedział spokojnie Aeiran, absolutny ekspert od wieszania broni na ścianie. – Być może ryzykowałem od samego początku.
- Pewnie więc odebrała wykształcenie tam, gdzie jej piękna krewniaczka? – teraz władca uśmiechnął się do Vanny; w ogóle wydawał się skłonnym do uśmiechu, przyjaznym człowiekiem. – Po minie mojej małej Safiyi widzę, że najpóźniej jutro poprosi o możliwość pójścia w wasze ślady. Wszystkie pięć mych córek lśni niczym perły, ale ona jest z pewnością przeznaczona do niezwykłych rzeczy.
Jedna z jego żon, przypuszczalnie matka dziewczynki, spuściła głowę z dziwnym zmieszaniem i przyciągnęła małą do siebie, by poprawić jej suknię.
- Podobno nocujecie w Domu Faraj – odezwała się inna, przyglądając się naszym strojom. – Różne rzeczy można mówić o jego właścicielce, ale nawet będąc w podeszłym wieku jest wzorem do naśladowania, jeśli idzie o ubiór.
- Nie da się ukryć, garderobę ma pojemną – przytaknęła Vanny.
- A to dopiero! Nastawiałem się na słuchanie o bohaterskich czynach, a tymczasem słyszę szczebioty na temat fatałaszków! – sułtan klasnął w dłonie z udawanym oburzeniem. – Trzeba było jednak wydać przyjęcie w pałacu; niewiasty poszłyby do swoich komnat i byłby spokój.
- Tak mówisz teraz, mężu, a podczas odwiedzin w Domu Faraj traktowałeś Yasmin jak boskiego anioła – wytknęła mu żona.
- To co innego – uciął. – Gdyby mój ojciec, niech mu Bóg Jedyny błogosławi, zdążył ją odkupić, byłaby pewnie piastunką mej nieszczęsnej siostry. Ojciec chciał podarować ją mojej matce, która uwielbiała wszystko, co zagraniczne. Ten ogród – dodał tonem wyjaśnienia – właśnie ona ufundowała.
Po uprzejmościach przyszła kolej na jedzenie, które słudzy przynieśli na złotych półmiskach; nie wiem, skąd je wzięli, ale było zdumiewająco świeże. Do tego różnorodne – nie zamierzałam się objadać, ale spróbowałam daktyli nadziewanych migdałami, smażonych owoców i oczywiście cudownie orzeźwiającego sorbetu. Zestaw stosowny raczej na podwieczorek, ale nie szkodzi. Później trwała długa pogawędka – oczywiście zaczęła się od naszej akcji na pustyni, co zainspirowało sułtana i jego świtę do wspominania wojny, w której brał udział jeszcze jako młodzik. Nalegali też, żeby Naad opowiedział o jakimś zwycięstwie, którym się wsławił; jednak ochroniarz księcia kategorycznie odmówił. Wreszcie panowie przeszli na sprawy państwowe – to znaczy, głównie Latif wypytywał, a sułtańscy wezyrowie odpowiadali – a panie zajęły się zabawą z Safiyą, którą dopadła nuda, gdy ciekawa część przyjęcia się skończyła.
A Parvez wymknął się Naadowi, złapał mnie i Vanny za ręce i nie chcąc słuchać sprzeciwów zaprosił na spacer. Żadne sprzeciwy zresztą nie padły.
- …Wcale nikt mnie nie pytał o zdanie! – książę najwyraźniej obrał nas za swoje powierniczki. – Muszę znosić to gadanie o polityce, bo może sam kiedyś się nią zajmę, choć nie jestem następcą tronu. Ale wszyscy wkoło chcą mnie zaręczyć z tym… z tym dzieckiem! – ostatnie słowo niemal wypluł. – Co ja z nią pocznę?
- Poczekaj parę lat, książę – uśmiechnęłam się, wodząc wzrokiem wkoło. – Na moje oko wyrośnie na piękną pannę.
- I interesującą w pożyciu – zachichotała Vanny. – Może nawet do tego czasu nauczy się fechtunku.
- Ale ja pragnę przemierzać obce ziemie i dokonywać wielkich czynów – pożalił się Parvez. – Wcale nie chcę się żenić. Wolę brać przykład z Naada.
Obejrzał się za siebie, a my poszłyśmy w jego ślady – ochroniarz snuł się za nami jak cień, a gdy usłyszał, że o nim mowa, skrzywił się.
- Małżeństwo z księżniczką Safiyą doprowadzi do połączenia Dui i Turalu – powiedział tak, jak powtarza się wyuczoną lekcję. – To dla nas nadzwyczajna okazja. Imama Faiza prędzej rozsadzi niecierpliwość niż doczeka się syna, a ty, chłopcze, jesteś najlepszym kandydatem na zięcia.
- Gdybym chciał rządzić państwem, wybrałbym Ued – prychnął książę, a Naad wzdrygnął się nieznacznie; pamiętałam, że podobnie zareagował, gdy się przedstawiałam. Nie chcę wiedzieć?
- Mówiłaś, że jeździsz konno – Parvez przeszedł na lżejszy temat. – Opowiesz mi o swoim wierzchowcu?
Na to Vanny zaczęła opowiadać mu o krainie Orienre, gdzie żyją najpiękniejsze i najbardziej rącze konie, które same wybierają sobie jeźdźców. Widziałam, jak chłopcu świeciły się oczy – co by było, gdyby zapragnął się tam udać?
- Odkąd tu przyszliśmy, prawie się nie odzywasz – tym razem kuzynka zwróciła się do mnie. – Nawet jak na ciebie to dziwne. Nic, tylko się rozglądasz.
- Prześladuje mnie widok kobiety w czarnym welonie – przyznałam. – Mignęła mi przy wejściu, ale nie była od sułtana. Nie widziałaś jej?
- Chyba nie, ale powiedz coś więcej – ponagliła Vanny. – Czemu się tak przejmujesz? Za ładna? Nieziemska? Creepy-freaky?
- Piękna. Ale miała takie przeszywające spojrzenie – zamyśliłam się. – I duży srebrny wisior.
- Taki? – ruchem głowy wskazała na prawo. – Bo jeśli tak, to właśnie przeniknęła przez kwiaty jak duch.
Prędko obejrzałam się w tamtą stronę. Nieznajoma kobieta uśmiechnęła się do nas krzywo i skręciła w kierunku kolumny, za którą stał sułtan pogrążony w rozmowie z Aeiranem. Nie widzieli jej, ale nie ręczę za Parveza i Naada, którzy szli za nami; żaden jednak nie dał nic po sobie poznać. Kobieta rzuciła nam jeszcze jedno spojrzenie i wniknęła w kolumnę, rzeczywiście jak duch.
- Teraz to jej nie daruję – powiedziałam na wdechu.
- Bo co, nie wolno jej tu sobie chodzić? – wzruszyła ramionami moja kuzynka. – Może to duch założycielki ogrodu też chciał się przyjrzeć cudzoziemcom.
Tymczasem panowie zdążyli nas zauważyć.
- Ach! Najpiękniejsze kwiaty w tym ogrodzie! – sułtan ukłonił mi się zamaszyście, a Vanny ucałował dłoń, jakby zobaczył nas po raz pierwszy. – Książę Parvezie, jak dobrze, że jesteś. Najwyższy czas, byś ujrzał, jaki podarunek ci przygotowałem.
Powiódł nas z powrotem do baldachimu i zwołał resztę gości, którzy też zdążyli rozejść się po ogrodzie. Wtedy do harfistki dołączył flecista, a przez bramę wejściową wszedł jeden ze służących, prowadząc prowadząc wyczekiwanego przez księcia konia. Widziałam, jak Parvez rozpromienia się na widok karej kobyłki z wymyślnie zdobionym siodłem i ogłowiem, kroczącej po ścieżce jak prawdziwy paradny rumak. I pękającej z dumy.
- O bezczelna! – wykrztusiłam, kiedy przedefilowała obok i wyszczerzyła zęby na mój widok.
- No! – poparła mnie kuzyneczka, tłumiąc śmiech.
- Ta oto klacz spadła nam prosto z nieba, czcigodny książę – oznajmił uroczyście sułtan zachwyconemu Parvezowi, a ja nie wątpiłam, że rzeczywiście to zrobiła. – Być może przybyła z niebiańskich łąk albo uciekła ze stadnin władcy duchów. Tym bardziej uznałem, że jest to doskonały dla ciebie prezent.
- Z niebiańskich łąk – pokiwał głową Latif, sceptycznie unosząc brwi. – A nie narowista aby? Nie gryzie?
Usłyszawszy to Pokrzywa prychnęła ze wzgardą i kłapnęła na niego zębami, aż odskoczył.
- No proszę, jaka rozumna – roześmiał się Parvez, po czym podszedł bliżej, aby ją pogłaskać. Nie miała nic przeciwko, zdrajczyni. – I do tego piękna. Założę się, że również rącza!
- Tym razem nie czuję się na tyle pewnie, by przyjąć zakład – mruknął Naad, do którego najwyraźniej były skierowane te słowa.
- A gdy skończy się przyjęcie – dodał na koniec sułtan – zobaczysz, książę, jakie jeszcze inne dary spadły nam z nieba. Być może gdy wrócimy do pałacu, zechcesz wybrać jeszcze coś spośród nich.
Oj, dla mnie nie była to optymistyczna wizja…
- O czym tak rozmawiałeś z tym sułtanem? – chciała wiedzieć Vanny, gdy już wracaliśmy do Domu Faraj.
- Nie było to nic, o czym nie mógłby porozmawiać z tobą – odpowiedział Aeiran z nieprzeniknioną miną. – Głównie o ciebie wypytywał.
- Taak? Czekaj, to znaczy, o co dokładnie pytał?
- Z jakiej rodziny pochodzisz, jakie klejnoty lubisz najbardziej, jaki kolor mają twoje włosy pod obecnym… Czy lubisz dzieci.
- I, i, i… Poinformowałeś go?
- W szczegóły się nie wdawałem…
- To chyba faktycznie mógł pogadać ze mną osobiście. Nie uciekłabym.
- …I chyba jeszcze bardziej go to zaintrygowało.
To zamknęło Vanny usta i przez dalszą drogę rozmyślała o przyczynach i ewentualnych skutkach. A ja rozmyślałam o tym, jak odzyskać swojego konia.
- A obstawiałam, że zrobią ze mnie jakąś hurysę – Vanny przyglądała się swojej długiej, powiewnej szacie, utrzymanej w bladoróżowej tonacji i haftowanej srebrną nicią. Wyglądała… elegancko i dostojnie, a gdy ze śmiechem zakołysała biodrami, materiał układał się jak druga skóra, podkreślając jej wdzięk.
- Wystarczyłyby twoje włosy, żebyś się stała obiektem pragnień okolicznych kawalerów – zachichotałam. – Albo i nie kawalerów. Takich, których stać na więcej żon, też.
- Toś mnie pocieszyła – prychnęła. – Odkąd jestem w tym ciele, zdarza mi się to na okrągło. A co będzie, kiedy wrócę do własnego? Przyzwyczaiłam się! – wykrzyknęła z przesadnie nieszczęśliwą miną.
- Przefarbujesz włosy i wrócisz tu – skwitowałam, przeglądając się w wielkim lustrze. Jeśli Vanny była księżniczką jutrzenki, ja mogłam wystąpić w roli księżniczki nocy – z takimi samymi srebrzystymi haftami na ciemnofioletowym tle mogłabym stopić się w jedno z gwiaździstym niebem. I odebrało mi mowę, gdy służki Yasmin prowadziły nas do wyjścia i zobaczyłam Aeirana w odświętnym stroju pasującym do mojego. Wyglądał naprawdę… I sądząc po wyrazie jego oczu, ja też wyglądałam naprawdę.
- Ale córka króla duchów powstrzymała księcia przed padnięciem na kolana i podała mu dłoń do ucałowania zamiast szaty – zaintonowałam z nagłym natchnieniem. – I powiodła go do swych komnat, by uroczyście ślubować mu miłość i wierność…
- Sama to ułożyłaś?
- Nie ma tak dobrze – odpowiedziałam już normalnym głosem. – Ale po to tu jestem, żeby kiedyś ułożyć.
- W takim razie uważaj, bo mógłbym wziąć to na serio.
- O, porozmawiajcie tak sobie jeszcze – wyszczerzona od ucha do ucha Vanny dała mi kuksańca. – Ja sobie sama pójdę do sułtana i zagarnę cały splendor.
- Skoro próbujesz być bajarką w zastępstwie N’Didi, może opowiesz nam później, jak was przyjęto – Yasmin pojawiła się przy nas niemal bezszelestnie, uśmiechając się figlarnie. Była niemal równie podekscytowana jak jej służki i tak samo świetnie się bawiła przy ubieraniu nas. – Sułtan nie podejmuje cudzoziemców tylko dlatego, że są cudzoziemcami, jest zbyt rozmiłowany we własnym kraju. Dokonaliście czegoś niezwykłego w drodze?
- Pomogły jakiemuś księciu – Aeiran wzruszył ramionami.
- Doprawdy umiesz wywołać ciekawość – pani domu rzuciła mu spojrzenie pełne wyrzutu. – Koniecznie musicie opowiedzieć mi o waszych przygodach. Wczoraj nie chciałam was już męczyć, ale dziś z pewnością nie daruję.
Pałac sułtański stał dość daleko, więc prawie spodziewałam się jakiejś lektyki, ale okazało się, że bez trzęsiawki się obejdzie. Jego wysokość wydawał małe przyjęcie w ogrodzie Amiry, kimkolwiek była, więc droga trwała może dziesięć minut piechotą. Pewnie nawet zajęłaby mi mniej czasu, gdybym nie musiała dostosować tempa do dostojnie kroczącej eskorty. Na co dzień chodzę doprawdy szybciej, zwłaszcza w takim upale (żeby prędzej dojść do cienia), na szczęście moja ciemna szata skutecznie łapała słoneczne promienie.
Owszem, widzieliśmy wczoraj cztery spiczasto zakończone minarety, ale sądziłam, że strzegą jakiejś świątyni, a nie ogrodu. Naprawdę, naprawdę dużego ogrodu, położonego na planie prostokąta (nawet ktoś tak upośledzony w widzeniu przestrzennym jak ja mógł zauważyć, że jest dłuższy niż szerszy) i przedzielonego na części kanałami wodnymi i ścieżkami. Ha, z takiego opisu można by wywnioskować, że w tych sztywnych ramach znajduje się bardzo uporządkowane wnętrze, ale nie było tak źle! Zasadzono tam tak bujną i różnorodną roślinność, postawiono wymyślne fontanny i kolumny, które z pewnością wyrzeźbił jakiś przybysz z zagranicy… Zaskakujące ze strony władcy zakochanego we własnym kraju. Ale ten szum wody, śpiew ptaków, oszałamiający zapach kwiatów… Mogłabym tu zostać przynajmniej na tydzień.
A przynajmniej mogłam, dopóki nie zauważyłam przemykającej między kolumnami kobiety w czarnym welonie, która rzuciła w naszą stronę jedno spojrzenie – przelotne, ale mrożące…
W najmniej zagęszczonym przez roślinność miejscu rozpostarto czerwony baldachim, pod którym na poduszkach rozparli się gospodarz i goście.
- Patrz, znajome twarze – szepnęła ucieszona Vanny. I rzeczywiście, jednym z gości był nasz mały książę, który z wyraźnym znudzeniem słuchał jakiegoś – pewnie strofującego – wywodu swojego wezyra. Zamaskowany ochroniarz siedział w pewnym oddaleniu i milcząc spoglądał na kwiaty. Wreszcie książę uciął płynący ku niemu potok słów z dumną miną, co spotkało się z przyklaśnięciem i szczerym śmiechem ze strony dostojnego pana w najbardziej ozdobnych szatach. Musiał to być sułtan Imam Faiz (którego miano, tak podobne do imienia Aeiranowego przewodnika, wzbudziło w nas cichą wesołość); otaczały go trzy niezwykle efektowne damy oraz, co dziwniejsze, dziewczynka może siedmioletnia, cała zaplątana w długą i ostentacyjnie błękitną suknię. Dalej usadowiło się jeszcze kilku mężczyzn, pewnie sułtańskich dostojników, a z tyłu stał rządek służących, wyprostowanych jak struny i gotowych na każde skinienie. W pobliżu dziewczyna o uduchowionym wyrazie twarzy grała na harfie nastrojową melodię.
Trudno było nie zauważyć naszego przybycia i to książę pierwszy na nie zareagował.
- Są tu! Naprawdę są! – ucieszył się, jakby było to wielkim zaskoczeniem. Czy koronowanym głowom się odmawia?
Przywitaliśmy się z ukłonem na tyle głębokim, by okazać szacunek, choć wezyr Latif skrzywił się z pogardą, nie dbając, czy ktoś to zauważy. Ochroniarz zauważył i uśmiechnął się niewesoło.
- Nasz szlachetny gość, książę Parvez, nalegał, by was tu zaprosić – sułtan łaskawie skinął dłonią, wskazując nam wolne poduszki. Był całkiem przystojnym mężczyzną około czterdziestki, o orlim nosie i starannie przystrzyżonej brodzie. – Jako że to przyjęcie na jego cześć, nie sposób było odmówić, poza tym opowieść o tak dzielnych niewiastach rozbudziła moją ciekawość.
- W przeciwnym razie sam bym do was przyjechał – dodał Parvez z promiennym chłopięcym uśmiechem. – Chodzą słuchy, że mam otrzymać w darze pięknego konia.
- Prawie żałuję, że nie przybyłam tu na własnym – Vanny mrugnęła do niego jak do dobrego znajomego. – Moglibyśmy się pościgać.
Chłopiec odwzajemnił mrugnięcie, a dziewczynka w błękitach przestała podwijać rękawy i zapatrzyła się na nas z zaciekawieniem.
- Ryzykowny to pomysł, nauczyć małżonkę jak władać bronią – mówił tymczasem sułtan z porozumiewawczym spojrzeniem. – Gdyby moje żony przejawiały takie zainteresowania, pałac prędko stałby się polem bitwy.
- Ona umiała już wcześniej – odpowiedział spokojnie Aeiran, absolutny ekspert od wieszania broni na ścianie. – Być może ryzykowałem od samego początku.
- Pewnie więc odebrała wykształcenie tam, gdzie jej piękna krewniaczka? – teraz władca uśmiechnął się do Vanny; w ogóle wydawał się skłonnym do uśmiechu, przyjaznym człowiekiem. – Po minie mojej małej Safiyi widzę, że najpóźniej jutro poprosi o możliwość pójścia w wasze ślady. Wszystkie pięć mych córek lśni niczym perły, ale ona jest z pewnością przeznaczona do niezwykłych rzeczy.
Jedna z jego żon, przypuszczalnie matka dziewczynki, spuściła głowę z dziwnym zmieszaniem i przyciągnęła małą do siebie, by poprawić jej suknię.
- Podobno nocujecie w Domu Faraj – odezwała się inna, przyglądając się naszym strojom. – Różne rzeczy można mówić o jego właścicielce, ale nawet będąc w podeszłym wieku jest wzorem do naśladowania, jeśli idzie o ubiór.
- Nie da się ukryć, garderobę ma pojemną – przytaknęła Vanny.
- A to dopiero! Nastawiałem się na słuchanie o bohaterskich czynach, a tymczasem słyszę szczebioty na temat fatałaszków! – sułtan klasnął w dłonie z udawanym oburzeniem. – Trzeba było jednak wydać przyjęcie w pałacu; niewiasty poszłyby do swoich komnat i byłby spokój.
- Tak mówisz teraz, mężu, a podczas odwiedzin w Domu Faraj traktowałeś Yasmin jak boskiego anioła – wytknęła mu żona.
- To co innego – uciął. – Gdyby mój ojciec, niech mu Bóg Jedyny błogosławi, zdążył ją odkupić, byłaby pewnie piastunką mej nieszczęsnej siostry. Ojciec chciał podarować ją mojej matce, która uwielbiała wszystko, co zagraniczne. Ten ogród – dodał tonem wyjaśnienia – właśnie ona ufundowała.
Po uprzejmościach przyszła kolej na jedzenie, które słudzy przynieśli na złotych półmiskach; nie wiem, skąd je wzięli, ale było zdumiewająco świeże. Do tego różnorodne – nie zamierzałam się objadać, ale spróbowałam daktyli nadziewanych migdałami, smażonych owoców i oczywiście cudownie orzeźwiającego sorbetu. Zestaw stosowny raczej na podwieczorek, ale nie szkodzi. Później trwała długa pogawędka – oczywiście zaczęła się od naszej akcji na pustyni, co zainspirowało sułtana i jego świtę do wspominania wojny, w której brał udział jeszcze jako młodzik. Nalegali też, żeby Naad opowiedział o jakimś zwycięstwie, którym się wsławił; jednak ochroniarz księcia kategorycznie odmówił. Wreszcie panowie przeszli na sprawy państwowe – to znaczy, głównie Latif wypytywał, a sułtańscy wezyrowie odpowiadali – a panie zajęły się zabawą z Safiyą, którą dopadła nuda, gdy ciekawa część przyjęcia się skończyła.
A Parvez wymknął się Naadowi, złapał mnie i Vanny za ręce i nie chcąc słuchać sprzeciwów zaprosił na spacer. Żadne sprzeciwy zresztą nie padły.
- …Wcale nikt mnie nie pytał o zdanie! – książę najwyraźniej obrał nas za swoje powierniczki. – Muszę znosić to gadanie o polityce, bo może sam kiedyś się nią zajmę, choć nie jestem następcą tronu. Ale wszyscy wkoło chcą mnie zaręczyć z tym… z tym dzieckiem! – ostatnie słowo niemal wypluł. – Co ja z nią pocznę?
