- A tu – elf dumnie powiódł wokół siebie ręką – jest Komnata Życzeń.
Rozejrzeliśmy się posłusznie, starając się przywołać na nasze oblicza
wyraz entuzjazmu. Niestety, na pierwszy rzut oka w kulistej sali – w
której byłoby bardzo niewygodnie stać, gdyby nie te sztuczki z
grawitacją – nie było czego oglądać. Na drugi było już trochę lepiej –
ściany w szmaragdowym kolorze błyszczały w niektórych miejscach, jakby
wysadzane klejnotami, zaś na środku pomieszczenia ziała głęboka…
Studnia? Wydawała się nie mieć dna, na ile udało mi się to stwierdzić po
podejściu, jak na mnie, bliziutko.
– Ma ktoś grosik? – ucieszył się
Clayd. – Można by ją wypróbować.
– A jeśli wypadnie z drugiej strony? – odezwała się J zaniepokojonym
tonem, ale w jej oczach migotały diabelskie ogniki. – Może komuś spaść na
głowę. Ktoś sobie weźmie i tyle będzie z próby.
Skrzywiłam się. Mogło się to i kojarzyć ze studnią życzeń, ale mnie
przywodziło na myśl czarną dziurę w królewskim skarbcu Wędrującego
Miasta, gdzie dawno temu zniknęła święta perła…
– Nikt spoza zamku nie postawił tu dotąd nogi – wyjaśnił elf. – Jednakże
legenda głosi, że jest to miejsce, do którego powinni się zjeżdżać
przybysze ze swymi życzeniami… Jak powiada kronikarz: ostatnia szansa
dla desperatów.
Stłumiłam chichot; zdaje się, że sposób myślenia Laderica był dość
podobny do mojego. Jakoś nie miałam nastroju by należycie zachwycić się
Nadzieją, która jawiła mi się jako wylęgarnia dworskich plotek. Komu się
spełni legenda, a kto zostanie królową? Czy następnym krokiem będzie
wielki bal, na który zostaną zaproszone wszystkie Kopciuszki tego
świata? Zamek Nadzieja zdecydowanie obyłby się beze mnie i moich
błyskotliwych opinii.
– Pora się stąd ruszać – westchnęłam cicho, gdy wychodziliśmy z komnaty.
– Dokąd? Byle dalej, przed siebie? – uśmiechnął się Clayd. – Taka podróż byłaby fajną sprawą.
– A niby co teraz robimy? – uniosłam brwi. – Nudzi ci się? Tak ci spieszno do twojego tajemniczego celu?
– A co może nim być? – odpowiedział pytaniem. – Pora wracać do Althenos i
może wybrałem się z tobą w drogę właśnie po to, żeby móc to kiedyś
powiedzieć. Jeszcze chwila, a Danson przeforsuje swój projekt i pani
Gearth będzie mi płakać w rękaw po zakończeniu obrad. Albo gorzej: wytną
mi jabłonie.
– I wykopią szkielety?
– Szkielety są już martwe, więc może ich nie obejdą.
– No to dlaczego tu ciągle tkwimy? – wtrąciła J. – Fakt, że ten zamek
jest uroczo stuknięty, ale ja chcę was przedstawić Shaithowi, no!
Tymczasem Miya niby marudzi, a siedzi twardo.
– A co, mają mnie gonić? – żachnęłam się. – Muszę poczekać aż Vaneshka dotrze z Aeiranem.
– Tutaj? – Clayd parsknął śmiechem.
– Czemu nie? – wzruszyłam ramionami. – Miejsce nie gorsze od mnóstwa innych.
Nasza pogawędka zwróciła uwagę jasnowłosego elfa, który prowadził nas
dokądś, coś przy okazji opowiadając, a teraz obejrzał się z obrażoną
miną. Mieliśmy na tyle przyzwoitości, by okazać skruchę – nawet miło się
go zresztą słuchało, zwłaszcza kiedy zbaczał z tematu zamku na dzieje
własne i swoich pięciu braci. Jak się zdążyłam przekonać, Jeźdźcy Słońca
mieli swoją własną opowieść, w dodatku całkiem imponującą.
– I zostaliście tutaj mimo to? – nie mogłam sie nadziwić. – Zamiast się jej trzymać, daliście się tu przyciągnąć Thanderilowi?
