- Co miałeś na myśli,
mówiąc, że Geddwyn nigdy nie płonął? - coś znowu mnie podkusiło do
zadawania pytań. A co, choć raz to ja mogę być tą przesłuchującą!
- Właśnie to - prychnął Kaede. - Co on może wiedzieć?
- Może więc ode mnie też powinieneś się wynieść? - podsunęłam. - Jestem wodna jak diabli, nie zapominaj.
- Jasne - zaśmiał się cicho. Chyba pierwszy raz w życiu widziałam go w nastroju zbliżonym do rozbawienia.
- Zdecyduj się raz a dobrze - usiadłam naprzeciw niego. - Są płomienie, to niedobrze, nie ma, też niedobrze...
- Są płomienie i płomienie - rzekł enigmatycznie. - Ich brak doprowadza
mnie do szału, ale gdybym... Nie, do cholery, dlaczego to musi t a k na
mnie działać?!
- Nie do twarzy ci z taką smętną miną - orzekłam. - Gdzie się podział
ten Kaede, który zuchwale pchał się w największe niebezpieczeństwa? A
może jednak ten kryzys osobowości cię pokonał?
- A może nie powienienm był w ogóle wyruszać w żadną podróż - warknął. -
Może powinienem przeklinać tamtych z Hany, że razem z pamięcią nie
wykasowali mi emocji...
Powoli miałam już dość. Najchętniej wstałabym i walnęła pięścią w stół.
- Na wszystkie Siły Wyższe, nie rób z siebie chorego człowieka, bo ci
to nic nie pomoże! - na razie tylko podniosłam głos. - Nigdy nie
pomyślałeś, że ogień może też przynosić ciepło i ukojenie?!
- Jakoś nie zauważyłem - syknął. - Przynajmniej nie u siebie.
Nie do końca wiedziałam, o co mu właściwie chodzi w tej rozmowie, ale zaczęłam dochodzić do wniosku, że jestem na dobrym tropie.
- Pozwolenie emocjom by cię zniszczyły, to najgorsza z możliwych dróg - kontynuowałam. - Wiem z doświadczenia.
Wstałam od stolika, ale obeszłam się bez użycia siły. Po prostu skierowałam się do kuchni.
- To co mam robić? - usłyszałam pytanie pełne bezradności. Tak, zdecydowanie dobry trop.
- Wybierz się na Rozdroże - rzuciłam, coraz bardziej rozstrojona.
Dopiero kiedy herbata zaczęła się parzyć, dobiegła mnie odpowiedź:
- A jednak macie ze sobą co nieco wspólnego.
- Ja i Geddwyn? - roześmiałam się. - Wiesz, ten jeden raz mnie to nawet cieszy.
2 X
- Nigdzie nie idę - oświadczył Kaede. Miał głos człowieka wyczerpanego i udręczonego.
Lub też po prostu niewyspanego. Ostatnio prawie nie sypia. Albo jest hiperaktywny, albo przeciwnie, taki jak dzisiaj... Dobrze by było, żeby przyjął do wiadomości istnienie stanów pośrednich.
- Pod warunkiem, że nie podpalisz herbaciarni pod naszą nieobecność - mruknęłam. - Albo nie zamrozisz.
Odburknął coś niewyraźnie i znów odpłynął myślami gdzieś daleko.
W Marzeniu jak zwykle wiele się działo... Choć może jednak było ciszej niż zwykle. Przyczyną była niezwykła małomówność Milanee; nie kłóciła się z Leo, choć wyraźnie ją prowokował. Po prostu siedziała w kącie z ciężką chandrą.
- Co jej? - zapytała Carnetia, która właśnie wpadła do domu i zaczęła grzebać w barku, rozglądając się przy tym i taksując wszystkich wzrokiem.
- Dostała kosza od Haldisa - wzruszył ramionami Leo.
- Wcale nie!!! - wrzasnęła z kąta Mil i to były jedyne słowa, jakie wyrzekła w mojej obecności.
- Nie ten, to inny - orzekła Carnetia tonem eksperta, po czym wyjęła z barku pokaźną - i pełną - butlę i znów się ulotniła.
Ketris siedział rozparty na kanapie i wyglądało na to, że ten dom go lubi z wzajemnością. Dlatego też bard co chwilę wzdychał, jaki to jest nieszczęśliwy, że niedługo musi wracać do Pieśni.
- Niedługo, to znaczy kiedy? - Vaneshka spojrzała na niego z ukosa.
- No, może za jeszcze parę dni zwłoki nie zostanę zlinczowany - Ketris zrobił zbolałą minę. - Najwyżej dorobię się paru nowych blizn.
Pieśniarka tylko posłała mu uśmiech pełen rozbawienia i politowania, a potem zaintonowała wesołą i ciepłą melodię.
Doprawdy, wygląda na to, że pewne rzeczy znosi zdecydowanie lepiej niż ja. Przyznam, że tego się po niej nie spodziewałam.
- Dlaczego wolałeś zostać sam w domu? - zapytałam później Kaede. Właściwie miałam go zagonić do spania, bo sama też zamierzałam się już położyć (Tenari dawno się zagrzebał pod moją kołdrą), a nie chciałam żeby znów tak siedział bez sensu.
- Nie chciałem słuchać jak ona śpiewa - odpowiedział sucho. - To działa jak narkotyk.
- Ale nie powinieneś siedzieć w samotności - pokręciłam głową. - Może jednak lepiej było dla ciebie zostać w Teevine?
- Nie! - zaprotestował ostro, a potem wstał, omal nie przewracając krzesła, oparł się o ścianę i zagapił w sufit.
- Bo nie mogłeś wytrzymać z Geddwynem? - zerknęłam na niego podejrzliwie. - Czy może był jeszcze inny powód?
- Za dużo płomieni - westchnął. - Też jak narkotyk. Jak trucizna.
- Jeśli chodzi ci o obecność Brangien, to się dziwię - zaczęłam go trochę podpuszczać. - Pamiętam, że raczej do niej lgnąłeś...
W odpowiedzi posłał mi ciężko zdumione spojrzenie. Następnie osunął się na podłogę i schował twarz w dłoniach.
- Wiesz, czasem się boję ognia - rzekł zduszonym głosem.
Zaskoczona usiadłam obok niego.
- Wtedy, kiedy śni mi się, że płonę od środka - mówił cicho. - To chyba... Moje pierwsze wspomnienie, wiesz? A ostatnio się nasiliło.
Nie znając lepszego sposobu pocieszania, pogłaskałam go po włosach i lekko objęłam. Zareagował dość gwałtownie, przyciskając mnie do siebie... A potem równie gwałtownie się odsuwając i kręcąc głową.
- Nie, nie. Już sam nie wiem - powiedział ni to do mnie, ni to do siebie. - Chyba... już pójdę spać.
Wyszłam z herbaciarni zdezorientowana, ale zadowolona, że przynajmniej tyle udało mi się zdziałać.
Lub też po prostu niewyspanego. Ostatnio prawie nie sypia. Albo jest hiperaktywny, albo przeciwnie, taki jak dzisiaj... Dobrze by było, żeby przyjął do wiadomości istnienie stanów pośrednich.
- Pod warunkiem, że nie podpalisz herbaciarni pod naszą nieobecność - mruknęłam. - Albo nie zamrozisz.
Odburknął coś niewyraźnie i znów odpłynął myślami gdzieś daleko.
W Marzeniu jak zwykle wiele się działo... Choć może jednak było ciszej niż zwykle. Przyczyną była niezwykła małomówność Milanee; nie kłóciła się z Leo, choć wyraźnie ją prowokował. Po prostu siedziała w kącie z ciężką chandrą.
- Co jej? - zapytała Carnetia, która właśnie wpadła do domu i zaczęła grzebać w barku, rozglądając się przy tym i taksując wszystkich wzrokiem.
- Dostała kosza od Haldisa - wzruszył ramionami Leo.
- Wcale nie!!! - wrzasnęła z kąta Mil i to były jedyne słowa, jakie wyrzekła w mojej obecności.
- Nie ten, to inny - orzekła Carnetia tonem eksperta, po czym wyjęła z barku pokaźną - i pełną - butlę i znów się ulotniła.
Ketris siedział rozparty na kanapie i wyglądało na to, że ten dom go lubi z wzajemnością. Dlatego też bard co chwilę wzdychał, jaki to jest nieszczęśliwy, że niedługo musi wracać do Pieśni.