- Poczekaj parę lat, książę – uśmiechnęłam się, wodząc wzrokiem wkoło. – Na moje oko wyrośnie na piękną pannę.
- I interesującą w pożyciu – zachichotała Vanny. – Może nawet do tego czasu nauczy się fechtunku.
- Ale ja pragnę przemierzać obce ziemie i dokonywać wielkich czynów – pożalił się Parvez. – Wcale nie chcę się żenić. Wolę brać przykład z Naada.
Obejrzał się za siebie, a my poszłyśmy w jego ślady – ochroniarz snuł się za nami jak cień, a gdy usłyszał, że o nim mowa, skrzywił się.
- Małżeństwo z księżniczką Safiyą doprowadzi do połączenia Dui i Turalu – powiedział tak, jak powtarza się wyuczoną lekcję. – To dla nas nadzwyczajna okazja. Imama Faiza prędzej rozsadzi niecierpliwość niż doczeka się syna, a ty, chłopcze, jesteś najlepszym kandydatem na zięcia.
- Gdybym chciał rządzić państwem, wybrałbym Ued – prychnął książę, a Naad wzdrygnął się nieznacznie; pamiętałam, że podobnie zareagował, gdy się przedstawiałam. Nie chcę wiedzieć?
- Mówiłaś, że jeździsz konno – Parvez przeszedł na lżejszy temat. – Opowiesz mi o swoim wierzchowcu?
Na to Vanny zaczęła opowiadać mu o krainie Orienre, gdzie żyją najpiękniejsze i najbardziej rącze konie, które same wybierają sobie jeźdźców. Widziałam, jak chłopcu świeciły się oczy – co by było, gdyby zapragnął się tam udać?
- Odkąd tu przyszliśmy, prawie się nie odzywasz – tym razem kuzynka zwróciła się do mnie. – Nawet jak na ciebie to dziwne. Nic, tylko się rozglądasz.
- Prześladuje mnie widok kobiety w czarnym welonie – przyznałam. – Mignęła mi przy wejściu, ale nie była od sułtana. Nie widziałaś jej?
- Chyba nie, ale powiedz coś więcej – ponagliła Vanny. – Czemu się tak przejmujesz? Za ładna? Nieziemska? Creepy-freaky?
- Piękna. Ale miała takie przeszywające spojrzenie – zamyśliłam się. – I duży srebrny wisior.
- Taki? – ruchem głowy wskazała na prawo. – Bo jeśli tak, to właśnie przeniknęła przez kwiaty jak duch.
Prędko obejrzałam się w tamtą stronę. Nieznajoma kobieta uśmiechnęła się do nas krzywo i skręciła w kierunku kolumny, za którą stał sułtan pogrążony w rozmowie z Aeiranem. Nie widzieli jej, ale nie ręczę za Parveza i Naada, którzy szli za nami; żaden jednak nie dał nic po sobie poznać. Kobieta rzuciła nam jeszcze jedno spojrzenie i wniknęła w kolumnę, rzeczywiście jak duch.
- Teraz to jej nie daruję – powiedziałam na wdechu.
- Bo co, nie wolno jej tu sobie chodzić? – wzruszyła ramionami moja kuzynka. – Może to duch założycielki ogrodu też chciał się przyjrzeć cudzoziemcom.
Tymczasem panowie zdążyli nas zauważyć.
- Ach! Najpiękniejsze kwiaty w tym ogrodzie! – sułtan ukłonił mi się zamaszyście, a Vanny ucałował dłoń, jakby zobaczył nas po raz pierwszy. – Książę Parvezie, jak dobrze, że jesteś. Najwyższy czas, byś ujrzał, jaki podarunek ci przygotowałem.
Powiódł nas z powrotem do baldachimu i zwołał resztę gości, którzy też zdążyli rozejść się po ogrodzie. Wtedy do harfistki dołączył flecista, a przez bramę wejściową wszedł jeden ze służących, prowadząc prowadząc wyczekiwanego przez księcia konia. Widziałam, jak Parvez rozpromienia się na widok karej kobyłki z wymyślnie zdobionym siodłem i ogłowiem, kroczącej po ścieżce jak prawdziwy paradny rumak. I pękającej z dumy.
- O bezczelna! – wykrztusiłam, kiedy przedefilowała obok i wyszczerzyła zęby na mój widok.
- No! – poparła mnie kuzyneczka, tłumiąc śmiech.
- Ta oto klacz spadła nam prosto z nieba, czcigodny książę – oznajmił uroczyście sułtan zachwyconemu Parvezowi, a ja nie wątpiłam, że rzeczywiście to zrobiła. – Być może przybyła z niebiańskich łąk albo uciekła ze stadnin władcy duchów. Tym bardziej uznałem, że jest to doskonały dla ciebie prezent.
- Z niebiańskich łąk – pokiwał głową Latif, sceptycznie unosząc brwi. – A nie narowista aby? Nie gryzie?
Usłyszawszy to Pokrzywa prychnęła ze wzgardą i kłapnęła na niego zębami, aż odskoczył.
- No proszę, jaka rozumna – roześmiał się Parvez, po czym podszedł bliżej, aby ją pogłaskać. Nie miała nic przeciwko, zdrajczyni. – I do tego piękna. Założę się, że również rącza!
- Tym razem nie czuję się na tyle pewnie, by przyjąć zakład – mruknął Naad, do którego najwyraźniej były skierowane te słowa.
- A gdy skończy się przyjęcie – dodał na koniec sułtan – zobaczysz, książę, jakie jeszcze inne dary spadły nam z nieba. Być może gdy wrócimy do pałacu, zechcesz wybrać jeszcze coś spośród nich.
Oj, dla mnie nie była to optymistyczna wizja…
- O czym tak rozmawiałeś z tym sułtanem? – chciała wiedzieć Vanny, gdy już wracaliśmy do Domu Faraj.
- Nie było to nic, o czym nie mógłby porozmawiać z tobą – odpowiedział Aeiran z nieprzeniknioną miną. – Głównie o ciebie wypytywał.
- Taak? Czekaj, to znaczy, o co dokładnie pytał?
- Z jakiej rodziny pochodzisz, jakie klejnoty lubisz najbardziej, jaki kolor mają twoje włosy pod obecnym… Czy lubisz dzieci.
- I, i, i… Poinformowałeś go?
- W szczegóły się nie wdawałem…
- To chyba faktycznie mógł pogadać ze mną osobiście. Nie uciekłabym.
- …I chyba jeszcze bardziej go to zaintrygowało.
To zamknęło Vanny usta i przez dalszą drogę rozmyślała o przyczynach i ewentualnych skutkach. A ja rozmyślałam o tym, jak odzyskać swojego konia.
2 X
…Słowo daję, zawsze kiedy wydaje mi się, że już wszystko zrozumiałam,
dowiaduję się czegoś, co jeszcze bardziej plącze mi w głowie. Jak
choćby z tym noszeniem błękitów przez kobiety. Jak wyjaśniła mi pani
Yasmin, tradycja ta pozostała z czasów, gdy na okolicznych ziemiach
panował politeizm, a kolorem Bogini-Dziewicy był właśnie niebieski. OK,
to mogę zrozumieć. Ale wiem też, że o ile mężatki są w Dui praktycznie
nietykalne, o tyle każda panna, która wyszłaby z domu bez opieki,
stałaby się łatwą ofiarą i każdy sąd uznałby, że sama była sobie winna. I
jak ten fakt zestawić z tymi barwnymi, uprzejmymi, wesołymi ludźmi,
których tu dotychczas spotkałam? A i tak najbardziej niezrozumiały jest
dla mnie fakt, że Akim tak się bał choćby spojrzeć na Vanny. Lękał się
samego siebie czy też kuzyneczka dała mu kopa poniżej pasa, kiedy nikt
nie patrzył? Kiedy zapytałam o to panią Yasmin, roześmiała się tylko i
stwierdziła, że widocznie za długo przebywał w Turalu. Co jednak niczego
nie tłumaczyło.
Ale oczywiście musiałam zacząć od końca, bez informacji, kim jest ta Yasmin i czy w ogóle dotarliśmy do stolicy, to takie w moim stylu. Uch!
Aziz-Duę chroniły wysokie mury z trzema bramami – od strony zachodniej, wschodniej i południowej. Kiedy przekroczyliśmy tę pierwszą, zostawiając za sobą pustynię… nie do wiary, zupełnie jakby otworzył się przed nami inny świat. Przede wszystkim dźwięki – jaki gwar, jak głośno! Myślałam, że nasza karawana skłądała się z samych gaduł, a teraz proszę pomnożyć owo gadulstwo przez pięć… milionów? Do tego dodać stukot kopyt rozmaitych wierzchowców, turkot wozów, brzęk naczyń z obwoźnych straganów… I muzykę, muzykę wygrywaną głównie na fletach i fletniach, dobiegającą z prawie każdej uliczki, równie głośną i wesołą jak żyjący tu ludzie. W pierwszej chwili musiałam owinąć uszy chustą, dopiero później przyzwyczaiłam się do miejskiego gwaru, a dziś już nawet zaczyna mi się podobać. Przynajmniej dopóki nie pójdę spać (o ile). Potem zaczęłam zwracać uwagę na oprawę wizualną, która okazała się bardziej Miya-friendly niż dźwiękowa. Ba, wręcz nie mogłam oderwać oczu od każdego budynku, obok którego przejeżdżałam. Proste w konstrukcji, pudełkowate domy z jednym lub dwoma piętrami i tarasami na dachach nie robiłyby wrażenia, gdyby nie ich ściany, ozdobione mozaikami z kolorowych kamieni. Dokładnie wykonane fantazyjne wzory, a nieraz scenki rodzajowe, pokrywały czasem tylko część ściany, a czasem i cały budynek – zależy, na jak wiele stać było domowników. A jeszcze okna, które zamiast szyb miały ażurowe okiennice… Mam nadzieję, że Duańczycy są przyzwyczajeni do podekscytowanych turystek, bo zarówno ja, jak i Vanny, nie mogłyśmy się napiszczeć z zachwytu nad każdym szczegółem. A Aeiran, który jak mało kto potrafi takie szczegóły docenić, posłał mi uśmiech mówiący: „a widzisz?”… W porządku, dotarłam do miasta nieodwodniona i na powitanie dostałam piękne widoki, ale jakoś wątpiłam, że to było już wszystko.
I tak, kiedy już zsiedliśmy z naszych wierzchowców, a Akim i jego towarzysze pożegnali się kwieciście, nie mogłyśmy nie zadać pytania, co dalej.
– Znasz Dom Faraj, prawda? – rzucił Aeiran w stronę murzyńskiego przewodnika.
– Znać wszystkie domy w Dua! – Imamu z dumy wyprostował się jak struna. – Pan wielki nie pozwalać tam chodzić, ale każdy wiedzieć, gdzie to. Czy zanieść wiadomość pani Yasmin?
– Nie trzeba, powinna już się nas spodziewać. – Aeiran skrzywił się nieznacznie, a ja zapłonęłam z ciekawości, do jakiego zakazanego domu chce nas zaprowadzić i dlaczego. – Wracaj do siebie i przekaż to swojemu panu. To połowa wynagrodzenia.
Imamu uważnie obejrzał podany mu przermiot. Była to mieniąca się półkula, pokryta jakimiś wzorami, które to ciemniały, to skrzyły się w słońcu.
– Pan nie myśleć Imamu sprzedać to po drodze? – zapytał podejrzliwie.
– Nie, jeśli liczysz na drugą połowę.
Usłyszawszy to przewodnik chyba coś zrozumiał, bo aż podskoczył ze śmiechem.
– O, radość! Chwalić bogów! – wykrzyknął, po czym skłonił się nam i pobiegł w swoją stronę, ciągnąć za sobą rżącą z wyrzutem szkapinę.
Najwyraźniej Aeiran dobrze wiedział, którędy iść do owego tajemniczego Domu Faraj, bo ani razu nie zawahał się po drodze. Mijaliśmy ciemnookich mężczyzn w długich szatach i zawojach na głowach, siedzących na progach rozmawiając i popijając coś ze smakiem. Mijaliśmy kobiety tajemniczych uśmiechach, ubrane podobnie do mnie i Vanny – w chusty i tuniki lub suknie, zakrywające dokładnie ciało, ale nie twarz – lecz często obwieszone mnóstwem biżuterii. Widzieliśmy fontanny i bujną zieleń, która odbierała mi wiarę w to, że za nami została pustynia – a przecież przebyłam ją! To już raczej powinnam wątpić w rozciągający się po drugiej stronie kraj. Zupełnie jakby ktoś narysował na piasku linię i powiedział ludziom: „dotąd ta ziemia jest wasza”…
Wreszcie stanęliśmy przed domem innym niż wszystkie. Owszem, ściany miał wyłożone kamykami, ale wyłącznie białymi. Tak białymi, że aż raziły w oczy – a szkoda, bo w tle majaczył całkiem imponujący ogród i jakiś dodatkowy spiczasty dach. Już mieliśmy zapukać, gdy jakaś młoda dziewuszka z dzbanem na głowie, zmierzająca w naszą stronę, zobaczyła nas i pisnęła z przestrachem, omal nie wylewając zawartości dzbana. Zatrzymała się bez ruchu i dopiero gdy cofnęliśmy się spory kawałek, ostrożnie przeszła resztą drogi i zniknęła za drzwiami.
– Boi się cudzoziemców czy masz się z czego tłumaczyć? – zwróciłam się do Aeirana, kiedy drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich pani domu. Osoba tak dostojna jak ona nie mogła być nikim innym. Nosiła biel, przez co niemal stapiała się ze ścianami, a do tego upięte do góry włosy miała całkiem siwe. Choć wkroczyła w podeszły wiek, nie ulegało wątpliwości, że musiała niegdyś być piękną kobietą – wciąż zachowała ślady tej urody. Zwłaszcza uśmiech, którego po prostu nie dało się nie odwzajemnić.
– Zapowiedziałeś się ze sporym wyprzedzeniem – powiedziała uszczypliwym tonem.
– Wcześniej byłem tu w pojedynkę – wyjaśnił Aeiran z zaskakującym (a może wcale nie?) szacunkiem. – Mam nadzieję, że zadośćuczynienie odpowiadało twojemu mężowi.
– Z pewnością by mu odpowiadało, gdyby nie zmarł pół roku temu – dama w bieli posmutniała, ale po chwili otrząsnęła się i klasnęła w dłonie. – Ale nie myśl sobie, że ja nie wiem, co zasługuje na uznanie! A teraz już wejdźcie, nie możemy przecież tak rozmawiać przez próg.
W domu panował przyjemny chłód; było też zdecydowanie ciemniej niż na zewnątrz, ale zdołałam dostrzec mozaikę na ścianie. A na innej – gobelin. Pani domu przestała mrużyć oczy i przyjrzała się nam uważnie.
– Ależ mój drogi! – roześmiała się. – Czyżbyś zakończył swoje poszukiwania z nawiązką? Dziewczęta! – drgnęłyśmy, ale ona zwracała się do dwóch główek wyglądających zza drzwi do innego pomieszczenia. Jedną z nich uprzednio zdobił dzban. – Mamy ważnych gości, więc wypadałoby przygotować coś specjalnego na kolację.
Główki przyjrzały nam się nieufnie i schowały się, by po chwili zacząć brzęczeć naczyniami. Tymczasem dama skinęła na nas i również poszliśmy dalej.
– Jeśli chodzi o moje poszukiwania – Aeiran patrzył gdzieś w przestrzeń, ale jego dłoń znalazła moją – przyjechałem pokazać bajarce, że się myliła.
– Z pewnością znalazłaby jakieś wytłumaczenie – dama niefrasobliwie machnęła ręką. – Proszę, rozgośćcie się.
Przyprowadziła nas do przestronnego pokoju z wielkim oknem wychodzącym na ogród – z zewnątrz słychać było plusk fontanny. Można było zdjąć wreszcie nakrycia głowy, rozsiąść się wygodnie i odetchnąć… Rolę siedzeń pełniły tu miękkie haftowane poduszki, a na dwóch przeciwległych ścianach zauważyłam mozaiki imitujące las. Taki sosnowy.
– Nietypowo tu, wiem – pokiwała głową pani domu. – Tak zarządził mój mąż, gdy stawialiśmy ten dom. A raczej odbudowywaliśmy po raz pierwszy… Wiele lat upłynęło od tego czasu.
Nadeszła jedna z dziewcząt – nie ta od dzbana – niosąc tacę z herbatą. Prawie jak w domu, z tą różnicą, że teraz to ja byłam obsługiwana. A miętowy napar z cytryną przyniósł cudowne orzeźwienie.
– A że tak z ciekawości spytam – Vanny przerwała milczenie, wypiwszy całą herbatę. – Tutejsi nie czepiają się o niebieskie oczy?
Przyjrzałam się uważnie i rzeczywiście – choć nasza gospodyni miała duańską śniadą cerę (która jednak mogła być opalenizną) i pełen gracji chód, wyróżniały ją właśnie jasne oczy. Roześmiała się znowu – ten dom na co dzień musiał rozbrzmiewać śmiechem.
– Bez obaw, tutejsi mają świadomość, że za morzem rodzą się takie dziwy natury. Choć gdyby starzy bogowie nie odeszli stąd dawno temu, pewnie uważano by nas za ich wysłanniczki… Zwłaszcza jednej konkretnej. Choć ciekawa jestem, co powiedzieliby o tobie – zwróciła się do mnie z figlarnym uśmieszkiem. Westchnęła, kręcąc głową nad sobie tylko znaną myślą, po czym rozpoczęła opowieść:
– Jak się łatwo domyślić, nie urodziłam się w Dui. Przybyłam tu, kiedy… byłam młoda i głupia, a w dodatku samotna. Dopuściłam, by schwytali mnie handlarze niewolników, a później próbowałam im uciec, tyleż często, co bezskutecznie. Kiedy wreszcie zrozumiałam, że ludzi w niewoli wciąż traktuje się tu jak ludzi, przestałam walczyć. A gdy okazało się, że nikt zza morza nie przybędzie, by mnie wykupić, zmieniono mi imię na Yasmin i sprzedano jako kucharkę panu tego domu, znanemu medykowi. Pomyśleć, że teraz kto inny gotuje za mnie… Ale to ja wciąż jestem źródłem przepisów.
Wypiła łyk herbaty, żeby zwilżyć usta, i podjęła:
– Mój nowy pan był ode mnie sporo starszy i bardzo mądry, nauczył mnie na powrót cieszyć się życiem, a ja starałam się być wzorem oddania i posłuszeństwa. Ponieważ wkrótce skradł moje serce, oddając w zamian swoje, skończyło się tym, że mnie wyzwolił i pojął za żonę. Od tamtej pory dawaliśmy wolność wszystkim niewolnikom, którzy do nas trafiali… wielu z nich z wdzięczności u nas pozostało.
Opowieść przerwało nadejście kuchareczek z wyśmienicie pachnącą kolacją, która natychmiast rozbudziła mój apetyt. Jedliśmy w milczeniu, a pod ścianą zasiedli dwaj utalentowani panowie – tak dla równowagi – by umilać nam posiłek grą na flecie i bębenku.
– Wydaje mi się, że muzyka jest milsza waszym uszom niż słuchanie wspomnień staruszki – pani Yasmin nie schodził z twarzy uśmiech, ale patrzyła na nas badawczo.
– Nie, skąd – pokręciłam głową. – Zastanawiam się tylko, czy opowiada to pani wszystkim swoim gościom.
– Tylko tym, którzy lubią opowieści… i właśnie od tego powinnam była zacząć. – Naraz posmutniała i z żalem zwróciła się do Aeirana: – Przykro mi, ale N’Didi nie ma już wśród nas.
– Zabrzmiało to bardzo ostatecznie – zauważył z lekkim niepokojem.
– Nie, nie jest aż tak źle, ale bardzo mi jej brak – westchnęła pani Yasmin. – Po prostu opuściła mój dom. Owszem, obiecała, że pewnego dnia wróci, ale Bóg jeden wie, kiedy to nastąpi.
– Od dawna już jej nie ma?
– Według mnie od zbyt dawna… N’Didi jest bajarką z dalekiego południa – wyjaśniła na użytek mój i Vanny. – Zanim… trafiła do Dui, od dziecka była szkolona na strażniczkę i źródło zasłyszanych opowieści. I z pewnością przerosła pod tym względem wszelkie oczekiwania. Każdy, kto zawitał do naszego domu, pragnął jej posłuchać… i zawsze wychodził odmieniony. W ten czy inny sposób.
– Dlaczego odeszła? – zapytał Aeiran, sama nie wiem, czy z ciekawością, czy irytacją.
– Aż tak ci pilno ją przekonać, że się myliła? – pani Yasmin uniosła brwi w rozbawieniu. – Po twojej zeszłorocznej wizycie pozostała sterta gruzów, w których czaiły się cienie. Nawet gdy znalazł się jakiś budowniczy, nie lękający się zmierzyć z tym wyzwaniem, prędzej czy później odchodził z niczym. Albo ze strachem. Aż wreszcie zjawił się pewien cudzoziemiec, młody, jasnowłosy, o spokojnym spojrzeniu i niespokojnym duchu. Mówił, że potrzebna mu tylko noc odpoczynku, ale podczas tej nocy usłyszał opowieść N’Didi… i już nie umiał stąd odejść.
– Co takiego mu opowiedziała? – teraz to ja nie potrafiłam skryć zaciekawienia.
– Nie mam pojęcia, zwykle to sprawa między nią a słuchaczem. Ale ten młodzieniec zapytał mnie, czy mógłby stworzyć tu sobie miejsce do przemyśleń. Nie rozumiałam, po co mu dodatkowe miejsce, skoro ma go u mnie pod dostatkiem, ale on prędko zaprojektował… cóż, chyba można to nazwać małą świątynią. Pomagał też w jej budowie, dokładnie tam, gdzie inni zawiedli. Teraz często tam chodzę, by szukać ukojenia… Było mi potrzebne zwłaszcza po śmierci mego małżonka. Młodzieniec pozostawił tę świątynię do mojej dyspozycji, kiedy przyszedł z jeszcze większym niepokojem w sercu, pożegnać się i poprosić o towarzystwo N’Didi.