– Tamta opowieść już się zakończyła. Mieliśmy pełne prawo poszukać
sobie nowej – wyjaśnił wesoło, odgarniając długie włosy z czoła. O ile
dobrze zapamiętałam, miał na imię Gallil i był najmłodszy z całej
szóstki. I przy tym najbardziej skłonny do refleksji. Miałam ochotę
powiedzieć coś na temat potencjału łatwego do zmarnowania, ale po
namyśle machnęłam ręką. Nawet ja wierzę, że ciąg dalszy niekoniecznie m u
s i być do kitu.
– Jakie byłoby twoje życzenie? – zainteresowała się J.
– Żadne – odpowiedziałam bez namysłu. – Taka idea jest zbyt piękna, żeby
była prawdziwa. Na pewno okazałoby się, że tkwi w tym jakiś haczyk… A
jeśli nie, to byłoby za łatwe.
– Ciężko ci dogodzić – oceniła i pociągnęła Clayda za rękaw. – A twoje?
– Zależy, do ilu prób miałbym prawo – uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo.
– A czego ty byś sobie zażyczyła, mała bestyjko? – zrewanżowałam się.
– Ja nie jestem bestyjką, ja m a m bestyjkę – odpowiedziała wykrętnie i
wyprzedziła nas w podskokach. Zdaje się, że dobiegłaby do Pokoju Zadumy
(nie mylić z toaletą), gdyby Gallil jej nie zatrzymał, łapiąc prędko za
warkoczyk.
– Ała! – pisnęła i naburmuszyła się. – Masz szczęście, że jesteś fajnym elfem!
– Ćśśś… – uciszył ją. – Coś się zbliża. Nie słyszycie?
Niczego takiego nie mogłam stwierdzić, więc zaczęłam nasłuchiwać. I
ogarnęło mnie naraz takie radosne uczucie oczekiwania, jak wtedy, kiedy
się stoi na zapełnionej po brzegi widowni, zaklinając w duchu kurtynę,
żeby wreszcie poszła w górę. Gallil z wyczuciem zapukał w najbliższą
ścianę, otwierając okrągłe okienko. Stłoczyliśmy się przy nim… I nagle
tamto uczucie minęło, zastąpiony przez gwałtowny wstrząs i wicher, kiedy
na zewnątrz otwarła się czarna dziura, z której wypadły dwa konie z
jeźdźcami na grzbietach. Po chwili z zamku wybiegło dwóch elfów –
widocznie ich też coś zaalarmowało – w towarzystwie Vanny.
– No! – podsumowała radośnie J, widząc moją minę.
Zaniepokojony, a jednocześnie podekscytowany Gallil zaprowadził nas do
komnaty audiencyjnej, którą też widziałam po raz pierwszy. Od
zadziwiająco, jak na ten zamek, ciemnych barw odcinał się fioletowy
dywan, prowadzący od wejścia do tronu, a na ścianach wisiały ramy bez
obrazów. Był tam już Diarmaid w srebrzystej koronie ze szmaragdem; była
Muirenn z przyczepioną do niej Lilly, która z jakichś powodów wydawała
się zniecierpliwiona; był też zaaferowany Laderic, wyraźnie wypatrujący
szansy, by móc coś spisać. Po kilku sekundach weszli niespodziewani
goście. Moja kuzynka z rozradowaną miną ciągnęła za rękę Vaneshkę, któej
zielone oczy ciskały metaforyczne pioruny (choć pewnie ktoś mógłby mi
zarzucić nieprawdziwość tego opisu, bo to Vaneshka) we wszystkich
możliwych kierunkach. Za nią szedł Aeiran w towarzystwie jakiegoś
nadzwyczaj pożółkłego stworzenia płci żeńskiej, a dwaj Jeźdźcy Słońca
zamykali pochód.
– Wasza wysokość – zaintonował jeden z nich. – Przywodzimy przed twe oblicze tych oto troje poszukiwaczy nadziei.
– Myśmy nie byli tak oficjalnie witani – mruknęła Vanny cicho, ale wyraźnie.
Diarmaid powstał z tronu, uśmiechając się lekko.
– Cieszę się z waszego przybycia – przemówił. – Może teraz wreszcie zacznę się w tym wszystkim orientować.
Stojąca z tyłu Muirenn zachichotała bezczelnie i bezprzykładnie.