- Niedługo, to znaczy kiedy? - Vaneshka spojrzała na niego z ukosa.
- No, może za jeszcze parę dni zwłoki nie zostanę zlinczowany - Ketris zrobił zbolałą minę. - Najwyżej dorobię się paru nowych blizn.
Pieśniarka tylko posłała mu uśmiech pełen rozbawienia i politowania, a potem zaintonowała wesołą i ciepłą melodię.
Doprawdy, wygląda na to, że pewne rzeczy znosi zdecydowanie lepiej niż ja. Przyznam, że tego się po niej nie spodziewałam.
- Dlaczego wolałeś zostać sam w domu? - zapytałam później Kaede. Właściwie miałam go zagonić do spania, bo sama też zamierzałam się już położyć (Tenari dawno się zagrzebał pod moją kołdrą), a nie chciałam żeby znów tak siedział bez sensu.
- Nie chciałem słuchać jak ona śpiewa - odpowiedział sucho. - To działa jak narkotyk.
- Ale nie powinieneś siedzieć w samotności - pokręciłam głową. - Może jednak lepiej było dla ciebie zostać w Teevine?
- Nie! - zaprotestował ostro, a potem wstał, omal nie przewracając krzesła, oparł się o ścianę i zagapił w sufit.
- Bo nie mogłeś wytrzymać z Geddwynem? - zerknęłam na niego podejrzliwie. - Czy może był jeszcze inny powód?
- Za dużo płomieni - westchnął. - Też jak narkotyk. Jak trucizna.
- Jeśli chodzi ci o obecność Brangien, to się dziwię - zaczęłam go trochę podpuszczać. - Pamiętam, że raczej do niej lgnąłeś...
W odpowiedzi posłał mi ciężko zdumione spojrzenie. Następnie osunął się na podłogę i schował twarz w dłoniach.
- Wiesz, czasem się boję ognia - rzekł zduszonym głosem.
Zaskoczona usiadłam obok niego.
- Wtedy, kiedy śni mi się, że płonę od środka - mówił cicho. - To chyba... Moje pierwsze wspomnienie, wiesz? A ostatnio się nasiliło.
Nie znając lepszego sposobu pocieszania, pogłaskałam go po włosach i lekko objęłam. Zareagował dość gwałtownie, przyciskając mnie do siebie... A potem równie gwałtownie się odsuwając i kręcąc głową.
- Nie, nie. Już sam nie wiem - powiedział ni to do mnie, ni to do siebie. - Chyba... już pójdę spać.
Wyszłam z herbaciarni zdezorientowana, ale zadowolona, że przynajmniej tyle udało mi się zdziałać.
29 IX
Zebrałam się na odwagę i
wybrałam się do Teevine, gdzie Brangien pałała chęcią zaduszenia mnie.
Niestety mocno się zawiodłam, bo tylko mnie uścisnęła, ale wypytywania
sobie nie darowała.
- Dlaczego nie zapytasz własnego brata? - zachichotałam, machając do Tenariego, który oczywiście pognał gdzieś z Tileyem. - Informacje z pierwszej ręki są chyba bardziej wiarygodne?
- Bo on mnie najpierw podpuszcza, a potem się wykręca - prychnęła Brangien. - Chodź, może ty coś z niego wyciągniesz. A może z obu.
Znalazłyśmy ich w leśnym saloniku. Kaede leżał na dywanie, wpatrzony w sufit, a Geddwyn siedział przy pianinie i uderzał w klawisze tak mocno, jaby chciał roztrzaskać cały instrument. Na nasz widok przestał grać i uśmiechnął się ciepło.
- Dobrze, że jesteś - mruknął Kaede. - Zabierz mnie do swojej herbaciarni.
- Poważnie? - wykrztusiłam.
- A co, mam powtórzyć?! - rzucił bardziej agresywnym tonem. - Nie zamierzam dłużej przebywać pod jednym dachem z tym tam!
- Ranisz moje serce - westchnął "ten tam". - Ja ci tylko daję dobre rady.
Rudowłosy zacisnął dłonie w pięści i jednym skokiem znalazł się na nogach. Mimo tak chłodnego koloru jego oczy zdawały się żarzyć dziwnym ogniem.
- Możesz sobie wsadzić te swoje dobre rady!! - wrzasnął, ale duch wody spokojnie ujął jego rękę, a następnie błyskawicznie wykręcił. Kaede znów znalazł się na dywanie.
Czasami zapominam na ile stać Geddwyna. Łatwo zapomnieć.
- Więcej samokontroli, mój młody uczniu - rzekł gosem niemalże uduchowionym.
Kaede tylko syknął i spróbował wyrwać rękę. Bez rezultatu.
- Daj mu wreszcie spokój - zwróciła się Brangien do brata. - A ty, Kaede, też dobry jesteś. Geddwyn stara się okazać ci zrozumienie, a ty tylko na niego warczysz.
Z trudem stłumiłam chichot. Dopiero co sama na niego narzekała...
Kaede podniósł się z trudem i przeniósł na nią wzrok, a potem na mnie. Ze zdziwieniem i z uwagą.
- Ktoś, kto sam nigdy nie płonął, nie da rady zrozumieć - warknął.
Na te słowa Geddwyn odwrócił wzrok i zaczął brzdąkać na pianinie jedną ręką.
- Co masz na myśli? - zdziwiła się Brangien.
Rudowłosy ściągnął brwi (jeszcze bardziej) i już miał coś odpowiedzieć, ale drzwi otworzyły się gwałtownie i do saloniku wpadł Tiley.
- A więc tu się ukrywasz, taaak?! - zawołał.
- Nigdzie się nie ukrywam - wycedził Kaede, przeszywając go spojrzeniem.
Duch powietrza popatrzył na niego, potem na Geddwyna... I ryknął śmiechem.
- Natychmiast się zamknij!! - zareagował rudowłosy. - Bo wepchnę ci ten śmiech z powrotem do gardła, żebyś się udławił!
- Czy to wyzwanie? - Tiley przestał się śmiać i zrobił zawadiacką minę. - Bo wiesz, czekałem aż się w końcu wyśpisz. Żeby nie było, że dokopałem ci, boś zmęczony...
- W życiu byś mi nie dokopał - odparował Kaede ze swoim charakterystycznym uśmiechem.
- A zakład? - duch powietrza odwzajemnił uśmiech i na moment zapadła taka gęsta i pełna napięcia cisza...
- Dobra, mały, idź się bawić - Geddwyn zwolnił uścisk i uśmiechnął się szeroko.
Obaj przeciwnicy spiorunowali się wzrokiem i wypadli z pokoju, prosto do Komnaty Wichrów.
Nie odmówiłam sobie przyjemności popatrzenia na pojedynek. Geddwyn też nie, choć większość czasu przesiedział ze spojrzeniem utkwionym w kartce, szkicując coś. Ale wciąż się uśmiechał.
To był pierwszy raz - od Ha'OHany - kiedy widziałam Kaede w walce i odniosłam wrażenie, że od tamtej pory stał się jeszcze szybszy, a jego ruchy pewniejsze. Ale jeszcze bardziej rzuciło mi się w oczy, że zniknął gdzieś ten jego wyraz zawziętości... Nie, źle. Zawziętość była, pragnienie zwycięstwa też pozostało niezmienne, ale mimo wszystko było mu jakby... Lżej. Jakby dotarło do niego na dobre, że walka może być przyjemnością, a nie tylko sposobem na życie.
...Dziwne, że akurat ja się z tego cieszę. Przecież sama walczę tylko gdy nie mam innego wyjścia...
A jednak potrafię odkryć w tym przyjemność.
Ani Kaede, ani Tiley, nie używali mocy.
Pojedynek zakończył się remisem, bo Brangien straciła cierpliwość i się wtrąciła. Protestowali, ale na nic się to nie zddało.
Po wyciągnięciu Tenariego ze spiżarni wpadłam jeszcze po Nindë. Nadal była w strefie letniej, brykając razem z El Fuego i Selanią, klaczą Artena. Ona też protestowała.
- Ja tu sobie zostanę - parsknęła. - Tutaj mi dobrze. Mam co jeść, mam zapewnioną uwagę otoczenia i nikt mi nie każe wozić po nocach tego narwańca.
- Aha. No to dobrze - posłałam jej szeroki uśmiech. - Miłej zabawy.
