13 III

Nie przeczę, trochę się na tym spotkaniu dowiedziałam. A przecież tak naprawdę nie spodziewałam się… Ot, myślałam, że mogę tam zyskać przede wszystkim możliwość opisania paru „szych” wymieniających konwencjonalne uprzejmości – albo nieuprzejmości – nawet Renê nie oczekiwała przecież wiele. Tymczasem jednak trochę mi się ten wypad przydał.
Spotkanie odbyło się w miejscu, którego z całą pewnością nie ma na żadnej mapie – będę musiała napomknąć Aeiranowi, żeby je uwzględnił w kolejnej poprawce do mojego modelu – może dlatego, że wcześniej nie istniało? Prawdę mówiąc, wszyscy zgromadzeni dziwili się, ponieważ byli tam pierwszy raz i ciarki ich przechodziły. Zamkowi najbliżej było do nawiedzonej ruiny, choć zbudowanej – i zrujnowanej? – w największym pośpiechu. Nie wiem, skąd u mnie ta myśl, po prostu nie było tam atmosfery, jaka cechuje stare posiadłości, tego wrażenia, że przeszłość łypie na nas ze wszystkich kątów. Renê nie przebierała w słowach i podsumowała krótko: scenografia. Ja powiedziałabym raczej: dzieło autora, którego gonił termin.
Królewska para z Andromedy i jej „świta” przybyli jako jedni z pierwszych – hura, hura! Mogliśmy sobie usiąść nie zagadywani przez nikogo i spokojnie obserwować kolejnych gości. Wchodzili do potwornie zimnej komnaty z gobelinami na ścianach, anonsowani przez niepozornego człowieczka, który zachowywał się jak wzorcowy lokaj, a jednak, jak się potem dowiedzieliśmy, to on był właścicielem tego zamku. Nie wybudował go jednak, tylko kupił za psie pieniądze.
- Jej wysokość królowa Natsumi z Terionu oraz jej Wojownicy! – ogłosił, kiedy do komnaty weszła śliczna i słoneczna dziewczyna o długich seledynowych włosach, w otoczeniu obstawy, dla kontrastu czarnowłosej i odzianej w ciemne barwy. Dwie kobiety – starsza z nich była surowa i poważna, młodsza zaś eteryczna i uduchowiona. Towarzyszył im rozczochrany młodzieniec o chochlikowatym spojrzeniu, który pomachał do mnie, gdy tylko zajęli swoje miejsca, niedaleko nas. Natsumi wymierzyła mu całkiem niekrólewskiego kuksańca, ale kiedy spojrzała w naszą stronę, wzrok miała nieobecny, niewidzący. Wystraszony, być może? Nie podejrzewałabym jej o świadomą ignorancję – była niegdyś moją bliską znajomą i jednym z ważnych obiektów kronikarskich badań – choć mogłabym to zwalić na zmiany w nieszczęsnej rzeczywistości. Później przyszło mi do głowy pytanie, dlaczego zaproszono tu tylko ją, bez sióstr – ich trzy królestwa były ze sobą połączone nierozrywalnym przymierzem – ale nie miałam okazji go zadać.
Niedługo jednak się tym przejmowałam.
- Jego książęca mość Aethelred Gemedes z Szumu Fal, wraz z małżonką, książną Deivelą! – zaanonsowano kolejnych gości.
- A to niespodzianka – szepnęła Renê, widząc moją minę. – Widzę ich dopiero drugi raz w życiu; po poprzednim spotkaniu odgrażali się, że więcej na żadne nie przyjdą.
Przyglądałam się książęcej parze z zainteresowaniem – choć raczej nienachalnie, bo nie zwrócili uwagi – kiedy zasiedli dokładnie naprzeciwko nas. On w skromnym bladozielonym kaftanie – słowo daję, kolorek stosowny raczej na salę operacyjną – czarnowłosy i zniechęcony. Twarz miał bardziej chłopięcą niż według nadwornego malarza z Sativoli, ale można było zauważyć podobieństwo do portretu. A jeszcze większe do rysunku Geddwyna. U jego boku pani o hardym obliczu i dużych oczach – Deivela? Domena Lustrzana znała ją jako Velxę Ranonkel. Ciekawe, co powiedziałaby na to Lona… Może ona też odbywała nauki na jakiejś tajemnej wyspie i zmieniła imię z „dzikiego fiołka” na „fiołkową (a może fioletową) boginię”? Wysadzany klejnotami diadem w jej kasztanowych włosach migotał, odbijając światło licznych świec.
Siedzieli na swoich miejscach, a ja siedziałam na swoim. W którymś momencie powietrze powinno było nagle zgęstnieć. Powinna była nastąpić wymiana spojrzeń, powinien przejść nas dreszcz rywalizacji, o której zadecydowało Przeznaczenie. Powinniśmy byli stać się przeciwnikami na śmierć i życie… A jednak nic takiego się nie wydarzyło – może dlatego, że żadne z nas nie miało swojej korony, a może po prostu los o nas zapomniał.
Chciałabym.

- Pragnę wiedzieć, po co właściwie nas tu wezwano – głos zabrał elfi władca z jakiegoś najdalszego zakątka Północy, noszący szereg wymyślnych imion. – Wszak poprzednim razem doszliśmy do wniosku, że sami niczego nie zdziałamy!
Kilkoro innych członków zgromadzenia kiwnęło z aprobatą głowami, w tym również książę Aethelred.
– Kto doszedł, ten doszedł – mruknął rodzynek ze świty Natsumi przez zaciśniete zęby, a ta nawet go nie uciszyła. Zaraz też zaczęto szeptać, że to nie miejsce na takie szczeniackie… Przepraszam, infantylne komentarze.
- Wiele światów przechodzi zmiany… Nie nasz wprawdzie, ale i tak jesteśmy zaszczyceni, że nas uwzględniono – tym razem odezwał się Ciarán, z nienaganną uprzejmością. – Rzecz w tym, że wielu z was zna się na magii i czarach, można by więc wspólnie spróbować poszukać odpowiedzi: skąd te zmiany się biorą? Czy może koronowane głowy są od tego, żeby siedzieć na stołkach, podczas gdy poddani odwalają całą czarną robotę?!
Tej nagłej zmiany tonu nikt się nie spodziewał. Niektórzy popatrzyli po sobie z zawstydzeniem, choć pewnie z różnych powodów. Renê chichotała w kułak.
- Zacznijmy zatem od wymienienia zmian, jakie nastąpiły od ostatniego spotkania – zaproponował nasz gospodarz, który siedział na środku komnaty i popijał herbatkę przy własnym stoliku. Niesprawiedliwość, nam żadnej nie podano!
Jako pierwsza podniosła się lady Oglamar z Caer Lyon, bez wątpienia jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam w tym życiu. Jej delikatna blada twarz wyrażała niepokój i niepewność, a palce zaciskały się na białym materiale sukni. Co dziwniejsze, wyraźnie spodziewała się dziecka, a zamiast zostać na własnych włościach i szyć ubranka, przybyła tu, by wystąpić osobiście.
- Nasz świat poszerzył się o nowe tereny – zaczęła. – Zjawiły się… Tam, gdzie przedtem szalało spienione morze. Mój małżonek wyprawił się tam ze swymi rycerzami i zajął dla nas część tych ziem. A potem…
Urwała, bo zbierało jej się na płacz. Siedzący po jej lewej ręce młodzieniec w czarnej tunice i wieńcu z liści prędko ją podtrzymał i posadził z powrotem, szepcząc coś, aż się uspokoiła. Ten zaś po prawej, uroczy blondynek ubrany po rycersku, wstał i dokończył jej wywód:
- Potem zaczęły stamtąd przychodzić istoty, które bez wątpienia zesłały demony. Przyszły i zamieszkały na ziemiach Caer Lyon, a niektóre nawet trafiły na zamek, dzięki przebiegłości i gładkim słówkom. Przyszły z pragnieniem zagarnięcia naszej krainy dla siebie.
- A czy to nie jest naturalne? – prychnął jakiś inny władca z głębi komnaty. – Wy robicie najazd na nich, oni robią najazd na was. Czy naprawdę musimy tego wysłuchiwać?
Znowu zaczęły się szmery i utyskiwania. Zauważyłam, że Aeiran, siedzący przy Renê, mówi coś cicho a z niechęcią, na co ona przyciągnęła go ku sobie za włosy i szepnęła coś do ucha. Ciarán tylko pokręcił głową z westchnieniem, ale ja nie zwracałam już na nich uwagi, przyglądając się pozostałym zebranym. Wyglądało na to, że tworzyły się dwie strony konfliktu – jedni mieli wszystko w głębokim poważaniu, inni zaś uważali się za poszkodowanych. Wszyscy zaczęli patrzeć na siebie nieufnie, a największą ilością podejrzliwych spojrzeń oberwał Aethelred, choć dotąd nawet się nie odezwał. Jakieś idiotyczne szczegóły dostrzegałam i mogłabym zapełnić nimi całą następną stronę, w miejsce rzeczy naprawdę istotnych. Szczekliwy głos jedynej niehumanoidalnej osoby w tym gronie, skomplikowane sploty jasnorudych włosów Oglamar, błyszczące guziki u marynarki jakiegoś arystokraty, który poza tym nie zwracał na siebie żadnej uwagi… A raz wydawało mi się, że widzę znaną skądś postać w eleganckim płaszczu, której na pewno nikt nie anonsował.
Potem była mowa o jeszcze kilku podobnych sprawach, ale dotyczyły raczej ubytków w światach niż nabytków. Zdecydowanie byłoby weselej, gdyby w spotkaniu brał udział ktoś z Nadziei. Albo ze świata J. Albo jedno i drugie, ooo tak…
A jednak niektórzy – w tym reprezentacja Andromedy – nie dopatrzyli się w swoich światach niczego dziwnego, a nawet się nie przejmowali całą tą sytuacją. Prawdę mówiąc, niczego to spotkanie nie rozstrzygnęło, a jednak…

- Mam nieodparte wrażenie, że nie ostatni raz byłam świadkiem takiej narady – mruknęłam, kiedy już zdaliśmy relację San i Kayowi; ta pierwsza co chwilę przerywała nam dość złośliwymi komentarzami na temat koronowanych głów. Czasem trzeba jej przypominać, w jaką rodzinę się wżeniła…
- Mam nadzieję, że to nie ja będę zwoływać następną – skwitowała Renê. – W swoim czasie obskoczyłam całe mnóstwo światów, ale nigdy nie zastanawiałam się nad ich naturą. Teraz widzę, że dobrze robiłam. Tylko głowa od tego boli, a problem i tak się nie rozwiąże.
- Medina byłaby zachwycona – skrzywił się Kay. – Postępujący Chaos i coraz więcej tajemnic do rozwiązywania…
- A ty znowu o jednym – San pokręciła głową z westchnieniem. – To nie tak, że jej zniknięcie ma tu coś do rzeczy, nawet ona nie jest aż taka wszechmocna! Poza tym odeszła dwa lata temu, a zmiany zachodzą dopiero teraz.
- Dopiero teraz zachodzą czy dopiero teraz je widać? – zadumałam się. To pytanie nie dawało mi przecież spokoju od… No tak, od blisko dwóch lat. – Już dawniej miałam wrażenie… A może byłam przewrażliwiona.
- Światy nigdy nie pozostają jednakowe – stwierdził Aeiran. – Chyba że zostaną przez kogoś sztucznie stworzone.
- Myślisz, że ktoś na siłę dokłada im nowe elementy? – San spojrzała na niego sceptycznie.
- Chyba skręciłaś gdzieś myślami – zaczął łagodnie Kay, ale widać było, że ta idea będzie go później gnębić. Mnie też by gnębiła, gdybym nie miała własnej.