Teraz wystąpiła Vaneshka i ukłoniła się, unosząc fałdy sukni.
– Przepraszamy za takie… Gwałtowne przybycie – odezwała się, próbując
pohamować drżenie głosu. – Z początku prowadziłam nas swoim śpiewem, ale
pod koniec coś go niestety zakłóciło.
– Ta pieśń była niewłaściwa – stwierdził Aeiran, nie patrząc na nią.
Miło byłoby rzec, że zamiast tego patrzył na mnie, ale też nie – zresztą
wtedy napotkałby kolejne piorunujące spojrzenie. Obserwował za to
badawczo mieszkańców zamku… Chyba z negatywnym z góry nastawieniem.
– Za pozwoleniem – prychnęła Vaneshka. – Ja ci nie mówię, jak masz rządzić w Pieśni!
– Przemyśl chwilę te słowa i wtedy je powtórz – odpowiedział na to spokojnie.
Pieśniarka zacisnęła zęby i wzięła głęboki wdech.
– Ja ci nie mówię, jak masz tworzyć artefakty – rzekła już mniej pewnie
i ponownie zwróciła się do Diarmaida: – To miejsce samo w sobie nie było
naszym celem, ale szukaliśmy naszych przyjaciół. Skoro oni znaleźli tu
bezpieczną przystań, to i my będziemy za to wdzięczni.
Gdzie ona się nauczyła tak układnie przemawiać? Powinnam ją podpytać, co dokładnie robiła przez ostatnie półtora roku.
– Ostrożne słowa, a jednak pochlebne. Co na to powiesz, pani? –
Diarmaid znowu skupił na mnie uwagę, jakbym była przewodniczką swojej
własnej gromady. Doszłam do wniosku, że coraz bardziej mnie to irytuje.
– Za Aeirana i Vaneshkę ręczę – stanęłam pomiędzy nimi, łapiąc oboje
pod ręce – ale tej trzeciej pani ani nie znam, ani się nie spodziewałam.
Trzecia pani, która wcześniej jakoś wymknęła się ogólnej uwadze,
krążyła właśnie po komnacie, co chwilę stając na palcach i zaglądając do
pustych ram. Kiedy uświadomiła sobie, że zauważono wreszcie jej
obecność, podeszła dostojnie jak królowa, z dumnie uniesioną głową.
Zabawnie to wyglądało przy jej drobnej figurze i wielkich ciemnych
oczach na tle bladej twarzy, które nadawały jej dziecięce wrażenie. A
zarazem dość upiorne. Stanęła wyprostowana, poprawiła czarny futrzany
kołnierz i wygładziła wściekle żółtą spódnicę.
– Jestem Theaia – powiedziała donośnie, potrząsając platynowymi
włosami, ułożonymi w grube pukle. Potem umilkła, chyba w oczekiwaniu na
aplauz.
– Miło – uśmiechnęła się uprzejmie Muirenn. – I co dalej?
– Jestem Theaia! – powtórzyła dziewczyna wyzywającym tonem. – Towarzyszę
tym dwojgu – zamaszystym gestem wskazała na Vaneshkę i Aeirana – bo
beze mnie ani by nie przetrwali, ani by się nie odnaleźli.
– A można wiedzieć, w jakich okolicznościach? – zagaił Clayd, przyglądając jej się z wesołym zainteresowaniem.
– W Szarych Światach, oczywiście! – odpowiedziała. – A gdzież indziej
mogłabym być? Musiałam robić to, co… Musiałam – na koniec spuściła
trochę z tonu i wbiła wzrok w dywan. Zupełnie nie wyjaśniając, co miała
przez to na myśli.
– W Szarych Światach, co? – szepnęłam do Aeirana. – Ja tam tak długo nie siedziałam.
– Ani sama stamtąd nie wyszłaś – przypomniał, również półgłosem.
– Ty też nie, jak rozumiem – nie darowałam sobie, pewna, że gdyby nie
zawodowa ciekawość, co dalej, już dawno zaciągnęłabym go w jakiś kąt,
żeby wytargać za uszy, a potem wycałować i znowu wytargać. Dobra,
przynosząca ulgę pewność.
– Nie było mi dane dokończyć waszej pieśni – podjęła Vaneshka, skoro
Theaia stała bez słowa z obrażoną miną. – Chciałabym więc podarować ją
wam teraz, jak należy.