- Poważnie?! - zbaraniała. Chyba oczekiwała innej reakcji.
- No pewnie - uśmiechnęłam się jeszcze serdeczniej. - W końcu należy ci się coś od życia.
- Nie podoba mi się twój uśmiech - stwierdziła nieufnie. Właściwie jej się nie dziwię. Mnóstwo razy go widziałam na twarzy Xelli-Mediny i też mi się nie podobał.
- Dlaczego nie zapytasz własnego brata? - zachichotałam, machając do Tenariego, który oczywiście pognał gdzieś z Tileyem. - Informacje z pierwszej ręki są chyba bardziej wiarygodne?
- Bo on mnie najpierw podpuszcza, a potem się wykręca - prychnęła Brangien. - Chodź, może ty coś z niego wyciągniesz. A może z obu.
Znalazłyśmy ich w leśnym saloniku. Kaede leżał na dywanie, wpatrzony w sufit, a Geddwyn siedział przy pianinie i uderzał w klawisze tak mocno, jaby chciał roztrzaskać cały instrument. Na nasz widok przestał grać i uśmiechnął się ciepło.
- Dobrze, że jesteś - mruknął Kaede. - Zabierz mnie do swojej herbaciarni.
- Poważnie? - wykrztusiłam.
- A co, mam powtórzyć?! - rzucił bardziej agresywnym tonem. - Nie zamierzam dłużej przebywać pod jednym dachem z tym tam!
- Ranisz moje serce - westchnął "ten tam". - Ja ci tylko daję dobre rady.
Rudowłosy zacisnął dłonie w pięści i jednym skokiem znalazł się na nogach. Mimo tak chłodnego koloru jego oczy zdawały się żarzyć dziwnym ogniem.
- Możesz sobie wsadzić te swoje dobre rady!! - wrzasnął, ale duch wody spokojnie ujął jego rękę, a następnie błyskawicznie wykręcił. Kaede znów znalazł się na dywanie.
Czasami zapominam na ile stać Geddwyna. Łatwo zapomnieć.
- Więcej samokontroli, mój młody uczniu - rzekł gosem niemalże uduchowionym.
Kaede tylko syknął i spróbował wyrwać rękę. Bez rezultatu.
- Daj mu wreszcie spokój - zwróciła się Brangien do brata. - A ty, Kaede, też dobry jesteś. Geddwyn stara się okazać ci zrozumienie, a ty tylko na niego warczysz.
Z trudem stłumiłam chichot. Dopiero co sama na niego narzekała...
Kaede podniósł się z trudem i przeniósł na nią wzrok, a potem na mnie. Ze zdziwieniem i z uwagą.
- Ktoś, kto sam nigdy nie płonął, nie da rady zrozumieć - warknął.
Na te słowa Geddwyn odwrócił wzrok i zaczął brzdąkać na pianinie jedną ręką.
- Co masz na myśli? - zdziwiła się Brangien.
Rudowłosy ściągnął brwi (jeszcze bardziej) i już miał coś odpowiedzieć, ale drzwi otworzyły się gwałtownie i do saloniku wpadł Tiley.
- A więc tu się ukrywasz, taaak?! - zawołał.
- Nigdzie się nie ukrywam - wycedził Kaede, przeszywając go spojrzeniem.
Duch powietrza popatrzył na niego, potem na Geddwyna... I ryknął śmiechem.
- Natychmiast się zamknij!! - zareagował rudowłosy. - Bo wepchnę ci ten śmiech z powrotem do gardła, żebyś się udławił!
- Czy to wyzwanie? - Tiley przestał się śmiać i zrobił zawadiacką minę. - Bo wiesz, czekałem aż się w końcu wyśpisz. Żeby nie było, że dokopałem ci, boś zmęczony...
- W życiu byś mi nie dokopał - odparował Kaede ze swoim charakterystycznym uśmiechem.
- A zakład? - duch powietrza odwzajemnił uśmiech i na moment zapadła taka gęsta i pełna napięcia cisza...
- Dobra, mały, idź się bawić - Geddwyn zwolnił uścisk i uśmiechnął się szeroko.
Obaj przeciwnicy spiorunowali się wzrokiem i wypadli z pokoju, prosto do Komnaty Wichrów.
Nie odmówiłam sobie przyjemności popatrzenia na pojedynek. Geddwyn też nie, choć większość czasu przesiedział ze spojrzeniem utkwionym w kartce, szkicując coś. Ale wciąż się uśmiechał.
To był pierwszy raz - od Ha'OHany - kiedy widziałam Kaede w walce i odniosłam wrażenie, że od tamtej pory stał się jeszcze szybszy, a jego ruchy pewniejsze. Ale jeszcze bardziej rzuciło mi się w oczy, że zniknął gdzieś ten jego wyraz zawziętości... Nie, źle. Zawziętość była, pragnienie zwycięstwa też pozostało niezmienne, ale mimo wszystko było mu jakby... Lżej. Jakby dotarło do niego na dobre, że walka może być przyjemnością, a nie tylko sposobem na życie.
...Dziwne, że akurat ja się z tego cieszę. Przecież sama walczę tylko gdy nie mam innego wyjścia...
A jednak potrafię odkryć w tym przyjemność.
Ani Kaede, ani Tiley, nie używali mocy.
Pojedynek zakończył się remisem, bo Brangien straciła cierpliwość i się wtrąciła. Protestowali, ale na nic się to nie zddało.
Po wyciągnięciu Tenariego ze spiżarni wpadłam jeszcze po Nindë. Nadal była w strefie letniej, brykając razem z El Fuego i Selanią, klaczą Artena. Ona też protestowała.
- Ja tu sobie zostanę - parsknęła. - Tutaj mi dobrze. Mam co jeść, mam zapewnioną uwagę otoczenia i nikt mi nie każe wozić po nocach tego narwańca.
- Aha. No to dobrze - posłałam jej szeroki uśmiech. - Miłej zabawy.
- Poważnie?! - zbaraniała. Chyba oczekiwała innej reakcji.
- No pewnie - uśmiechnęłam się jeszcze serdeczniej. - W końcu należy ci się coś od życia.
- Nie podoba mi się twój uśmiech - stwierdziła nieufnie. Właściwie jej się nie dziwię. Mnóstwo razy go widziałam na twarzy Xelli-Mediny i też mi się nie podobał.
28 IX
So, here we are
That's pretty far
When you think of where we've been
No going back
I'm fading out
All that has faded me within
You're by my side
Now everything's fine
I can't believe
You found me
When no one else was lookin'
How did you know just where I would be?
Yeah, you broke through
All of my confusion
The ups and the downs
And you still didn't leave
I guess that you saw what nobody could see
You found me, you found me
And I was hiding
'Til you came along
And showed me where I belong...
Właściwie dziwnie się czuję, tak prędko domykając poprzednie wątki. Ale cóż, same się tak nagle zakończyły, nie moja wina. Przyjęcie było, owszem, ale nie zdążyłam się nacieszyć znalezioną w szafie suknią, bo musiałam szukać Enrith, która najwyraźniej zgubiła się gdzieś w zameczku. Znaleźć jej też nie zdążyłam, bo ktoś wpuścił do sali coś... Pachnącego jak tanie kwiatowe perfumy. I usypiającego.
Obudziłyśmy się już w Eskalocie, to znaczy ja i Sheril, bo Enrith z nami nie było. I nie mamy pojęcia, co się z nami działo podczas tej przerwy w życiorysie, ale byłyśmy całe i zdrowe, a to jest najistotniejsze. Sheril zapewniła, że zrobi co w jej mocy by odnaleźć Enrith, lecz tak naprawdę jestem o nią spokojna. Z tego, co mi opowiadała o swoich przygodach, wynika, że ma niesamowite szczęście... Poza tym należy do tych osób, które pojawiają się i znikają równie niespodziewanie.
Coś zostało w tyle i czuję się jakby zdarzyło się dawno temu. A jednak nie wszystkie sprawy zostały załatwione...
Przychodzi taki moment, kiedy opowieść - a przynajmniej pewna jej część - dobiega kresu. Najczęściej potrafię wyczuć taki moment, jednak staram się nie ingerować w zakończenia jeśli sama nie biorę bezpośredniego udziału w opowieści. Chyba, że chodzi o kogoś znajomego i istotnego - wtedy granica między fabułą a życiem się zaciera (co nie zmienia faktu, że już dawno miałam tę granicę zburzyć). Dlatego do życzeń urodzinowych dla Vanny dopisałam prośbę o wysłanie z Rozdroża któregoś z koni.