– Ale ona nie była już niewolnicą – zauważyła Vanny. – Czy mógł o nią prosić jak o zapłatę?
– Nie ujął tego w taki sposób… a N’Didi była zaciekawiona nim i jego podróżą, więc zgodziła się wziąć w niej udział. Wyjechali jeszcze tego samego dnia…
Później odwiedziliśmy ową świątynię – znajdowała się pod tym spiczastym dachem, który widziałam z zewnątrz, a wyglądała tak filigranowo, że po prostu nie miała prawa stać – ale absolutnie nic nam to nie wyjaśniło. Choćby dlatego, że oprócz pani Yasmin do środka zdołała wejść tylko Vanny, podczas gdy nam dwojgu zagrodził drogę jakiś niewidzialny mur. A nieszczęsna gospodyni zarzekała się, że nigdy wcześniej się to nie zdarzało – czyli jeszcze jacyś goście musieli to miejsce odwiedzać. W sumie nic dziwnego – Dom Faraj jest czymś pośrednim między kliniką a hotelem, a skoro zabrakło lekarza – i bajarki – musiało pozostać coś, co odmienia ludzi.
– No to przyznaj się, jaką bajkę wstawiła ci ta N’Didi, że aż zmiotłeś kawałek domu – natarłam na Aeirana jeszcze później, gdy zostaliśmy sami w miło urządzonym pokoju (z rządkiem kamyczkowych tancerek na ścianie). – Co chciałeś zrobić, ukarać ją?
– W pierwszej chwili rzeczywiście byłem gotów ją zaatakować – przyznał, nie patrząc na mnie – ale powstrzymało mnie to, że… była chroniona. Nie wiem, jak to ująć. Może strzegły jej jakieś dobre duchy.
– Może te same, które teraz strzegą sanktuarium? – prychnęłam. – No nic, i tak mała szkoda, jak na kogoś, kto kiedyś rozpirzył całą Zwrotkę.
– Chciałem, żebyś ją poznała – ciągnął jakby mnie nie słyszał. – Ma talent tej miary, co Vaneshka i twój przyjaciel Geddwyn. I ty sama, kiedy nie próbujesz go okiełznać.
– Co takiego ci opowiedziała? – powtórzyłam. Chwilę trwało, zanim odpowiedział:
– Legendę o białym zamku, który zmienia ludzkie przeznaczenie. O jego srebrzystej władczyni i… Nieważne. Chyba sama była zdziwiona tym, co mówi, i słusznie.
– No to faktycznie chętnie bym ją poznała. I zakneblowała – zadecydowałam. – Wiesz, zdecydowanie powinieneś był zdać mi szczegółową relację ze wszystkich miejsc, w których byłeś, czekając na mój powrót.
– Większość nie była warta uwagi… Oprócz tego jednego, do którego wolałem cię po prostu zabrać.
– Tak się tłumacz… Właściwie to jestem zaskoczona, że pani Yasmin nie zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
– To byłoby wbrew jej zasadom – stwierdził Aeiran, zanim przegonił całą moją irytację pocałunkiem. – Zresztą… Nie, przed tobą by ich nie zatrzasnęła.
Tyle z pierwszego dnia w Aziz-Dui. Na dziś palnowaliśmy porządną wycieczkę po mieście, ale zbudził nas zdyszany posłaniec z wieścią, że jesteśmy zaproszeni do sułtana w samo południe. Do sułtana. W samo południe. Czyli za jakieś pół godziny przyjdzie po nas eskorta. Nie, nie mam pojęcia, czym sobie zasłużyliśmy. Ale takiemu zaproszniu się nie odmawia, prawda?
Ale oczywiście musiałam zacząć od końca, bez informacji, kim jest ta Yasmin i czy w ogóle dotarliśmy do stolicy, to takie w moim stylu. Uch!
Aziz-Duę chroniły wysokie mury z trzema bramami – od strony zachodniej, wschodniej i południowej. Kiedy przekroczyliśmy tę pierwszą, zostawiając za sobą pustynię… nie do wiary, zupełnie jakby otworzył się przed nami inny świat. Przede wszystkim dźwięki – jaki gwar, jak głośno! Myślałam, że nasza karawana skłądała się z samych gaduł, a teraz proszę pomnożyć owo gadulstwo przez pięć… milionów? Do tego dodać stukot kopyt rozmaitych wierzchowców, turkot wozów, brzęk naczyń z obwoźnych straganów… I muzykę, muzykę wygrywaną głównie na fletach i fletniach, dobiegającą z prawie każdej uliczki, równie głośną i wesołą jak żyjący tu ludzie. W pierwszej chwili musiałam owinąć uszy chustą, dopiero później przyzwyczaiłam się do miejskiego gwaru, a dziś już nawet zaczyna mi się podobać. Przynajmniej dopóki nie pójdę spać (o ile). Potem zaczęłam zwracać uwagę na oprawę wizualną, która okazała się bardziej Miya-friendly niż dźwiękowa. Ba, wręcz nie mogłam oderwać oczu od każdego budynku, obok którego przejeżdżałam. Proste w konstrukcji, pudełkowate domy z jednym lub dwoma piętrami i tarasami na dachach nie robiłyby wrażenia, gdyby nie ich ściany, ozdobione mozaikami z kolorowych kamieni. Dokładnie wykonane fantazyjne wzory, a nieraz scenki rodzajowe, pokrywały czasem tylko część ściany, a czasem i cały budynek – zależy, na jak wiele stać było domowników. A jeszcze okna, które zamiast szyb miały ażurowe okiennice… Mam nadzieję, że Duańczycy są przyzwyczajeni do podekscytowanych turystek, bo zarówno ja, jak i Vanny, nie mogłyśmy się napiszczeć z zachwytu nad każdym szczegółem. A Aeiran, który jak mało kto potrafi takie szczegóły docenić, posłał mi uśmiech mówiący: „a widzisz?”… W porządku, dotarłam do miasta nieodwodniona i na powitanie dostałam piękne widoki, ale jakoś wątpiłam, że to było już wszystko.
I tak, kiedy już zsiedliśmy z naszych wierzchowców, a Akim i jego towarzysze pożegnali się kwieciście, nie mogłyśmy nie zadać pytania, co dalej.
– Znasz Dom Faraj, prawda? – rzucił Aeiran w stronę murzyńskiego przewodnika.
– Znać wszystkie domy w Dua! – Imamu z dumy wyprostował się jak struna. – Pan wielki nie pozwalać tam chodzić, ale każdy wiedzieć, gdzie to. Czy zanieść wiadomość pani Yasmin?
– Nie trzeba, powinna już się nas spodziewać. – Aeiran skrzywił się nieznacznie, a ja zapłonęłam z ciekawości, do jakiego zakazanego domu chce nas zaprowadzić i dlaczego. – Wracaj do siebie i przekaż to swojemu panu. To połowa wynagrodzenia.
Imamu uważnie obejrzał podany mu przermiot. Była to mieniąca się półkula, pokryta jakimiś wzorami, które to ciemniały, to skrzyły się w słońcu.
– Pan nie myśleć Imamu sprzedać to po drodze? – zapytał podejrzliwie.
– Nie, jeśli liczysz na drugą połowę.
Usłyszawszy to przewodnik chyba coś zrozumiał, bo aż podskoczył ze śmiechem.
– O, radość! Chwalić bogów! – wykrzyknął, po czym skłonił się nam i pobiegł w swoją stronę, ciągnąć za sobą rżącą z wyrzutem szkapinę.
Najwyraźniej Aeiran dobrze wiedział, którędy iść do owego tajemniczego Domu Faraj, bo ani razu nie zawahał się po drodze. Mijaliśmy ciemnookich mężczyzn w długich szatach i zawojach na głowach, siedzących na progach rozmawiając i popijając coś ze smakiem. Mijaliśmy kobiety tajemniczych uśmiechach, ubrane podobnie do mnie i Vanny – w chusty i tuniki lub suknie, zakrywające dokładnie ciało, ale nie twarz – lecz często obwieszone mnóstwem biżuterii. Widzieliśmy fontanny i bujną zieleń, która odbierała mi wiarę w to, że za nami została pustynia – a przecież przebyłam ją! To już raczej powinnam wątpić w rozciągający się po drugiej stronie kraj. Zupełnie jakby ktoś narysował na piasku linię i powiedział ludziom: „dotąd ta ziemia jest wasza”…
Wreszcie stanęliśmy przed domem innym niż wszystkie. Owszem, ściany miał wyłożone kamykami, ale wyłącznie białymi. Tak białymi, że aż raziły w oczy – a szkoda, bo w tle majaczył całkiem imponujący ogród i jakiś dodatkowy spiczasty dach. Już mieliśmy zapukać, gdy jakaś młoda dziewuszka z dzbanem na głowie, zmierzająca w naszą stronę, zobaczyła nas i pisnęła z przestrachem, omal nie wylewając zawartości dzbana. Zatrzymała się bez ruchu i dopiero gdy cofnęliśmy się spory kawałek, ostrożnie przeszła resztą drogi i zniknęła za drzwiami.
– Boi się cudzoziemców czy masz się z czego tłumaczyć? – zwróciłam się do Aeirana, kiedy drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich pani domu. Osoba tak dostojna jak ona nie mogła być nikim innym. Nosiła biel, przez co niemal stapiała się ze ścianami, a do tego upięte do góry włosy miała całkiem siwe. Choć wkroczyła w podeszły wiek, nie ulegało wątpliwości, że musiała niegdyś być piękną kobietą – wciąż zachowała ślady tej urody. Zwłaszcza uśmiech, którego po prostu nie dało się nie odwzajemnić.
– Zapowiedziałeś się ze sporym wyprzedzeniem – powiedziała uszczypliwym tonem.
– Wcześniej byłem tu w pojedynkę – wyjaśnił Aeiran z zaskakującym (a może wcale nie?) szacunkiem. – Mam nadzieję, że zadośćuczynienie odpowiadało twojemu mężowi.
– Z pewnością by mu odpowiadało, gdyby nie zmarł pół roku temu – dama w bieli posmutniała, ale po chwili otrząsnęła się i klasnęła w dłonie. – Ale nie myśl sobie, że ja nie wiem, co zasługuje na uznanie! A teraz już wejdźcie, nie możemy przecież tak rozmawiać przez próg.
W domu panował przyjemny chłód; było też zdecydowanie ciemniej niż na zewnątrz, ale zdołałam dostrzec mozaikę na ścianie. A na innej – gobelin. Pani domu przestała mrużyć oczy i przyjrzała się nam uważnie.
– Ależ mój drogi! – roześmiała się. – Czyżbyś zakończył swoje poszukiwania z nawiązką? Dziewczęta! – drgnęłyśmy, ale ona zwracała się do dwóch główek wyglądających zza drzwi do innego pomieszczenia. Jedną z nich uprzednio zdobił dzban. – Mamy ważnych gości, więc wypadałoby przygotować coś specjalnego na kolację.
Główki przyjrzały nam się nieufnie i schowały się, by po chwili zacząć brzęczeć naczyniami. Tymczasem dama skinęła na nas i również poszliśmy dalej.
– Jeśli chodzi o moje poszukiwania – Aeiran patrzył gdzieś w przestrzeń, ale jego dłoń znalazła moją – przyjechałem pokazać bajarce, że się myliła.
– Z pewnością znalazłaby jakieś wytłumaczenie – dama niefrasobliwie machnęła ręką. – Proszę, rozgośćcie się.
Przyprowadziła nas do przestronnego pokoju z wielkim oknem wychodzącym na ogród – z zewnątrz słychać było plusk fontanny. Można było zdjąć wreszcie nakrycia głowy, rozsiąść się wygodnie i odetchnąć… Rolę siedzeń pełniły tu miękkie haftowane poduszki, a na dwóch przeciwległych ścianach zauważyłam mozaiki imitujące las. Taki sosnowy.
– Nietypowo tu, wiem – pokiwała głową pani domu. – Tak zarządził mój mąż, gdy stawialiśmy ten dom. A raczej odbudowywaliśmy po raz pierwszy… Wiele lat upłynęło od tego czasu.
Nadeszła jedna z dziewcząt – nie ta od dzbana – niosąc tacę z herbatą. Prawie jak w domu, z tą różnicą, że teraz to ja byłam obsługiwana. A miętowy napar z cytryną przyniósł cudowne orzeźwienie.
– A że tak z ciekawości spytam – Vanny przerwała milczenie, wypiwszy całą herbatę. – Tutejsi nie czepiają się o niebieskie oczy?
Przyjrzałam się uważnie i rzeczywiście – choć nasza gospodyni miała duańską śniadą cerę (która jednak mogła być opalenizną) i pełen gracji chód, wyróżniały ją właśnie jasne oczy. Roześmiała się znowu – ten dom na co dzień musiał rozbrzmiewać śmiechem.
– Bez obaw, tutejsi mają świadomość, że za morzem rodzą się takie dziwy natury. Choć gdyby starzy bogowie nie odeszli stąd dawno temu, pewnie uważano by nas za ich wysłanniczki… Zwłaszcza jednej konkretnej. Choć ciekawa jestem, co powiedzieliby o tobie – zwróciła się do mnie z figlarnym uśmieszkiem. Westchnęła, kręcąc głową nad sobie tylko znaną myślą, po czym rozpoczęła opowieść:
– Jak się łatwo domyślić, nie urodziłam się w Dui. Przybyłam tu, kiedy… byłam młoda i głupia, a w dodatku samotna. Dopuściłam, by schwytali mnie handlarze niewolników, a później próbowałam im uciec, tyleż często, co bezskutecznie. Kiedy wreszcie zrozumiałam, że ludzi w niewoli wciąż traktuje się tu jak ludzi, przestałam walczyć. A gdy okazało się, że nikt zza morza nie przybędzie, by mnie wykupić, zmieniono mi imię na Yasmin i sprzedano jako kucharkę panu tego domu, znanemu medykowi. Pomyśleć, że teraz kto inny gotuje za mnie… Ale to ja wciąż jestem źródłem przepisów.
Wypiła łyk herbaty, żeby zwilżyć usta, i podjęła:
– Mój nowy pan był ode mnie sporo starszy i bardzo mądry, nauczył mnie na powrót cieszyć się życiem, a ja starałam się być wzorem oddania i posłuszeństwa. Ponieważ wkrótce skradł moje serce, oddając w zamian swoje, skończyło się tym, że mnie wyzwolił i pojął za żonę. Od tamtej pory dawaliśmy wolność wszystkim niewolnikom, którzy do nas trafiali… wielu z nich z wdzięczności u nas pozostało.
Opowieść przerwało nadejście kuchareczek z wyśmienicie pachnącą kolacją, która natychmiast rozbudziła mój apetyt. Jedliśmy w milczeniu, a pod ścianą zasiedli dwaj utalentowani panowie – tak dla równowagi – by umilać nam posiłek grą na flecie i bębenku.
– Wydaje mi się, że muzyka jest milsza waszym uszom niż słuchanie wspomnień staruszki – pani Yasmin nie schodził z twarzy uśmiech, ale patrzyła na nas badawczo.
– Nie, skąd – pokręciłam głową. – Zastanawiam się tylko, czy opowiada to pani wszystkim swoim gościom.
– Tylko tym, którzy lubią opowieści… i właśnie od tego powinnam była zacząć. – Naraz posmutniała i z żalem zwróciła się do Aeirana: – Przykro mi, ale N’Didi nie ma już wśród nas.
– Zabrzmiało to bardzo ostatecznie – zauważył z lekkim niepokojem.
– Nie, nie jest aż tak źle, ale bardzo mi jej brak – westchnęła pani Yasmin. – Po prostu opuściła mój dom. Owszem, obiecała, że pewnego dnia wróci, ale Bóg jeden wie, kiedy to nastąpi.
– Od dawna już jej nie ma?
– Według mnie od zbyt dawna… N’Didi jest bajarką z dalekiego południa – wyjaśniła na użytek mój i Vanny. – Zanim… trafiła do Dui, od dziecka była szkolona na strażniczkę i źródło zasłyszanych opowieści. I z pewnością przerosła pod tym względem wszelkie oczekiwania. Każdy, kto zawitał do naszego domu, pragnął jej posłuchać… i zawsze wychodził odmieniony. W ten czy inny sposób.
– Dlaczego odeszła? – zapytał Aeiran, sama nie wiem, czy z ciekawością, czy irytacją.
– Aż tak ci pilno ją przekonać, że się myliła? – pani Yasmin uniosła brwi w rozbawieniu. – Po twojej zeszłorocznej wizycie pozostała sterta gruzów, w których czaiły się cienie. Nawet gdy znalazł się jakiś budowniczy, nie lękający się zmierzyć z tym wyzwaniem, prędzej czy później odchodził z niczym. Albo ze strachem. Aż wreszcie zjawił się pewien cudzoziemiec, młody, jasnowłosy, o spokojnym spojrzeniu i niespokojnym duchu. Mówił, że potrzebna mu tylko noc odpoczynku, ale podczas tej nocy usłyszał opowieść N’Didi… i już nie umiał stąd odejść.
– Co takiego mu opowiedziała? – teraz to ja nie potrafiłam skryć zaciekawienia.
– Nie mam pojęcia, zwykle to sprawa między nią a słuchaczem. Ale ten młodzieniec zapytał mnie, czy mógłby stworzyć tu sobie miejsce do przemyśleń. Nie rozumiałam, po co mu dodatkowe miejsce, skoro ma go u mnie pod dostatkiem, ale on prędko zaprojektował… cóż, chyba można to nazwać małą świątynią. Pomagał też w jej budowie, dokładnie tam, gdzie inni zawiedli. Teraz często tam chodzę, by szukać ukojenia… Było mi potrzebne zwłaszcza po śmierci mego małżonka. Młodzieniec pozostawił tę świątynię do mojej dyspozycji, kiedy przyszedł z jeszcze większym niepokojem w sercu, pożegnać się i poprosić o towarzystwo N’Didi.
– Ale ona nie była już niewolnicą – zauważyła Vanny. – Czy mógł o nią prosić jak o zapłatę?
– Nie ujął tego w taki sposób… a N’Didi była zaciekawiona nim i jego podróżą, więc zgodziła się wziąć w niej udział. Wyjechali jeszcze tego samego dnia…
Później odwiedziliśmy ową świątynię – znajdowała się pod tym spiczastym dachem, który widziałam z zewnątrz, a wyglądała tak filigranowo, że po prostu nie miała prawa stać – ale absolutnie nic nam to nie wyjaśniło. Choćby dlatego, że oprócz pani Yasmin do środka zdołała wejść tylko Vanny, podczas gdy nam dwojgu zagrodził drogę jakiś niewidzialny mur. A nieszczęsna gospodyni zarzekała się, że nigdy wcześniej się to nie zdarzało – czyli jeszcze jacyś goście musieli to miejsce odwiedzać. W sumie nic dziwnego – Dom Faraj jest czymś pośrednim między kliniką a hotelem, a skoro zabrakło lekarza – i bajarki – musiało pozostać coś, co odmienia ludzi.
– No to przyznaj się, jaką bajkę wstawiła ci ta N’Didi, że aż zmiotłeś kawałek domu – natarłam na Aeirana jeszcze później, gdy zostaliśmy sami w miło urządzonym pokoju (z rządkiem kamyczkowych tancerek na ścianie). – Co chciałeś zrobić, ukarać ją?
– W pierwszej chwili rzeczywiście byłem gotów ją zaatakować – przyznał, nie patrząc na mnie – ale powstrzymało mnie to, że… była chroniona. Nie wiem, jak to ująć. Może strzegły jej jakieś dobre duchy.
– Może te same, które teraz strzegą sanktuarium? – prychnęłam. – No nic, i tak mała szkoda, jak na kogoś, kto kiedyś rozpirzył całą Zwrotkę.
– Chciałem, żebyś ją poznała – ciągnął jakby mnie nie słyszał. – Ma talent tej miary, co Vaneshka i twój przyjaciel Geddwyn. I ty sama, kiedy nie próbujesz go okiełznać.
– Co takiego ci opowiedziała? – powtórzyłam. Chwilę trwało, zanim odpowiedział:
– Legendę o białym zamku, który zmienia ludzkie przeznaczenie. O jego srebrzystej władczyni i… Nieważne. Chyba sama była zdziwiona tym, co mówi, i słusznie.
– No to faktycznie chętnie bym ją poznała. I zakneblowała – zadecydowałam. – Wiesz, zdecydowanie powinieneś był zdać mi szczegółową relację ze wszystkich miejsc, w których byłeś, czekając na mój powrót.
– Większość nie była warta uwagi… Oprócz tego jednego, do którego wolałem cię po prostu zabrać.
– Tak się tłumacz… Właściwie to jestem zaskoczona, że pani Yasmin nie zatrzasnęła nam drzwi przed nosem.
– To byłoby wbrew jej zasadom – stwierdził Aeiran, zanim przegonił całą moją irytację pocałunkiem. – Zresztą… Nie, przed tobą by ich nie zatrzasnęła.
Tyle z pierwszego dnia w Aziz-Dui. Na dziś palnowaliśmy porządną wycieczkę po mieście, ale zbudził nas zdyszany posłaniec z wieścią, że jesteśmy zaproszeni do sułtana w samo południe. Do sułtana. W samo południe. Czyli za jakieś pół godziny przyjdzie po nas eskorta. Nie, nie mam pojęcia, czym sobie zasłużyliśmy. Ale takiemu zaproszniu się nie odmawia, prawda?