Diarmaid wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Muirenn i Laderikiem –
ten ostatni wyglądał, jakby miał zamiar zacząć skakać z radości z
gromkim aplauzem.
– Będziemy zaszczyceni – padła poważna odpowiedź.
Pieśniarka uśmiechnęła się do nich uroczo, ale nie od razu zaczęła śpiewać.
– Wyjdź stąd – rzuciła najpierw w moją stronę.
Nie zdążyłam nawet zareagować, gdy Aeiran rzucił jej triumfujące
spojrzenie, po czym objął mnie wpół i bez słowa wyteleportował na
zewnątrz. Na bezpieczną odległość, jak zauważyłam. Nie słychać było
śpiewu, ale wydawało mi się, że cały zamek drga jak trącana struna
jakiegoś instrumentu.
– Łatwo tam zostać – dobiegł mnie głos Aeirana zza sugestii pieśni.
– Gdzie? – spytałam, nie przestając patrzeć na zamek.
– W Szarych Światach – odpowiedział. – Z własnej woli albo i nie.
– Opowiedz mi wszystko, a ci daruję – zdecydowałam i przytuliłam się do niego z ulgą.
Później, dużo później, odnalazłam Vaneshkę, która konferowała w
najlepsze z fankami swojej sztuki. Vanny i Lilly konspiracyjnym szeptem
zdawały jej relację ze wszystkiego, co się zdarzyło, od kiedy
opuściliśmy Białą Symfonię, za to Muirenn była wyjątkowo, jak na siebie,
małomówna. I zarazem odprężona.
– Zastanawiałam się, czy jeszcze zdążę cię zobaczyć – uśmiechnęła się
pieśniarka na mój widok. – Jeszcze dzisiaj zamierzam wracać do domu.
– Do D’athúil? – spytałam siłą przyzwyczajenia.
– Do Marzenia – roześmiała się. – Dziwne, ale jakoś dawno mnie tam nie było.
– Dobrze by było mieć takie magiczne drzwi, nie? – zawtórowałam jej. –
Żeby wedle woli otwierały się raz na jeden dom, a raz na drugi.
– To chyba dałoby się załatwić – zauważyła Vanny. – Pamiętasz ten zamek,
z którego można było wyjść do dwóch różnych światów… Nie podołałabyś
takiemu wyzwaniu?
– Światów – może, ale czy do dwóch różnych domen? – westchnęłam,
spoglądając znowu na Vaneshkę. – Ale nie o tym na razie chciałam.
Dlaczego nie pozwoliłaś mi posłuchać tamtej pieśni?
– To miejsce ma swoje przeznaczenie i aż o tym krzyczy na cały głos –
wyjaśniła takim tonem, jakby zdradzała coś oczywistego (co swoją drogą
nie było dalekie od prawdy). – Gdybyś tu wtedy została, stałabyś się
częścią tego przeznaczenia.
– Tylko Mad? – zdziwiła się Lilly. – Dlaczego ona? Dlaczego nie my?
– Bo wy wszyscy macie tylko takie przeznaczenie, jakie sami sobie
zbudujecie – oświadczyła pieśniarka z przekonaniem. Vanny popatrzyła na
nią ze zdumieniem i jakby z zazdrością, że przyjaciółka wierzy w to, co
mówi. Ale najbardziej zaskakująco zareagowała Muirenn.
– Naprawdę tak uważasz? – zapytała gorączkowo, patrząc Vaneshce w oczy.
– A dziwi cię to? – odpowiedziała tamta pytaniem. – Przecież sama byś
tego chciała, a tutaj… Jeśli dobrze rozumiem, to możliwe właśnie tutaj.
– Dziękuję ci – arcymagini uścisnęła jej dłonie, a potem wyszła, wyraźnie czymś przejęta.
19 I
Zbudziłam się z tym rozkosznym dreszczem oczekiwania na coś pięknego,
a zarazem spełnienia. Czy jedno drugiego przypadkiem nie wyklucza?
Pewnie schowane pod poduszką wiersze zamąciły mi w głowie.
A tu tymczasem Lilly ciągnęła mnie za duży palec u nogi, kołysząc nią do jakiegoś rytmu.
– Jak to się stało, że wstałaś przede mną? – zapytałam sennie.