12 III

Nasze miłe grono zdążyło się powiększyć od ostatniego zapisku, ponieważ przyjechał Raely Kay, wioząc San-Q z małą Neid – obie nic się nie zmieniły. San szurnięta, zwłaszcza na punkcie kosmetyków, a Neid chyba wcale nie urosła. Za to główkę ma najwyraźniej pełną kolorowych myśli, bo prędko dała się namówić Tenariemu na wspólne rysowanie. Ten widok coś mi przywiódł na myśl, ale jak zwykle zbyt prędko uciekło.
San natychmiast rzuciła mi się na szyję z piskiem: „Maaad!!” i rozpoczęła relacjonować ostatnie miesiące swego życia. Jako kolejna znana mi rodzina z więcej niż jedną przystanią, przezimowali w starym domu San; jednak ostatnie tygodnie Kay spędził na jakiejś misji w imieniu Ładu, a jego posłuszna małżonka udała się wraz z przychówkiem do elfów. Opornie, bo opornie – w końcu ów przychówek jest Dzieckiem, o Którym Mówi Przepowiednia – ale ostatecznie nie narzekała. Nie można narzekać, kiedy ma się dokoła Deidre, Thaedriona, Pacolyn i jeszcze paru przystojniaków na dokładkę, tak właśnie wynikało z jej relacji.
Tak jak w przypadku Lilly, moja nieobecność była sobie gdzieś na skraju jej świadomości. Inaczej niż to było ze zniknięciem Xelli-Mediny, którym przecież tak się przejmowała. Ale może dlatego, że Poszukiwaczka Tajemnic odeszła tak efektownie i z hukiem, nie darując sobie piorunującego ostatniego wrażenia? No i – tak mi się wydaje – w jej przypadku nie da się przewidzieć, że wróci.

- Nie chcielibyście się z nami jutro wybrać? – Renê naszła nas bez pukania późnym wieczorem. – Masz tu swoją zgubę, Miya.
Wepchnęła lekko do środka Tenariego, który trzymał w łapkach inną zgubę – moją pustą książkę, tak bezczelnie gwizdniętą z pewnej biblioteki. Dopiero ostatnio sobie o niej przypomniałam, ale kiedy przyjechała San, zostawiłam ją na wierzchu i najwyraźniej została już dokładnie obejrzana przez inne, ciekawskie oczęta.
Oderwaliśmy się od pasjonującego zajęcia naszą miniaturką światów i wyszukiwania drobnych, ale być może ważnych zmian.
- O, to jest coś pięknego – oceniła Renê i usiadła przy nas na mięciutkim dywanie. – Dawno temu widziałam taki model w czyjejś pracowni, ale był dużo większy i bardziej… Hmm, toporny. Czy nadal próbujecie dociec, co było, a czego nie ma?
- Albo odwrotnie – uśmiechnęłam się. – A gdzie mielibyśmy się wybrać?
- Właśnie dostaliśmy kolejne zaproszenie na m a ł ą międzyświatową naradę – szkoda, że nie mogę zapisać tonu, z jakim wymówiła słowo „małą”, był zabójczy. – Całe szczęście, że mój doskonały syn już wrócił i będzie tu kogo zostawić, bo owa narada ma miejsce jutro. Będą tam rozmaite ważne osobistości, udające, że obchodzi je coś poza nimi samymi.
- A wy będziecie bohaterami, robiącymi dobre wrażenie? Do tego chyba nie jesteśmy wam potrzebni?
– Nie żartuj, przecież widzę, że akurat was pewne rzeczy obchodzą. Poza tym sami byśmy się tam zanudzili. Już poprzednim razem ledwo wyszliśmy stamtąd żywi.
- Zawsze jest ryzyko, że tym razem zanudzą się cztery osoby – zauważyłam. – Ale właściwie co nam szkodzi…
- Mam tylko nadzieję, że zostaniemy zapowiedzeni jako „i inni” – dodał Aeiran z jakimś takim wisielczym humorkiem, na co Renê bezceremonialnie dała mu prztyczka w nos.
- Gdzieś ty się podziewał pół mojego życia temu, co? – zapytała ze śmiechem.
- Przypuszczam, że nie było mnie jeszcze na świecie – odparł niewzruszony.
Usłyszawszy to roześmiała się w głos i wstała, gotowa do wyjścia.
- Czekaj, czekaj – zatrzymałam ją. – To znaczy, że takie spotkania już się wcześniej odbywały?
- Tylko jedno – wyjaśniła. – Jakiś miesiąc temu. Szybko reagują, nie?

7 III

Z zainteresowaniem przeglądam rozgrzebane wątki, rozdmuchane opowieści. Nawet nie takie, do których się osobiście wtrąciłam, bo i tak jest już ich zbyt wiele. Oczywiście, pewne sprawy muszą być załatwione, bitwy stoczone, przygody przeżyte i tak dalej – ale to przecież niekoniecznie przeze mnie. Muszę zostawić trochę dla innych, zamiast wszystko robić za nich. O, wiem, że są tacy – nie będę pokazywać palcem, bo i tak są za daleko – którzy widzą we mnie dopełnienie przeznaczenia czy istotę kierującą rzeczywistością i chętnie wynieśliby mnie wysoko albo przeciwnie – zamknęli gdzieś głęboko. Czy jest teraz sens tłumaczyć im, że dzięki, ale nie trzeba?
Nie, żebym nie była ciekawa, co słychać u niektórych osób. U Ellila i Djellii, którzy najwyraźniej nie znaleźli jeszcze swojej wymarzonej Liry, inaczej na pewno przysłaliby wiadomość z żądaniem pochwały. U Aislinn – przywiezionej przez J z wizytą do Shaitha, tak, żeby się jeszcze więcej sił nadprzyrodzonych tam plątało – i u Shyama, o którym myśl ciągle mnie poszturchuje mentalnie (może to dziwnie brzmieć, ale właśnie tak to odczuwam). U Tarquina – o ile tutaj zaistniał – bo tak. W krainie Faërie, bo brak mi tamtej książki do porządnego rozbaśnienia. A także u Ketrisa i Vaneshki, którzy pewnie siedzą teraz w D’athúil, niekoniecznie z tego radzi… Przyznam, że podpytywałam Aeirana, czy nie sądzi, że powinien już tam wracać, ale stwierdził, że Pieśń – kiedy jeszcze nie była Pieśnią – radziła sobie świetnie zanim się tam rozpanoszył, więc teraz też powinna.
No i oczywiście u rozmaitych krewnych-i-znajomych Królika, wywodzących się z tej i tylko z tej rzeczywistości i wrośniętych w nią, żyjąc mniej lub bardziej statycznie (co nie znaczy, że nudno). Nie mogę stracić z nimi kontaktu, bo jeszcze zapomnę, że wróciłam do domu, jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało. Poza wszystkim innym, co obecnie robię, piszę więc listy. Może i mało mam cierpliwości, przez co każdy kolejny jest coraz krótszy, ale za to jak miło potem dostać odpowiedź! Nic nie przyszło tylko od Geddwyna ani od Brangien i zdecydowanie powinnam się tym martwić, ale herbatka zamiast wyostrzać umysł, troszkę go przytępia. Akurat taką zabrałam z Blue Haven, nie bardzo patrząc, co chwytam.

No tak, bo nie ma nas w domu od jakiegoś miesiąca. Wpadłam tam tylko na chwilę – po rozwiezieniu towarzystwa do miejsc ich przeznaczenia – żeby pozabierać parę rzeczy i wyprysnąć jak strzała. Postanowiliśmy się zaszyć w bezpiecznym miejscu z dala od wszystkiego, a takim miejscem wydała się nam Andromeda. Renê nie była wcale zaskoczona naszym pojawieniem się na drodze pośród gwiazd, za to bardzo ucieszona – w zwój zwykły, uszczypliwy sposób – ponieważ tęskniła do towarzystwa jakiejś przyjaznej duszy spoza dworu. Mąż to mąż, powiedziała, ale on też jest „koronowaną głową”, a my jesteśmy normalni. Nie mogłam się powstrzymać i zadałam pytanie, czy miała jakieś wieści o Xelli-Medinie, na co ona pokręciła głową i stwierdziła, że nie, ale ja na pewno mam sporo do powiedzenia. No owszem, miałam – a trzeba przyznać, że Renê zawsze była jedną z tych osób, którym można powiedzieć najdziwniejsze rzeczy, a wszystko rozumieją.
Nie traktuję tego siedzenia tutaj jako ucieczki od spraw doczesnych, bo gdybym tylko zechciała, mogłabym nie mieć żadnych spraw doczesnych; to jednak wiązałoby się z wyrzeczeniem się przynajmniej części mojej natury, czego oczywiście nie mam zamiaru robić i w ogóle nie o to chodzi. Siedzimy na Andromedzie dość długo i niby moglibyśmy już wracać w światy, ale Tenari chyba by nam tego nie wybaczył. Już od paru tygodni pozwala (znowu, jak to brzmi – może jeszcze łaskawie?), by Ciarán szkolił go w… Bo ja wiem? Sztuce walki? Sztuce przetrwania? Argumentuje to twierdzeniem, że dziecko umysł ma aż nadmiernie sprawny, więc teraz trzeba się zająć jego kondycją, najlepiej bez używania skrzydeł. Co jest trochę trudne, bo skrzydła same w sobie mogą być niewygodnym balastem, ale Ten-chan chyba potraktował to jako wyzwanie. Pozwala się nawet ciągnąć na lodową planetkę, będącą jeszcze dalej od tutejszego słońca niż królewski pałac. Mam nadzieję, że nie zacznie chodzić (a tym bardziej latać) z zamkniętymi oczami; wystarczy, że głosu nie chce używać.
Doprawdy, jeden królewicz z niezwykłą przeszłością trenuje drugiego… Jeszcze trochę, a gotowam uznać teorię, że to dziecko jest baśniowe.
Może kiedy ruszę znowu w światy, okaże się, że nie są tak spokojne, jak ja teraz? Wczoraj Vanny napisała mi w liście, że stęskniła się za Lexem. Ha, to takie dwie oderwane myśli, ale zestawione w jednym rządku wydają się do siebie pasować.