30 IX
Czy ja przypadkiem nie pomyliłam wycieczek? Natchnienie podsuwa mi
wizje złotych i kryształowych zamków, oświetlonych tysiącem świateł, być
może strzeżonych przez smoki o oczach jak lustra, w których odbijają
się dusze nierozważnych przybyszów, kuszących los. Może jest tam pusto i
cicho, tylko od ścian odbija się echo muzyki wygrywanej przez
orkiestrę, szelestu sukien i tanecznych kroków; albo nadal odbywają się
tam bale, komnaty rozbrzmiewają radością, tylko nie jest to widzialne i
słyszalne dla niepożądanych gości. I może prowadzą do owych zamków
ścieżki z nut albo z kropel rosy, pośród wysokich i starych drzew, a nad
nimi fruwają tęczowe ćmy. I świetliki, koniecznie świetliki!
Szkoda, że próba urzeczywistnienia tych wizji zniszczyłaby je całkowicie, ale dobrze, że istnieją choć w ten sposób.
- Taa, jasne – Vanny przewróciła oczami, kiedy wyłuszczyłam jej swoje plany. – Będąc w tym ciele mogę sobie najwyżej chusteczką powiewać.
- Praszam… – stropiłam się. – Chyba na tyle się już przyzwyczaiłam, że przestałam zwracać uwagę na twoją sytuację.
- Gdybym ja mogła się tak przyzwyczaić, życie byłoby prostsze – westchnęła. – A zresztą, może nie. Może raczej trudniejsze.
- Przynajmniej nie musiałaś uczyć się od zera – przypomniałam. – Jak Ivy, pamiętasz? Wtłoczono ją w puste ciało, a teraz co? Biega radośnie po Rozdrożu i ledwo pamięta, że kiedyś była duchem.
- Mnie to mówisz? Jeszcze długo będzie rozpieszczana przez Andreę, zanim przy naszym domu w Melgrade nie powstanie przybudówka – roześmiała się moja kuzynka. – Właściwie to Ten-chan też powinien mieć własny pokój, a ty nic… Ale nie w tym rzecz. Anael, wiesz, poprzednia właścicielka tego ciała, śni mi się od czasu do czasu. I za każdym razem mam coraz więcej wątpliwości, że to zwykłe sny…
Z wrażenia aż podskoczyłam i omal nie spadłam z wielbłąda.
- Mówiłaś kiedyś, że jej dusza została zniszczona – zastanawiałam się gorączkowo. – Mówiłaś? Czy coś mi się miesza w pamięci?
- Wtedy tak uważałam. Wszyscy wokół tak twierdzili – Vanny wzruszyła ramionami i pokręciła głową, jakby chcąc odgonić niewesołe myśli. – A wracając do naszej rozmowy, co ty, nie masz już kogo tam wysłać? Na przykład Tileya? Albo tego uroczego ochroniarza twojej znajomej królowej?
- Pewnie tak… Przypuszczam, że Włądczynię Żywiołów zainteresowałby ten problem – przyznałam. – Przy najbliższej okazji napiszę do Teevine i spytam.
Nie miałam wątpliwości, że Liry nie można pozostawić samej sobie, że Ellil nie powinien być tam sam. Skoro mieszkańcy miasta przyjęli jego pomoc, to dlaczego nie poprosić o nią jeszcze kogoś z władzą nad powietrzem? Żeby te… te sępy przestały czyhać na spełnienie swojej głupiej przepowiedni? Pytanie tylko, jak tam kogoś wysłać, skoro właściwie nie znam drogi. Oby udało się skontaktować z Djellią…
Podjechał do nas Akim, uśmiechając się, a jednocześnie próbując nie patrzeć na Vanny. Kiedy przypadkiem wzrok mu zbłądził w jej stronę, peszył się niezmiernie, a przecież na ogół nie wydawał się aż tak nieśmiały. W ogóle nie wydawał się nieśmiały. Ale też starał się trzymać na dystans, od ostatniego postoju, kiedy to moja kuzyneczka postanowiła się trochę poopalać, zanim słońce zajdzie.
- W tym tempie jeszcze dzień, a dotrzemy do Aziz-Dui! – oznajmił mi z triumfem. – Nie złapie nas już żadna burza, nie pożrą demony pustyni ani nie zmyli żadne miasto ułudy!
- Nie zmyli nas, przepraszam, co? – myślałam, że się przesłyszałam.
- Czasami dawne miasta, zakopane pod piaskiem pustyni, wychodzą na powierzchnię, żeby przyciągać i pożerać zbłąkanych – zniżył głos, ale wciąż się uśmiechał. – A może to są duchy miast? Jak myślisz, pani, czy miasto może mieć ducha?
- No, jeśli jakieś miejsce było pełne życia, to na pewno coś po nim później zostaje – zamiast mnie odpowiedziała Vanny z lekko rozmarzoną miną. – Ale miasta-drapieżniki musiałyby mieć bardzo mroczną przeszłość. Albo być bardzo samotne.
Nieszczęsny Akim speszył się znowu – a już się zapowiadała taka fajna pogawędka! – nie wiem, czy odpowiedzią mojej kuzynki, czy samym faktem, że się do niego odezwała, grunt, że podjął rozmowy. Po prostu mowę mu odjęło.
Nie znaczy to jednak, że zaczęło być nudno.
- Qadir! – zawołał ktoś z tyłu karawany. – Aie nellah! Qadir!
Nagle zapanowało wielkie poruszenie i trwoga – a może ekscytacja, bo kupcy zamiast uciekać zawrócili wielbłądy, by podjechać bliżej krzyczącego. Szeptali coś między sobą, a słowo qadir, cokolwiek oznaczało, padało najczęściej i najgłośniej.
- Przestańcie natychmiast! Czy nie wiecie, że Qadirowie to zwykły zabobon? – stłumił ich Akim, który dopiero co opowiadał nam o widmowych miastach. Spojrzał w dal, tam, gdzie wskazywali jego towarzysze, i wzruszył ramionami. – W dodatku jest ich tylko dwóch.
Owszem, nowych przybyszów było tylko dwóch – jeden dosiadał karego bojowego rumaka, a drugi czegoś… właśnie „czegoś” chudego i niepozornego. Bójcie się, podróżnicy!
- Jednego diabła i armia winna się strzec – odparował kupiec, który pierwszy posiał zamęt. – Spójrz, oni jadą stamtąd, dokąd nikt nie jeździ.
Tymczasem jeźdźcy zbliżali się coraz szybciej, choć No Doubt – bo nie miałam problemu z rozpoznaniem – pozostał nieco z tyłu, dając się wyprzedzić łaciatej szkapinie, która wyglądała, jakby miała tysiące kilometrów na liczniku. I jakimś cudem jeszcze żyła. Obaj jeźdźcy nosili proste ciemne szaty w stylu podróżnych strojów naszych towarzyszy – i tym razem ciekawe wrażenie robił właściciel szkapy, który ze swoją czarną skórą i nieproporcjonalnie wielkim białym turbanem przypominał kawałek tortu z bitą śmietaną na czubku. Podjechał do nas wyciągniętym z trudem galopem, po czym odtańczył na swoim wierzchowcu triumfalny pląs.
- No nie wierzę, co za radosne towarzystwo – Vanny na ten widok zaniosła się dzikim śmiechem, a następnie zawołała: – Aeiran, przyznaj się, zabrałeś go dla kontrastu!
Sama bym tego lepiej nie ujęła; zresztą także nie mogłam powstrzymać śmiechu, ale mogłabym przysiąc, że No Doubt prychnął ze wzgardą.
- Ot, widzicie. Żaden Qadir nie trzymałby niewolników z południa – skwitował Akim, ale do przybyszów zwrócił się z najwyższą ostrożnością: – Niechaj Bóg Jedyny będzie dla was łąskawy w tym zdradliwym miejscu, podróżnicy! Jak to się stało, że przyjeżdżacie z północy? Wiadomo wszak, że niczego tam nie ma.
- Nie sposób się nie zgodzić – Aeiran powiódł dokoła wymownym wzrokiem. – Wyjechałem im na spotkanie. – Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie i na Vanny. I z jakiegoś powodu błysnęło rozbawieniem.
- O ile dobrze kojarzę, Aziz-Dua jest tam – wskazałam ręką za siebie.
- Powiedzmy, że przewodnik zawiódł – odparł wymijająco.
- O tak! – wtrącił jego towarzysz, nieduży i chudy jak jego koń. – Imamu zawieść! Imamu być kiepski przewodnik, dużo mocno kiepski! – Co ciekawsze, głosił to wszystko z szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem, kiwając głową tak entuzjastycznie, że nie wiedziałam, jak ten turban wciąż się na niej trzyma. – Ale znaleźć piękna pani, jak być drugi rozkaz, i Imamu zadowolony!
Ojej, czyżbym właśnie została nazwana piękną panią? Słuchaj swojego przewodnika, ty tam obok, i ucz się! A że na ogół nie lubię być komplementowana za coś, co nie jest moją zasługą, tym razem nie szkodzi.
- Ja też jestem zadowolona, że do nas dotarliście – odpowiedziałam z całą godnością, na jaką było mnie stać przy próbie powstrzymania śmiechu, na co Imamu jął giąć się w ukłonach z końskiego grzbietu.
- Bezczelny, nawet nie raczy zsiąść – Akim cmoknął z dezaprobatą, ale przynajmniej wyglądał na przekonanego, że przybysze z północy nie zjedzą nas na surowo.
- Jak rozumiem, to pod waszą opiekę mamy oddać te niewiasty – powiedział, wciąż z rezerwą, ale zdobył się już na uśmiech. I znowu odpowiedział mu Imamu:
- Tak, tak – pytlował. – Pan dobrze się opiekować. Zabrać swoja piękna pani do Jalal i Jalil. I znaleźć mąż dla panna-niebo, tak? Dobry mąż znaleźć?
Chwilę trwało, zanim Vanny zorientowała się, że to o niej mowa, choć Imamu patrzył na nią zupełnie bez oporów, jako pierwszy mężczyzna od czasu rozbójników.
- Sama sobie znajdę, dzięki – bąknęła, wywołując tym zgorszone miny wszystkich członków karawany.
- Nie omieszkam poszukać – Aeiran wydawał się raczej rozbawiony niż zirytowany tą paplaniną. – Ale do najbardziej podejrzanego lokalu w stolicy nie pójdziemy.
- Nie wiedzieć, co lokal, ale Jalal i Jalil nie być podejrzany! – obruszył się Imamu, jakby go osobiście obrażono. – Dużo ludzi z dużo krajów, muzyka i palić dech bogini, to nie podejrzane!
Tym razem spojrzenie, jakie posłał mu Aeiran, było całkowicie poważne. I miażdżące.
- Nie potrzebujemy Płonących Oddechów Bogini – powiedział cicho i powoli, i tym wreszcie zgasił entuzjazm przewodnika, który tylko skinął głową bez słowa. – Doceniam to, że zapewniliście im bezpieczną podróż – zwrócił się do Akima i pozostałych.
- Docenią nas w Pałacu Gościnnym – wyrwał się ktoś, ale Akim uciszył go syknięciem.
- Będziemy zaszczyceni, jeśli pozostaniecie z nami w dalszej drodze do stolicy – zapewnił. – Nie ma sensu, by nasze drogi już się rozeszły.
- Jestem za – ucieszyła się Vanny. – Mając wybór między tym srokaczem a wielbłądem…
- Ja też jestem za – zgodziłam się. – Nie będę tęsknić za pustynią, choć ktoś wyraźnie nie chciał czekać na mnie w mieście, jak zapowiadał.
- Następnym razem i tak zabiorę cię ze sobą – obiecał Aeiran, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam się zawczasu schować. Nie mówiąc już o tym, jak brzmiał p i e r w s z y rozkaz.
Szkoda, że próba urzeczywistnienia tych wizji zniszczyłaby je całkowicie, ale dobrze, że istnieją choć w ten sposób.
- Taa, jasne – Vanny przewróciła oczami, kiedy wyłuszczyłam jej swoje plany. – Będąc w tym ciele mogę sobie najwyżej chusteczką powiewać.
- Praszam… – stropiłam się. – Chyba na tyle się już przyzwyczaiłam, że przestałam zwracać uwagę na twoją sytuację.
- Gdybym ja mogła się tak przyzwyczaić, życie byłoby prostsze – westchnęła. – A zresztą, może nie. Może raczej trudniejsze.
- Przynajmniej nie musiałaś uczyć się od zera – przypomniałam. – Jak Ivy, pamiętasz? Wtłoczono ją w puste ciało, a teraz co? Biega radośnie po Rozdrożu i ledwo pamięta, że kiedyś była duchem.
- Mnie to mówisz? Jeszcze długo będzie rozpieszczana przez Andreę, zanim przy naszym domu w Melgrade nie powstanie przybudówka – roześmiała się moja kuzynka. – Właściwie to Ten-chan też powinien mieć własny pokój, a ty nic… Ale nie w tym rzecz. Anael, wiesz, poprzednia właścicielka tego ciała, śni mi się od czasu do czasu. I za każdym razem mam coraz więcej wątpliwości, że to zwykłe sny…
Z wrażenia aż podskoczyłam i omal nie spadłam z wielbłąda.
- Mówiłaś kiedyś, że jej dusza została zniszczona – zastanawiałam się gorączkowo. – Mówiłaś? Czy coś mi się miesza w pamięci?
- Wtedy tak uważałam. Wszyscy wokół tak twierdzili – Vanny wzruszyła ramionami i pokręciła głową, jakby chcąc odgonić niewesołe myśli. – A wracając do naszej rozmowy, co ty, nie masz już kogo tam wysłać? Na przykład Tileya? Albo tego uroczego ochroniarza twojej znajomej królowej?
- Pewnie tak… Przypuszczam, że Włądczynię Żywiołów zainteresowałby ten problem – przyznałam. – Przy najbliższej okazji napiszę do Teevine i spytam.
Nie miałam wątpliwości, że Liry nie można pozostawić samej sobie, że Ellil nie powinien być tam sam. Skoro mieszkańcy miasta przyjęli jego pomoc, to dlaczego nie poprosić o nią jeszcze kogoś z władzą nad powietrzem? Żeby te… te sępy przestały czyhać na spełnienie swojej głupiej przepowiedni? Pytanie tylko, jak tam kogoś wysłać, skoro właściwie nie znam drogi. Oby udało się skontaktować z Djellią…
Podjechał do nas Akim, uśmiechając się, a jednocześnie próbując nie patrzeć na Vanny. Kiedy przypadkiem wzrok mu zbłądził w jej stronę, peszył się niezmiernie, a przecież na ogół nie wydawał się aż tak nieśmiały. W ogóle nie wydawał się nieśmiały. Ale też starał się trzymać na dystans, od ostatniego postoju, kiedy to moja kuzyneczka postanowiła się trochę poopalać, zanim słońce zajdzie.
- W tym tempie jeszcze dzień, a dotrzemy do Aziz-Dui! – oznajmił mi z triumfem. – Nie złapie nas już żadna burza, nie pożrą demony pustyni ani nie zmyli żadne miasto ułudy!
- Nie zmyli nas, przepraszam, co? – myślałam, że się przesłyszałam.
- Czasami dawne miasta, zakopane pod piaskiem pustyni, wychodzą na powierzchnię, żeby przyciągać i pożerać zbłąkanych – zniżył głos, ale wciąż się uśmiechał. – A może to są duchy miast? Jak myślisz, pani, czy miasto może mieć ducha?
- No, jeśli jakieś miejsce było pełne życia, to na pewno coś po nim później zostaje – zamiast mnie odpowiedziała Vanny z lekko rozmarzoną miną. – Ale miasta-drapieżniki musiałyby mieć bardzo mroczną przeszłość. Albo być bardzo samotne.
Nieszczęsny Akim speszył się znowu – a już się zapowiadała taka fajna pogawędka! – nie wiem, czy odpowiedzią mojej kuzynki, czy samym faktem, że się do niego odezwała, grunt, że podjął rozmowy. Po prostu mowę mu odjęło.
Nie znaczy to jednak, że zaczęło być nudno.
- Qadir! – zawołał ktoś z tyłu karawany. – Aie nellah! Qadir!
Nagle zapanowało wielkie poruszenie i trwoga – a może ekscytacja, bo kupcy zamiast uciekać zawrócili wielbłądy, by podjechać bliżej krzyczącego. Szeptali coś między sobą, a słowo qadir, cokolwiek oznaczało, padało najczęściej i najgłośniej.
- Przestańcie natychmiast! Czy nie wiecie, że Qadirowie to zwykły zabobon? – stłumił ich Akim, który dopiero co opowiadał nam o widmowych miastach. Spojrzał w dal, tam, gdzie wskazywali jego towarzysze, i wzruszył ramionami. – W dodatku jest ich tylko dwóch.
Owszem, nowych przybyszów było tylko dwóch – jeden dosiadał karego bojowego rumaka, a drugi czegoś… właśnie „czegoś” chudego i niepozornego. Bójcie się, podróżnicy!
- Jednego diabła i armia winna się strzec – odparował kupiec, który pierwszy posiał zamęt. – Spójrz, oni jadą stamtąd, dokąd nikt nie jeździ.
Tymczasem jeźdźcy zbliżali się coraz szybciej, choć No Doubt – bo nie miałam problemu z rozpoznaniem – pozostał nieco z tyłu, dając się wyprzedzić łaciatej szkapinie, która wyglądała, jakby miała tysiące kilometrów na liczniku. I jakimś cudem jeszcze żyła. Obaj jeźdźcy nosili proste ciemne szaty w stylu podróżnych strojów naszych towarzyszy – i tym razem ciekawe wrażenie robił właściciel szkapy, który ze swoją czarną skórą i nieproporcjonalnie wielkim białym turbanem przypominał kawałek tortu z bitą śmietaną na czubku. Podjechał do nas wyciągniętym z trudem galopem, po czym odtańczył na swoim wierzchowcu triumfalny pląs.
- No nie wierzę, co za radosne towarzystwo – Vanny na ten widok zaniosła się dzikim śmiechem, a następnie zawołała: – Aeiran, przyznaj się, zabrałeś go dla kontrastu!
Sama bym tego lepiej nie ujęła; zresztą także nie mogłam powstrzymać śmiechu, ale mogłabym przysiąc, że No Doubt prychnął ze wzgardą.
- Ot, widzicie. Żaden Qadir nie trzymałby niewolników z południa – skwitował Akim, ale do przybyszów zwrócił się z najwyższą ostrożnością: – Niechaj Bóg Jedyny będzie dla was łąskawy w tym zdradliwym miejscu, podróżnicy! Jak to się stało, że przyjeżdżacie z północy? Wiadomo wszak, że niczego tam nie ma.
- Nie sposób się nie zgodzić – Aeiran powiódł dokoła wymownym wzrokiem. – Wyjechałem im na spotkanie. – Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie i na Vanny. I z jakiegoś powodu błysnęło rozbawieniem.
- O ile dobrze kojarzę, Aziz-Dua jest tam – wskazałam ręką za siebie.
- Powiedzmy, że przewodnik zawiódł – odparł wymijająco.
- O tak! – wtrącił jego towarzysz, nieduży i chudy jak jego koń. – Imamu zawieść! Imamu być kiepski przewodnik, dużo mocno kiepski! – Co ciekawsze, głosił to wszystko z szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem, kiwając głową tak entuzjastycznie, że nie wiedziałam, jak ten turban wciąż się na niej trzyma. – Ale znaleźć piękna pani, jak być drugi rozkaz, i Imamu zadowolony!
Ojej, czyżbym właśnie została nazwana piękną panią? Słuchaj swojego przewodnika, ty tam obok, i ucz się! A że na ogół nie lubię być komplementowana za coś, co nie jest moją zasługą, tym razem nie szkodzi.
- Ja też jestem zadowolona, że do nas dotarliście – odpowiedziałam z całą godnością, na jaką było mnie stać przy próbie powstrzymania śmiechu, na co Imamu jął giąć się w ukłonach z końskiego grzbietu.
- Bezczelny, nawet nie raczy zsiąść – Akim cmoknął z dezaprobatą, ale przynajmniej wyglądał na przekonanego, że przybysze z północy nie zjedzą nas na surowo.
- Jak rozumiem, to pod waszą opiekę mamy oddać te niewiasty – powiedział, wciąż z rezerwą, ale zdobył się już na uśmiech. I znowu odpowiedział mu Imamu:
- Tak, tak – pytlował. – Pan dobrze się opiekować. Zabrać swoja piękna pani do Jalal i Jalil. I znaleźć mąż dla panna-niebo, tak? Dobry mąż znaleźć?
Chwilę trwało, zanim Vanny zorientowała się, że to o niej mowa, choć Imamu patrzył na nią zupełnie bez oporów, jako pierwszy mężczyzna od czasu rozbójników.
- Sama sobie znajdę, dzięki – bąknęła, wywołując tym zgorszone miny wszystkich członków karawany.
- Nie omieszkam poszukać – Aeiran wydawał się raczej rozbawiony niż zirytowany tą paplaniną. – Ale do najbardziej podejrzanego lokalu w stolicy nie pójdziemy.
- Nie wiedzieć, co lokal, ale Jalal i Jalil nie być podejrzany! – obruszył się Imamu, jakby go osobiście obrażono. – Dużo ludzi z dużo krajów, muzyka i palić dech bogini, to nie podejrzane!
Tym razem spojrzenie, jakie posłał mu Aeiran, było całkowicie poważne. I miażdżące.
- Nie potrzebujemy Płonących Oddechów Bogini – powiedział cicho i powoli, i tym wreszcie zgasił entuzjazm przewodnika, który tylko skinął głową bez słowa. – Doceniam to, że zapewniliście im bezpieczną podróż – zwrócił się do Akima i pozostałych.