– Zachciało mi się zjeść śniadanko – wyjaśniła. – A Vanny chyba wcale nie spała, bo ziewa co minutę. Hmm, może…
– Co?
– Może siedzieli od północy w tej bibliotece… Wołają cię tam, tak przy okazji.
Biblioteka? Na sam dźwięk tego słowa poderwałam się z łóżka. I natychmiast padłam z powrotem, bo Lilly nie chciała mnie puścić.
– To mam wstawać czy nie? Zdecyduj się!
– Oj, bo uświadomiłaś mi, że mam tu właśnie rzadki widok…
Wreszcie udało mi się podnieść z pościeli; w przelocie pogłaskałam po głowie Tenariego, którego nic nie było w stanie wyrwać ze snu. Nie po raz pierwszy zastanowiło mnie, o czym może śnić.
– Ale siedzieć w bibliotece, gdy ma się do dyspozycji cały zamek prosto z legendy? – przeżywałam jeszcze, ubierając się. – Myślałam, że tylko ja się tak zachowuję.
– Ten uroczy blondyn o palcach uciapanych atramentem wziął nas pod swoją pieczę – roześmiała się Lilly. – Trochę szkoda, że już zaklepany przez Muirenn…
W odpowiedzi pociągnęłam ją za warkoczyk, po czym opuściłyśmy komnatę.
Doszłyśmy do dwojga drzwi, umieszczonych w podłodze i suficie. Te pierwsze znałam, wchodziło się przez nie do windy, prowadzącej na najniższy poziom. Ale drugie? Ktoś powinien był przystawić do nich drabinę, tymczasem według mojej przyjaciółki właśnie one stanowiły nasz cel.
– I co teraz, skrzydła? – zaczęłam, ale odpowiedź przyszła do mnie sama. Srebrzyste drzwi rozsunęły się i stanęły w nich – prostopadle do nas – trzy postacie. Nie zwróciwszy na nas jeszcze uwagi, cała trójka przeszła po ścianie jak po podłodze, ignorując prawo grawitacji. Pośrodku Diarmaid III we własnej osobie, w królewskim fiolecie i ze stoickim spokojem na szlachetnym obliczu. Ja bym tak nie potrafiła, mając po obu stronach takich doradców. Z lewej wielebny Oswin w ascetycznie szarej szacie, z prawej Muirenn, dla kontrastu ubrana w barwną, obcisłą sukienkę z rozcięciem do połowy uda, dyskutowali zaciekle.
– Nie wątpię, panie, że nic się nie przydarzy, jeśli stąd odejdziemy – przemawiał kapłan z rozognionym spojrzeniem. – Powoływanie się na opowiastkę, która zrodziła się zapewne w umyśle jakiegoś szaleńca? Powtarzam, powinniśmy byli szukać boskiej pomocy, zamiast przyjmować ten… Ten zamek!
– Do jakich bogów chciałbyś się modlić? – spytała słodko arcymagini. – Nie ma już naszego świata i naszych religii. Dlaczego jakieś nieznane bóstwo miałoby brać za nas odpowiedzialność?
– To żaden argument… – zirytował się; na szczęście jednak zauważył wreszcie naszą obecność i zamilkł. A może nie na szczęście? Patrzył to na mnie, to na Lilly, z taką miną, jakby światopogląd właśnie walił mu się w gruzy.
– Tak, koleżanka j e s t srebrnym smokiem sera’fiel – potwierdziłam uprzejmie.
– Ten pan o tym wie – poinformowała mnie przyjaciółka scenicznym szeptem. – Natknął się na mnie wczoraj, hi-hiii!
Tłumiąc śmiech wymierzyłam jej kuksańca i obie dygnęłyśmy uroczo przed Diarmaidem. Jak dobrze wychowane dziewczynki; tylko tam kokardek we włosach brakowało.
– Nie trzeba, nie trzeba – zaprotestował i prędko podniósł nasze dłonie do ust. – Od ukłonów są dworzanie.
– Których najpierw trzeba by mieć – wtrącił Oswin z przekąsem. – Ale nie, nie w tym zamku-widmie, gdzie wszystko robi się samo!
– Wybaczcie, panie, że witam was dopiero teraz – ciągnął władca zamku-widma, nie zwracając uwagi na słowa kapłana. – Mam nadzieję, że miło spędzacie czas na moich włościach.