Kiedy tylko wiadomość pomknęła do kuzynki, ja również wstałam żeby pójść do Nindë, ale wtedy okazało się, że nie tylko ja wyczuwam pewne szczególne chwile - w lustrze ukazała się dość niewyraźna, ale zdenerwowana twarz Sei'Hyô.
- Co się dzieje? - zapytał natarczywie. - Co się dzieje z Kaede, Jasnooka?
- Czy zawsze nazywasz ludzi tylko tymi imionami, które sam im nadajesz? - burknęłam, nie ciesząc się, że się wtrącił.
- Nigdy nie rozumiem twoich myśli - poskarżył się.
- A ja twoich słów - odparowałam. - Co niby ma się dziać z Kaede?
- Być może to, że dzielimy moc, sprawia, że coś od niego wyczuwam... - westchnął Hyô. - Coś niedobrego.
- I to wszystko? - prychnęłam. - Wiesz, Kaede jest już dużym chłopcem i powinien wiedzieć, w co się pakuje. Domyślam się, że Tomine też w tej chwili wychodzi z siebie ze zdenerwowania?
- Nic jej nie powiedziałem - zamrugał ze zdziwieniem.
- Więc ja też nie powiem Kaede o twojej nadopiekuńczości - ucięłam.
Przez chwilę patrzył na mnie nic nie rozumiejąc.
- A miałem cię za całkiem inną osobę, Jasnooka - oznajmił wreszcie dramatycznym tonem i zniknął.
Odetchnęłam z ulgą, że mam go z głowy i, mogąc wreszcie dać upust własnemu zdenerwowaniu - choć prawdę mówiąc, więcej w tym było ekscytacji - i pobiegłam obudzić Pokrzywę.
- Słuchaj, to, że ty nie śypiasz do północy, nie znaczy, że ja... - wymamrotała, gdy założyłam jej siodło i ogłowie, i wyciągnęłam na parking. Nie zdążyłam jeszcze niczego wyjaśnić, kiedy nagle obok nas pojawił się Rob Roy.
- Co się właściwie dzieje? - zapytał zgryźliwym tonem. - Vanny kazała mi tu gnać co koń wyskoczy, że się tak wyrażę.
- Sama chciałabym wiedzieć - prychnęła Nindë.
- A co ma się dziać? - wzruszyłam ramionami. - Parę osób będzie potrzebowało podwiezienia.
- Skąd? - chciał wiedzieć Roy.
Podeszłam i zajrzałam mu w oczy.
- Z miejsca, do którego prowadzi trudna droga - powiedziałam. - W którym prastara moc próbuje się właśnie uwolnić i rozpętać Chaos.
- Jakie to kuszące - usłyszałam wielce uradowany głos mojej klaczy. - A konkretnie?
- Sama nic więcej nie wiem - westchnęłam.
- No dobra. Jakoś się znajdzie - Rob Roy potrząsnął grzywą i spojrzał na Pokrzywę. - Jak się boisz, to wiesz, sam sobie poradzę.
Taka jawna obelga od razu ją rozbudziła.
- Chyba śnisz!
Nawet gdybym chciała spać, i tak by mi się to nie udało, dlatego tylko leżałam na łóżku i czekałam nie wiadomo na co... Wreszcie się doczekałam. Jakoś o północy dotarła do mnie wiadomość z Teevine:
Chłopaki już u nas, zasnęli jak zabici, a Maeve nie wiedzieć czemu załamuje nad nimi ręce. Twój koń siedzi w letniej i mówi, że tam zostaje - chyba się na Ciebie wścieka. Czy coś mnie, jak zwykle, ominęło? Przyjedź a zaduszę - Brangien.
Ten list sprawił mi pewną ulgę, acz jeszcze nie całkowitą. W końcu Kaede i Geddwyn nie wyjechali w tę podróż żeby wrócić z pustymi rękami... Chyba wyślę do Vanny kolejną depeszę, z pytaniem czy przypadkiem pewna rozdrożańska zguba się nie znalazła.
That's pretty far
When you think of where we've been
No going back
I'm fading out
All that has faded me within
You're by my side
Now everything's fine
I can't believe
You found me
When no one else was lookin'
How did you know just where I would be?
Yeah, you broke through
All of my confusion
The ups and the downs
And you still didn't leave
I guess that you saw what nobody could see
You found me, you found me
And I was hiding
'Til you came along
And showed me where I belong...
K. Clarkson
Właściwie dziwnie się czuję, tak prędko domykając poprzednie wątki. Ale cóż, same się tak nagle zakończyły, nie moja wina. Przyjęcie było, owszem, ale nie zdążyłam się nacieszyć znalezioną w szafie suknią, bo musiałam szukać Enrith, która najwyraźniej zgubiła się gdzieś w zameczku. Znaleźć jej też nie zdążyłam, bo ktoś wpuścił do sali coś... Pachnącego jak tanie kwiatowe perfumy. I usypiającego.
Obudziłyśmy się już w Eskalocie, to znaczy ja i Sheril, bo Enrith z nami nie było. I nie mamy pojęcia, co się z nami działo podczas tej przerwy w życiorysie, ale byłyśmy całe i zdrowe, a to jest najistotniejsze. Sheril zapewniła, że zrobi co w jej mocy by odnaleźć Enrith, lecz tak naprawdę jestem o nią spokojna. Z tego, co mi opowiadała o swoich przygodach, wynika, że ma niesamowite szczęście... Poza tym należy do tych osób, które pojawiają się i znikają równie niespodziewanie.
Coś zostało w tyle i czuję się jakby zdarzyło się dawno temu. A jednak nie wszystkie sprawy zostały załatwione...
Przychodzi taki moment, kiedy opowieść - a przynajmniej pewna jej część - dobiega kresu. Najczęściej potrafię wyczuć taki moment, jednak staram się nie ingerować w zakończenia jeśli sama nie biorę bezpośredniego udziału w opowieści. Chyba, że chodzi o kogoś znajomego i istotnego - wtedy granica między fabułą a życiem się zaciera (co nie zmienia faktu, że już dawno miałam tę granicę zburzyć). Dlatego do życzeń urodzinowych dla Vanny dopisałam prośbę o wysłanie z Rozdroża któregoś z koni.
Kiedy tylko wiadomość pomknęła do kuzynki, ja również wstałam żeby pójść do Nindë, ale wtedy okazało się, że nie tylko ja wyczuwam pewne szczególne chwile - w lustrze ukazała się dość niewyraźna, ale zdenerwowana twarz Sei'Hyô.
- Co się dzieje? - zapytał natarczywie. - Co się dzieje z Kaede, Jasnooka?
- Czy zawsze nazywasz ludzi tylko tymi imionami, które sam im nadajesz? - burknęłam, nie ciesząc się, że się wtrącił.
- Nigdy nie rozumiem twoich myśli - poskarżył się.
- A ja twoich słów - odparowałam. - Co niby ma się dziać z Kaede?
- Być może to, że dzielimy moc, sprawia, że coś od niego wyczuwam... - westchnął Hyô. - Coś niedobrego.
- I to wszystko? - prychnęłam. - Wiesz, Kaede jest już dużym chłopcem i powinien wiedzieć, w co się pakuje. Domyślam się, że Tomine też w tej chwili wychodzi z siebie ze zdenerwowania?
- Nic jej nie powiedziałem - zamrugał ze zdziwieniem.
- Więc ja też nie powiem Kaede o twojej nadopiekuńczości - ucięłam.
Przez chwilę patrzył na mnie nic nie rozumiejąc.
- A miałem cię za całkiem inną osobę, Jasnooka - oznajmił wreszcie dramatycznym tonem i zniknął.
Odetchnęłam z ulgą, że mam go z głowy i, mogąc wreszcie dać upust własnemu zdenerwowaniu - choć prawdę mówiąc, więcej w tym było ekscytacji - i pobiegłam obudzić Pokrzywę.
- Słuchaj, to, że ty nie śypiasz do północy, nie znaczy, że ja... - wymamrotała, gdy założyłam jej siodło i ogłowie, i wyciągnęłam na parking. Nie zdążyłam jeszcze niczego wyjaśnić, kiedy nagle obok nas pojawił się Rob Roy.