- Docenią nas w Pałacu Gościnnym – wyrwał się ktoś, ale Akim uciszył go syknięciem.
- Będziemy zaszczyceni, jeśli pozostaniecie z nami w dalszej drodze do stolicy – zapewnił. – Nie ma sensu, by nasze drogi już się rozeszły.
- Jestem za – ucieszyła się Vanny. – Mając wybór między tym srokaczem a wielbłądem…
- Ja też jestem za – zgodziłam się. – Nie będę tęsknić za pustynią, choć ktoś wyraźnie nie chciał czekać na mnie w mieście, jak zapowiadał.
- Następnym razem i tak zabiorę cię ze sobą – obiecał Aeiran, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam się zawczasu schować. Nie mówiąc już o tym, jak brzmiał p i e r w s z y rozkaz.
29 IX
Zadziwiające, ale i mnie udaje się jechać na wielbłądzie z wdziękiem.
Pewnie dlatego, że kroczy tak wolno i dostojnie. Niestety również
trochę wolno i dlatego nie zamienię się z jego właścicielem na Pokrzywę.
Na dłuższą metę byłby to jednak błąd.
Droga upływa nam leniwie, kresu nie widać i czasem zastanawiam się, czy karawana nie zgubiła przypadkiem drogi. Zresztą co tu mówić o drodze, gdy sceneria wkoło niemal się nie zmienia? A jednak Akim, zwierzchnik naszych nowych znajomych, zapewnia, że dobrze wie, dokąd jechać. Najważniejsze to podążać na wschód – i bogowie brońcie zbaczać na północ! – aż wreszcie dotrzemy do stolicy kraju zwanego po prostu Dua. Po drugiej stronie pustyni leży ziemia Tural, skąd przybył Akim wraz ze swoją kompanią. Jako że uznał za stosowne zabawić mnie rozmową, dowiedziałam się, że handlował w Turalu w imieniu starszego brata, prowadzącego rodzinny interes w mieście portowym na drugim końcu Dui. Teraz wiezie do domu głównie tkaniny i przyprawy; miał też na składzie paru niewolników, ale Turalianie zdążyli wszystkich wykupić. A teraz może uda mu się otworzyć własny interes i wreszcie się ustatkować, i tak dalej… Rozmowny jest, naprawdę. Wesoły, głośny i gadatliwy, jak cała reszta karawany i pewnie wszyscy w tym kraju, który zaczyna się za pustynią. Bo pustynia jest niczyja.
Słońce ostro przygrzewa, na szczęście dostałyśmy na koszt firmy bardzo piękne chusty, które zarzuciłyśmy sobie na głowy. Wydają się delikatne i przewiewne, a jednak bardzo skutecznie chronią od słońca, podobnie zresztą jak nasze ubrania made in Lira. Oczywiście Vanny otrzymała chustę barwy błękitnej, co sprawiło, że przez chwilę dyskutowała z Akimem o tym, że jeśli ma to odwracać uwagę od jej włosów, przydałby się raczej inny kolor, a w ogóle to może ogolić głowę, skoro tak im te niebieskie włosy przeszkadzają. Wywołało to zgorszenie zarówno jej rozmówcy, jak i kilku innych członków karawany będących akurat w pobliżu; stwierdzili kategorycznie, że cudzoziemcom wypada stosować się do duańskich obyczajów i tak samo każdy Duańczyk starałby się przystosować za granicą (ciekawe w takim razie, jak często wyjeżdżają za granicę). Później Akim wypytywał mnie o to, czy mamy jeszcze innych krewnych w Dui, bo jeśli nie, mój małżonek będzie miał z tą osóbką twardy orzech do zgryzienia. A na użytek Vanny dodał, że każdą pannę przyłapaną na udawaniu kobiety zamężnej potyka surowa kara. Od razu mu wytknęła, że przecież nie jesteśmy jeszcze w Dui… ale jeśli kolorystykę definiuje tam stan cywilny, to faktycznie może być wesoło.
Nocą gwiazdy świecą tak jasno, że trudno spać, ale nie szkodzi, bo i tak wolę spędzać czas na ich podziwianiu. Szkoda tylko, że nie umiem żadnej rozpoznać. Są aż tak wymieszane czy zbyt wiele zapomniałam?
Droga upływa nam leniwie, kresu nie widać i czasem zastanawiam się, czy karawana nie zgubiła przypadkiem drogi. Zresztą co tu mówić o drodze, gdy sceneria wkoło niemal się nie zmienia? A jednak Akim, zwierzchnik naszych nowych znajomych, zapewnia, że dobrze wie, dokąd jechać. Najważniejsze to podążać na wschód – i bogowie brońcie zbaczać na północ! – aż wreszcie dotrzemy do stolicy kraju zwanego po prostu Dua. Po drugiej stronie pustyni leży ziemia Tural, skąd przybył Akim wraz ze swoją kompanią. Jako że uznał za stosowne zabawić mnie rozmową, dowiedziałam się, że handlował w Turalu w imieniu starszego brata, prowadzącego rodzinny interes w mieście portowym na drugim końcu Dui. Teraz wiezie do domu głównie tkaniny i przyprawy; miał też na składzie paru niewolników, ale Turalianie zdążyli wszystkich wykupić. A teraz może uda mu się otworzyć własny interes i wreszcie się ustatkować, i tak dalej… Rozmowny jest, naprawdę. Wesoły, głośny i gadatliwy, jak cała reszta karawany i pewnie wszyscy w tym kraju, który zaczyna się za pustynią. Bo pustynia jest niczyja.
Słońce ostro przygrzewa, na szczęście dostałyśmy na koszt firmy bardzo piękne chusty, które zarzuciłyśmy sobie na głowy. Wydają się delikatne i przewiewne, a jednak bardzo skutecznie chronią od słońca, podobnie zresztą jak nasze ubrania made in Lira. Oczywiście Vanny otrzymała chustę barwy błękitnej, co sprawiło, że przez chwilę dyskutowała z Akimem o tym, że jeśli ma to odwracać uwagę od jej włosów, przydałby się raczej inny kolor, a w ogóle to może ogolić głowę, skoro tak im te niebieskie włosy przeszkadzają. Wywołało to zgorszenie zarówno jej rozmówcy, jak i kilku innych członków karawany będących akurat w pobliżu; stwierdzili kategorycznie, że cudzoziemcom wypada stosować się do duańskich obyczajów i tak samo każdy Duańczyk starałby się przystosować za granicą (ciekawe w takim razie, jak często wyjeżdżają za granicę). Później Akim wypytywał mnie o to, czy mamy jeszcze innych krewnych w Dui, bo jeśli nie, mój małżonek będzie miał z tą osóbką twardy orzech do zgryzienia. A na użytek Vanny dodał, że każdą pannę przyłapaną na udawaniu kobiety zamężnej potyka surowa kara. Od razu mu wytknęła, że przecież nie jesteśmy jeszcze w Dui… ale jeśli kolorystykę definiuje tam stan cywilny, to faktycznie może być wesoło.
Nocą gwiazdy świecą tak jasno, że trudno spać, ale nie szkodzi, bo i tak wolę spędzać czas na ich podziwianiu. Szkoda tylko, że nie umiem żadnej rozpoznać. Są aż tak wymieszane czy zbyt wiele zapomniałam?
28 IX
Z osłupiałą miną stałam po kolana w piachu i spoglądałam na anioła.
Po chwili przybiegła Djellia, która postanowiła ukryć łódkę za skałą, przez co ominął ją mały huragan, wywołany łopotem potężnych skrzydeł. Przybiegła, zobaczyła i kichnęła, gdy małe puchowe piórko spadło jej na nos.
Anioł był barwny jak tęcza i świetlisty jak księżyc. Skrzydła miał naprawdę imponujące, włosy rozwiane, a strój zupełnie jakby wymieniał modowe doświadczenia z Geddwynem. Unosił się w powietrzu, na tle zachodzącego słońca, rozkładając ręce jak do błogosławieństwa – brakowało tylko muzyki sfer niebieskich, zresztą może piasek w uszach nie pozwalał mi jej usłyszeć. Patrzyłam więc tylko, jak z góry, w otoczeniu białych piór, spływa powoli Vanny – dostojnie i z wyrazem twarzy mówiącym: „patrzcie, jaka jestem cierpliwa”. Kiedy stanęła lekko na piasku, natychmiast obsypał i ją, sprawiając, że cały efekt diabli wzięli.
- Jake – powiedziała, spoglądając w górę. – Będziesz jeszcze musiał popracować nad szczegółami.
Anioł niefrasobliwie pomachał jej ręką – na szczęście już nie skrzydłami – po czym zwrócił się do mnie:
- Pozwól, że powierzę ją twojej opiece, zanim znów mi serce z jej powodu wyskoczy.
W odpowiedzi uśmiechnęłam się szeroko, aż mi piasek między zębami zachrzęścił, a wtedy anioł zniknął, zadowolony z wykonanej misji.
- „Znów”, terefere – prychnęła moja kuzynka i otrzepała się. Przynajmniej z grubsza.
- Kto… to był? – urywany głos Djellii mógł być oznaką zdziwienia, ale ponieważ mało co potrafiło ją zaskoczyć, uznałam, że po prostu próbuje się nie roześmiać.
- Kolega z pracy – Vanny machnęła ręką. – Te anioły mają tak teatralne zapędy, że dziwię się, czemu nie załatwił żadnej fanfary.
Ach, więc jednak nie było muzyki…
- Kolega z pracy, a zachowuje się jak nadopiekuńcza niania – zauważyłam. – Co zmalowałaś tym razem?
- Tym razem nic, słowo daję. Byłam tylko niewinną ofiarą… i właśnie też zaczynasz się tak zachowywać.
- Nie bój się, już nie będę…
Roześmiała się z niedowierzaniem, po czym zmierzyła z góry na dół mój strój, burcząc coś o rozmaitych wariatach, którzy nawet nie dadzą się dziewczynie przebrać. Faktycznie, była ubrana zbyt ciepło jak na pustynię i teoretycznie o wiele zbyt ciepło jak na piekło, choć z tymi piekłami też różnie bywa. Podobnie jak z siedzibami aniołów oraz z ich mieszkańcami… Chyba każdy świat ma jakieś opowieści o nich i niekiedy są jednakowe albo przynajmniej zbliżone, ale o tym mogłaby więcej opowiedzieć moja kuzynka. Jakby nie wystarczyło, że jej przełożony rywalizował był z pewnym typem spod ciemnej gwiazdy o względy kobiety, której ciało zajmowała obecnie Vanny, to jeszcze okazał się wygnańcem z nieba, co pewnie było powodem… hmm, jej ostatnich wojaży, o których jeszcze mi opowie, nie wywinie się. Było nie było, jej list składał się w większej części z wody. Ale dosyć dygresji, grunt, że wraz z Djellią przetrząsnęłyśmy bagaże i już po chwili Vanny była przebrana w strój podobny do mojego, tylko bardziej pastelowy.
Wreszcie wszystkie trzy z piskiem rzuciłyśmy się w stronę źródełka, które biło z wysokiej skały i wpadało do malowniczej sadzawki, wokół której rosły palmy i mnóstwo innej, całkiem bujnej roślinności, zdającej się nie zwracać uwagi na rozpościerającą się wkoło pustynię. Albo śmiać się z niej. Czy płynęła pod nią jakaś podziemna rzeka? Jak głęboko w dół sięgała skała, dająca przyjemny cień? Wyglądało to, jakby bogowie wiciągnęli ją spod ziemi i ustawili w charakterze parawanu, bo spodobało im się akurat tu urządzić mały kurort.
- Nadjeżdża jakaś karawana – Djellia pierwsza oderwała wzrok od źródełka.
- No to świetnie – ucieszyłam się. – Jeśli masz już dość wożenia mnie, możesz wreszcie lecieć po swoją literaturę. Oni na pewno będą znać drogę do Aziz-Dui.
Poniewczasie zaniepokoiłam się, czy Djellii nie urazi taka odprawa, ale nie, zrozumiała ją dokładnie tak, jak chciałam. Zaczynała ją już nudzić pustynna monotonia, a działanie słońca mogło się ciężko zemścić na jej jasnej cerze. Nie mówiąc już o obowiązkach wobec Liry… Szybko rozdzieliła bagaże, wyściskała nas na pożegnanie i tyleśmy ją widziały.
Wielbłądy zbliżały się coraz szybciej – niezbyt liczne, ale objuczone do granic możliwości. Tylko kilka z nich nosiło jeźdźców, lecz i te nie ustrzegły się przed dodatkowym ciężarem pakunków. Do tego jeszcze pilnowała ich grupa innych jeźdźców, którzy nosili czarne opończe i dosiadali rączych rumaków. Wymachiwali groźnie bronią, śmiejąc się w głos. Jak cenne towary mogła wieźć ta karawana?
- Coś mi się zdaje, że to nie są ochroniarze – powiedziała cicho Vanny, przyglądając się przybyszom. Skinęłam głową i bez słowa sięgnęłam w międzysferę, aby przywołać swój łuk. Tak na wszelki wypadek – na razie skryłyśmy się w cieniu, gdzie na pierwszy rzut oka trudno nas było wypatrzyć… Tak nam się przynajmniej wydawało.
Karawana tymczasem dotarła do oazy i okutani w czerń wojownicy zaczęli grozić nieszczęsnym kupcom szablami i kindżałami, krzycząc i śmiejąc się jeden głośniej od drugiego. Tamci zaś prędko zsiedli z wielbłądów i zaczęli zdejmować z nich juki.
- O waleczni synowie pustyni – mówili przy tym. – Zabierzcie nasz nic nie warty towar, jeśli to was zadowala, ale nie krzywdźcie nas w niehonorowej walce, skoro nie mamy nawet broni! Przyrzekamy, że odpłacimy wam w dwójnasób za waszą litość!
- Ciekawe, czy zawsze przemawiają tak podniośle, czy tylko kiedy im coś grozi – szepnęła do mnie Vanny. Nie wypadało mi się roześmiać, więc tylko trzymałam Przekorę Erlindrei w pogotowiu.
- Czyżbyście woleli uschnąć na pustyni, zamiast zginąć od jednego ciosu, gdy zabierzemy także wasze wielbłądy? – zarechotał rozbójnik w podartym stroju, jakby miał za sobą spotkanie z lwem (na pustyni?!). – A co do niehonorowej walki, ten młokos może wam wiele o niej opowiedzieć, a przekonacie się, że nie możemy się z nim równać!
- To prawda! – dołączyli do niego inni. – Zakradł się do nas podstępem, kiedyśmy spali, i próbował poderżnąć nam gardła! Szczęściem nasz konie okazały się czujniejsze i nas pobudziły.
W pierwszej chwili nie wiedziałyśmy, o kim mówią, ale potem zauważyłyśmy, że jeden ze zbójów, chłop jak dąb, ubrany jakby właśnie okradł królewski skarbiec i trochę za bardzo się z tym obnosił, stoi w pewnej odległości od swych kompanów. Trzymał wodze równie wielkiego czarnego konia o białych pęcinach, na którym siedział chłopiec odziany w równie dostatni strój, ale za to umiejący go nosić; jego wierzchnia szata sięgała niemalże do ziemi, a turban ozdabiały skrzące się kamienie. Ręce trzymał za plecami, prawdopodobnie związane; nie ustawał w próbach uwolnienia się, mówiąc coś przy tym cicho, ale wielki zbir nie zwracał na to uwagi. A to dlatego, że przypadkiem nas zobaczył… W każdym razie zauważył Vanny, bo ja zdążyłam schować się za pobliską palmą. Podszedł krokiem zwycięzcy, obejrzał ją sobie od stóp do głów – trzeba tu rzec, że nie pozostała mu dłużna – i roześmiał się donośnie.
- A to dopiero nam się trafiło! – zakrzyknął. – Chodźcie, moi kamraci, i zobaczcie, jakaż perła umili nam drogę powrotną!
Zbliżyli się z ciekawością i wyraźnie spodobało im się to, co zobaczyli, bo zaczęli wymieniać między sobą komentarze niekoniecznie nadające się do zapisania.
- A co zrobimy z tą drugą, panie? – zapytał któryś rozbójnik, gdy poczułam się pominięta i wyszłam zza palmy. – Lepiej nie ściągać na siebie gniewu bożego…
- Zabierzemy ją ze sobą – machnął ręką herszt, nie rzuciwszy na mnie choćby okiem. – Z pewnością w najbliższym mieście dostaniemy za nią spory okup.
- Miałem na myśli… że ona celuje do nas z łuku.
- A więc na co czekacie?! Rozbroić ją! – rozsierdził się, że musi im tłumaczyć tak oczywiste rzeczy. I ten moment wykorzystała Vanny na wymierzenie mu wspaniałego kopniaka w szczękę. Zatoczył się porządnie – trudno powiedzieć, czy bardziej zadziałała jej siła, element zaskoczenia czy ciężar całego tego złota, które miał na sobie – a wtedy wyszarpnęła mu szablę zza pasa i rozpoczęli niebezpieczny taniec. Bo o ile żaden z rozbójników nie kwapił się do bezpośredniej pomocy (nie chcieli potem oberwać od herszta za wtrącanie się?), o tyle któryś rzucił mu swoją… Po czym oberwał kamieniem w głowę od jednego z członków zapomnianej karawany. Idioci, mogli uciekać, póki nie zwracano na nich uwagi, a tymczasem banda w czerni przypomniała sobie o nich. Ale nie, nie spodziewali się jednak ataku ze strony swoich zastraszonych ofiar, byli więc cokolwiek zdezorientowani. Przynajmniej przez pierwszą chwilę, ale to wystarczyło, by zapewnić niedawnym ofiarom przewagę. Wreszcie i ja włączyłam się do akcji – strzelałam z zamiarem porażenia, nie zabicia przeciwników, choć mój łuk mógł mieć na ten temat odmienne zdanie. W każdym razie kilku padło jak muchy tam, gdzie stali.
Vanny dzielnie zmagała się z hersztem, póki nie przyszło jej do głowy odbić pojmanego chłopca. Roztrącając kolejnych przeciwników – i mając tego najgorszego wciąż za sobą, zawziął się drań – pobiegła w kierunku, gdzie… gdzie jeńca nie było! Jakimś sposobem zdołał co prawda nie uwolnić ręce, ale przekręcić je do przodu, i teraz pędził konno na złamanie karku – nie, nie prosto na wroga, lecz poza granice oazy, wołając coś w dal. Po chwili ujrzałam kolejny oddział konnych, gnający ku nam z bojowymi okrzykami na ustach. Na ten widok niedobitki zbójeckiej bandy w te pędy rzuciły się do koni i uciekły. Oprócz potraktowanych Przekorą Erlindrei i leżących bez czucia – tych obstąpili kupcy z karawany i radośnie zaczęli obszukiwać.
Przewodzący nowo przybyłym mężczyzna w złotej masce skrywającej prawą połowę twarzy podjechał do chłopca i rozwiązał mu ręce.
- Ścigajcie tych łotrów póki ich nie dogonicie lub nie znajdziecie ich kryjówki – rozkazał swoim ludziom, którzy ochoczo na to przystali. Zostało tylko trzech, którzy mieli pozbierać leżących – ku wielkiemu niezadowoleniu kupców – oraz wysoki, dostojnie wyglądający jegomość o spiczastej bródce i turbanie niemal równie imponującym jak ten noszony przez chłopca. Choć wydawał się stać wyżej stanowiskiem od zamaskowanego, posłusznie czekał na kolejny jego ruch. Ten zaś zbliżył się do walczących – wciąż! – Vanny i herszta, wyciągnął swoją bogato zdobioną szablę i jednym szybkim ruchem wytrącił temu ostatniemu broń z ręki. Herszt, choć potężniejszej postury i groźniejszego oblicza, z pokorą i rezygnacją padł na kolana, poddając się. Zamaskowany nie poświęcił mu dalszej uwagi, lecz od razu zwrócił się do Vanny:
- Gdybyś się postarała, już dawno sama byś to zrobiła. Nie potrafiłaś czy nie chciałaś?
- Nie chciałam – przyznała. – Ale on chyba też nie chciał.
- Czy wszystkie niewiasty w waszym kraju uczą się władać orężem, czy też po kryjomu podglądałaś pojedynki? – zainteresował się. – Twemu stylowi walki nie można odmówić… skuteczności.
- Ta pauza była tak wymowna, że nie wiem, czy mam to traktować jako komplement – słowom kuzynki towarzyszył przymilny uśmiech i trzepot rzęs. A to dopiero, czyżby dopraszała się o jakiś milszy? Jeśli tak, to miała go otrzymać za chwilę… Właśnie podszedł do nas ów wysoki mężczyzna, wyglądający raczej na arystokratę niż wojownika (wiem, że można być jednym i drugim, ale to akurat był ten inny typ arystokraty), prowadząc karego konia, na którym wciąż siedział chłopiec i patrzył na nas z uznaniem. Mógł mieć jakieś trzynaście lat; z bliska okazał się śliczny jak na obrazku, ale i pełen dumy.
- Zatrzymam tego rumaka, – przemówił do zamaskowanego wojownika. – Mój koń zrzucił mnie z siodła, gdy próbowałem do was wrócić, i pognał w siną dal. Tylko dlatego udało im się ponownie mnie schwytać.
- A nie mówiłem? – wtrącił elegant z bródką, lecz w jego głosie brzmiała uniżoność. – Nie powinieneś był, panie, brać tak narowistego wierzchowca. Naad nie powinien był ci na to pozwolić – spojrzał z satysfakcją na zamaskowanego.
- Ponownie, czyli który raz? – tamten nie zwrócił na to uwagi. – Gdybyś nie wymknął się potajemnie, by bawić się w bohaterskie czyny, nic złego by się nie zdarzyło.