24 I

Pod koniec podrózy nasza droga wiodła wzdłuż torów, po których raz czy dwa przemknął parowy pociąg. Dało nam to pewne wyobrażenie, jak będzie się prezentował cel naszej wyprawy. I rzeczywiście, trafiliśmy do ładnego miasta o brukowanych ulicach, którymi jeździły powozy, wożące dżentelmenów w cylindrach i damy w powłóczystych sukniach, dla których pokazanie się bez kapelusza stanowiło największy skandal. Do miasta, w którym nie wiedziano nic o zamku Nadzieja i nie wierzono w smoki.
Przyznam, że czegoś takiego się nie spodziewałam.
Później zrozumiałam, że to miejsce było taką małą enklawą Shaitha, w której zawsze mógł się zatrzymać i na spokojnie pozbierać myśli. Na swój sposób też do niego pasowało – choć chyba jednak nie należy ubiegać zdarzeń, tylko zacząć od początku.
Okazało się, że spotkanie wyznaczył w hotelu. W żadnym tajemnym miejscu kutu – w hotelu. To też było zaskoczenie, a oznaczało, że Shaith chodzi sobie między śmiertelnikami. I rzeczywiście, czekał na nas w recepcji, niedbale elegancki i pewny siebie, po czym prędko zabrał nas na śniadanie. Gdyby J go nam nie pokazała, nie zwróciłabym na niego uwagi w tłumie. Nie, źle – uwagę bym na pewno zwróciła, ale nie przyszłoby mi do głowy, że może być bogiem, w dodatku ognia, choć mógłby być bohaterem opowieści przygodowej. Młody z wyglądu – choć chyba starszy od takiego Ellila – poruszał się energicznym krokiem i patrzył na nas badawczo, przenikliwie, spod nierówno przyciętej brązowej grzywki. I wydawał się zadowolony, kiedy nas zobaczył.
– Co to za okazja? – nie dowierzała J. – Elegancki hotel i może jeszcze eleganckie śniadanko na twój koszt?
– Eleganckie bo eleganckie, ważne, żeby było smaczne – wtrąciła Lilly, zamówiwszy sobie porządną porcję naleśników. Chętnie poszliśmy w jej ślady, bo wybór był spory i, hmm… Ciekawy.
– Teraz widzę, że lepszego miejsca nie mogłem wybrać – stwierdził Shaith z cierpkim uśmiechem. – Tutaj nie odważycie się zrobić żadnej sceny.
– A jesteś pewien, że już jej nie robimy? – zapytałam ostrożnie. – Jednak trochę rzucamy się w oczy.
– Przyjeżdżają tu dziwniejsi turyści z zagranicy. Miałem na myśli… Inny rodzaj sceny.
Przyjrzał się nam ponownie – nadal badawczo, ale na szczęście jeszcze nie wrogo – i ponownie zwrócił się do J:
– Po co ściągnęłaś tu tę całą delegację? Żeby mi dodać panteon czy wysadzić z interesu?
– Że co? Nie, no coś ty! – zachichotała, omal nie krztusząc się naleśnikiem. – Przecież to też są zagraniczni turyści! Co ty, własnych demonów nie masz?
– Sam już nie jestem pewien – burknął. – Do niedawna myślałem, że znam ten świat. A potem zaczął się robić… Baśniowy?
– Jeśli zamek Nadzieja nazwiesz baśniowym, to jesteś dziwniejszy niż chcesz sprawiać wrażenie – uznała Lilly w przerwie między jednym kęsem a drugim. – Może te smoki już bardziej…
– Nawet nie to. Jakieś jednorożce w lasach, takie nienaturalnie kolorowe ptaki na niebie… – Shaith westchnął i oparł głowę na dłoniach. – Nie, żeby nie istniała tu magia, ale baśniowość tkwiła jednak w książkach. A teraz przestaję czuć, że jestem w domu.
– Miałam ci tu przywieźć Ellila, ale mi uciekł po drodze, skubaniec – skrzywiła się J. – Miałbyś chociaż towarzystwo. Z domu.
– Wyprysnąłem stamtąd, pamiętasz?
– Pamiętam. Przecież sama znalazłam ci ten świat – żachnęła się. – Ale zrobiłeś to tylko po to, żeby mi coś udowodnić. Nie wmówisz mi, że nie brak ci niczego stamtąd. Ani nikogo – uśmiechnęła się jakoś tak zaczepnie.
– Poprzednim razem mówiłaś, że twój… Nasz świat miał kłopoty – przypomniał sobie i zamyślił się. – Może mógłbym wpaść na chwilę i się rozejrzeć, o ile go znów nie zamkniesz… Zaraz, zaraz – nagle spojrzał na nią przytomniej. – Jak to miałaś przywieźć Ellila? Co ty wyprawiasz, pozbawiasz świat jego bogów i ot tak ich sobie przesadzasz? Masowo?
– Od kiedy to cię tak bulwersuje? Poza tym akurat Ellilowi nic bym nie dała, takie z niego latajło, że już w jednym świecie długo nie usiedzi.
– Akurat jemu – spojrzał na nią spode łba. – Nie kręć. Przyznaj się, kto jeszcze dostał od ciebie świat.
Miałam ochotę bić brawo z podziwu, że oto trafiła kosa na kamień. Nie wątpiłam, że akurat on z całego tamtejszego panteonu był zdolny ją rozgryźć i zaszantażować…
– Biorąc pod uwagę, jaki świat miałam prawo oddać, to tylko Shyam – powiedziała słodko J i tym razem to ja omal się nie udławiłam. – Właśnie, prosił, żeby przekazać, że chętnie by się ciebie poradził. Jako starszego stażem Jedynego Boga, wiesz…
– Shyam – tym razem bóg ognia uśmiechnął się z aprobatą. – Trzeba ci przyznać, że trochę rozsądku masz.
Teraz obie prędko przełknęłyśmy, by nic nam nie przeszkadzało w parsknięciu śmiechem. Ubawione spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.
– Zresztą nie on jedyny się za tobą stęsknił – podjęła J po chwili.
– …Nie? – zapytał jakby od niechcenia. – Ktoś jeszcze? I przede wszystkim: kto tam jeszcze istnieje? Bo o Shyamie to myślałem, że już nigdy nie usłyszę.
– No, jest Taranis, który w tej chwili pewnie tęskni za Ellilem – J wyszczerzyła ząbki. – Jest ta wariatka od wiosny, do której zaczęły się przyczepiać właściwości innych pór roku, przez co klimat nam czasem wariuje. Jest Aislinn, która świetnie sobie daje radę w archeologii. A ogólnie to coraz mniej was, ale ci, którzy zostali, wzięli się wreszcie w garść – zakończyła.
– Daj spokój, nie mów tak ogólnikowo – zirytował się. – Co jak co, ale nie mogę sobie wyobrazić Aislinn pracującej z zabytkami antyku. Przecież one… Na słońcu powinny się rozsypywać, nie?
– Wiesz, jak ci się świat zatrzymał na maszynach parowych, to nie dziwota, że nie doceniasz nowoczesnej technologii – zaczęła, gotowa zaserwować mu długi wykład.
– Nie odchodź od tematu, z łaski swojej.
– No przecież nie odchodzę, tylko właśnie wchodzę na temat – zaprotestowała, z pewnością chichocząc w duchu. No dobrze, może i trafiła kosa na kamień, ale też i J z pewnością miała na Shaitha jakiegoś haka. I miałam wrażenie, że należałoby ich teraz zostawić samych, żeby sobie trochę poszeptali i poprzekomarzali się. Shaith nie wyglądał mi na takiego, co to chciałby, żeby jego „hak” wyszedł na jaw. Albo może inaczej – chciał o coś konkretnego zapytać, a bał się usłyszeć odpowiedź (przy innych?). Jeśli o Aislinn, to czy odpowiedź byłaby taka straszna? No, może tak.
– Słuchajcie, a czy zakwaterowanie też jest na jego koszt? – rzuciła Vanny, najedzona i beztroska.
– Tak! – potwierdziła J, w tym samym momencie, kiedy bóg ognia powiedział „nie”.
– Nie słuchajcie go. Skoro już zaczął, to niech i skończy, jest za dokładny na co innego.
– Trzeba było o siebie zadbać – uśmiechnął się ironicznie Shaith. – Ja nie jestem Ellil. Jestem bogiem, a nie instytucją charytatywną.
– A jednak, tak jak kiedyś Ellil, łazisz po świecie i udajesz śmiertelnika, zamiast być niematerialnym bytem w jakiejś świątyni!
– Cóż – mruknął. – Niektóre jego pomysły były sensowne.

– Słuchaj, jak to Shyam dostał świat?! – szepnęłam do J na stronie, kiedy po śniadaniu rozpierzchliśmy się wszyscy po mieście. Wiadomo, powrót do cywilizacji i możliwość połażenia po sklepach, nawet jeśli się nie ma waluty… Choć ciągle nie mogłam odgonić myśli, że powinna to być raczej pielgrzymka za słupem ognia.
– No, dostał, dostał – pokiwała w zamyśleniu głową; wyraźnie coś knuła. – Pozamieniałam paru niemiłych osobników w żaby i dałam mu świat. Nie mógł tak zostać bez opieki, światom też się coś należy.
– Ale powiedz coś więcej, no, powiedz! – niecierpliwiłam się. – Chcę wiedzieć na przyszłość, gdzie mam się wybrać, żeby mu pogratulować!
– Nie, nie chcesz – odpowiedziała spokojnie i kategorycznie.
– Jasne, że chcę – nie dałam za wygraną, ale ona tylko pokręciła głową.
– Nie będziesz mi tu mówić, że wiesz lepiej ode mnie – powiedziała mentorskim tonem. – Zresztą ja już postanowiłam: zrywam się stąd na krótki czas.
– Że co proszę? – jakoś trudno mi było nadążyć za jej tokiem myślenia. Powoli zaczynała mnie boleć głowa.
– Przekaż Shaithowi, że wróciłam do swojego świata – przykazała tak powoli i wyraźnie, że zrobiłam się jeszcze bardziej podejrzliwa. A może było po mnie widać, że zaczęłam się wyłączać? – Żeby sprawdzić, czy mi się przypadkiem nie rozpadł. Jednak lepiej ich nie zostawiać samych… Wszystkich razem.
– I dlatego tak ich rozsadzasz?
– Też – roześmiała się. – Ale za żadne skarby nie mów mu, że tu wrócę. Z niespodzianką.
– Theaię ze sobą weź – nie mogłam sobie darować.
– A idź ty – prychnęła. – Aż tak mi się do Szarych Światów nie spieszy.
Chyba i ja dojrzałam do stwierdzenia, że „wrócić do domu” do całkiem przyjemny zwrot.

22 I

Jesteśmy wreszcie w drodze, co jest naprawdę miłą odmianą, nawet mimo wizji zamarznięcia w nocy, które z czystą złośliwością serwuje nam Tenari (strasząc tym głównie Lilly). Nie wiem, co jest przyczyną – powrót Aeirana czy pieśń Vaneshki, najwygodniej stwierdzić, że jedno i drugie – ale przestałam czuć się w Nadziei nieswojo. Z drugiej strony zaś zniknęło wrażenie, że mimo wszystko powinnam tu być, dlatego nie miałam nic przeciwko wyjazdowi – ku nieskrywanej radości J. Marudziła tylko, kiedy dotarło do niej, że chcemy całą drogę pokonać zwyczajnie, konno, zamiast przeteleportować się na miejsce.
– Ty też podróżowałaś bardziej konwencjonalnie – przypomniałam, chociaż kto nazwałby lewitację konwencjonalną metodą?
– Bo ja wodziłam za nos tego tam Jaleela – wlepiła we mnie zmrużone ślepka (Vanny zwróciła mi niedawno uwagę, z jaką pobłażliwością traktuję tę pradawną smarkulę, może i coś w tym jest). – a teraz już wiem, dokąd iść.
– A ja chcę wiedzieć, którędy iść – odparowałam. – Poza tym nie chcesz, żeby Pokrzywa nas pogryzła, nie?
Przypuszczam, że nie tylko moja klacz by nas pogryzła – wszystkie wierzchowce tęskniły za tym, by móc się porządnie wybiegać. Może aż za porządnie, jak stwierdziłam po chwili niespodziewanego galopu. Za to nieziemską satysfakcję miałam na widok Theai jadącej na No Doubcie. Ta bowiem zabrała się z nami, może z przekonaniem, że powinna dalej czuwać nad bezpieczeństwem szaleńców, plączących się po Szarych Światach, a może, że mają u niej dług. Z irytacją, choć nie bez ulgi, przyjęła nagły i cichy wyjazd Vaneshki, a teraz Aeiran wyraźnie stara się ją do siebie zniechęcić… W taki dość przewrotny sposób – pozwalając jej ze sobą jeździć. A ona chyba uważa, że lepsze to niż… Sama nie wiem, czy powinnam wygłaszać już opinie, skoro znam ją zaledwie od dwóch dni, a nie jestem aż taką interpretatorką cudzych zachowań, jak pozwalam myśleć czytelnikom. Może jeszcze później do tego wrócę.
Nie wiem, co będziemy robić później, jak już pogadamy z tym całym Shaithem, ale Lilly wyraża chęć powrotu do Nadziei. Mogłabym mieć dużo do powiedzenia na ten temat, ale jestem jej przyjaciółką, a nie mamuśką; tłumaczyć to się będzie w domu. Dziwne, że nie została tam od razu, zamiast jechać z nami, ale cóż, lubi podróże równie mocno, jak te tajemne rozmowy z Muirenn nad jej grubymi księgami. Rozmowy traktowały o czarach, klątwach i bogowie wiedzą, czym jeszcze; chętnie przyjrzałabym się temu wątkowi trochę bliżej, ale prawdę powiedziawszy, nie mam teraz do tego głowy.