– W miarę, choć łatwo się tu zgubić – odpowiedziałam ze spuszczonym wzrokiem. Niby mówił do nas obu, a ciągle wbijał we mnie spojrzenie, aż poczułam się nieswojo. – Jeszcze trochę mi brakuje do czucia się jak u siebie…
– Zapewne, podobnie jak p a n i Ess’Calene, woli pani siedzibę w rodzaju smoczych gór – przemówił znowu kapłan, zanim Diarmaid zdążył się odezwać. – Jak i mężczyzn pokroju księcia Aethelreda.
– No nie, tego już za wiele – syknęła Muirenn i ruszyła ku niemu z groźną miną, ale władca powstrzymał ją jednym gestem. Potem zmierzył wzrokiem kapłana, który natychmiast zaczął wyglądać na wcielenie skruchy; obaj skinęli nam głowami i poszli dalej przed siebie. Arcymagini jeszcze szepnęła coś Diarmaidowi na ucho i wróciła do nas. Najwyraźniej nie miała już ochoty na wykłócanie się z tym szorstkim typem…
– Co miałaś na myśli, mówiąc, że jeszcze trochę ci brakuje? – zapytała Lilly konspiracyjnym szeptem.
– Jak by to ująć… – zadumałam się, przywołując wspomnienia sprzed kilku miesięcy. – Kiedy gościłam na dworze w Sativoli… W tym świecie, którego już nie ma, czułam, że jestem w domu. Czy raczej mogłabym być, gdybym nie miała już dwóch innych.
– A teraz nie? – wtrąciła prędko Muirenn, zerkając, czy panowie już się oddalili. Kiedy okazało się, że tak, jak gdyby nic weszła po ścianie i postukała w drzwi.
– No, chodźcie! – zawołała, więc zamknęłyśmy oczy i poszłyśmy w jej ślady. Nie było to takie trudne, gdy się nie widziało drogi… W windzie arcymagini spojrzała na mnie pytająco, wyczekująco.
– Nie bardzo – musiałam zatem przyznać. – Co znaczyłoby, że moim miejscem… W tamtej rzeczywistości… Mogła być właśnie Sativola. Nie Nadzieja.
– Nie mogę dojść do ładu z twoimi rewelacjami o zmianie rzeczywistości – mruknęła. – Ten zamek jest dla mnie niemal prawdziwszy niż mój dawny świat… No, ale chyba powinnam przekazać twoje słowa jego wysokości.
– Jako dowód, że nie jestem przeznaczona na królową?
Muirenn wyszczerzyła zęby w nienaturalnym, wręcz upiornym uśmiechu.
– Z pewnością da mu to do myślenia, inaczej jeszcze podzielisz los nieszczęsnej Calene… Ale bez obaw – zaczęła mnie profilaktycznie uspokajać, zanim jeszcze o tym pomyślałam. – Nikomu nie powiedziałam o twojej koronie.
– Bo i co miałabyś powiedzieć? – wzruszyłam ramionami. – Ani jej nie noszę, ani nawet za wiele o niej nie wiem. Głównie przeczuwam.
Nie zbiło jej to z tropu; z tym samym uśmiechem przytknęła ucho do ściany – drzwi? – nasłuchując.
– Otóż właśnie. Skojarzyło mi się z inną tajemniczą koroną, tą, którą nosił książę Aethelred – podjęła, uznawszy, że jesteśmy już na górze. – Vanille wspominała, że byłabyś dla niego przeciwwagą, prawda?
– Ooo nie. Nie, nie i nie – sprzeciwiłam się. – Gdybym tu panowała i jeszcze nosiła to żelastwo, on byłby dla nas podwójnym zagrożeniem.
– Chyba my dla niego?… Zresztą, czy teraz już nie jest?
– Ale osobno! – zatupałam nogą, czekając, by wyjść. Wnętrze windy porażało szpitalną bielą i wpędzało w klaustrofobię. – Poza tym, ten wasz książę pewnie nawet nie wie o moim istnieniu, bo za świadomość istnienia drugiej korony nie ręczę.
Wychodząc wreszcie na korytarz, oddychałam głęboko. Nagadałam się, aż zaschło mi w gardle i nawet Lilly spoglądała na mnie z podziwem.