Inaczej niż jego towarzysz, mówił jak do równego sobie, a nawet więcej – jak do krnąbrnego ucznia, którym chłopiec mógł być. Istotnie, słuchał ze spuszczoną głową, ale prędko odzyskał rezon.
- Nie jestem aż tak zadufany w sobie, by nie podziękować za pomoc – skinął nam głową z szacunkiem. – Gdybym nie miał już Naada u mego boku, przyjąłbym was do swojej gwardii.
- Jestem pewien, że obie mają własne sprawy, Parvezie – mężczyzna zwany Naadem pokręcił głową i przyjrzał mi się uważnie. – Jakie wichry cię tu zagnały? Kto zostawia małżonkę samą na pustyni?
- To długa historia – westchnęłam, obawiając się, że nie zabrzmię zbyt wiarygodnie. – Jak się domyśliłeś, przybywamy z obcych stron. Miałam dołączyć do… małżonka w Aziz-Dui, ale nasi przewodnicy porzucili nas tutaj. I nie jestem sama, tylko z kuzynką.
- Próbowali nastawać na moją cześć – dodała Vanny w natchnieniu. – Ale nie dałam im się, więc poszli – fruuu! Nie wiedzieć czemu zdarza mi się to na okrągło – prychnęła na zakończenie.
Wysoki elegant spojrzał na nią zdziwiony, że się odezwała, po czym zbliżył się, by dotknąć jej włosów.
- To farba? – zapytał ze złośliwym rozbawieniem. – Wiele słyszałem o obyczajach cudzoziemców, nie sądziłem jednak, że ich kobiety są tak zdesperowane.
- Daj jej spokój, Latifie! – nakazał chłopiec, patrząc na niego z góry (dosłownie i w przenośni). – Nie martw się – rzekł do Vanny pocieszająco. – Jeśli nie będziesz moją gwardzistką, za kilka lat możesz zostać jedną z moich żon. Mam przeczucie, że pozostałe wybiorą za mnie inni.
- Cóż za pociecha – skomentowała podejrzanie spokojnym głosem.
- Jaka szkoda, że nie możemy zabrać tych niewiast ze sobą – westchnął aż zbyt smutno Latif. – Już jesteśmy spóźnieni i nic nie może spowalniać nam dalszej drogi.
- Parvezie, wiem, że podoba ci się nowy wierzchowiec, ale przesiądziesz się do Latifa – nakazał Naad. – Zabierzemy tych łotrów ze sobą. Wprawdzie zasługują by biec przywiązani do siodeł, ale co racja, to racja: mamy opóźnienie. Nie jesteśmy też im podobni i nie wydamy wyroku bez uprzedniego sądu.
Zanim zabrał się do spędzania koni rabusiów – oraz ich pokiereszowanych jeźdźców – zwrócił się jeszcze do kupców z karawany:
- Jeśli nawet waszym celem nie była Aziz-Dua, zobowiązuję was, byście dostarczyli te dwie niewiasty do celu ich podróży. Potem zgłoście się do Pałacu Gościnnego i pytajcie o Naada, a zostaniecie stosownie wynagrodzeni.
Uszczęśliwieni kupcy jęli giąć się w ukłonach i prześcigać w podziękowaniach za pomoc i zapewnieniach, że uczynią tak, jak wybawiciel i przykazał.
- Nie mnie dziękujcie za wybawienie – uciął ostro i przestał zwracać na nich uwagę. Na nas zresztą też.
Wymieniłam spojrzenia z Vanny… i obie zaczęłyśmy chichotać jak szalone.
- No to sto lat, kuzynciu – przypomniałam sobie, kiedy już złapałam oddech. – W prezencie dostaniesz przejażdżkę wielbłądem, co ty na to?
- Chętnie – ucieszyła się. – Wielbłądy to jedyne wierzchowce, na których jeżdżę z wdziękiem.
Po chwili przybiegła Djellia, która postanowiła ukryć łódkę za skałą, przez co ominął ją mały huragan, wywołany łopotem potężnych skrzydeł. Przybiegła, zobaczyła i kichnęła, gdy małe puchowe piórko spadło jej na nos.
Anioł był barwny jak tęcza i świetlisty jak księżyc. Skrzydła miał naprawdę imponujące, włosy rozwiane, a strój zupełnie jakby wymieniał modowe doświadczenia z Geddwynem. Unosił się w powietrzu, na tle zachodzącego słońca, rozkładając ręce jak do błogosławieństwa – brakowało tylko muzyki sfer niebieskich, zresztą może piasek w uszach nie pozwalał mi jej usłyszeć. Patrzyłam więc tylko, jak z góry, w otoczeniu białych piór, spływa powoli Vanny – dostojnie i z wyrazem twarzy mówiącym: „patrzcie, jaka jestem cierpliwa”. Kiedy stanęła lekko na piasku, natychmiast obsypał i ją, sprawiając, że cały efekt diabli wzięli.
- Jake – powiedziała, spoglądając w górę. – Będziesz jeszcze musiał popracować nad szczegółami.
Anioł niefrasobliwie pomachał jej ręką – na szczęście już nie skrzydłami – po czym zwrócił się do mnie:
- Pozwól, że powierzę ją twojej opiece, zanim znów mi serce z jej powodu wyskoczy.
W odpowiedzi uśmiechnęłam się szeroko, aż mi piasek między zębami zachrzęścił, a wtedy anioł zniknął, zadowolony z wykonanej misji.
- „Znów”, terefere – prychnęła moja kuzynka i otrzepała się. Przynajmniej z grubsza.
- Kto… to był? – urywany głos Djellii mógł być oznaką zdziwienia, ale ponieważ mało co potrafiło ją zaskoczyć, uznałam, że po prostu próbuje się nie roześmiać.
- Kolega z pracy – Vanny machnęła ręką. – Te anioły mają tak teatralne zapędy, że dziwię się, czemu nie załatwił żadnej fanfary.
Ach, więc jednak nie było muzyki…
- Kolega z pracy, a zachowuje się jak nadopiekuńcza niania – zauważyłam. – Co zmalowałaś tym razem?
- Tym razem nic, słowo daję. Byłam tylko niewinną ofiarą… i właśnie też zaczynasz się tak zachowywać.
- Nie bój się, już nie będę…
Roześmiała się z niedowierzaniem, po czym zmierzyła z góry na dół mój strój, burcząc coś o rozmaitych wariatach, którzy nawet nie dadzą się dziewczynie przebrać. Faktycznie, była ubrana zbyt ciepło jak na pustynię i teoretycznie o wiele zbyt ciepło jak na piekło, choć z tymi piekłami też różnie bywa. Podobnie jak z siedzibami aniołów oraz z ich mieszkańcami… Chyba każdy świat ma jakieś opowieści o nich i niekiedy są jednakowe albo przynajmniej zbliżone, ale o tym mogłaby więcej opowiedzieć moja kuzynka. Jakby nie wystarczyło, że jej przełożony rywalizował był z pewnym typem spod ciemnej gwiazdy o względy kobiety, której ciało zajmowała obecnie Vanny, to jeszcze okazał się wygnańcem z nieba, co pewnie było powodem… hmm, jej ostatnich wojaży, o których jeszcze mi opowie, nie wywinie się. Było nie było, jej list składał się w większej części z wody. Ale dosyć dygresji, grunt, że wraz z Djellią przetrząsnęłyśmy bagaże i już po chwili Vanny była przebrana w strój podobny do mojego, tylko bardziej pastelowy.
Wreszcie wszystkie trzy z piskiem rzuciłyśmy się w stronę źródełka, które biło z wysokiej skały i wpadało do malowniczej sadzawki, wokół której rosły palmy i mnóstwo innej, całkiem bujnej roślinności, zdającej się nie zwracać uwagi na rozpościerającą się wkoło pustynię. Albo śmiać się z niej. Czy płynęła pod nią jakaś podziemna rzeka? Jak głęboko w dół sięgała skała, dająca przyjemny cień? Wyglądało to, jakby bogowie wiciągnęli ją spod ziemi i ustawili w charakterze parawanu, bo spodobało im się akurat tu urządzić mały kurort.
- Nadjeżdża jakaś karawana – Djellia pierwsza oderwała wzrok od źródełka.
- No to świetnie – ucieszyłam się. – Jeśli masz już dość wożenia mnie, możesz wreszcie lecieć po swoją literaturę. Oni na pewno będą znać drogę do Aziz-Dui.
Poniewczasie zaniepokoiłam się, czy Djellii nie urazi taka odprawa, ale nie, zrozumiała ją dokładnie tak, jak chciałam. Zaczynała ją już nudzić pustynna monotonia, a działanie słońca mogło się ciężko zemścić na jej jasnej cerze. Nie mówiąc już o obowiązkach wobec Liry… Szybko rozdzieliła bagaże, wyściskała nas na pożegnanie i tyleśmy ją widziały.
Wielbłądy zbliżały się coraz szybciej – niezbyt liczne, ale objuczone do granic możliwości. Tylko kilka z nich nosiło jeźdźców, lecz i te nie ustrzegły się przed dodatkowym ciężarem pakunków. Do tego jeszcze pilnowała ich grupa innych jeźdźców, którzy nosili czarne opończe i dosiadali rączych rumaków. Wymachiwali groźnie bronią, śmiejąc się w głos. Jak cenne towary mogła wieźć ta karawana?
- Coś mi się zdaje, że to nie są ochroniarze – powiedziała cicho Vanny, przyglądając się przybyszom. Skinęłam głową i bez słowa sięgnęłam w międzysferę, aby przywołać swój łuk. Tak na wszelki wypadek – na razie skryłyśmy się w cieniu, gdzie na pierwszy rzut oka trudno nas było wypatrzyć… Tak nam się przynajmniej wydawało.
Karawana tymczasem dotarła do oazy i okutani w czerń wojownicy zaczęli grozić nieszczęsnym kupcom szablami i kindżałami, krzycząc i śmiejąc się jeden głośniej od drugiego. Tamci zaś prędko zsiedli z wielbłądów i zaczęli zdejmować z nich juki.
- O waleczni synowie pustyni – mówili przy tym. – Zabierzcie nasz nic nie warty towar, jeśli to was zadowala, ale nie krzywdźcie nas w niehonorowej walce, skoro nie mamy nawet broni! Przyrzekamy, że odpłacimy wam w dwójnasób za waszą litość!
- Ciekawe, czy zawsze przemawiają tak podniośle, czy tylko kiedy im coś grozi – szepnęła do mnie Vanny. Nie wypadało mi się roześmiać, więc tylko trzymałam Przekorę Erlindrei w pogotowiu.
- Czyżbyście woleli uschnąć na pustyni, zamiast zginąć od jednego ciosu, gdy zabierzemy także wasze wielbłądy? – zarechotał rozbójnik w podartym stroju, jakby miał za sobą spotkanie z lwem (na pustyni?!). – A co do niehonorowej walki, ten młokos może wam wiele o niej opowiedzieć, a przekonacie się, że nie możemy się z nim równać!
- To prawda! – dołączyli do niego inni. – Zakradł się do nas podstępem, kiedyśmy spali, i próbował poderżnąć nam gardła! Szczęściem nasz konie okazały się czujniejsze i nas pobudziły.
W pierwszej chwili nie wiedziałyśmy, o kim mówią, ale potem zauważyłyśmy, że jeden ze zbójów, chłop jak dąb, ubrany jakby właśnie okradł królewski skarbiec i trochę za bardzo się z tym obnosił, stoi w pewnej odległości od swych kompanów. Trzymał wodze równie wielkiego czarnego konia o białych pęcinach, na którym siedział chłopiec odziany w równie dostatni strój, ale za to umiejący go nosić; jego wierzchnia szata sięgała niemalże do ziemi, a turban ozdabiały skrzące się kamienie. Ręce trzymał za plecami, prawdopodobnie związane; nie ustawał w próbach uwolnienia się, mówiąc coś przy tym cicho, ale wielki zbir nie zwracał na to uwagi. A to dlatego, że przypadkiem nas zobaczył… W każdym razie zauważył Vanny, bo ja zdążyłam schować się za pobliską palmą. Podszedł krokiem zwycięzcy, obejrzał ją sobie od stóp do głów – trzeba tu rzec, że nie pozostała mu dłużna – i roześmiał się donośnie.
- A to dopiero nam się trafiło! – zakrzyknął. – Chodźcie, moi kamraci, i zobaczcie, jakaż perła umili nam drogę powrotną!
Zbliżyli się z ciekawością i wyraźnie spodobało im się to, co zobaczyli, bo zaczęli wymieniać między sobą komentarze niekoniecznie nadające się do zapisania.
- A co zrobimy z tą drugą, panie? – zapytał któryś rozbójnik, gdy poczułam się pominięta i wyszłam zza palmy. – Lepiej nie ściągać na siebie gniewu bożego…
- Zabierzemy ją ze sobą – machnął ręką herszt, nie rzuciwszy na mnie choćby okiem. – Z pewnością w najbliższym mieście dostaniemy za nią spory okup.
- Miałem na myśli… że ona celuje do nas z łuku.
- A więc na co czekacie?! Rozbroić ją! – rozsierdził się, że musi im tłumaczyć tak oczywiste rzeczy. I ten moment wykorzystała Vanny na wymierzenie mu wspaniałego kopniaka w szczękę. Zatoczył się porządnie – trudno powiedzieć, czy bardziej zadziałała jej siła, element zaskoczenia czy ciężar całego tego złota, które miał na sobie – a wtedy wyszarpnęła mu szablę zza pasa i rozpoczęli niebezpieczny taniec. Bo o ile żaden z rozbójników nie kwapił się do bezpośredniej pomocy (nie chcieli potem oberwać od herszta za wtrącanie się?), o tyle któryś rzucił mu swoją… Po czym oberwał kamieniem w głowę od jednego z członków zapomnianej karawany. Idioci, mogli uciekać, póki nie zwracano na nich uwagi, a tymczasem banda w czerni przypomniała sobie o nich. Ale nie, nie spodziewali się jednak ataku ze strony swoich zastraszonych ofiar, byli więc cokolwiek zdezorientowani. Przynajmniej przez pierwszą chwilę, ale to wystarczyło, by zapewnić niedawnym ofiarom przewagę. Wreszcie i ja włączyłam się do akcji – strzelałam z zamiarem porażenia, nie zabicia przeciwników, choć mój łuk mógł mieć na ten temat odmienne zdanie. W każdym razie kilku padło jak muchy tam, gdzie stali.
Vanny dzielnie zmagała się z hersztem, póki nie przyszło jej do głowy odbić pojmanego chłopca. Roztrącając kolejnych przeciwników – i mając tego najgorszego wciąż za sobą, zawziął się drań – pobiegła w kierunku, gdzie… gdzie jeńca nie było! Jakimś sposobem zdołał co prawda nie uwolnić ręce, ale przekręcić je do przodu, i teraz pędził konno na złamanie karku – nie, nie prosto na wroga, lecz poza granice oazy, wołając coś w dal. Po chwili ujrzałam kolejny oddział konnych, gnający ku nam z bojowymi okrzykami na ustach. Na ten widok niedobitki zbójeckiej bandy w te pędy rzuciły się do koni i uciekły. Oprócz potraktowanych Przekorą Erlindrei i leżących bez czucia – tych obstąpili kupcy z karawany i radośnie zaczęli obszukiwać.
Przewodzący nowo przybyłym mężczyzna w złotej masce skrywającej prawą połowę twarzy podjechał do chłopca i rozwiązał mu ręce.
- Ścigajcie tych łotrów póki ich nie dogonicie lub nie znajdziecie ich kryjówki – rozkazał swoim ludziom, którzy ochoczo na to przystali. Zostało tylko trzech, którzy mieli pozbierać leżących – ku wielkiemu niezadowoleniu kupców – oraz wysoki, dostojnie wyglądający jegomość o spiczastej bródce i turbanie niemal równie imponującym jak ten noszony przez chłopca. Choć wydawał się stać wyżej stanowiskiem od zamaskowanego, posłusznie czekał na kolejny jego ruch. Ten zaś zbliżył się do walczących – wciąż! – Vanny i herszta, wyciągnął swoją bogato zdobioną szablę i jednym szybkim ruchem wytrącił temu ostatniemu broń z ręki. Herszt, choć potężniejszej postury i groźniejszego oblicza, z pokorą i rezygnacją padł na kolana, poddając się. Zamaskowany nie poświęcił mu dalszej uwagi, lecz od razu zwrócił się do Vanny:
- Gdybyś się postarała, już dawno sama byś to zrobiła. Nie potrafiłaś czy nie chciałaś?
- Nie chciałam – przyznała. – Ale on chyba też nie chciał.
- Czy wszystkie niewiasty w waszym kraju uczą się władać orężem, czy też po kryjomu podglądałaś pojedynki? – zainteresował się. – Twemu stylowi walki nie można odmówić… skuteczności.
- Ta pauza była tak wymowna, że nie wiem, czy mam to traktować jako komplement – słowom kuzynki towarzyszył przymilny uśmiech i trzepot rzęs. A to dopiero, czyżby dopraszała się o jakiś milszy? Jeśli tak, to miała go otrzymać za chwilę… Właśnie podszedł do nas ów wysoki mężczyzna, wyglądający raczej na arystokratę niż wojownika (wiem, że można być jednym i drugim, ale to akurat był ten inny typ arystokraty), prowadząc karego konia, na którym wciąż siedział chłopiec i patrzył na nas z uznaniem. Mógł mieć jakieś trzynaście lat; z bliska okazał się śliczny jak na obrazku, ale i pełen dumy.
- Zatrzymam tego rumaka, – przemówił do zamaskowanego wojownika. – Mój koń zrzucił mnie z siodła, gdy próbowałem do was wrócić, i pognał w siną dal. Tylko dlatego udało im się ponownie mnie schwytać.
- A nie mówiłem? – wtrącił elegant z bródką, lecz w jego głosie brzmiała uniżoność. – Nie powinieneś był, panie, brać tak narowistego wierzchowca. Naad nie powinien był ci na to pozwolić – spojrzał z satysfakcją na zamaskowanego.
- Ponownie, czyli który raz? – tamten nie zwrócił na to uwagi. – Gdybyś nie wymknął się potajemnie, by bawić się w bohaterskie czyny, nic złego by się nie zdarzyło.
Inaczej niż jego towarzysz, mówił jak do równego sobie, a nawet więcej – jak do krnąbrnego ucznia, którym chłopiec mógł być. Istotnie, słuchał ze spuszczoną głową, ale prędko odzyskał rezon.
- Nie jestem aż tak zadufany w sobie, by nie podziękować za pomoc – skinął nam głową z szacunkiem. – Gdybym nie miał już Naada u mego boku, przyjąłbym was do swojej gwardii.
- Jestem pewien, że obie mają własne sprawy, Parvezie – mężczyzna zwany Naadem pokręcił głową i przyjrzał mi się uważnie. – Jakie wichry cię tu zagnały? Kto zostawia małżonkę samą na pustyni?
- To długa historia – westchnęłam, obawiając się, że nie zabrzmię zbyt wiarygodnie. – Jak się domyśliłeś, przybywamy z obcych stron. Miałam dołączyć do… małżonka w Aziz-Dui, ale nasi przewodnicy porzucili nas tutaj. I nie jestem sama, tylko z kuzynką.
- Próbowali nastawać na moją cześć – dodała Vanny w natchnieniu. – Ale nie dałam im się, więc poszli – fruuu! Nie wiedzieć czemu zdarza mi się to na okrągło – prychnęła na zakończenie.
Wysoki elegant spojrzał na nią zdziwiony, że się odezwała, po czym zbliżył się, by dotknąć jej włosów.
- To farba? – zapytał ze złośliwym rozbawieniem. – Wiele słyszałem o obyczajach cudzoziemców, nie sądziłem jednak, że ich kobiety są tak zdesperowane.
- Daj jej spokój, Latifie! – nakazał chłopiec, patrząc na niego z góry (dosłownie i w przenośni). – Nie martw się – rzekł do Vanny pocieszająco. – Jeśli nie będziesz moją gwardzistką, za kilka lat możesz zostać jedną z moich żon. Mam przeczucie, że pozostałe wybiorą za mnie inni.
- Cóż za pociecha – skomentowała podejrzanie spokojnym głosem.
- Jaka szkoda, że nie możemy zabrać tych niewiast ze sobą – westchnął aż zbyt smutno Latif. – Już jesteśmy spóźnieni i nic nie może spowalniać nam dalszej drogi.
- Parvezie, wiem, że podoba ci się nowy wierzchowiec, ale przesiądziesz się do Latifa – nakazał Naad. – Zabierzemy tych łotrów ze sobą. Wprawdzie zasługują by biec przywiązani do siodeł, ale co racja, to racja: mamy opóźnienie. Nie jesteśmy też im podobni i nie wydamy wyroku bez uprzedniego sądu.
Zanim zabrał się do spędzania koni rabusiów – oraz ich pokiereszowanych jeźdźców – zwrócił się jeszcze do kupców z karawany:
- Jeśli nawet waszym celem nie była Aziz-Dua, zobowiązuję was, byście dostarczyli te dwie niewiasty do celu ich podróży. Potem zgłoście się do Pałacu Gościnnego i pytajcie o Naada, a zostaniecie stosownie wynagrodzeni.
Uszczęśliwieni kupcy jęli giąć się w ukłonach i prześcigać w podziękowaniach za pomoc i zapewnieniach, że uczynią tak, jak wybawiciel i przykazał.
- Nie mnie dziękujcie za wybawienie – uciął ostro i przestał zwracać na nich uwagę. Na nas zresztą też.
Wymieniłam spojrzenia z Vanny… i obie zaczęłyśmy chichotać jak szalone.
- No to sto lat, kuzynciu – przypomniałam sobie, kiedy już złapałam oddech. – W prezencie dostaniesz przejażdżkę wielbłądem, co ty na to?