Moja nadzieja legła w gruzach i nie zdołałam uniknąć miłej pogawędki z Diarmaidem zanim wyjechaliśmy. Może i faktycznie byłaby miła, gdybym nie była tak beznadziejnie subiektywna. Niby zasłużył na stosownie – i sprawiedliwie – wzniosłe przedstawienie w opowieści, tymczasem za każdym razem mam ochotę nim potrząsnąć, najchętniej za szyję. Tym razem też. Legendę zamku Nadzieja zdecydowanie najlepiej…
– …zostawić Ladericowi – powiedziałam zatem. – Ja nawet jej nie znam i nie rozumiem, dlaczego to do mnie wasza wysokość się zwraca.
– Opuściłaś nas, pani, na czas trwania pieśni – zaczął. – Czy to znaczy, że przeznaczenie już cię nie uwzględnia? Dlaczego?
Z trudem zdusiłam odpowiedź, że mógłby więcej patrzeć, a mniej zdawać się na opowieść.
– To nie tak… Może to właśnie daje waszej wysokości wolną rękę – spróbowałam wyjaśnić. – Nie wiem, czy gdzieś ktoś miał narzuconą z góry rolę pani na tym zamku, ale po tej pieśni na pewno nie. Zamek jest stabilny, wszystko zalezy wyłącznie od was. Tak powiedziała Vaneshka, a jej należy wierzyć w takich sprawach.
– Ale jeśli Nadzieja ma być pełna, nie powinna być rządzona… Tak w połowie – zaprotestował.
– Jeśli rozumować w ten sposób, to bardziej od przeznaczenia potrzebne są uczucia – podsumowałam. – Czy to nie prostsze niż dociekanie, czy taka Calene jest odpowiednia do tej roli?
Widocznie dla Diarmaida nie było to prostsze, bo momentalnie spochmurniał.
– Nie mogę rozkazywać sercu – uciął.
– Ale możesz go chociaż nie zamykać! – zdenerwowałam się wreszcie. – Na litość, człowieku, gdybym ja myślała o własnych uczuciach w kategorii opowieści, dzisiaj pewnie byłabym nieszczęśliwa, samotna i chora z żalu! Nadzieja nie musi iść w parze z rozsądkiem ani z przeznaczeniem, czy to takie trudne do zrozumienia?!
Chyba zbiłam go z tropu, lecz nie zostałam w komnacie audiencyjnej ani chwili dłużej, by zobaczyć, jakie będą tego skutki. Może powinnam była, ale nie miałam cierpliwości – za to uznałam, że dobrze byłoby jeszcze raz pogadać z Caranillą, tym razem bardziej szczegółowo. Kolejna sprawa na później, jak sądzę.

– Ale ulga! – odetchnęłam, kiedy minęliśmy już smocze góry. – Powoli zaczynałam czuć się pająkiem, który zaplątał się we własną pajęczynę.
– Jeśli kiedyś za tym zatęsknisz, zawsze mogę ci załatwić – zapewniła radośnie J. Zdecydowanie dobrze wpasowywała się w miejsce, które zajmowała kiedyś Xella-Medina, choć z drugiej strony sporo je różniło.
Wolałam nie zastanawiać się nad tym głębiej, bo prowadziłoby to do rozważań nad Dziećmi Chaosu, a to z kolei do pytań o obecną rzeczywistość, z pewnością poplątaną już do granic.
Pociągnęłam ją za warkoczyk, na co odwróciła się do mnie i złapała za grzywkę. Słodko. Już po chwili próbowałyśmy unieruchomić sobie nawzajem ręce i jeszcze trochę, a doszłoby pewnie do łaskotania, gdyby Pokrzywa nie zaczęła skakać i brykać, jakby chciała nas strząsnąć.
– Ej, ale nie musisz zachowywać się tak jak one – upomniał ją Rob Roy, który przykłusował do nas z Vanny i Claydem na grzbiecie.
– Ja nie idę w ich ślady, ja je temperuję – parsknęła niby to z irytacją, próbując ukryć rozbawienie.
– Jakbym ja tak Vanny temperował, byłbym teraz biedniejszy niż jestem…
– No już, pax, istoty rozumne – roześmiał się Clayd, łapiąc oba konie za wodze, po czym mrugnął do mnie. – Patrz na ten obrazek – szepnął, wskazując ruchem głowy w tył.
A tam No Doubt kręcił się niespokojnie, kiedy Theaia kategorycznie domagała się czegoś od Aeirana. Wreszcie dał za wygraną i podprowadził konia do hasającej beztrosko Tequili, niosącej Mezz’Lil i Ivy. Takie nagromadzenie blondynek aż raziło w oczy… W każdym razie przystanęliśmy w miejscu, żeby bezczelnie podsłuchać, kiedy ta średnia blondyneczka złapała tę najmniejszą za rękę i zaczęła wypytywać:
– Powiedz, czym teraz jesteś! Powiedz! Nie zdam nikomu raportu, bo sfera pozamaterialna ma u mnie zbyt wielki dług, ale powiedz, jak się t y m stać!
– Nie jestem „czymś”! – zawołała Ivy dziecinnym głosem, ale wyraz twarzy miała zdecydowanie niedziecięcy. – Jestem mną, puść!
– Daj jej spokój, zachowujesz się jak krnąbrna nauczycielka w przedszkolu – zainterweniowała Lily.
– Nauczycielki nie są krnąbrne, tylko dzieci i ten mój… – zaczęła Theaia, ale nagle głos jej się załamał. – Och, czemu ja w ogóle pozwalam wam sobie towarzyszyć, czemu?
Mówiła coraz ciszej, ale chyba nie przestała narzekać.
– To chciałeś, żebym zobaczyła? – szepnęłam do Clayda. – Histerię tej pannicy?
– Teraz to jej rozchwianie nawet mnie dobiło; szczęście, że nie musiałem się wtrącać – westchnął. – Pannica była ingil’athem i zgubiła swojego podopiecznego. Wkurzał ją jak cholera, nie mogła znieść, że ani jej nie widział, ani nawet w nią nie wierzył, ale jednak…
– I co, chciałaby zrezygnować ze swojej natury? – sama ta myśl mną wstrząsnęła, pamiętałam wszak, przez co przechodziła Ivy przed trzema laty.
– Czy ja wiem – odszepnął. – Czepiła się nas. Nie jestem pewien, czy umiałaby być niezależna, choć ona chyba na to patrzy z drugiej strony.
– Mogę sobie wyobrazić tego jej podopiecznego, skoro doprowadził ją do takich wygłupów – mruknęła J, wykręcając szyję w tył. – Tylko nie łapię, jak coś takiego może być duchem opiekuńczym… Bo o to chodzi, nie? I co ona tu robi, zamiast szukać go dalej?
– Może jest do czegoś potrzebna – zamyśliłam się.
– Nam? – zapytała. – Czy opowieści?
– Nie jestem pewna – przyznałam. – Ale nie sądzę, by nie czekał na nią jakiś wątek. Może to ona zostanie twoją przewodniczką po Szarych Światach, co ty na to?

Moje przewidywania J wzięła sobie może nie tyle do serca, co do głowy.
– Zamienisz się? – zapytała Aeirana w pewnej chwili i od tej pory, nie mając nic do gadania, Theaia jechała z nią na Pokrzywie. Tylko je teraz postawić obok Tequili i ich pasażerek, ale Lilly dobrze pilnuje, a Theaia chyba trochę obawia się J. Może z tej obawy zgodziłaby się zabrać ją na wycieczkę do Szarych Światów, a może wręcz przeciwnie, ja jednak czuję, że nie będzie to jedyny wątek z nią związany. A może po prostu nie chcę, żeby tak było. Skoro już się pojawiła, to niech się wykaże.
Nie zaprzeczam, że trochę czułam się jak przekazywana paczka, ale czy miałabym narzekać na skutki? Kiedy znalazłam się blisko Aeirana, to jakby cały świat wokół się uspokoił. Przez dłuższą chwilę rozmawialiśmy przyciszonymi głosami o naszych odwiedzinach w Szarych Światach, zastanawiając się, dlaczego rozwiałam się tam na oderwane wizje. Aeiran przyznał, że jego podróż była dość monotonna, bo za szybko spotkał to blade stworzenie, twierdzące, że zna te światy jak własną kieszeń. W rezultacie wiodła go głównie pustymi i cienistymi ścieżkami, cichymi jakby pochłaniały wszystkie dźwięki i chyba niezdolnymi wyprowadzić nikogo do zwykłej międzysfery. Potem opowiedział o miejscu, gdzie spotkali Vaneshkę – zielonej górze, którą Theaia nazywała „Szczytem Wszystkiego” i która miała stanowić jedyny punkt w Szarych Światach, gdzie „wszystko jest żywe, ale nie zjada się nawzajem” – innymi słowy, funkcjonuje normalnie. A później już nie rozmawialiśmy, po prostu jadąc przed siebie i udając, że jesteśmy sami na tym świecie. Nieźle nam się to udawało, dopóki nie dotarliśmy do rozstajów.
– Tamta trasa prowadzi do miasta – J wskazała na środkową z trzech dostępnych dróg. – To tam Shaith obiecał na nas poczekać.
– O ile mu się nie odwidziało – westchnęłam.
Gdzieś w oddali rozległ się trzepot skrzydeł.
– O, lecą – powiedziała Lilly, jak gdyby nigdy nic. Jakby widok smoków z przeciwnego bieguna wcale nie wyprowadził jej niedawno z równowagi.
Przylecieli w ludzkich postaciach, ale po wylądowaniu poruszali się jak przyczajone drapieżniki. Oboje młodzi z wyglądu, śliczni jak na obrazku – można by wziąć ich za aniołki, nawet mimo tych czarnych pręg na skórze. Nosili jakieś kuse, niedbale narzucone szmatki – widać było, że nie dbają o strój i nie są ciepłolubni.
– Nie macie jeszcze nas dość? – zapytała Lilly zdumiewająco uprzejmie. – Nie chcecie nas stąd wypuścić?
– Lecieliśmy ile sił – odezwała się wielkooka dziewczyna chropawym, niepasującym do niej głosem. – żeby zdążyć przed wami. Mieliśmy was ostrzec, żebyście nie jechali środkową drogą.
– Dlaczego nie? – zdziwiła się Vanny. – Nie ma tu przecież drogowskazów: Do chwały, Do klęski, Do
– Może dlatego, że nikt ich tu nie postawił – wysyczał chłopak przez zaciśnięte zęby. Chyba nie miał wyrobionej ludzkiej mimiki. – To zła droga.
– Nie – zaprotestowała J. – Wybrałam ją poprzednim razem i doprowadziła mnie do miasta.
– Wiemy – przyznała dziewczyna. – Er’Jaleel cię śledził. Ale teraz jest was za dużo, żeby tędy jechać.
– I to może on was nasłał? – prychnęłam. – Dlaczego mamy wam ufać?
Smocza wysłanniczka zamilkła i przygryzła wargę tak mocno, że aż syknęła z bólu. Za to jej towarzysz nie stracił rezonu. Wystąpił do przodu, a w świetle słońca jego włosy mieniły się różowawym blaskiem.
– Wysłała nas Ess’Calene – powiedział całkiem przekonującym tonem. – Powinniście jechać w prawo. Ta droga doprowadzi was do tego samego miasta, jest tylko nieco dłuższa i bezpieczniejsza.
– Właśnie! – poparła go gorąco dziewczyna. – Jadąc środkową, ryzykujecie!
Wymieniliśmy spojrzenia, troszkę skonfundowani, wreszcie J to rozstrzygnęła:
– Jakby co, to ja was obronię, wiecie. Możemy równie dobrze skręcić w prawo.
Zdziwiło mnie to, bo komu bardziej niż jej zależało na szybkim dotarciu do Shaitha? Ale może po prostu była ciekawa, czy coś nowego się wydarzy, jeśli ich posłuchamy.
Smocza dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem – a uśmiech też miała niepasujący, dość groźny – i zatrzepotała skrzydłami, gotowa do odlotu. Chłopak zawahał się, na moment zmierzył mnie spojrzeniem.
– Calene powiedziała też – przemówił dość obojętnie – że jeśli jeszcze kiedykolwiek tu wrócisz, możesz równie dobrze od razu pójść środkową drogą.
Nie odpowiedziałam nic, bo nie zabrzmiało to jak pogróżka – choć może powinno – a raczej jak gadanie pesymisty. Nie wiem, co naprawdę Calene miała na myśli, ale Aeiran objął mnie obronnym gestem, jakby to ryzyko czyhające po drodze zaraz miało wypełznąć i dać o sobie znać. Może na ten widok, a może z ulgą, że posłannictwo spełnione, chłopaczek uśmiechnął się równie uroczo jak jego koleżanka. Potem wystartowali w powietrze, by jak najszybciej zniknąć nam z oczu.
– Naprawdę uważasz, że powinniśmy zmienić trasę? – upewniłam się.
– Tym razem możemy – wzruszyła ramionami J. – Na pewno nie będzie tam nic bardziej ryzykownego niż portal schowany w grocie. Może się bali, że zaraz w niego wleziesz, czy co…