- Co się właściwie dzieje? - zapytał zgryźliwym tonem. - Vanny kazała mi tu gnać co koń wyskoczy, że się tak wyrażę.
- Sama chciałabym wiedzieć - prychnęła Nindë.
- A co ma się dziać? - wzruszyłam ramionami. - Parę osób będzie potrzebowało podwiezienia.
- Skąd? - chciał wiedzieć Roy.
Podeszłam i zajrzałam mu w oczy.
- Z miejsca, do którego prowadzi trudna droga - powiedziałam. - W którym prastara moc próbuje się właśnie uwolnić i rozpętać Chaos.
- Jakie to kuszące - usłyszałam wielce uradowany głos mojej klaczy. - A konkretnie?
- Sama nic więcej nie wiem - westchnęłam.
- No dobra. Jakoś się znajdzie - Rob Roy potrząsnął grzywą i spojrzał na Pokrzywę. - Jak się boisz, to wiesz, sam sobie poradzę.
Taka jawna obelga od razu ją rozbudziła.
- Chyba śnisz!
Nawet gdybym chciała spać, i tak by mi się to nie udało, dlatego tylko leżałam na łóżku i czekałam nie wiadomo na co... Wreszcie się doczekałam. Jakoś o północy dotarła do mnie wiadomość z Teevine:
Chłopaki już u nas, zasnęli jak zabici, a Maeve nie wiedzieć czemu załamuje nad nimi ręce. Twój koń siedzi w letniej i mówi, że tam zostaje - chyba się na Ciebie wścieka. Czy coś mnie, jak zwykle, ominęło? Przyjedź a zaduszę - Brangien.
Ten list sprawił mi pewną ulgę, acz jeszcze nie całkowitą. W końcu Kaede i Geddwyn nie wyjechali w tę podróż żeby wrócić z pustymi rękami... Chyba wyślę do Vanny kolejną depeszę, z pytaniem czy przypadkiem pewna rozdrożańska zguba się nie znalazła.
*
Sheril wróciła do wieży
bardzo zmęczona, ale zadowolona. Po przespaniu twardo całej nocy zabrała
nas wreszcie do ludzi... No, może nie do końca ludzi. Spotkałyśmy też
elfy, srebrniki i... chyba demony. Nie mogę stwierdzić tego z całą
pewnością, bo nie dość, że Sheril sama się do nich nie zbliżała, to i
nas nie spuszczała z oka. Nie wiem też, którzy z nich byli miejscowi, a
którzy tak jak my przylecieli tutaj z różnych stron światów...
Człowiek w masce przekazał nam zaproszenie do amfiteatru, z pozdrowieniami od właściciela tego miejsca (kimkolwiek jest - żaden ze spotkanych osobników mi na takiego nie wyglądał). Poszłyśmy tam wieczorem, a oprócz nas na widowni zasiadło jeszcze sporo dziwnych postaci... Niektóre jakby przezroczyste.
Gdy tylko wszyscy zajęli miejsca, nad amfiteatrem zostało rozpięte pole siłowe i atmosfera diametralnie się zmieniła. Zniknęła nam z oczu żywa zieleń drzew, za to pojawiły się kłęby czerwono-fioletowego dymu i rozpoczęła się dziwna, psychodeliczna pantomima. Postacie były ubrane w przylegające kombinezony z wymalowanymi... mięśniami? Ranami? Wykonywały niespokojne, gwałtowne ruchy, podejowały próby pozabijania się nawzajem, wykrzywiały twarze w niemym krzyku... Aż wreszcie wszystkie padły na podłogę sceny i przykrył je dym.
- Czy przedstawienia tutaj zawsze tak wyglądają? - zapytałam Sheril, gdy osłona została podniesiona i mogłyśmy już wyjść. Enrith tuliła się do mnie jak przestraszone dziecko, ale chyba nie żałowała, że obejrzała pantomimę. Reakcja jak po dobrym horrorze.
- Nie zawsze - odpowiedziała w zamyśleniu Sheril. - To znaczy, niekoniecznie mają taką tematykę. Ale zawsze są bez słów.
- Mogły panie przyjść tu wczoraj - usłyszałyśmy jakiś nieznajomy głos.
Odwróciłyśmy się. Za nami szła kobieta w obcisłej czarnej sukience i przyglądała nam się z mieszaniną uwagi i rozbawienia. Odrobinę niższa ode mnie, miała bladą cerę, upięte czarne włosy... I niesamowicie fioletowe oczy.
- Bez obrazy, że tak się wtrącam - uśmiechnęła się przepraszająco - ale zobaczyłam, że są panie w lekkim szoku... Przynajmniej niektóre - obdarzyła nas przeciągłym spojrzeniem.
- Wczoraj miałyśmy szlaban - ucięła Enrith z naburmuszoną miną.
- Ach... To głupie prawo - machnęła ręką nieznajoma. - Dura lex, sed lex, jak mawiają bodaj na Ziemi. A jednak do mnie się nie stosuje, więc widziałam już dwa przedstawienia poza dzisiejszym.
- Szczęściara - Enrith nabzdyczyła się jeszcze bardziej.
- Przyjechała pani z którejś Gildii? - zapytała ze zdziwieniem Sheril.
- O, ja tylko towarzyszę znajomemu i sama do końca nie wiem o co tu właściwie chodzi - czarnowłosa zaśmiała się perliście. - W każdym razie mam na imię Kiyonê i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze na przyjęciu.
Pospiesznie uścisnęła nam dłonie i poszła dalej z zadowoloną miną. Prędko zniknęła nam z oczu; Enrith pozostała nachmurzona, Sheril zdezorientowana, a ja... Mnie zmroziło, bo się domyśliłam. Cóż chcieć, oni nigdy nie dbają o pozory!
Zaraz po przyjściu do wieży wpakowałam się Sheril do komnatki.
- No to już wiem, dlaczego Lex mnie z tobą wysłał - oświadczyłam.
- Słucham - Dama stała przed szafą i przyglądała się zwiewnej sukni, którą stamtąd wyciągnęła. Nagle przyszło mi do głowy, że nie miałam pojęcia o żadnym diabelnym przyjęciu i nie mam co na siebie włożyć.
- Czy on już tu kiedyś z tobą był? - zapytałam ze skwaszoną miną.
- Owszem. Dwa lata temu.
- Czyli wygląda na to, że Omega coś tutaj knuje i Lex dobrze o tym wiedział. A może sam to rozpoczął, licho wie. Dlatego nie mógł znów z tobą jechać, nie chciał działać wbrew organizacji.
- Skąd ten wniosek? - Sheril była zdumiewająco spokojna, gdy tymczasem we mnie krew się burzyła.
- Ta babka spotkana przed amfiteatrem... Wiesz, kto to był? - mimo to ledwo mogłam wykrztusić poszczególne słowa. - Półdemon, Ukryta Kiyonê, pochodząca jeszcze ze Starego Świata... Lex ci nigdy o niej nie mówił?!
- Cóż takiego powinnam o niej wiedzieć? - spojrzała z troską w moją zapewne ciężko udręczoną twarz. Zaraz też zasłoniłam ją dłońmi. To znaczy, że Lex nigdy nie mówił Sheril, dlaczego wstąpił do Omegi? Że jest tam jedyna osoba, która wie coś o jego drugim, niechcianym "ja"? Czy jestem jedyną osobą...?!
- Też jest agentką - mruknęłam, odejmując dłonie od twarzy.
- To niedobrze - paradoksalnie Sheril odzyskała spokój. - W takim razie ostrzegę naszego gospodarza na jutrzejszym przyjęciu. Dopiero wtedy uda mi się z nim spotkać.
Człowiek w masce przekazał nam zaproszenie do amfiteatru, z pozdrowieniami od właściciela tego miejsca (kimkolwiek jest - żaden ze spotkanych osobników mi na takiego nie wyglądał). Poszłyśmy tam wieczorem, a oprócz nas na widowni zasiadło jeszcze sporo dziwnych postaci... Niektóre jakby przezroczyste.
Gdy tylko wszyscy zajęli miejsca, nad amfiteatrem zostało rozpięte pole siłowe i atmosfera diametralnie się zmieniła. Zniknęła nam z oczu żywa zieleń drzew, za to pojawiły się kłęby czerwono-fioletowego dymu i rozpoczęła się dziwna, psychodeliczna pantomima. Postacie były ubrane w przylegające kombinezony z wymalowanymi... mięśniami? Ranami? Wykonywały niespokojne, gwałtowne ruchy, podejowały próby pozabijania się nawzajem, wykrzywiały twarze w niemym krzyku... Aż wreszcie wszystkie padły na podłogę sceny i przykrył je dym.