- Chętnie – ucieszyła się. – Wielbłądy to jedyne wierzchowce, na których jeżdżę z wdziękiem.
27 IX
Gdybyś oddała do naprawy swój telefon albo woziła jakiś ze sobą,
życie stałoby się prostsze. Akurat kiedy tyle Ci mam do powiedzenia,
musisz być nieosiągalna… Czy mam błagać o audiencję? Widzisz, co
narobiłaś, zaczynam czuć się jak stęskniona za plotkowaniem przekupka!
O, to, to. Nie mam z kim poplotkować. Będziesz mnie mieć na sumieniu.
Wypchaj się, Lex.
Poszukiwania prowadziłyśmy raczej intuicyjnie, póki nie trafiłyśmy na pustynię w środku nocy. Na horyzoncie widniało miasto o lśniących murach, a z tyłu na niebie wisiał księżyc, niespotykanie duży i otoczony zielonkawą poświatą. Szkoda, że nie zjawiłyśmy się od razu w mieście, ale kto wie, jak by tam zareagowano na nasz pojazd?
Rade nierade ruszyłyśmy przed siebie, lotem zdecydowanie szybszym niż przez tunel, ale nasz cel zdawał się wcale nie przybliżać, jakby stanowił jedność z horyzontem. I gdy minęły może ze dwie godziny, straciłyśmy cierpliwość i nasza łódka miękko wylądowała na piasek. A wtedy miasto zafalowało i na naszych oczach zaczęło się rozmywać, aż w końcu całkiem zniknęło.
- Fatamorgana – westchnęłam zawiedziona.
- Tak w środku nocy? – zaprotestowała Djellia. – Do fatamorgany potrzebne jest ciepło i światło, i…
- A jak to inaczej wytłumaczysz? Czarami?
- A choćby i czarami, czemu nie? Nie wiemy przecież, do jakiego świata trafiłyśmy.
Pokręciłam głową z rozdrażnieniem. Pamiętałam jeszcze strzępy rozmów sprzed kilku miesięcy, z których wynikało, że miasto na pustyni było jednym z miejsc, które Aeiran odwiedził, kiedy mnie nie było. Nie miał ochoty rozwijać tematu tamtej podróży, a ja nie nalegałam, a z czasem zapomniałam, grunt, że nie padło wtedy ani słowo o tym, by owo miasto pojawiało się i znikało. Może był to miraż, a może czary – nie wiedziałam i nie chciało mi się nad tym zastanawiać, tylko spać. Na szczęście moja towarzyszka nie była na tyle zaciekawiona dziwnym zjawiskiem, by zaprotestować i na przykład lecieć dalej.
Nie zasypała nas burza piaskowa ani nic nas nie zjadło, tak podczas tamej nocy, jak i następnych. Co prawda nie jestem specjalistką od spania w fotelu, ale Djellii jakimś cudem udało się zapakować na łódkę miękkie poduszki i ciepłe koce – pustynna noc jest naprawdę przyjemnie zimna w porównaniu z dniem – nie mówiąc o prowiancie i zapasowych ciuchach. Zgodnie z roz… radą zawartą w liście pożegnałam się z moim charakterystycznym kolorkiem i podróżuję wystrojona w zwiewną tunikę o długich rękawach i szerokie spodnie. Od dołu żółte, po drodze mieniące się jeszcze kilkoma kolorami, aż do nasyconego fioletu, przez co wyglądam jak zachód słońca. Zachód słońca tuż przed snem. W piżamce.
Swoją drogą, Djellii należy się pomnik i ołtarz, bo zachowuje się jak anioł. Mogłaby mnie wykopać z łódki, żebym sama sobie szukała tej Aziz-Dui, bo przecież ona ma robotę do wykonania. A jednak wcale się nie spieszy i nie brak jej cierpliwości – spokojnie lata wysoko nad pustynią, próbując znaleźć jeśli nie miasto, to choćby jakąś oazę i oznaki życia, podczas gdy ja mam problemy z patrzeniem w dół. To już prędzej ja mogłabym dać się ponieść nerwom i dokądś przeskoczyć… Rzecz w tym, że po pierwsze, nie mam pojęcia, gdzie bym wylądowała. Po drugie zaś, widok pustyni w świetle księżyca to widok niezapomniany.
Wypchaj się, Lex.
Poszukiwania prowadziłyśmy raczej intuicyjnie, póki nie trafiłyśmy na pustynię w środku nocy. Na horyzoncie widniało miasto o lśniących murach, a z tyłu na niebie wisiał księżyc, niespotykanie duży i otoczony zielonkawą poświatą. Szkoda, że nie zjawiłyśmy się od razu w mieście, ale kto wie, jak by tam zareagowano na nasz pojazd?
Rade nierade ruszyłyśmy przed siebie, lotem zdecydowanie szybszym niż przez tunel, ale nasz cel zdawał się wcale nie przybliżać, jakby stanowił jedność z horyzontem. I gdy minęły może ze dwie godziny, straciłyśmy cierpliwość i nasza łódka miękko wylądowała na piasek. A wtedy miasto zafalowało i na naszych oczach zaczęło się rozmywać, aż w końcu całkiem zniknęło.
- Fatamorgana – westchnęłam zawiedziona.
- Tak w środku nocy? – zaprotestowała Djellia. – Do fatamorgany potrzebne jest ciepło i światło, i…
- A jak to inaczej wytłumaczysz? Czarami?
- A choćby i czarami, czemu nie? Nie wiemy przecież, do jakiego świata trafiłyśmy.
Pokręciłam głową z rozdrażnieniem. Pamiętałam jeszcze strzępy rozmów sprzed kilku miesięcy, z których wynikało, że miasto na pustyni było jednym z miejsc, które Aeiran odwiedził, kiedy mnie nie było. Nie miał ochoty rozwijać tematu tamtej podróży, a ja nie nalegałam, a z czasem zapomniałam, grunt, że nie padło wtedy ani słowo o tym, by owo miasto pojawiało się i znikało. Może był to miraż, a może czary – nie wiedziałam i nie chciało mi się nad tym zastanawiać, tylko spać. Na szczęście moja towarzyszka nie była na tyle zaciekawiona dziwnym zjawiskiem, by zaprotestować i na przykład lecieć dalej.
Nie zasypała nas burza piaskowa ani nic nas nie zjadło, tak podczas tamej nocy, jak i następnych. Co prawda nie jestem specjalistką od spania w fotelu, ale Djellii jakimś cudem udało się zapakować na łódkę miękkie poduszki i ciepłe koce – pustynna noc jest naprawdę przyjemnie zimna w porównaniu z dniem – nie mówiąc o prowiancie i zapasowych ciuchach. Zgodnie z roz… radą zawartą w liście pożegnałam się z moim charakterystycznym kolorkiem i podróżuję wystrojona w zwiewną tunikę o długich rękawach i szerokie spodnie. Od dołu żółte, po drodze mieniące się jeszcze kilkoma kolorami, aż do nasyconego fioletu, przez co wyglądam jak zachód słońca. Zachód słońca tuż przed snem. W piżamce.
Swoją drogą, Djellii należy się pomnik i ołtarz, bo zachowuje się jak anioł. Mogłaby mnie wykopać z łódki, żebym sama sobie szukała tej Aziz-Dui, bo przecież ona ma robotę do wykonania. A jednak wcale się nie spieszy i nie brak jej cierpliwości – spokojnie lata wysoko nad pustynią, próbując znaleźć jeśli nie miasto, to choćby jakąś oazę i oznaki życia, podczas gdy ja mam problemy z patrzeniem w dół. To już prędzej ja mogłabym dać się ponieść nerwom i dokądś przeskoczyć… Rzecz w tym, że po pierwsze, nie mam pojęcia, gdzie bym wylądowała. Po drugie zaś, widok pustyni w świetle księżyca to widok niezapomniany.
25 IX
Trochę przykro było mi żegnać Lirę, a już zwłaszcza Ellila, który żalił
się, że chętnie też by sobie po światach pofruwał. Na pocieszenie
obiecałam mu, że jeśli znajdę jakieś obijające się istoty z mocą
powietrza, przyślę je do niego z pomocą. O ile będę wiedziała, jak.
Przykro było zostawiać za sobą to jasne, promienne i przyjazne miasto, szczególnie gdy już się wleciało do tunelu. Po tym, co mówiła mi wcześniej Djellia, spodziewałam się raczej jakiejś odmiany wiru międzywymiarowego, tymczasem wnętrze tunelu było wyjątkowo spokojne, ale jakieś lepkie i gąbczaste zarazem. Do tego jeszcze unoszący się wokół zapach stęchlizny i oto mamy scenerię rodem z opowieści grozy. Niedorzeczne.
Łódka Djellii leciała przygnębiająco wolno, ale lepsze to niż nic – gdyby była skonstruowana całkowicie na liryjską modłę, nie zdołałaby tu nawet unieść się w powietrze. Nakrapiane ptasie skrzydła, choć rozłożone, stanowiły wyłącznie ozdobę, wszystko załatwiał mechanizm sterujący, na oko prawie jak w samolocie. Światła miałyśmy akurat tyle, żeby widzieć kontrolki i drogę przed sobą – a była to droga długa, ledwo dająca nadzieję na koniec. To znaczy, może na koniec tak, ale nie taki, jaki mam na myśli. Jak to możliwe, by do miasta takiego jak Lira prowadziła taka trasa? Może w drugą stronę wyglądało to inaczej, słyszałam przecież, że łatwiej niż z powrotem, ale nie umiałam sobie tego wyobrazić…
No dobrze, przede wszystkim było potwornie nudno. Ale kiedy zamknęłam oczy i zaczęłam nucić różne piosenki, trochę pomogło.
A gdy w końcu wyleciałyśmy w milszą dla oka scenerię – na zieloną łąkę, z której sterczała na poły zburzona wieża, a w pobliżu szumiała rzeka – stał tam konny oddział w lśniących zbrojach. Konie też miały zbroje, zwłaszcza te rogi na osłoniętych stalą łbach imponowały, takie długie i ostre. Ale jeźdźcy w niczym im nie ustępowali – niezwykle ozdobne pancerze i powiewające pióropusze sprawiały wrażenie bardziej paradne niż bojowe, ale zawsze jakieś. Ich dowódca nosił się na złoto i wypadało podziękować wiatrowi, że zasnuł chmurami słońce.
(Wiatrowi! Hura!!!)
- To chyba jakaś uroczysta delegacja – zdążyła mruknąć Djellia, gdy dowódca oddziału zauważył nas i, i… i nagle wyskoczył w powietrze prosto z siodła, jakby jego zbroja nic nie ważyła, jeszcze w locie wyciągnął dwa miecze zza pleców i zwinnie wylądował na dziobie naszej łódki.
- Uprzedzam, mogę ruszyć pełną prędkością bez rozpędu – odezwała się Djellia jak gdyby nigdy nic.
- Wiem, skąd przybywacie – zadudnił tamten zza złocistej przyłbicy. – Żądam, abyście wskazały mi tam drogę!
- Droga jaka jest, każdy widzi – prychnęłam, oglądając się za siebie. Ale nie, wejścia do tunelu nie zobaczyłam – albo się zamknęło, albo było osłonięte iluzją, jak drzwi do mojego pokoju w Blue Haven.
- Milcz, demonie – rzucił dowódca, mierząc we mnie jednym z mieczy ponad głową Djellii. – Zadziwiające, że w ogóle wpuszczono tam coś takiego jak ty. Kto cię wysłał w sprawie przepowiedni?
Milczałam posłusznie, żałując, że nie mogę zobaczyć jego miny.
- Ty mów – tym razem padło na moją towarzyszkę. – Mów, zanim zgotuję temu demonowi koniec, jak przystało.
- Najpierw wolałabym wiedzieć, kto pyta – odparła niewzruszona Djellia. – Choćby zwykła uprzejmość tego wymaga.
Napastnik myślał nad tym przez chwilę, po czym lekko zeskoczył z łódki i schował miecze na miejsce. Wreszcie zdjął hełm, odsłaniając vlexińskie oblicze o ostrych rysach i nastroszonych białych włosach. Kobiece oblicze, dodam. Reszta oddziału jak na komendę również pokazała twarze – wszyscy byli z tej samej rasy.
- Nazywam się Rayla Wynn Tell i lepiej żebyście znały to miano!
O szlag, szlag, szlag. Ze wszystkich Zrodzonych dla Ładu musiałyśmy wpaść akurat na jeden z dwóch Filarów, o których krążyła wieść, że mają własne armie. Wieść zgodna z prawdą, jak się okazało. Sama nigdy wcześniej sławetnej Inkwizytorki nie spotkałam, ale Xemedi-san z pewnością miałaby w zanadrzu parę złośliwych komentarzy na jej temat. Wystarczy wspomnieć, że zasługiwała na nadany jej przydomek…
Nie byłam zdziwiona, że pragnęła dostać się do Wietrznego Miasta. Ani chybi wyczuła śmierć swego Oddanego i zamierzała to zbadać – niby to zadanie powinno należeć do Strażnika, ale ta pani była bardzo przeczulona na punkcie własnego ludu. Nawet do przepowiedni prędzej by kogoś wysłała… Tymczasem oderwałam się od swoich myśli i słuchałam, co mówi Djellia.
- Jeśli ktoś nas posyła, to tylko sama Lira – mówiła o mieście jak o żywej istocie. – I nie, nie w sprawie żadnej przepowiedni. Wiatr w Lirze nigdy nie przestał wiać.
- Interesujące – Rayla uśmiechnęła się krzywo i zwycięsko. – Moja uczennica Metiel meldowała mi coś zupełnie innego.
Poczułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. Halo, przepraszam!? Czy aby chodziło o tę samą Metiel? Ta przesympatyczna dziewczynka, za nic nie wyglądająca na wojowniczkę, miałaby być uczennicą Inkwizytorki? A tym samym jej potencjalną następczynią, trzeba dodać…
- Metiel opuściła miasto – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język. – Jak dawno meldowała? Możesz mieć nieświeże informacje.
- Kazałam ci milczeć! – syknęła Rayla, znów wyciągając miecze. – Nie wiem, co mogłabyś mieć z nią wspólnego i nie chcę słyszeć takich kłamstw! Gdyby Metiel wyjechała z Liry, dowiedziałabym się o tym pierwsza!
Jej żołnierze nie ruszyli się z miejsca, więc jakoś wątpiłam, że zostaniemy zaatakowane; zresztą na chwilę przestałam zwracać na nią uwagę, bo oto – bęc! – na kolana spadły mi dwa listy i mogłam tylko mieć nadzieję, że za długo nie krążyły.
- Tak się składa, że Lira najlepiej wie, kogo wpuszczać i kogo wypuszczać – Djellia najwyraźniej straciła cierpliwość, bo w jej głosie zaczęła brzmieć irytacja. – Metiel wyruszyła tropem największego złodzieja w światach, więc pani też może za nim pognać i wyświadczyć światom przysługę!
Wolałam nie czekać na finał tej rozmowy i błyskawicznie otwarłam pod nami portal. Łódka zanurzyła się w międzysferze, a ja byłam pełna ulgi, że tak łatwo poszło. I że nikt nas nie ścigał.
- Właśnie próbowałaś nagadać jednemu z Filarów Ładu! – fuknęłam na towarzyszkę. – Równie dobrze mogłaś jej od razu powiedzieć, że ktoś skradł liryjskie wiatry!
- Jeśli wszystkie Filary są takie, to już tęsknię za Dziećmi Chaosu – westchnęła i dodała: – Coś ciekawego do ciebie piszą?
Może miała oczy z tyłu głowy i nie zauważyłam? Przestałam myśleć o Inkwizytorce i rozwinęłam zwój zapisany równym, znajomym pismem.
- „Będę czekał w mieście Aziz-Dua, nie zakładaj nic niebieskiego” – odczytałam na głos wiadomość od Aeirana. – To wszystko – dodałam po chwili ciszy. Na znaczku pocztowym mógłby to zmieścić…
Djellia obejrzała się o zmierzyła mnie uważnym wzrokiem.
- No faktycznie – skomentowała. – Na szczęście zapakowałam ci kilka ładnych liryjskich ciuchów, więc będziesz miała w czym wybierać.
- To drugie wygląda jakby krążyło w deszczu – skrzywiłam się, otwierając list od Vanny. Trochę dłuższy, ale zachlapany niemożebnie, dobrze, że nie całkowicie. „Niebo jest tak zajmujące, że zaraz pognałam do piekła”, zamazane, „jak tylko”, nieczytelne, „naprzeciw”, przemoknięte, „ten wariat na pewno znajdzie” i wreszcie efektowna plama na zakończenie. Ciekawe, jak dawno temu to napisała.
Zanim Djellia odwróciła się z powrotem w kierunku steru, uśmiechnęła się słodko.
- To co, szukamy tego miasta czy najpierw się przebierasz?…
Przykro było zostawiać za sobą to jasne, promienne i przyjazne miasto, szczególnie gdy już się wleciało do tunelu. Po tym, co mówiła mi wcześniej Djellia, spodziewałam się raczej jakiejś odmiany wiru międzywymiarowego, tymczasem wnętrze tunelu było wyjątkowo spokojne, ale jakieś lepkie i gąbczaste zarazem. Do tego jeszcze unoszący się wokół zapach stęchlizny i oto mamy scenerię rodem z opowieści grozy. Niedorzeczne.
Łódka Djellii leciała przygnębiająco wolno, ale lepsze to niż nic – gdyby była skonstruowana całkowicie na liryjską modłę, nie zdołałaby tu nawet unieść się w powietrze. Nakrapiane ptasie skrzydła, choć rozłożone, stanowiły wyłącznie ozdobę, wszystko załatwiał mechanizm sterujący, na oko prawie jak w samolocie. Światła miałyśmy akurat tyle, żeby widzieć kontrolki i drogę przed sobą – a była to droga długa, ledwo dająca nadzieję na koniec. To znaczy, może na koniec tak, ale nie taki, jaki mam na myśli. Jak to możliwe, by do miasta takiego jak Lira prowadziła taka trasa? Może w drugą stronę wyglądało to inaczej, słyszałam przecież, że łatwiej niż z powrotem, ale nie umiałam sobie tego wyobrazić…
No dobrze, przede wszystkim było potwornie nudno. Ale kiedy zamknęłam oczy i zaczęłam nucić różne piosenki, trochę pomogło.
A gdy w końcu wyleciałyśmy w milszą dla oka scenerię – na zieloną łąkę, z której sterczała na poły zburzona wieża, a w pobliżu szumiała rzeka – stał tam konny oddział w lśniących zbrojach. Konie też miały zbroje, zwłaszcza te rogi na osłoniętych stalą łbach imponowały, takie długie i ostre. Ale jeźdźcy w niczym im nie ustępowali – niezwykle ozdobne pancerze i powiewające pióropusze sprawiały wrażenie bardziej paradne niż bojowe, ale zawsze jakieś. Ich dowódca nosił się na złoto i wypadało podziękować wiatrowi, że zasnuł chmurami słońce.
(Wiatrowi! Hura!!!)
- To chyba jakaś uroczysta delegacja – zdążyła mruknąć Djellia, gdy dowódca oddziału zauważył nas i, i… i nagle wyskoczył w powietrze prosto z siodła, jakby jego zbroja nic nie ważyła, jeszcze w locie wyciągnął dwa miecze zza pleców i zwinnie wylądował na dziobie naszej łódki.
- Uprzedzam, mogę ruszyć pełną prędkością bez rozpędu – odezwała się Djellia jak gdyby nigdy nic.
- Wiem, skąd przybywacie – zadudnił tamten zza złocistej przyłbicy. – Żądam, abyście wskazały mi tam drogę!
- Droga jaka jest, każdy widzi – prychnęłam, oglądając się za siebie. Ale nie, wejścia do tunelu nie zobaczyłam – albo się zamknęło, albo było osłonięte iluzją, jak drzwi do mojego pokoju w Blue Haven.
- Milcz, demonie – rzucił dowódca, mierząc we mnie jednym z mieczy ponad głową Djellii. – Zadziwiające, że w ogóle wpuszczono tam coś takiego jak ty. Kto cię wysłał w sprawie przepowiedni?
Milczałam posłusznie, żałując, że nie mogę zobaczyć jego miny.
- Ty mów – tym razem padło na moją towarzyszkę. – Mów, zanim zgotuję temu demonowi koniec, jak przystało.
- Najpierw wolałabym wiedzieć, kto pyta – odparła niewzruszona Djellia. – Choćby zwykła uprzejmość tego wymaga.
Napastnik myślał nad tym przez chwilę, po czym lekko zeskoczył z łódki i schował miecze na miejsce. Wreszcie zdjął hełm, odsłaniając vlexińskie oblicze o ostrych rysach i nastroszonych białych włosach. Kobiece oblicze, dodam. Reszta oddziału jak na komendę również pokazała twarze – wszyscy byli z tej samej rasy.
- Nazywam się Rayla Wynn Tell i lepiej żebyście znały to miano!
O szlag, szlag, szlag. Ze wszystkich Zrodzonych dla Ładu musiałyśmy wpaść akurat na jeden z dwóch Filarów, o których krążyła wieść, że mają własne armie. Wieść zgodna z prawdą, jak się okazało. Sama nigdy wcześniej sławetnej Inkwizytorki nie spotkałam, ale Xemedi-san z pewnością miałaby w zanadrzu parę złośliwych komentarzy na jej temat. Wystarczy wspomnieć, że zasługiwała na nadany jej przydomek…
Nie byłam zdziwiona, że pragnęła dostać się do Wietrznego Miasta. Ani chybi wyczuła śmierć swego Oddanego i zamierzała to zbadać – niby to zadanie powinno należeć do Strażnika, ale ta pani była bardzo przeczulona na punkcie własnego ludu. Nawet do przepowiedni prędzej by kogoś wysłała… Tymczasem oderwałam się od swoich myśli i słuchałam, co mówi Djellia.