20 I

- A tu – elf dumnie powiódł wokół siebie ręką – jest Komnata Życzeń.
Rozejrzeliśmy się posłusznie, starając się przywołać na nasze oblicza wyraz entuzjazmu. Niestety, na pierwszy rzut oka w kulistej sali – w której byłoby bardzo niewygodnie stać, gdyby nie te sztuczki z grawitacją – nie było czego oglądać. Na drugi było już trochę lepiej – ściany w szmaragdowym kolorze błyszczały w niektórych miejscach, jakby wysadzane klejnotami, zaś na środku pomieszczenia ziała głęboka… Studnia? Wydawała się nie mieć dna, na ile udało mi się to stwierdzić po podejściu, jak na mnie, bliziutko.
 – Ma ktoś grosik? – ucieszył się Clayd. – Można by ją wypróbować.
– A jeśli wypadnie z drugiej strony? – odezwała się J zaniepokojonym tonem, ale w jej oczach migotały diabelskie ogniki. – Może komuś spaść na głowę. Ktoś sobie weźmie i tyle będzie z próby.
Skrzywiłam się. Mogło się to i kojarzyć ze studnią życzeń, ale mnie przywodziło na myśl czarną dziurę w królewskim skarbcu Wędrującego Miasta, gdzie dawno temu zniknęła święta perła…
– Nikt spoza zamku nie postawił tu dotąd nogi – wyjaśnił elf. – Jednakże legenda głosi, że jest to miejsce, do którego powinni się zjeżdżać przybysze ze swymi życzeniami… Jak powiada kronikarz: ostatnia szansa dla desperatów.
Stłumiłam chichot; zdaje się, że sposób myślenia Laderica był dość podobny do mojego. Jakoś nie miałam nastroju by należycie zachwycić się Nadzieją, która jawiła mi się jako wylęgarnia dworskich plotek. Komu się spełni legenda, a kto zostanie królową? Czy następnym krokiem będzie wielki bal, na który zostaną zaproszone wszystkie Kopciuszki tego świata? Zamek Nadzieja zdecydowanie obyłby się beze mnie i moich błyskotliwych opinii.
– Pora się stąd ruszać – westchnęłam cicho, gdy wychodziliśmy z komnaty.
– Dokąd? Byle dalej, przed siebie? – uśmiechnął się Clayd. – Taka podróż byłaby fajną sprawą.
– A niby co teraz robimy? – uniosłam brwi. – Nudzi ci się? Tak ci spieszno do twojego tajemniczego celu?
– A co może nim być? – odpowiedział pytaniem. – Pora wracać do Althenos i może wybrałem się z tobą w drogę właśnie po to, żeby móc to kiedyś powiedzieć. Jeszcze chwila, a Danson przeforsuje swój projekt i pani Gearth będzie mi płakać w rękaw po zakończeniu obrad. Albo gorzej: wytną mi jabłonie.
– I wykopią szkielety?
– Szkielety są już martwe, więc może ich nie obejdą.
– No to dlaczego tu ciągle tkwimy? – wtrąciła J. – Fakt, że ten zamek jest uroczo stuknięty, ale ja chcę was przedstawić Shaithowi, no! Tymczasem Miya niby marudzi, a siedzi twardo.
– A co, mają mnie gonić? – żachnęłam się. – Muszę poczekać aż Vaneshka dotrze z Aeiranem.
– Tutaj? – Clayd parsknął śmiechem.
– Czemu nie? – wzruszyłam ramionami. – Miejsce nie gorsze od mnóstwa innych.
Nasza pogawędka zwróciła uwagę jasnowłosego elfa, który prowadził nas dokądś, coś przy okazji opowiadając, a teraz obejrzał się z obrażoną miną. Mieliśmy na tyle przyzwoitości, by okazać skruchę – nawet miło się go zresztą słuchało, zwłaszcza kiedy zbaczał z tematu zamku na dzieje własne i swoich pięciu braci. Jak się zdążyłam przekonać, Jeźdźcy Słońca mieli swoją własną opowieść, w dodatku całkiem imponującą.
– I zostaliście tutaj mimo to? – nie mogłam sie nadziwić. – Zamiast się jej trzymać, daliście się tu przyciągnąć Thanderilowi?
– Tamta opowieść już się zakończyła. Mieliśmy pełne prawo poszukać sobie nowej – wyjaśnił wesoło, odgarniając długie włosy z czoła. O ile dobrze zapamiętałam, miał na imię Gallil i był najmłodszy z całej szóstki. I przy tym najbardziej skłonny do refleksji. Miałam ochotę powiedzieć coś na temat potencjału łatwego do zmarnowania, ale po namyśle machnęłam ręką. Nawet ja wierzę, że ciąg dalszy niekoniecznie m u s i być do kitu.
– Jakie byłoby twoje życzenie? – zainteresowała się J.
– Żadne – odpowiedziałam bez namysłu. – Taka idea jest zbyt piękna, żeby była prawdziwa. Na pewno okazałoby się, że tkwi w tym jakiś haczyk… A jeśli nie, to byłoby za łatwe.
– Ciężko ci dogodzić – oceniła i pociągnęła Clayda za rękaw. – A twoje?
– Zależy, do ilu prób miałbym prawo – uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo.
– A czego ty byś sobie zażyczyła, mała bestyjko? – zrewanżowałam się.
– Ja nie jestem bestyjką, ja m a m bestyjkę – odpowiedziała wykrętnie i wyprzedziła nas w podskokach. Zdaje się, że dobiegłaby do Pokoju Zadumy (nie mylić z toaletą), gdyby Gallil jej nie zatrzymał, łapiąc prędko za warkoczyk.
– Ała! – pisnęła i naburmuszyła się. – Masz szczęście, że jesteś fajnym elfem!
– Ćśśś… – uciszył ją. – Coś się zbliża. Nie słyszycie?
Niczego takiego nie mogłam stwierdzić, więc zaczęłam nasłuchiwać. I ogarnęło mnie naraz takie radosne uczucie oczekiwania, jak wtedy, kiedy się stoi na zapełnionej po brzegi widowni, zaklinając w duchu kurtynę, żeby wreszcie poszła w górę. Gallil z wyczuciem zapukał w najbliższą ścianę, otwierając okrągłe okienko. Stłoczyliśmy się przy nim… I nagle tamto uczucie minęło, zastąpiony przez gwałtowny wstrząs i wicher, kiedy na zewnątrz otwarła się czarna dziura, z której wypadły dwa konie z jeźdźcami na grzbietach. Po chwili z zamku wybiegło dwóch elfów – widocznie ich też coś zaalarmowało – w towarzystwie Vanny.
– No! – podsumowała radośnie J, widząc moją minę.
Zaniepokojony, a jednocześnie podekscytowany Gallil zaprowadził nas do komnaty audiencyjnej, którą też widziałam po raz pierwszy. Od zadziwiająco, jak na ten zamek, ciemnych barw odcinał się fioletowy dywan, prowadzący od wejścia do tronu, a na ścianach wisiały ramy bez obrazów. Był tam już Diarmaid w srebrzystej koronie ze szmaragdem; była Muirenn z przyczepioną do niej Lilly, która z jakichś powodów wydawała się zniecierpliwiona; był też zaaferowany Laderic, wyraźnie wypatrujący szansy, by móc coś spisać. Po kilku sekundach weszli niespodziewani goście. Moja kuzynka z rozradowaną miną ciągnęła za rękę Vaneshkę, któej zielone oczy ciskały metaforyczne pioruny (choć pewnie ktoś mógłby mi zarzucić nieprawdziwość tego opisu, bo to Vaneshka) we wszystkich możliwych kierunkach. Za nią szedł Aeiran w towarzystwie jakiegoś nadzwyczaj pożółkłego stworzenia płci żeńskiej, a dwaj Jeźdźcy Słońca zamykali pochód.
– Wasza wysokość – zaintonował jeden z nich. – Przywodzimy przed twe oblicze tych oto troje poszukiwaczy nadziei.
– Myśmy nie byli tak oficjalnie witani – mruknęła Vanny cicho, ale wyraźnie.
Diarmaid powstał z tronu, uśmiechając się lekko.
– Cieszę się z waszego przybycia – przemówił. – Może teraz wreszcie zacznę się w tym wszystkim orientować.
Stojąca z tyłu Muirenn zachichotała bezczelnie i bezprzykładnie.
Teraz wystąpiła Vaneshka i ukłoniła się, unosząc fałdy sukni.
– Przepraszamy za takie… Gwałtowne przybycie – odezwała się, próbując pohamować drżenie głosu. – Z początku prowadziłam nas swoim śpiewem, ale pod koniec coś go niestety zakłóciło.
– Ta pieśń była niewłaściwa – stwierdził Aeiran, nie patrząc na nią. Miło byłoby rzec, że zamiast tego patrzył na mnie, ale też nie – zresztą wtedy napotkałby kolejne piorunujące spojrzenie. Obserwował za to badawczo mieszkańców zamku… Chyba z negatywnym z góry nastawieniem.
– Za pozwoleniem – prychnęła Vaneshka. – Ja ci nie mówię, jak masz rządzić w Pieśni!
– Przemyśl chwilę te słowa i wtedy je powtórz – odpowiedział na to spokojnie.
Pieśniarka zacisnęła zęby i wzięła głęboki wdech.
– Ja ci nie mówię, jak masz tworzyć artefakty – rzekła już mniej pewnie i ponownie zwróciła się do Diarmaida: – To miejsce samo w sobie nie było naszym celem, ale szukaliśmy naszych przyjaciół. Skoro oni znaleźli tu bezpieczną przystań, to i my będziemy za to wdzięczni.
Gdzie ona się nauczyła tak układnie przemawiać? Powinnam ją podpytać, co dokładnie robiła przez ostatnie półtora roku.
– Ostrożne słowa, a jednak pochlebne. Co na to powiesz, pani? – Diarmaid znowu skupił na mnie uwagę, jakbym była przewodniczką swojej własnej gromady. Doszłam do wniosku, że coraz bardziej mnie to irytuje.
– Za Aeirana i Vaneshkę ręczę – stanęłam pomiędzy nimi, łapiąc oboje pod ręce – ale tej trzeciej pani ani nie znam, ani się nie spodziewałam.
Trzecia pani, która wcześniej jakoś wymknęła się ogólnej uwadze, krążyła właśnie po komnacie, co chwilę stając na palcach i zaglądając do pustych ram. Kiedy uświadomiła sobie, że zauważono wreszcie jej obecność, podeszła dostojnie jak królowa, z dumnie uniesioną głową. Zabawnie to wyglądało przy jej drobnej figurze i wielkich ciemnych oczach na tle bladej twarzy, które nadawały jej dziecięce wrażenie. A zarazem dość upiorne. Stanęła wyprostowana, poprawiła czarny futrzany kołnierz i wygładziła wściekle żółtą spódnicę.
– Jestem Theaia – powiedziała donośnie, potrząsając platynowymi włosami, ułożonymi w grube pukle. Potem umilkła, chyba w oczekiwaniu na aplauz.
– Miło – uśmiechnęła się uprzejmie Muirenn. – I co dalej?
– Jestem Theaia! – powtórzyła dziewczyna wyzywającym tonem. – Towarzyszę tym dwojgu – zamaszystym gestem wskazała na Vaneshkę i Aeirana – bo beze mnie ani by nie przetrwali, ani by się nie odnaleźli.
– A można wiedzieć, w jakich okolicznościach? – zagaił Clayd, przyglądając jej się z wesołym zainteresowaniem.
– W Szarych Światach, oczywiście! – odpowiedziała. – A gdzież indziej mogłabym być? Musiałam robić to, co… Musiałam – na koniec spuściła trochę z tonu i wbiła wzrok w dywan. Zupełnie nie wyjaśniając, co miała przez to na myśli.
– W Szarych Światach, co? – szepnęłam do Aeirana. – Ja tam tak długo nie siedziałam.
– Ani sama stamtąd nie wyszłaś – przypomniał, również półgłosem.
– Ty też nie, jak rozumiem – nie darowałam sobie, pewna, że gdyby nie zawodowa ciekawość, co dalej, już dawno zaciągnęłabym go w jakiś kąt, żeby wytargać za uszy, a potem wycałować i znowu wytargać. Dobra, przynosząca ulgę pewność.
– Nie było mi dane dokończyć waszej pieśni – podjęła Vaneshka, skoro Theaia stała bez słowa z obrażoną miną. – Chciałabym więc podarować ją wam teraz, jak należy.
Diarmaid wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Muirenn i Laderikiem – ten ostatni wyglądał, jakby miał zamiar zacząć skakać z radości z gromkim aplauzem.
– Będziemy zaszczyceni – padła poważna odpowiedź.
Pieśniarka uśmiechnęła się do nich uroczo, ale nie od razu zaczęła śpiewać.
– Wyjdź stąd – rzuciła najpierw w moją stronę.
Nie zdążyłam nawet zareagować, gdy Aeiran rzucił jej triumfujące spojrzenie, po czym objął mnie wpół i bez słowa wyteleportował na zewnątrz. Na bezpieczną odległość, jak zauważyłam. Nie słychać było śpiewu, ale wydawało mi się, że cały zamek drga jak trącana struna jakiegoś instrumentu.
– Łatwo tam zostać – dobiegł mnie głos Aeirana zza sugestii pieśni.
– Gdzie? – spytałam, nie przestając patrzeć na zamek.
– W Szarych Światach – odpowiedział. – Z własnej woli albo i nie.
– Opowiedz mi wszystko, a ci daruję – zdecydowałam i przytuliłam się do niego z ulgą.