- Czy przedstawienia tutaj zawsze tak wyglądają? - zapytałam Sheril, gdy osłona została podniesiona i mogłyśmy już wyjść. Enrith tuliła się do mnie jak przestraszone dziecko, ale chyba nie żałowała, że obejrzała pantomimę. Reakcja jak po dobrym horrorze.
- Nie zawsze - odpowiedziała w zamyśleniu Sheril. - To znaczy, niekoniecznie mają taką tematykę. Ale zawsze są bez słów.
- Mogły panie przyjść tu wczoraj - usłyszałyśmy jakiś nieznajomy głos.
Odwróciłyśmy się. Za nami szła kobieta w obcisłej czarnej sukience i przyglądała nam się z mieszaniną uwagi i rozbawienia. Odrobinę niższa ode mnie, miała bladą cerę, upięte czarne włosy... I niesamowicie fioletowe oczy.
- Bez obrazy, że tak się wtrącam - uśmiechnęła się przepraszająco - ale zobaczyłam, że są panie w lekkim szoku... Przynajmniej niektóre - obdarzyła nas przeciągłym spojrzeniem.
- Wczoraj miałyśmy szlaban - ucięła Enrith z naburmuszoną miną.
- Ach... To głupie prawo - machnęła ręką nieznajoma. - Dura lex, sed lex, jak mawiają bodaj na Ziemi. A jednak do mnie się nie stosuje, więc widziałam już dwa przedstawienia poza dzisiejszym.
- Szczęściara - Enrith nabzdyczyła się jeszcze bardziej.
- Przyjechała pani z którejś Gildii? - zapytała ze zdziwieniem Sheril.
- O, ja tylko towarzyszę znajomemu i sama do końca nie wiem o co tu właściwie chodzi - czarnowłosa zaśmiała się perliście. - W każdym razie mam na imię Kiyonê i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze na przyjęciu.
Pospiesznie uścisnęła nam dłonie i poszła dalej z zadowoloną miną. Prędko zniknęła nam z oczu; Enrith pozostała nachmurzona, Sheril zdezorientowana, a ja... Mnie zmroziło, bo się domyśliłam. Cóż chcieć, oni nigdy nie dbają o pozory!
Zaraz po przyjściu do wieży wpakowałam się Sheril do komnatki.
- No to już wiem, dlaczego Lex mnie z tobą wysłał - oświadczyłam.
- Słucham - Dama stała przed szafą i przyglądała się zwiewnej sukni, którą stamtąd wyciągnęła. Nagle przyszło mi do głowy, że nie miałam pojęcia o żadnym diabelnym przyjęciu i nie mam co na siebie włożyć.
- Czy on już tu kiedyś z tobą był? - zapytałam ze skwaszoną miną.
- Owszem. Dwa lata temu.
- Czyli wygląda na to, że Omega coś tutaj knuje i Lex dobrze o tym wiedział. A może sam to rozpoczął, licho wie. Dlatego nie mógł znów z tobą jechać, nie chciał działać wbrew organizacji.
- Skąd ten wniosek? - Sheril była zdumiewająco spokojna, gdy tymczasem we mnie krew się burzyła.
- Ta babka spotkana przed amfiteatrem... Wiesz, kto to był? - mimo to ledwo mogłam wykrztusić poszczególne słowa. - Półdemon, Ukryta Kiyonê, pochodząca jeszcze ze Starego Świata... Lex ci nigdy o niej nie mówił?!
- Cóż takiego powinnam o niej wiedzieć? - spojrzała z troską w moją zapewne ciężko udręczoną twarz. Zaraz też zasłoniłam ją dłońmi. To znaczy, że Lex nigdy nie mówił Sheril, dlaczego wstąpił do Omegi? Że jest tam jedyna osoba, która wie coś o jego drugim, niechcianym "ja"? Czy jestem jedyną osobą...?!
- Też jest agentką - mruknęłam, odejmując dłonie od twarzy.
- To niedobrze - paradoksalnie Sheril odzyskała spokój. - W takim razie ostrzegę naszego gospodarza na jutrzejszym przyjęciu. Dopiero wtedy uda mi się z nim spotkać.
*
Wielce kochana Kropelko
Rosy, wybacz mi to nawet jak na mnie paskudne pismo, ale właśnie jadę
dyliżansem po zakrętach i trzęsie. Piszę żebyś się nie martwiła, bo
jeszcze żyjemy. Szczegół, że coraz bardziej wplątujemy się w coś na oko
paskudnego i najchętniej wlałbym małemu za to, że nas w to pcha, ale
ostatnio przeżywa jakiś kryzys osobowości, więc może mu daruję. Ma taką
chandrę, że najczęściej zamyka się na klucz w pokoju, żeby mnie nie
trzęsło (!?!). Ta miła pani, u której wynajmujemy kwaterę, nawet się
cieszy, że nie musi go oglądać, bo uważa, że jakiś dziwny jest...
Ciekawe dlaczego. Miałem jej postawić lody, żeby sobie odreagowała, ale
po tym jak zobaczyła seans terapeutyczny w moim wykonaniu, chyba
zmieniła zdanie. Swoją drogą jedzenie lodów w tak zimnym miejscu to
jakiś masochizm. I, i nigdy nie kupuj sobie żadnego sakramenckiego...
znaczy, serenckiego amuletu z runami, one są ZŁE, zawsze to powtarzałem i
nikt mi nie wierzył, teraz mam dowód. Ale wszystko opowiem gdy już
wrócimy (i będziemy dalej żyli). PozdrawiaMY, ściskaMY i całujeMY - T.
N. I. Geddwyn.
- Ależ on bazgroli - Enrith uparcie zaglądała mi przez ramię. - Prawie tak nieczytelnie jak ja. Słuchaj, dlaczego oni tak ciągle podróżują?
- Bo Kaede jest na szkoleniu.. W pewnym sensie - zachichotałam. - Trochę tak jak ty uczyłabyś się u mnie, gdybyś nie... zrezygnowała.
- To jakaś reguła, że ogniści są oddawani na naukę wodnym? - nie ustawała w pytaniach.
- Właściwie nie - mruknęłam. - Ale Geddwyn miał ochotę sobie pobyć despotycznym mentorem dla swego ognistego przeciwieństwa.
- A ty też byś była despotyczną mentorką dla mnie?
- Przekonałabyś się, gdybyś wtedy została, zamiast wskakiwać w niedokończony portal - puściłam do niej oko. - Vylette twierdziła, że byłam trochę despotyczna... Ale cóż, teraz sama taka jest.
Poruszenie tego tematu było bardzo lekkomyślne i po sekundzie uświadomiłam sobie, że zaraz nastąpi grad pytań o Vylette i jej naukę u mnie... Niestety się nie myliłam. A myślałam, że będę mogła się spokojnie pozastanawiać nad tym diabelnym listem...
Enrith z rozbawieniem i fascynacją słuchała mojego opowiadania i nawet rzadko przerywała. Kiedy skończyłam, wyglądała na zmartwioną, że tyle ją ominęło... Ale potem sama zaczęła opowiadać o swoich perypetiach. Byłam pod wrażeniem ile miejsc zdążyła zaliczyć przez te trzy lata i z ilu ją wyproszono. Najbardziej się uśmiałam gdy zdradziła mi, jak wysadziła niechcący w powietrze "jakiś, zdaje się, ważny budynek" w pewnym wysokotechnicznym świecie i została poddana programowi resocjalizacyjnemu - tyle że ktoś się pomylił i zakodował jej program do nauki fechtunku. Trzeba o tym szepnąć Artenowi, przestanie się dziwić, że jej tak dobrze idzie machanie szpadą...
Aż wreszcie doszła do spotkania Kaede i Geddwyna. Do ostatnich wydarzeń.
Do chłopaka, który teraz śpi w krysztale w Komnacie Fal.
- Myślisz, że on naprawdę jest już całkiem pusty w środku? - zapytała jakimś takim płaczliwym tonem.
- Dlaczego tak się tym martwisz? - odpowiedziałam pytaniem. - Nawet go nie znasz, nie masz pojęcia, kim był...