- Jeśli ktoś nas posyła, to tylko sama Lira – mówiła o mieście jak o żywej istocie. – I nie, nie w sprawie żadnej przepowiedni. Wiatr w Lirze nigdy nie przestał wiać.
- Interesujące – Rayla uśmiechnęła się krzywo i zwycięsko. – Moja uczennica Metiel meldowała mi coś zupełnie innego.
Poczułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. Halo, przepraszam!? Czy aby chodziło o tę samą Metiel? Ta przesympatyczna dziewczynka, za nic nie wyglądająca na wojowniczkę, miałaby być uczennicą Inkwizytorki? A tym samym jej potencjalną następczynią, trzeba dodać…
- Metiel opuściła miasto – wyrwało mi się, zanim zdążyłam ugryźć się w język. – Jak dawno meldowała? Możesz mieć nieświeże informacje.
- Kazałam ci milczeć! – syknęła Rayla, znów wyciągając miecze. – Nie wiem, co mogłabyś mieć z nią wspólnego i nie chcę słyszeć takich kłamstw! Gdyby Metiel wyjechała z Liry, dowiedziałabym się o tym pierwsza!
Jej żołnierze nie ruszyli się z miejsca, więc jakoś wątpiłam, że zostaniemy zaatakowane; zresztą na chwilę przestałam zwracać na nią uwagę, bo oto – bęc! – na kolana spadły mi dwa listy i mogłam tylko mieć nadzieję, że za długo nie krążyły.
- Tak się składa, że Lira najlepiej wie, kogo wpuszczać i kogo wypuszczać – Djellia najwyraźniej straciła cierpliwość, bo w jej głosie zaczęła brzmieć irytacja. – Metiel wyruszyła tropem największego złodzieja w światach, więc pani też może za nim pognać i wyświadczyć światom przysługę!
Wolałam nie czekać na finał tej rozmowy i błyskawicznie otwarłam pod nami portal. Łódka zanurzyła się w międzysferze, a ja byłam pełna ulgi, że tak łatwo poszło. I że nikt nas nie ścigał.
- Właśnie próbowałaś nagadać jednemu z Filarów Ładu! – fuknęłam na towarzyszkę. – Równie dobrze mogłaś jej od razu powiedzieć, że ktoś skradł liryjskie wiatry!
- Jeśli wszystkie Filary są takie, to już tęsknię za Dziećmi Chaosu – westchnęła i dodała: – Coś ciekawego do ciebie piszą?
Może miała oczy z tyłu głowy i nie zauważyłam? Przestałam myśleć o Inkwizytorce i rozwinęłam zwój zapisany równym, znajomym pismem.
- „Będę czekał w mieście Aziz-Dua, nie zakładaj nic niebieskiego” – odczytałam na głos wiadomość od Aeirana. – To wszystko – dodałam po chwili ciszy. Na znaczku pocztowym mógłby to zmieścić…
Djellia obejrzała się o zmierzyła mnie uważnym wzrokiem.
- No faktycznie – skomentowała. – Na szczęście zapakowałam ci kilka ładnych liryjskich ciuchów, więc będziesz miała w czym wybierać.
- To drugie wygląda jakby krążyło w deszczu – skrzywiłam się, otwierając list od Vanny. Trochę dłuższy, ale zachlapany niemożebnie, dobrze, że nie całkowicie. „Niebo jest tak zajmujące, że zaraz pognałam do piekła”, zamazane, „jak tylko”, nieczytelne, „naprzeciw”, przemoknięte, „ten wariat na pewno znajdzie” i wreszcie efektowna plama na zakończenie. Ciekawe, jak dawno temu to napisała.
Zanim Djellia odwróciła się z powrotem w kierunku steru, uśmiechnęła się słodko.
- To co, szukamy tego miasta czy najpierw się przebierasz?…
22 IX
- A kto pierwszy zadecydował, że my się tym zajmiemy?! – wytknęła mi Keiko, kiedy poprosiłam ją o pomoc.
- Na głos, to chyba Djel – zastanowiłam się, klnąc w duchu, jakim cudem się wtedy z nią zgodziłam. – Ale wliczyła w to mnie, a nie ciebie. No i Ellil sam się dołączył.
- Tym bardziej więc nie mam obowiązku się w to mieszać – oznajmiła wyniośle. – Czy ja wyglądam na koronera albo nekromantkę? Nawet kryminałów nigdy nie czytałam.
- W to akurat wierzę – machnęłam ręką, bo trudno mi było wyobrazić ją sobie czytającą coś innego niż naukowe podręczniki. – Ale ze swoim ścisłym umysłem mogłabyś dojść do jakichś wniosków, które nam nigdy nie przyjdą do głowy…
Teoretycznie Ellil również miał ścisły umysł, ale po tym, jak wczoraj odbył długą i poważną rozmowę z tym wysokim kamiennym typem, snuł się bez pomysłu na dalszy ciąg śledztwa. Nawet nie chodzi o to, iż rzeczony typ wyniósł się z Liry bez słowa już godzinę po rozmowie – otóż gdy Djellia i ja o tym usłyszałyśmy, nasza reakcja zupełnie nie przystawała do powagi sytuacji. Po prostu zawyłyśmy i zakwiczałyśmy ze śmiechu, kiedy bóg wiatru mętnie tłumaczył, że brak tu nawet straży miejskiej i nie ma gdzie zamknąć podejrzanych. Djel zgasiła go, przypominając, że z punktu widzenia miejscowych wszyscy jesteśmy zarówno podejrzanymi, jak i strażą.
Potem Ellil zupełnie porzucił temat, by wypytać mnie o to, co porabiałam od sylwestra, o Shaitha i Shyama, i czy widziałam ostatnio jakieś antymagiczne lilijki. Opowiedziałam mu, co tylko mogłam, w zamian życząc sobie dokładnego sprawozdania z podróży do Liry. I tu się zawiodłam – bardziej ogólnej relacji już mi zdać nie mógł… Przez pewien czas podróżowali z bratem Kilmeny, aż spotkali po drodze dawnego znajomego (nie sprecyzował), z którego pomocą poszukiwanie stało się prostsze. Chętnie wydusiłabym z niego szczegóły – i nie obchodziło mnie, że Djellia słuchała owej relacji z zaciętą miną i wzrokiem wbitym w trawę – ale wtedy w parku pojawiło się dwoje przedstawicieli władz miejskich. Konkretnie najgłośniejszy pan i najcichsza pani – zdążyłam się już dowiedzieć od Ellila, że jest śpiewaczką, a jej milczenie wynika z braku akompaniamentu. Pojawili się, gotowi błagać, by jedyny wiatr w Lirze wrócił do swojej wieży. Ellil nie pozwolił im się płaszczyć, za to przekonywał, że wiać może wszędzie, a zwłaszcza poza murami budynków, i że choćby ktoś chciał go siłą zabrać z miasta, nie dałby się, a zresztą i tak nikt nie chce. Dostał takiego słowotoku, że nawet pan o grzmiącym głosie by go nie przegadał – i w istocie nawet nie próbował. Efekt był taki, że Ellil fruwał teraz po Lirze, ciesząc się wolnością i nadal płosząc co poniektórych cudzoziemców. Pozostało tylko rzucać monetą, kto wyjedzie jako następny. Djel stawiała na Igernę, a ja na elfiego uczonego; nawet Keiko życzyła sobie żeby padło na Todda, tylko kto by chciał z takim gadać?
Gdyby martwy Oddany był mieszkańcem miasta, a nie dowodem rzeczowym, zostałby pochowany na cmentarzu; nie miałam pojęcia, gdzie się takowy znajduje, ale podobno istniał. Tymczasem ułożono go na kamiennej płycie pod przezroczystą kopułą, w miejscu, które mogłoby być świątynią, gdyby liryjczycy wyznawali jakąś konkretną religię. Z całą pewnością wyglądało jak świątynia. Nawet nie z powodu majestatycznej bieli ścian, bo tego koloru w mieście nie brakowało, ale w budynku wyczuwało się ślady jakiejś dawnej mistycznej obecności. Dokoła pełgały słabe płomyki świec, na środku stał ołtarz, a w ścianach dało się zauważyć wnęki, w których bez wątpienia coś niegdyś wisiało. Coś innego niż doniczki z przywiędłymi kwiatami, które cierpliwie podlewała starsza dama w szarej sukni.
Przyleciałam tam wraz z niechętną Keiko – może i nie była nekromantką, a i ja wątpiłam, że wydobędę ze zmarłego jakiś sekret (chyba że dosłownie? Brrr), ale nie mogłam sama przed sobą ukrywać, że intryguje mnie ten wątek. Zaczęłam się otrząsać z lekkiego otępienia spowodowanego dusznym klimatem – może zwyczajnie mnie zmęczoło, a może spotkanie z Ellilem dodało mi energii. Poza tym ile razy bym się nie zarzekała, że nie mam nic wspólnego z daną opowieścią, bardzo często i tak daję się jej wciągnąć, więc co mi szkodzi złapać ją pierwsza? Tak sobie myślałam, wkraczając dziarsko do świątyni… i proszę, zawiodłam się srodze. Bo owszem, ciało powinno leżeć na płycie pod kopułą, tymczasem owa płyta była pusta i pewnie nawet odkurzona.
Podeszłam i postukałam palcem w kopułę – przeszedł mnie lekki prąd, ale nie umiałam orzec, z czego jest zrobiona i czy łatwo byłoby usunąć ją siłą. Ponieważ jednak była do połowy uniesiona, wątpiłam, by użyto tu siły.
- Może jednak go pogrzebano? – odezwała się Keiko, ale bez przekonania.
Krzątająca się w pobliżu staruszka usłyszała ją i podeszła do nas. Miała po liryjsku pogodny wyraz twarzy, ale jej prosta szarobura suknia wyglądała nietypowo zwyczajnie.
- Nikt z nas nie chciał zakłócać jego spokoju, zresztą jego dusza pewnie go zaznała – uśmiechnęła się – ale dziś rano przyszła pani Igerna Aalfinn i zabrała ciało.
- Że niby jak? – wyjąkałam. Nie znałam tamtej kobiety, to prawda, ale nie potrafiłam jej sobie wyobrazić targającej trupa w pojedynkę. Choć jeśli zaparkowała w pobliżu gondolę…
- Zapakowała je do pojemnika na kółkach, wypełnionego jakimś płynem – wyjaśniła chętnie staruszka. No dobrze, można i tak…
- I nikt nie wyraził sprzeciwu? – zdziwiła się Keiko, choć była przy odkryciu zwłok i widziała, jak przebiegło.
- Dlaczego mielibyśmy? – teraz z kolei nasza rozmówczyni wyglądała na zaskoczoną. – Przecież Mówcy Wiatru pozostawili zajęcie się nim wam, naszym gościom. – Wyraźnie dzieliła światy na Lirę i całą resztę, tak zbiorowo; pewnie tak samo uważali inni mieszkańcy miasta. Teraz, już po sprawie, nie było sensu wyjaśniać, że to nie takie proste.
- Co wiesz o tej Igernie? – zapytałam Keiko, gdy odlatywałyśmy spod świątyni.
- Niewiele – pokręciła głową. – Tylko tyle, że uprawia czarną magię, ale nie poznałam jej bliżej. Mam powody, by trzymać się z dala od podejrzanych czarownic.
Pozostawała jeszcze Djellia, która zdążyła poznać niemal każdy kąt w mieście i bez wysiłku przypomniała sobie lokalizację kwatery kobiety w czerni. Sama nie poleciała z nami, gdyż jakieś pilne sprawy wzywały ją do jednej z bibliotek – przyznam, że wywołało to we mnie nieśmiałą nadzieję.
Gdy jednak dotarłyśmy pod wskazany adres, właściciele domu, w którym wynajmowała pokój Igerna, powiedzieli, że bardzo im przykro, ale wyżej wspomniana wyjechała nieco ponad godzinę wcześniej. Tak, pożegnała się serdecznie i ostatecznie. Nie, nie zwrócili uwagi na to, czy wywiozła ze sobą coś podejrzanego, bo przecież trudno zauważyć ciągniętą po ziemi lodówkę z nieboszczykiem, prawda? Tak czy inaczej, nie było sensu już jej gonić. Na pewno zdążyła opuścić miasto, diabli wiedzą, którym tunelem.
Kiedy znów spotkałyśmy Djellię, mogłyśmy jej zakomunikować, że wygrała zakład i że kupiłyśmy jej na targu cały kosz malin, też diabli wiedzą, skąd – jakoś nigdy nie spytałam, jak też Lira importuje towary. Ucieszyła się, ale ja i nawet Keiko byłyśmy trochę rozczarowane, że sprawa została tak nagle ucięta.
- Nie szkodzi – Djellia uśmiechnęła się szeroko. – Zapowiada się dla mnie nowe zlecenie.
To oznaczało, że przeczucie mnie nie myliło i na dniach stąd wyjedziemy.
- Na głos, to chyba Djel – zastanowiłam się, klnąc w duchu, jakim cudem się wtedy z nią zgodziłam. – Ale wliczyła w to mnie, a nie ciebie. No i Ellil sam się dołączył.
- Tym bardziej więc nie mam obowiązku się w to mieszać – oznajmiła wyniośle. – Czy ja wyglądam na koronera albo nekromantkę? Nawet kryminałów nigdy nie czytałam.
- W to akurat wierzę – machnęłam ręką, bo trudno mi było wyobrazić ją sobie czytającą coś innego niż naukowe podręczniki. – Ale ze swoim ścisłym umysłem mogłabyś dojść do jakichś wniosków, które nam nigdy nie przyjdą do głowy…
Teoretycznie Ellil również miał ścisły umysł, ale po tym, jak wczoraj odbył długą i poważną rozmowę z tym wysokim kamiennym typem, snuł się bez pomysłu na dalszy ciąg śledztwa. Nawet nie chodzi o to, iż rzeczony typ wyniósł się z Liry bez słowa już godzinę po rozmowie – otóż gdy Djellia i ja o tym usłyszałyśmy, nasza reakcja zupełnie nie przystawała do powagi sytuacji. Po prostu zawyłyśmy i zakwiczałyśmy ze śmiechu, kiedy bóg wiatru mętnie tłumaczył, że brak tu nawet straży miejskiej i nie ma gdzie zamknąć podejrzanych. Djel zgasiła go, przypominając, że z punktu widzenia miejscowych wszyscy jesteśmy zarówno podejrzanymi, jak i strażą.
Potem Ellil zupełnie porzucił temat, by wypytać mnie o to, co porabiałam od sylwestra, o Shaitha i Shyama, i czy widziałam ostatnio jakieś antymagiczne lilijki. Opowiedziałam mu, co tylko mogłam, w zamian życząc sobie dokładnego sprawozdania z podróży do Liry. I tu się zawiodłam – bardziej ogólnej relacji już mi zdać nie mógł… Przez pewien czas podróżowali z bratem Kilmeny, aż spotkali po drodze dawnego znajomego (nie sprecyzował), z którego pomocą poszukiwanie stało się prostsze. Chętnie wydusiłabym z niego szczegóły – i nie obchodziło mnie, że Djellia słuchała owej relacji z zaciętą miną i wzrokiem wbitym w trawę – ale wtedy w parku pojawiło się dwoje przedstawicieli władz miejskich. Konkretnie najgłośniejszy pan i najcichsza pani – zdążyłam się już dowiedzieć od Ellila, że jest śpiewaczką, a jej milczenie wynika z braku akompaniamentu. Pojawili się, gotowi błagać, by jedyny wiatr w Lirze wrócił do swojej wieży. Ellil nie pozwolił im się płaszczyć, za to przekonywał, że wiać może wszędzie, a zwłaszcza poza murami budynków, i że choćby ktoś chciał go siłą zabrać z miasta, nie dałby się, a zresztą i tak nikt nie chce. Dostał takiego słowotoku, że nawet pan o grzmiącym głosie by go nie przegadał – i w istocie nawet nie próbował. Efekt był taki, że Ellil fruwał teraz po Lirze, ciesząc się wolnością i nadal płosząc co poniektórych cudzoziemców. Pozostało tylko rzucać monetą, kto wyjedzie jako następny. Djel stawiała na Igernę, a ja na elfiego uczonego; nawet Keiko życzyła sobie żeby padło na Todda, tylko kto by chciał z takim gadać?
Gdyby martwy Oddany był mieszkańcem miasta, a nie dowodem rzeczowym, zostałby pochowany na cmentarzu; nie miałam pojęcia, gdzie się takowy znajduje, ale podobno istniał. Tymczasem ułożono go na kamiennej płycie pod przezroczystą kopułą, w miejscu, które mogłoby być świątynią, gdyby liryjczycy wyznawali jakąś konkretną religię. Z całą pewnością wyglądało jak świątynia. Nawet nie z powodu majestatycznej bieli ścian, bo tego koloru w mieście nie brakowało, ale w budynku wyczuwało się ślady jakiejś dawnej mistycznej obecności. Dokoła pełgały słabe płomyki świec, na środku stał ołtarz, a w ścianach dało się zauważyć wnęki, w których bez wątpienia coś niegdyś wisiało. Coś innego niż doniczki z przywiędłymi kwiatami, które cierpliwie podlewała starsza dama w szarej sukni.
Przyleciałam tam wraz z niechętną Keiko – może i nie była nekromantką, a i ja wątpiłam, że wydobędę ze zmarłego jakiś sekret (chyba że dosłownie? Brrr), ale nie mogłam sama przed sobą ukrywać, że intryguje mnie ten wątek. Zaczęłam się otrząsać z lekkiego otępienia spowodowanego dusznym klimatem – może zwyczajnie mnie zmęczoło, a może spotkanie z Ellilem dodało mi energii. Poza tym ile razy bym się nie zarzekała, że nie mam nic wspólnego z daną opowieścią, bardzo często i tak daję się jej wciągnąć, więc co mi szkodzi złapać ją pierwsza? Tak sobie myślałam, wkraczając dziarsko do świątyni… i proszę, zawiodłam się srodze. Bo owszem, ciało powinno leżeć na płycie pod kopułą, tymczasem owa płyta była pusta i pewnie nawet odkurzona.
Podeszłam i postukałam palcem w kopułę – przeszedł mnie lekki prąd, ale nie umiałam orzec, z czego jest zrobiona i czy łatwo byłoby usunąć ją siłą. Ponieważ jednak była do połowy uniesiona, wątpiłam, by użyto tu siły.
- Może jednak go pogrzebano? – odezwała się Keiko, ale bez przekonania.
Krzątająca się w pobliżu staruszka usłyszała ją i podeszła do nas. Miała po liryjsku pogodny wyraz twarzy, ale jej prosta szarobura suknia wyglądała nietypowo zwyczajnie.
- Nikt z nas nie chciał zakłócać jego spokoju, zresztą jego dusza pewnie go zaznała – uśmiechnęła się – ale dziś rano przyszła pani Igerna Aalfinn i zabrała ciało.
- Że niby jak? – wyjąkałam. Nie znałam tamtej kobiety, to prawda, ale nie potrafiłam jej sobie wyobrazić targającej trupa w pojedynkę. Choć jeśli zaparkowała w pobliżu gondolę…
- Zapakowała je do pojemnika na kółkach, wypełnionego jakimś płynem – wyjaśniła chętnie staruszka. No dobrze, można i tak…
- I nikt nie wyraził sprzeciwu? – zdziwiła się Keiko, choć była przy odkryciu zwłok i widziała, jak przebiegło.
- Dlaczego mielibyśmy? – teraz z kolei nasza rozmówczyni wyglądała na zaskoczoną. – Przecież Mówcy Wiatru pozostawili zajęcie się nim wam, naszym gościom. – Wyraźnie dzieliła światy na Lirę i całą resztę, tak zbiorowo; pewnie tak samo uważali inni mieszkańcy miasta. Teraz, już po sprawie, nie było sensu wyjaśniać, że to nie takie proste.
- Co wiesz o tej Igernie? – zapytałam Keiko, gdy odlatywałyśmy spod świątyni.
- Niewiele – pokręciła głową. – Tylko tyle, że uprawia czarną magię, ale nie poznałam jej bliżej. Mam powody, by trzymać się z dala od podejrzanych czarownic.
Pozostawała jeszcze Djellia, która zdążyła poznać niemal każdy kąt w mieście i bez wysiłku przypomniała sobie lokalizację kwatery kobiety w czerni. Sama nie poleciała z nami, gdyż jakieś pilne sprawy wzywały ją do jednej z bibliotek – przyznam, że wywołało to we mnie nieśmiałą nadzieję.
Gdy jednak dotarłyśmy pod wskazany adres, właściciele domu, w którym wynajmowała pokój Igerna, powiedzieli, że bardzo im przykro, ale wyżej wspomniana wyjechała nieco ponad godzinę wcześniej. Tak, pożegnała się serdecznie i ostatecznie. Nie, nie zwrócili uwagi na to, czy wywiozła ze sobą coś podejrzanego, bo przecież trudno zauważyć ciągniętą po ziemi lodówkę z nieboszczykiem, prawda? Tak czy inaczej, nie było sensu już jej gonić. Na pewno zdążyła opuścić miasto, diabli wiedzą, którym tunelem.
Kiedy znów spotkałyśmy Djellię, mogłyśmy jej zakomunikować, że wygrała zakład i że kupiłyśmy jej na targu cały kosz malin, też diabli wiedzą, skąd – jakoś nigdy nie spytałam, jak też Lira importuje towary. Ucieszyła się, ale ja i nawet Keiko byłyśmy trochę rozczarowane, że sprawa została tak nagle ucięta.
- Nie szkodzi – Djellia uśmiechnęła się szeroko. – Zapowiada się dla mnie nowe zlecenie.
To oznaczało, że przeczucie mnie nie myliło i na dniach stąd wyjedziemy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)