Później, dużo później, odnalazłam Vaneshkę, która konferowała w najlepsze z fankami swojej sztuki. Vanny i Lilly konspiracyjnym szeptem zdawały jej relację ze wszystkiego, co się zdarzyło, od kiedy opuściliśmy Białą Symfonię, za to Muirenn była wyjątkowo, jak na siebie, małomówna. I zarazem odprężona.
– Zastanawiałam się, czy jeszcze zdążę cię zobaczyć – uśmiechnęła się pieśniarka na mój widok. – Jeszcze dzisiaj zamierzam wracać do domu.
– Do D’athúil? – spytałam siłą przyzwyczajenia.
– Do Marzenia – roześmiała się. – Dziwne, ale jakoś dawno mnie tam nie było.
– Dobrze by było mieć takie magiczne drzwi, nie? – zawtórowałam jej. – Żeby wedle woli otwierały się raz na jeden dom, a raz na drugi.
– To chyba dałoby się załatwić – zauważyła Vanny. – Pamiętasz ten zamek, z którego można było wyjść do dwóch różnych światów… Nie podołałabyś takiemu wyzwaniu?
– Światów – może, ale czy do dwóch różnych domen? – westchnęłam, spoglądając znowu na Vaneshkę. – Ale nie o tym na razie chciałam. Dlaczego nie pozwoliłaś mi posłuchać tamtej pieśni?
– To miejsce ma swoje przeznaczenie i aż o tym krzyczy na cały głos – wyjaśniła takim tonem, jakby zdradzała coś oczywistego (co swoją drogą nie było dalekie od prawdy). – Gdybyś tu wtedy została, stałabyś się częścią tego przeznaczenia.
– Tylko Mad? – zdziwiła się Lilly. – Dlaczego ona? Dlaczego nie my?
– Bo wy wszyscy macie tylko takie przeznaczenie, jakie sami sobie zbudujecie – oświadczyła pieśniarka z przekonaniem. Vanny popatrzyła na nią ze zdumieniem i jakby z zazdrością, że przyjaciółka wierzy w to, co mówi. Ale najbardziej zaskakująco zareagowała Muirenn.
– Naprawdę tak uważasz? – zapytała gorączkowo, patrząc Vaneshce w oczy.
– A dziwi cię to? – odpowiedziała tamta pytaniem. – Przecież sama byś tego chciała, a tutaj… Jeśli dobrze rozumiem, to możliwe właśnie tutaj.
– Dziękuję ci – arcymagini uścisnęła jej dłonie, a potem wyszła, wyraźnie czymś przejęta.

19 I

Zbudziłam się z tym rozkosznym dreszczem oczekiwania na coś pięknego, a zarazem spełnienia. Czy jedno drugiego przypadkiem nie wyklucza? Pewnie schowane pod poduszką wiersze zamąciły mi w głowie.
A tu tymczasem Lilly ciągnęła mnie za duży palec u nogi, kołysząc nią do jakiegoś rytmu.
– Jak to się stało, że wstałaś przede mną? – zapytałam sennie.
– Zachciało mi się zjeść śniadanko – wyjaśniła. – A Vanny chyba wcale nie spała, bo ziewa co minutę. Hmm, może…
– Co?
– Może siedzieli od północy w tej bibliotece… Wołają cię tam, tak przy okazji.
Biblioteka? Na sam dźwięk tego słowa poderwałam się z łóżka. I natychmiast padłam z powrotem, bo Lilly nie chciała mnie puścić.
– To mam wstawać czy nie? Zdecyduj się!
– Oj, bo uświadomiłaś mi, że mam tu właśnie rzadki widok…
Wreszcie udało mi się podnieść z pościeli; w przelocie pogłaskałam po głowie Tenariego, którego nic nie było w stanie wyrwać ze snu. Nie po raz pierwszy zastanowiło mnie, o czym może śnić.
– Ale siedzieć w bibliotece, gdy ma się do dyspozycji cały zamek prosto z legendy? – przeżywałam jeszcze, ubierając się. – Myślałam, że tylko ja się tak zachowuję.
– Ten uroczy blondyn o palcach uciapanych atramentem wziął nas pod swoją pieczę – roześmiała się Lilly. – Trochę szkoda, że już zaklepany przez Muirenn…
W odpowiedzi pociągnęłam ją za warkoczyk, po czym opuściłyśmy komnatę.
Doszłyśmy do dwojga drzwi, umieszczonych w podłodze i suficie. Te pierwsze znałam, wchodziło się przez nie do windy, prowadzącej na najniższy poziom. Ale drugie? Ktoś powinien był przystawić do nich drabinę, tymczasem według mojej przyjaciółki właśnie one stanowiły nasz cel.
– I co teraz, skrzydła? – zaczęłam, ale odpowiedź przyszła do mnie sama. Srebrzyste drzwi rozsunęły się i stanęły w nich – prostopadle do nas – trzy postacie. Nie zwróciwszy na nas jeszcze uwagi, cała trójka przeszła po ścianie jak po podłodze, ignorując prawo grawitacji. Pośrodku Diarmaid III we własnej osobie, w królewskim fiolecie i ze stoickim spokojem na szlachetnym obliczu. Ja bym tak nie potrafiła, mając po obu stronach takich doradców. Z lewej wielebny Oswin w ascetycznie szarej szacie, z prawej Muirenn, dla kontrastu ubrana w barwną, obcisłą sukienkę z rozcięciem do połowy uda, dyskutowali zaciekle.
– Nie wątpię, panie, że nic się nie przydarzy, jeśli stąd odejdziemy – przemawiał kapłan z rozognionym spojrzeniem. – Powoływanie się na opowiastkę, która zrodziła się zapewne w umyśle jakiegoś szaleńca? Powtarzam, powinniśmy byli szukać boskiej pomocy, zamiast przyjmować ten… Ten zamek!
– Do jakich bogów chciałbyś się modlić? – spytała słodko arcymagini. – Nie ma już naszego świata i naszych religii. Dlaczego jakieś nieznane bóstwo miałoby brać za nas odpowiedzialność?
– To żaden argument… – zirytował się; na szczęście jednak zauważył wreszcie naszą obecność i zamilkł. A może nie na szczęście? Patrzył to na mnie, to na Lilly, z taką miną, jakby światopogląd właśnie walił mu się w gruzy.
– Tak, koleżanka j e s t srebrnym smokiem sera’fiel – potwierdziłam uprzejmie.
– Ten pan o tym wie – poinformowała mnie przyjaciółka scenicznym szeptem. – Natknął się na mnie wczoraj, hi-hiii!
Tłumiąc śmiech wymierzyłam jej kuksańca i obie dygnęłyśmy uroczo przed Diarmaidem. Jak dobrze wychowane dziewczynki; tylko tam kokardek we włosach brakowało.
– Nie trzeba, nie trzeba – zaprotestował i prędko podniósł nasze dłonie do ust. – Od ukłonów są dworzanie.
– Których najpierw trzeba by mieć – wtrącił Oswin z przekąsem. – Ale nie, nie w tym zamku-widmie, gdzie wszystko robi się samo!
– Wybaczcie, panie, że witam was dopiero teraz – ciągnął władca zamku-widma, nie zwracając uwagi na słowa kapłana. – Mam nadzieję, że miło spędzacie czas na moich włościach.
– W miarę, choć łatwo się tu zgubić – odpowiedziałam ze spuszczonym wzrokiem. Niby mówił do nas obu, a ciągle wbijał we mnie spojrzenie, aż poczułam się nieswojo. – Jeszcze trochę mi brakuje do czucia się jak u siebie…
– Zapewne, podobnie jak p a n i Ess’Calene, woli pani siedzibę w rodzaju smoczych gór – przemówił znowu kapłan, zanim Diarmaid zdążył się odezwać. – Jak i mężczyzn pokroju księcia Aethelreda.
– No nie, tego już za wiele – syknęła Muirenn i ruszyła ku niemu z groźną miną, ale władca powstrzymał ją jednym gestem. Potem zmierzył wzrokiem kapłana, który natychmiast zaczął wyglądać na wcielenie skruchy; obaj skinęli nam głowami i poszli dalej przed siebie. Arcymagini jeszcze szepnęła coś Diarmaidowi na ucho i wróciła do nas. Najwyraźniej nie miała już ochoty na wykłócanie się z tym szorstkim typem…
– Co miałaś na myśli, mówiąc, że jeszcze trochę ci brakuje? – zapytała Lilly konspiracyjnym szeptem.
– Jak by to ująć… – zadumałam się, przywołując wspomnienia sprzed kilku miesięcy. – Kiedy gościłam na dworze w Sativoli… W tym świecie, którego już nie ma, czułam, że jestem w domu. Czy raczej mogłabym być, gdybym nie miała już dwóch innych.
– A teraz nie? – wtrąciła prędko Muirenn, zerkając, czy panowie już się oddalili. Kiedy okazało się, że tak, jak gdyby nic weszła po ścianie i postukała w drzwi.
– No, chodźcie! – zawołała, więc zamknęłyśmy oczy i poszłyśmy w jej ślady. Nie było to takie trudne, gdy się nie widziało drogi… W windzie arcymagini spojrzała na mnie pytająco, wyczekująco.
– Nie bardzo – musiałam zatem przyznać. – Co znaczyłoby, że moim miejscem… W tamtej rzeczywistości… Mogła być właśnie Sativola. Nie Nadzieja.
– Nie mogę dojść do ładu z twoimi rewelacjami o zmianie rzeczywistości – mruknęła. – Ten zamek jest dla mnie niemal prawdziwszy niż mój dawny świat… No, ale chyba powinnam przekazać twoje słowa jego wysokości.
– Jako dowód, że nie jestem przeznaczona na królową?
Muirenn wyszczerzyła zęby w nienaturalnym, wręcz upiornym uśmiechu.
– Z pewnością da mu to do myślenia, inaczej jeszcze podzielisz los nieszczęsnej Calene… Ale bez obaw – zaczęła mnie profilaktycznie uspokajać, zanim jeszcze o tym pomyślałam. – Nikomu nie powiedziałam o twojej koronie.
– Bo i co miałabyś powiedzieć? – wzruszyłam ramionami. – Ani jej nie noszę, ani nawet za wiele o niej nie wiem. Głównie przeczuwam.
Nie zbiło jej to z tropu; z tym samym uśmiechem przytknęła ucho do ściany – drzwi? – nasłuchując.
– Otóż właśnie. Skojarzyło mi się z inną tajemniczą koroną, tą, którą nosił książę Aethelred – podjęła, uznawszy, że jesteśmy już na górze. – Vanille wspominała, że byłabyś dla niego przeciwwagą, prawda?
– Ooo nie. Nie, nie i nie – sprzeciwiłam się. – Gdybym tu panowała i jeszcze nosiła to żelastwo, on byłby dla nas podwójnym zagrożeniem.
– Chyba my dla niego?… Zresztą, czy teraz już nie jest?
– Ale osobno! – zatupałam nogą, czekając, by wyjść. Wnętrze windy porażało szpitalną bielą i wpędzało w klaustrofobię. – Poza tym, ten wasz książę pewnie nawet nie wie o moim istnieniu, bo za świadomość istnienia drugiej korony nie ręczę.
Wychodząc wreszcie na korytarz, oddychałam głęboko. Nagadałam się, aż zaschło mi w gardle i nawet Lilly spoglądała na mnie z podziwem.
– Co za płomienna przemowa – rzekła, a wybrała na to akurat moment, kiedy Muirenn otwierała drzwi do biblioteki. – Tłumaczysz się, jakby kiedykolwiek przyszło ci na myśl poświęcić życie osobiste dla idei czy tam interesu. Nie mówię o pisaniu, bo królowej nikt by chyba w zeszyt nie patrzył…
Urwała, uświadamiając sobie, że obserwują nas cztery dodatkowe pary oczu. Cztery spojrzenia zza pokaźnego stosu książek: intensywnie błękitne, zdziwione; orzechowe, zamyślone; szaroniebieskie, rozbawione… I dodatkowe oczęta: duże, fioletowe i patrzące spod blond grzywki.
– Kto tu chce poświęcić życie osobiste dla pisania? – pisnęła właścicielka tych ostatnich. Małpy, nawet słówkiem nie wspomniały o jej przybyciu!
– Nie, nie dla pisania, tylko dla interesu – sprostował Laderic, wstając z zawalonej książkami podłogi. – Niech zgadnę, już się ośwadczył? – wypalił, nim jeszcze zauważył rozpaczliwe znaki, dawane przez Muirenn.
– O! To ktoś tu chce się z kimś żenić? – podchwyciła natychmiast J, klaszcząc w łapki. – I co, czekacie na rezultaty? Przyjmujecie zakłady?
– Nie przypuszczałam, że interesują cię dworskie ploteczki – ostrożnie przestąpiłam nad książkami, przy okazji dając kronikarzowi prztyczka w nos. – Ani że tak szybko wrócisz.
– Przybyła z samego rana i nawet nie raczyła zapukać – zachichotała Vanny. – I zaraz zaczęła wyrażać głośny podziw dla zamku.
– Niewątpliwie podziw – skrzywiła się arcymagini. – Jak to było? „Co za szaleniec to wymyślił?”… Wypisz, wymaluj, słowa Oswina.
– To b y ł y słowa podziwu! – obruszyła się J. – Jest się tym Dzieckiem Chaosu, nie? Trzeba reagować na takie zjawiska.
– Ale chyba nie zagrzebując się w książkach, szukając logicznego wytłumaczenia – roześmiał się Laderic.
– To tak na zasadzie przyciągania przeciwieństw – stwierdziłam, dosiadając się do przyjaciół; to samo zrobiła Lilly, chwytając jakąś księgę traktującą o magii. – Ja na przykład przyjmuję Chaos bezkrytycznie i płynę z prądem, podczas gdy ona szuka logicznych przyczyn.
– Nie szukam l o g i c z n y c h przyczyn, tylko w ogóle przyczyn. Naprawdę chciałabym wiedzieć, co za szaleniec to wymyślił!
– O ile wiem, legenda zamku Nadzieja nigdy nie została spisana – zgasiła dziewczynkę Lilly.
– W takim razie może będę prekursorem – nadwornemu kronikarzowi zaświeciły się oczy. – A może Miya? Wtedy będziemy mogli wymienić nasze dzieła i porównać.
– A, chętnie – zgodziłam się. – Jeszcze nie czytałam niczego twojego autorstwa, więc jestem za.