- I co z tego?! - zaperzyła się. - Czasem tak jest, że widzi się człowieka pierwszy raz w życiu, może tylko przez chwilę, a jednak czuje się jakieś przyciąganie, wiesz?!
Słuchając jej, nie mogłam nie pomyśleć o niedawnym zachowaniu Kaede.
Ani nie cofnąć się myślami dwa lata wstecz.
- Uśmiechasz się, czyli jednak wiesz - skomentowała Enrith, przyglądając mi się uważnie.
Roześmiałam się i rzuciłam w nią poduszką.
- Miał na imię Dan - wyrwało mi się. - I był muzykiem.
Przez chwilę patrzyła na mnie w osłupieniu, aż wreszcie odrzuciła poduszkę.
- Dobrze wiedzieć - kiwnęła głową i dodała stanowczo. - M a na imię Dan.
A potem błyskawicznie zmieniła temat i zaczęła narzekać na niemożność wyjścia na zewnątrz.
- Ależ on bazgroli - Enrith uparcie zaglądała mi przez ramię. - Prawie tak nieczytelnie jak ja. Słuchaj, dlaczego oni tak ciągle podróżują?
- Bo Kaede jest na szkoleniu.. W pewnym sensie - zachichotałam. - Trochę tak jak ty uczyłabyś się u mnie, gdybyś nie... zrezygnowała.
- To jakaś reguła, że ogniści są oddawani na naukę wodnym? - nie ustawała w pytaniach.
- Właściwie nie - mruknęłam. - Ale Geddwyn miał ochotę sobie pobyć despotycznym mentorem dla swego ognistego przeciwieństwa.
- A ty też byś była despotyczną mentorką dla mnie?
- Przekonałabyś się, gdybyś wtedy została, zamiast wskakiwać w niedokończony portal - puściłam do niej oko. - Vylette twierdziła, że byłam trochę despotyczna... Ale cóż, teraz sama taka jest.
Poruszenie tego tematu było bardzo lekkomyślne i po sekundzie uświadomiłam sobie, że zaraz nastąpi grad pytań o Vylette i jej naukę u mnie... Niestety się nie myliłam. A myślałam, że będę mogła się spokojnie pozastanawiać nad tym diabelnym listem...
Enrith z rozbawieniem i fascynacją słuchała mojego opowiadania i nawet rzadko przerywała. Kiedy skończyłam, wyglądała na zmartwioną, że tyle ją ominęło... Ale potem sama zaczęła opowiadać o swoich perypetiach. Byłam pod wrażeniem ile miejsc zdążyła zaliczyć przez te trzy lata i z ilu ją wyproszono. Najbardziej się uśmiałam gdy zdradziła mi, jak wysadziła niechcący w powietrze "jakiś, zdaje się, ważny budynek" w pewnym wysokotechnicznym świecie i została poddana programowi resocjalizacyjnemu - tyle że ktoś się pomylił i zakodował jej program do nauki fechtunku. Trzeba o tym szepnąć Artenowi, przestanie się dziwić, że jej tak dobrze idzie machanie szpadą...
Aż wreszcie doszła do spotkania Kaede i Geddwyna. Do ostatnich wydarzeń.
Do chłopaka, który teraz śpi w krysztale w Komnacie Fal.
- Myślisz, że on naprawdę jest już całkiem pusty w środku? - zapytała jakimś takim płaczliwym tonem.
- Dlaczego tak się tym martwisz? - odpowiedziałam pytaniem. - Nawet go nie znasz, nie masz pojęcia, kim był...
- I co z tego?! - zaperzyła się. - Czasem tak jest, że widzi się człowieka pierwszy raz w życiu, może tylko przez chwilę, a jednak czuje się jakieś przyciąganie, wiesz?!
Słuchając jej, nie mogłam nie pomyśleć o niedawnym zachowaniu Kaede.
Ani nie cofnąć się myślami dwa lata wstecz.
- Uśmiechasz się, czyli jednak wiesz - skomentowała Enrith, przyglądając mi się uważnie.
Roześmiałam się i rzuciłam w nią poduszką.
- Miał na imię Dan - wyrwało mi się. - I był muzykiem.
Przez chwilę patrzyła na mnie w osłupieniu, aż wreszcie odrzuciła poduszkę.
- Dobrze wiedzieć - kiwnęła głową i dodała stanowczo. - M a na imię Dan.
A potem błyskawicznie zmieniła temat i zaczęła narzekać na niemożność wyjścia na zewnątrz.
*
Właściwie nie wiem, dlaczego
spodziewałam się posępnych metalowych konstrukcji na tle szarego nieba.
Z owadzimi odnóżami wystającymi ze ścian i poruszającymi się na widok
intruza. Najwyraźniej mam melodię do ciężkich klimatów... Tymczasem, gdy
pojazd wylądował i w ścianie otworzyło się wyjście, poczułam się wręcz
rozczarowana. Ujrzałam wiosenny krajobraz, zieloną polanę, na której
stał biały zameczek, jakby wykonany z kości słoniowej. Dokoła niego,
choć w pewnym oddaleniu, wznosiły się cztery strzeliste wieże. Trochę
przypominało mi to Teevine, tylko bramy i dzwoneczków mi brakowało.
Jeszcze dalej dojrzałam coś, co wyglądało mi na amfiteatr... Słońce
świeciło, liście się zieleniły.
Stawiam sto do jednego (nie wiem, czego sto, ale sto), że zmieniliśmy jeśli nie domenę, to przynajmniej stronę światów (sądząc po porze roku... wschód?), dlatego na razie rezygnuję z dat. Ciekawa jestem, jak długo przebimbamy poza domem.
Człowiek w liberii i białej masce zaprowadził nas do jednej z wież, której wnętrze okazało się zaskakująco przestronne. Ja i Enrith zostałyśmy umieszczone w jednym pokoju - z widokiem na amfiteatr, ale jak dla mnie nieco za wysoko. Sheril mieszka piętro wyżej i w tej chwili jej nie ma. Kiedy tylko na polanie wylądowały jeszcze trzy takie pojazdy jak nasz, prędko zeszła na dół i skierowała się do zameczku. Ku zgryzocie Enrith, my nie możemy opuszczać wieży - człowiek w masce powiedział nam tonem oczywistym, że dopóki Sheril nie wróci, musimy tu siedzieć, ale potem zaczną się uroczystości. Kiedy to będzie, sam nie wiedział... Podobno co roku spotkanie zajmuje im coraz więcej czasu. Im, to znaczy Sheril i komu jeszcze? Zżera mnie ciekawość, oj, zżera...
Stawiam sto do jednego (nie wiem, czego sto, ale sto), że zmieniliśmy jeśli nie domenę, to przynajmniej stronę światów (sądząc po porze roku... wschód?), dlatego na razie rezygnuję z dat. Ciekawa jestem, jak długo przebimbamy poza domem.
Człowiek w liberii i białej masce zaprowadził nas do jednej z wież, której wnętrze okazało się zaskakująco przestronne. Ja i Enrith zostałyśmy umieszczone w jednym pokoju - z widokiem na amfiteatr, ale jak dla mnie nieco za wysoko. Sheril mieszka piętro wyżej i w tej chwili jej nie ma. Kiedy tylko na polanie wylądowały jeszcze trzy takie pojazdy jak nasz, prędko zeszła na dół i skierowała się do zameczku. Ku zgryzocie Enrith, my nie możemy opuszczać wieży - człowiek w masce powiedział nam tonem oczywistym, że dopóki Sheril nie wróci, musimy tu siedzieć, ale potem zaczną się uroczystości. Kiedy to będzie, sam nie wiedział... Podobno co roku spotkanie zajmuje im coraz więcej czasu. Im, to znaczy Sheril i komu jeszcze? Zżera mnie ciekawość, oj, zżera...
19 IX
- Dlaczego chciał, żebyś ze mną pojechała? - padło wreszcie pytanie.
Teoretycznie była noc, ale obie miałyśmy problemy z zaśnięciem (Enrith spała jak niemowlę), dlatego siedziałyśmy w fotelach, wpatrując się w sufit. Nagłe odezwanie się Sheril przyprawiło mnie o dreszcz.
- Bo powiedział, że tylko mnie darzy zaufaniem - odpowiedziałam po złapaniu oddechu.
- Czy powinnam się czegoś obawiać? - szepnęła. - Nigdy przedtem nie musiałam.