– Naprawdę szybko wróciłaś – zauważyłam później, gdy udało mi się oderwać J od bezskutecznego grzebania w księgach. – Znudziło ci się latanie po świecie?
– Trochę, po tym jak postraszyłam tego smoka, który mnie śledził… – westchnęła. – Poza tym nie mogłam was na dłużej zostawiać samych. Nie kiedy jesteście mi aktualnie potrzebni, o!
– I nie wpadłaś na nic ciekawego, szukając tego swojego Shaitha?
– A pewnie, że wpadłam. Na Shaitha! – pochwaliła się. – Schował się w międzysferze, paskud jeden, kiedy tylko wyczuł, że się zbliżam do jego świata. Musisz go koniecznie poznać, zanim się rozmyśli. Ale będzie ubaw!
Roześmiałam się z wrażeniem, że biorę udział w jakiejś czarnej komedii. Czasem doprawdy tracę świadomość, że wróciłam do domu. Na szczęście tylko czasem.

18 I

Jechaliśmy w niemal doskonałej ciszy, tylko Lilly rozmawiała szeptem z Muirenn, która siedziała za nią na grzbiecie Tequili. Kiedy byliśmy jeszcze w górach, ten tak zwany zamek wydawał się stać dość blisko, tymczasem teraz droga przeciągała się, choć nasze wierzchowce wcale nie szły wolno. Rozkołysana i wsłuchana w stukot kopyt byłam coraz bardziej senna, musiałam jednak uważać na Ivy, która już zasnęła, słodko wtulona w mój płaszcz. Tenari leciał w pobliżu i rozglądał się z takim zainteresowaniem, jakby widział rzeczy, których my nie dostrzegaliśmy.
- Na co tak patrzysz, Ten-chan? – zapytałam z uśmiechem, kiedy do mnie podfrunął. – Wyobrażasz sobie, co mogło tu być przedtem? Czy zastanawiasz się, co tu jeszcze będzie?
- Co było przedtem – odpowiedział z poważną miną. – Bo kiedyś to się stanie zupełnie innym „przedtem”, prawda?
- A ty wtedy nie zapomnisz? – nawet nie pytałam, skąd mu to przyszło do głowy. Jak się przysłuchuje poplątanym rozmowom o zmianach w rzeczywistości, z pewnością wyciąga się własne wnioski.
- Ja nie zapomnę - oświadczył z przekonaniem. – Nauczyłem się od ciebie nie zapominać.
Czy powinnam czuć się tym pocieszona, czy raczej mu współczuć? Nie jestem pewna.

Nadal było cicho, zdecydowanie za cicho. Za pusto. Jak gdyby coś – wszystko? – nie zostało jeszcze dokończone i czekało, aż ktoś podłączy ostatni kabelek i wciśnie przycisk Play. Nie było mnie stać na lepsze metafory, kiedy stanęłam u ścian zamku (bo widocznego wejścia nie było). Robił jeszcze bardziej przytłaczające wrażenie – z daleka wyglądał jak nowoczesna rzeźba, teraz zaś kojarzył mi się raczej ze statkiem kosmicznym jakiejś rasy o zwichrowanej mentalności.
- Czy to naprawdę powinno tak być? – szepnęłam do siebie. – Takie odosobnienie, taka pustka?
Nie spodziewałam się odpowiedzi, ale usłyszała mnie Muirenn.
- To nie pustka, to początek – sprostowała. – Musimy cię zapoznać z całością legendy, jak tylko dorwiemy Laderica. Nadzieja miała trafić w odpowiednie miejsce i dopiero zacząć przyciągać do siebie inne istoty. A my wierzymy, że to jest właśnie to miejsce. I czekamy.
- Nadzieja – powtórzyła tępo Lilly i nagle wykrzyknęła piskliwie: – Co ty nam tu wciskasz?! Chcesz powiedzieć, że to jest legendarny zamek Nadzieja?! Te… Te… Kostki na szypułkach?!
Nie odezwałam się, bo w gruncie rzeczy miałam takie samo zdanie.
- Nie jesteś pierwszą osobą, która tak reaguje – roześmiała się arcymagini. – Ale tak, tak właśnie jest. Znaleźliśmy już miejsce, teraz potrzebna nam królowa… – tu zerknęła na mnie z ukosa. – A potem wreszcie stanie się królestwo. Taki odwrotny porządek rzeczy.
- Może dlatego, że nadzieja też często jest sprzeczna z rozsądkiem? – podsunęła Vanny. – Tylko nie rozumiem, czemu tak się uparliście na tę królową.
- Bo nadzieja i samotność nie są dla siebie odpowiednim towarzystwem, honey – odpowiedział Clayd zamiast Muirenn, która spojrzała na niego z uznaniem. – Nie wiesz tego jeszcze?
- Wiem – westchnęła i spuściła głowę. – Chyba wiem.
- No dobrze, w takim razie chciałabym się przekonać, że tam w środku da się żyć – podjęła Lilly. – Wejdziemy tam jakoś czy zostaniemy tu i zamarzniemy?
- Wejdziemy – arcymagini zeskoczyła z konia, aby otworzyć wejście. Można się było spodziewać, że wygłosi zaklęcie, użyje magii; tymczasem po prostu podniosła z ziemi kamień i cisnęła nim o srebrzystą ścianę.
- Ktoś to usłyszy? – zachichotała Vanny.
- Zazwyczaj słyszą – Muirenn wzruszyła ramionami i rzuciła kolejnym kamieniem. Gdy podnosiła trzeci, w ścianie pojawił się prostokątny otwór, przez który od biedy można się było przeczołgać. Wyjrzała do nas złotowłosa głowa o spiczastych uszach – jej właściciel albo był niezwykle wygibalski, albo wisiał jak nietoperz.
- No, jeszcze raz – polecił ze śmiechem. – Bo chyba tracisz formę.
- Zaraz ci dam jeszcze raz – mruknęła pod nosem Muirenn i z całej siły rzuciła ostatni kamień. Gdy rozprysnął się o ścianę, wejście otworzyło się na całą wysokość, a komitet powitalny – jak się okazało, był tam jeszcze jeden Jeździec Słońca – entuzjastycznie zaklaskał w dłonie.
- No proszę! Elfy! – pisnęła Vanny z szerokim uśmiechem, który przy odrobinie dobrej woli można by uznać za miły i radosny.
- Cierp, cierp – odpowiedziałam podobnym wyszczerzeniem ząbków i zsiadłam z Pokrzywy, nie budząc Ivy.
- Znów wiedziesz ze sobą doborowe towarzystwo, gwiezdna panno – przemówił drugi z Jeźdźców. Jego giętki (pogięty?) towarzysz pokiwał głową, przyglądając się nam z aprobatą.
- Dlaczego mnie przypisujecie tę zasługę? – prychnęłam. – Może właśnie jest odwrotnie i to oni mnie sprowadzili?
- Też dobrze – uznali i rozstąpili się. – Wejdźcie, a my zajmiemy się waszymi wierzchowcami.
To był lepszy wybór niż stanie na zewnątrz i marznięcie.
Wnętrze zamku było zdecydowanie bardziej „zamkowe” i utrzymane w srebrno-zielono-fioletowej kolorystyce. Może tylko przezroczyste windy wyglądały zbyt futurystycznie, ale ogólne wrażenie było całkiem przyjemne. Kiedy znaleźliśmy się w przestronnym korytarzu z ustawionymi pod ścianą zbrojami, zjechało do nas czterech pozostałych Jeźdźców.
- Jak to dobrze mieć co robić, gdy zjawiają się goście – powiedział jeden. – Nawet jeśli to zajęcie godne lokajów. Pozwólcie, że zaprowadzimy was do komnat gościnnych.
- Nie ma już niebezpieczeństwa, przed którym moglibyśmy strzec zamku – dodał inny – ale wcale nam się nie uśmiecha stąd odchodzić.
- Kto wie, czy jeszcze nie wróci – mruknęła Muirenn pod nosem. – No nic, bądźcie sobie lokajami dla tego doborowego towarzystwa. A ja życzę sobie iść do mojej własnej tajemnej komnaty. – powiedziała już głośniej, zabawnie podniosłym tonem.
- To nie będzie eleganckiej audiencji? – rozżaliła się Lilly. – Wystawnej kolacji i rytuału wygłaszania życzeń? Nie tego się spodziewałam po legendzie, a ty, Mad?
- U jego wysokości siedzi teraz kapłan – szepnął konspiracyjnie któryś z elfów (jakoś nie umiem nie traktować ich zbiorowo). – Dyskutują zawzięcie o istnieniu przeznaczenia.
No i bardzo dobrze.
- A Laderic? – zapytała żywo Muirenn.
- Ostatnio był w twojej tajemnej komnacie – elf uśmiechnął się pod nosem. – Chyba że poszedł spisać tę dyskusję.
- No to dlaczego się tu przywlekliśmy? – Lilly nie dawała za wygraną.
- Gdzieś musimy poczekać na J-chan – wzruszyłam ramionami. – A co, wolałabyś zostać u smoków?