Nie skomentowałam tego, bo nie miałam pojęcia jak. Zresztą mówiła bardziej do siebie niż do mnie.
- A dlaczego się zgodziłaś? - zapytała z lekkim śladem zdenerwowania w głosie. Co jest, wszyscy się zmówili, by zadawać mi kłopotliwe pytania?
- Nie wiem... Opowieść? - wzruszyłam ramionami.
Sheril westchnęła cicho i zapadła się głębiej w fotel. W zwiewnej koszuli nocnej i z rozpuszczonymi włosami wyglądała dziwnie krucho i bezbronnie. Jak osoba gotowa potulnie skinąć głową i rzec "Jak rozkażesz"... Ciekawe czy Lex ją taką widuje. Bądź co bądź, nadal mówi o niej "moja Pani"...
Cisza została przerwana jeszcze raz i jeszcze boleśniej.
- Za co kochałaś Sorilexa?
Gdyby ten fotel nie był wielki i wygodny, i zupełnie nie nadający się by z niego spaść... Nieważne.
- Może za to, że akurat był pod ręką, kiedy nie było nikogo innego - zaczęłam, dziękując w duchu Siłom Wyższym, że użyła czasu przeszłego. - Zresztą nie wiem nawet, czy go kochałam; to zawsze było bardziej jak choroba.
Z pewną satysfakcją odnotowałam, że Sheril skrzywiła się na te słowa.
- Bo ja też nie wiem - wyznała. - Dlatego myślałam, że może ktoś podsunie mi pomysł... Ale on właśnie taki jest, prawda? Nie do zrozumienia.
Skinęłam głową, bo cóż innego mogłam zrobić?
- Po prostu... Czułam, że trzeba się nim zaopiekować - ciągnęła, a ja uśmiechnęłam się krzywo. Zdecydowanie nie w taki sposób o nim myślałam, przynajmniej nie na początku naszej znajomości. Dopiero po jakimś czasie... Ale wtedy było już za późno.
Nie, żebym żałowała. Nie teraz.
- Dobranoc - powiedziała Sheril niespodziewanie, podnosząc się z fotela. Była uśmiechnięta i jakby uspokojona, i znów była nieprzeniknioną Damą z Eskalotu. Poszła zagrzebać się pod kołdrą, ale ja jeszcze długo siedziałam skulona w fotelu.
Teoretycznie była noc, ale obie miałyśmy problemy z zaśnięciem (Enrith spała jak niemowlę), dlatego siedziałyśmy w fotelach, wpatrując się w sufit. Nagłe odezwanie się Sheril przyprawiło mnie o dreszcz.
- Bo powiedział, że tylko mnie darzy zaufaniem - odpowiedziałam po złapaniu oddechu.
- Czy powinnam się czegoś obawiać? - szepnęła. - Nigdy przedtem nie musiałam.
Nie skomentowałam tego, bo nie miałam pojęcia jak. Zresztą mówiła bardziej do siebie niż do mnie.
- A dlaczego się zgodziłaś? - zapytała z lekkim śladem zdenerwowania w głosie. Co jest, wszyscy się zmówili, by zadawać mi kłopotliwe pytania?
- Nie wiem... Opowieść? - wzruszyłam ramionami.
Sheril westchnęła cicho i zapadła się głębiej w fotel. W zwiewnej koszuli nocnej i z rozpuszczonymi włosami wyglądała dziwnie krucho i bezbronnie. Jak osoba gotowa potulnie skinąć głową i rzec "Jak rozkażesz"... Ciekawe czy Lex ją taką widuje. Bądź co bądź, nadal mówi o niej "moja Pani"...
Cisza została przerwana jeszcze raz i jeszcze boleśniej.
- Za co kochałaś Sorilexa?
Gdyby ten fotel nie był wielki i wygodny, i zupełnie nie nadający się by z niego spaść... Nieważne.
- Może za to, że akurat był pod ręką, kiedy nie było nikogo innego - zaczęłam, dziękując w duchu Siłom Wyższym, że użyła czasu przeszłego. - Zresztą nie wiem nawet, czy go kochałam; to zawsze było bardziej jak choroba.
Z pewną satysfakcją odnotowałam, że Sheril skrzywiła się na te słowa.
- Bo ja też nie wiem - wyznała. - Dlatego myślałam, że może ktoś podsunie mi pomysł... Ale on właśnie taki jest, prawda? Nie do zrozumienia.
Skinęłam głową, bo cóż innego mogłam zrobić?
- Po prostu... Czułam, że trzeba się nim zaopiekować - ciągnęła, a ja uśmiechnęłam się krzywo. Zdecydowanie nie w taki sposób o nim myślałam, przynajmniej nie na początku naszej znajomości. Dopiero po jakimś czasie... Ale wtedy było już za późno.
Nie, żebym żałowała. Nie teraz.
- Dobranoc - powiedziała Sheril niespodziewanie, podnosząc się z fotela. Była uśmiechnięta i jakby uspokojona, i znów była nieprzeniknioną Damą z Eskalotu. Poszła zagrzebać się pod kołdrą, ale ja jeszcze długo siedziałam skulona w fotelu.
18 IX
Został w tyle świetlisty
zamek Eskalot, teraz otaczają nas coraz to inne światy... Podróżujemy
razem od wczoraj i tylko jedna z naszej trójki nie uważa tego za coś
wbrew naturze.
Tak, trójki. Co prawda Tenariego zostawiłam u Vanny, bo kichał (albo przekonująco symulował, ale to by mnie zdziwiło), jednak nie ominęło mnie zabranie nadbagażu. Nadbagaż ów ma włosy o barwie (i wyglądzie) słomy, czerwono-brązowe oczy i niespożytą energię, no i nosi imię Enrith... Tak, już wróciła z tamtej wyprawy z Maeve i opiekunka ziemi tuż przed moim wyjazdem odbyła ze mną rozmowę, którą można podsumować tak: "To urocza dziewczyna, ale zabieraj ją, do diabła!". I cóż... Zabrałam. W rezultacie wszędzie jej pełno i tylko dlatego nie rozkręciła jeszcze naszego pojazdu na części, że właściwie nie ma on żadnych części. Jest metaliczny i wrzecionowaty, nie posiada sterówki, ale jest uwarunkowany by zabrać nas na wyznaczone miejsce. Gdziekolwiek ono jest. Sheril niewiele mi wyjaśniła, zresztą prawie w ogóle nie rozmawiałyśmy. Nie pytała już więcej dlaczego z nią jadę, choć chyba jednak chciałaby wiedzieć.
Zazwyczaj siedzimy razem w którejś z dwóch kabin i słuchamy paplaniny Enrith. Zdążyła mi już opowiedzieć całą tę nieszczęsną przygodę, w którą zaplątała się razem z Kaede i Geddwynem; niestety uczyniła to nawet bardziej chaotycznie niż ja bym potrafiła...
Tak, trójki. Co prawda Tenariego zostawiłam u Vanny, bo kichał (albo przekonująco symulował, ale to by mnie zdziwiło), jednak nie ominęło mnie zabranie nadbagażu. Nadbagaż ów ma włosy o barwie (i wyglądzie) słomy, czerwono-brązowe oczy i niespożytą energię, no i nosi imię Enrith... Tak, już wróciła z tamtej wyprawy z Maeve i opiekunka ziemi tuż przed moim wyjazdem odbyła ze mną rozmowę, którą można podsumować tak: "To urocza dziewczyna, ale zabieraj ją, do diabła!". I cóż... Zabrałam. W rezultacie wszędzie jej pełno i tylko dlatego nie rozkręciła jeszcze naszego pojazdu na części, że właściwie nie ma on żadnych części. Jest metaliczny i wrzecionowaty, nie posiada sterówki, ale jest uwarunkowany by zabrać nas na wyznaczone miejsce. Gdziekolwiek ono jest. Sheril niewiele mi wyjaśniła, zresztą prawie w ogóle nie rozmawiałyśmy. Nie pytała już więcej dlaczego z nią jadę, choć chyba jednak chciałaby wiedzieć.
Zazwyczaj siedzimy razem w którejś z dwóch kabin i słuchamy paplaniny Enrith. Zdążyła mi już opowiedzieć całą tę nieszczęsną przygodę, w którą zaplątała się razem z Kaede i Geddwynem; niestety uczyniła to nawet bardziej chaotycznie niż ja bym potrafiła...
Subskrybuj:
Posty (Atom)