Wieczorem, kiedy Tenari już spał, przemknęłam wraz z Lilly pod ścianę sąsiedniej komnaty i zapukałam. Otworzyło się wejście, odsłaniając pokój biały jak lilia, z koronkowymi firankami, choć brakowało okien.
- Zdaje się, że pukanie nie jest tutaj wyrazem uszanowania prywatności – mruknęłam. – Wręcz przeciwnie.
- Jakbym miała coś przed wami do ukrycia – prychnęła Vanny, odrywając się od gmerania w swojej torbie. – Zobaczcie, nawet moja rodzinka gdzieś ode mnie uciekła, taka jestem bezwstydna… A wy tu co? Ktoś się zarzekał, że pójdzie dziś wcześnie spać, nie?
- A, jakoś nie jestem śpiąca – przyznała Lilly, ale kiedy usiadłyśmy na łóżku, zaczęła z zainteresowaniem miętosić poduszki. – Poza tym w naszej komnacie jest takie dzieło sztuki, którego Mad się boi, więc nie chciała tam siedzieć…
- Nie boi, tylko nie przepada za surrealizmem – ucięłam. – I chce posiedzieć w towarzystwie. Poplotkować, pośmiać się…
- Zaiste, idealna pora na babskie ploty – skomentowała moja kuzynka, uśmiechając się zaczepnie. – Nie jest to według ciebie pora zastanawiania się nad wątkami, szukania odpowiedzi na dawno zadane pytania? Ani nawet pora wzdychania w poduszkę? No powiedz, nie dostrzegasz absurdu sytuacji?
- Później, później – machnęłam ręką. – Teraz może pogrzeb trochę w tej torbie, dobrze? Mam ochotę podelektować się poezją.
- Nie rozumiem, dlaczego nie kupisz sobie własnej… – gderała Vanny, wyjmując tomik wierszy Poetki. – Czy to jakaś tradycja, że to ja zawsze muszę nosić ze sobą poezje?
- Co wy tutaj za nastrój próbujecie rozsnuć? – Lilly spojrzała na nas z przestrachem i prędko sięgnęła po książkę. – Mam nadzieję, że to nie jest o mroku i krwi kapiącej z płatków róż… – Otworzyła na losowo wybranej stronie i zaczęła czytać na głos. – Nikt nie ujrzy po wiek wieków, bym pożądał siedmiu ćwieków…?! No dobra, teraz to dopiero niepokoi mnie stan waszych umysłów.
- Czekaj, pokaż! Tego nie znam! – wyrwałam jej tomik z ręki, zanim zdążyła go zamknąć. – O czym to… Ach, o Wielkiej Niedźwiedzicy.
- A myślałaś, że o czym, pałko? – pisnęła Vanny, dusząc się ze śmiechu. – Jak chcesz, mogę ci te wiersze pożyczyć. Na później.
Ja też nie mogłam dłużej tłumić chichotu. Zdegustowana Lilly wstała i wślizgnęła się pod firankę.
- Ciekawe, czy i tutaj zadziała – odezwała się i zapukała w ścianę. Natychmiast otwarło się przed nią okno, okrągłe i bez szyb. Zadygotała, ale nie zamknęła ani nie uciekła.
- I cóż tam widzisz? – zapytałam, wystawiając nos zza książki.
- Gwiaaazdy! – zawołała, wystawiając głowę na zewnątrz.

Gwiazdy…

Teraz, kiedy jako jedyna nie śpię, zastanawiam się, czy to już ta właściwa pora. Czy wrażenie pustki panujące w zamku to wyraz oczekiwania, by jego mieszkańcy zaczęli porządnie budować wokół siebie rzeczywistość? Chętnie zwołałabym ich, aby to wspólnie obgadać, ale obawiam się, że mogliby moje zainteresowanie opacznie odebrać. Poza tym są chyba jeszcze pewne sprawy w światach, w które nie muszę się wtrącać. Powinnam je jakoś odróżniać od tych, w które mogę.

17 I

Lilly doszła wreszcie do siebie i zażądała pełnego zestawu dań, z przystawkami i podwieczorkiem. Muirenn wyczarowała jej posiłek godny królowej, ale nie wypuściła jeszcze zza ochronnej bariery. Musiałam więc stać w drzwiach i do niej wołać, kiedy wylegiwała się na swoim posłaniu, udając, że nie zwraca uwagi.
- Coś ty narobiła?! Zachowałaś się jak bezrozumne zwierzę! – nie darowałam sobie, gdy już zdałam jej relację z naszego pobytu u smoków, a w odpowiedzi spotkałam się z milczeniem. To podziałało; nigdy nie pozwalała, by zarzucano jej bezmyślność.
- W takim razie po co tu jeszcze jesteśmy?! – burknęła obrażona, siadając prędko. – Mogłam to odchorować w jakimś bezpieczniejszym świecie. Mogliśmy stąd zwiać, skoro tylko J niczego nie wywąchała.
- Wiesz, że nie o to chodzi – pokręciłam głową. – Nigdy dotąd nie widziałam, byś straciła nad sobą kontrolę, nawet w obliczu wielkiego zagrożenia… A oni nawet nas nie zaatakowali.
Lilly westchnęła i podniosła się, ale głowę miała spuszczoną.
- Czegoś takiego wcześniej nie doświadczyłam – wymamrotała, podchodząc do bariery. – Mad, słuchaj, ja jestem zbyt nowe pokolenie. Nigdy przedtem nie miałam do czynienia z shael’lethem.
- Miło – powiedziałam w przestrzeń, na co zreflektowała się.
- Oj, wiesz, o co mi chodzi. Na ciebie tak nie reaguję, więc musi być w nich coś, czego w tobie nie ma. Nie wiem, więcej ciemności?
Uznałam, że warto byłoby przyprowadzić Caranillę i zapytać przyjaciółkę, co o niej sądzi. Zanim jednak wypowiedziałam tę myśl na głos, Lilly na chwilę zmieniła się na twarzy, groźnie błyskając srebrnymi oczami. Odwróciłam się – w skalnym korytarzu za nami stała Calene i patrzyła na nas bez wyrazu, dopóki nie poszła w swoją stronę. Podsłuchiwała czy może czegoś ode mnie chciała? Nie było rady, musiałam wreszcie zapytać Caranillę, w czym rzecz. Byłam pewna, że przewodniczka wie.
- Zastanów się lepiej, co by twoja babcia na to powiedziała – skwitowałam i pomachałam Lilly na pożegnanie. – Jutro stąd wyjeżdżamy.

- Nie żebym była ciekawska – powiedziałam pogodnie, bez śladu emocji – ale o co właściwie chodzi Calene? Zbyłyście to za pierwszym razem, ale ona ciągle mnie unika albo krzywi się na mój widok.
Muirenn uniosła brwi w zdziwieniu. Siedziałyśmy w jednej z komnat Caranilli, ale nie starczyło mi cierpliwości, by czekać z pytaniami na przewodniczkę. Miała się zresztą pojawić lada chwila.
- A myślałby kto, że nikt tak nie zrozumie kobiety, jak druga kobieta – mruknęła arcymagini. – Zwłaszcza jeśli tyle je łączy.
- Niby co? – zapytałam. – W porządku, obie jesteśmy chaotyczne, jesteśmy srebrne i jesteśmy kobietami, i tyle. Jakiś czas temu napisała do mnie, żebym zabrała stąd smoka, ale co to ma do rzeczy?
- Smoka…? Oż, zaraza! Smok! – Muirenn plasnęła się dłonią w czoło i zawołała donośnie w stronę jednych z trojga drzwi. – Cara! Cara, chodźże wreszcie!
Po kilku sekundach wywołana przybiegła, ciągnąc za sobą Vanny. Obie miały na sobie połyskliwe wieczorowe suknie, jakby uciekły z domu mody bez płacenia, obie też uważały, żeby się w tych kreacjach nie potknąć.
- W co wy się… A, diabła tam – machnęła ręką Muirenn. – Powiedz ty nam, gdzie schowałaś to smoczę, o które robiłyście tyle krzyku? Smoka-klejnot?
- Poza naszym terenem, w ostatnim świecie, który odwiedziliśmy – przewodniczka obejrzała się nerwowo na Vanny. – W miejscu, które odkryłam, gdy nikogo nie było w pobliżu.
- Przy mojej kuzynce nie musisz się krygować – uspokoiłam ją. – Czy ten smok naprawdę zakłócał wam strukturę rzeczywistości, czy jak to tam Calene ujęła? I przez to się na mnie złości?
Obie kobiety spojrzały na siebie, tak jak poprzednim razem, gdy zadałam im to pytanie.
- Ty jej powiedz – zażądała Caranilla. – To wszystko przez twoje nieprzemyślane opinie.
- Ja tylko snułam teorie – obruszyła się Muirenn, po czym spojrzała na mnie i wyrzuciła z siebie: – Jego wysokość zaproponował Calene posadę królowej.
- Tak to właśnie brzmiało – potwierdziła przewodniczka, ponuro kiwając głową. – Nie chcesz wiedzieć, jak na to zareagowała.
- Aha – skrzywiłam się. – Jeśli było to coś podobnego do umowy handlowej, to mogę się domyślać. Ale co to ma wspólnego ze mną?
- …U jego boku smocza pani – srebrzysta istota o gwiaździstym spojrzeniu – wyrecytowała. – To cytat z legendy… Legendy o nas, jak się wydaje.
- Calene nadawałaby się równie dobrze, jak ty, nawet wielebny Oswin był temu przychylny – zaśmiała się krótko arcymagini. – Poza tym była kiedyś obiecana księciu Edlinowi, a to poniekąd zobowiązuje.
- I co, ona uważa, że Miya byłaby lepszą królową? – pisnęła Vanny. – Może jeszcze w tej swojej koronie, jako przeciwwaga dla tego waszego księcia?
- Jasne – prychnęłam. – Żeby mieli dwie legendy za cenę jednej.
Obie patrzyły na nas w osłupieniu, kiedy parsknęłyśmy szaleńczym śmiechem. No tak, trochę się rozpędziłyśmy. Czy kiedykolwiek mówiłam im coś o mojej koronie? Nie pamiętam…
- Calene czekała na twoje przybycie – podjęła wreszcie Caranilla. – Dobrze wie, że jutro wybierasz się do zamku… Spodziewa się, że tam upomnisz się o swoje.
- No to jej powiem, na bogów, że się o nic nie upomnę! – postanowiłam kategorycznie, coraz bardziej wstrząśnięta takim pomysłem.
Niestety, choć przez resztę dnia próbowałam znaleźć Calene, zapadła się jak kamień w wodę. Widocznie bardzo nie chciała zostać znaleziona. A może nie pragnęła zostać ludzką królową, kto ją tam wie.