– Co za płomienna przemowa – rzekła, a wybrała na to akurat moment, kiedy Muirenn otwierała drzwi do biblioteki. – Tłumaczysz się, jakby kiedykolwiek przyszło ci na myśl poświęcić życie osobiste dla idei czy tam interesu. Nie mówię o pisaniu, bo królowej nikt by chyba w zeszyt nie patrzył…
Urwała, uświadamiając sobie, że obserwują nas cztery dodatkowe pary oczu. Cztery spojrzenia zza pokaźnego stosu książek: intensywnie błękitne, zdziwione; orzechowe, zamyślone; szaroniebieskie, rozbawione… I dodatkowe oczęta: duże, fioletowe i patrzące spod blond grzywki.
– Kto tu chce poświęcić życie osobiste dla pisania? – pisnęła właścicielka tych ostatnich. Małpy, nawet słówkiem nie wspomniały o jej przybyciu!
– Nie, nie dla pisania, tylko dla interesu – sprostował Laderic, wstając z zawalonej książkami podłogi. – Niech zgadnę, już się ośwadczył? – wypalił, nim jeszcze zauważył rozpaczliwe znaki, dawane przez Muirenn.
– O! To ktoś tu chce się z kimś żenić? – podchwyciła natychmiast J, klaszcząc w łapki. – I co, czekacie na rezultaty? Przyjmujecie zakłady?
– Nie przypuszczałam, że interesują cię dworskie ploteczki – ostrożnie przestąpiłam nad książkami, przy okazji dając kronikarzowi prztyczka w nos. – Ani że tak szybko wrócisz.
– Przybyła z samego rana i nawet nie raczyła zapukać – zachichotała Vanny. – I zaraz zaczęła wyrażać głośny podziw dla zamku.
– Niewątpliwie podziw – skrzywiła się arcymagini. – Jak to było? „Co za szaleniec to wymyślił?”… Wypisz, wymaluj, słowa Oswina.
– To b y ł y słowa podziwu! – obruszyła się J. – Jest się tym Dzieckiem Chaosu, nie? Trzeba reagować na takie zjawiska.
– Ale chyba nie zagrzebując się w książkach, szukając logicznego wytłumaczenia – roześmiał się Laderic.
– To tak na zasadzie przyciągania przeciwieństw – stwierdziłam, dosiadając się do przyjaciół; to samo zrobiła Lilly, chwytając jakąś księgę traktującą o magii. – Ja na przykład przyjmuję Chaos bezkrytycznie i płynę z prądem, podczas gdy ona szuka logicznych przyczyn.
– Nie szukam l o g i c z n y c h przyczyn, tylko w ogóle przyczyn. Naprawdę chciałabym wiedzieć, co za szaleniec to wymyślił!
– O ile wiem, legenda zamku Nadzieja nigdy nie została spisana – zgasiła dziewczynkę Lilly.
– W takim razie może będę prekursorem – nadwornemu kronikarzowi zaświeciły się oczy. – A może Miya? Wtedy będziemy mogli wymienić nasze dzieła i porównać.
– A, chętnie – zgodziłam się. – Jeszcze nie czytałam niczego twojego autorstwa, więc jestem za.
– Naprawdę szybko wróciłaś – zauważyłam później, gdy udało mi się oderwać J od bezskutecznego grzebania w księgach. – Znudziło ci się latanie po świecie?
– Trochę, po tym jak postraszyłam tego smoka, który mnie śledził… – westchnęła. – Poza tym nie mogłam was na dłużej zostawiać samych. Nie kiedy jesteście mi aktualnie potrzebni, o!
– I nie wpadłaś na nic ciekawego, szukając tego swojego Shaitha?
– A pewnie, że wpadłam. Na Shaitha! – pochwaliła się. – Schował się w międzysferze, paskud jeden, kiedy tylko wyczuł, że się zbliżam do jego świata. Musisz go koniecznie poznać, zanim się rozmyśli. Ale będzie ubaw!
Roześmiałam się z wrażeniem, że biorę udział w jakiejś czarnej komedii. Czasem doprawdy tracę świadomość, że wróciłam do domu. Na szczęście tylko czasem.
A tu tymczasem Lilly ciągnęła mnie za duży palec u nogi, kołysząc nią do jakiegoś rytmu.
– Jak to się stało, że wstałaś przede mną? – zapytałam sennie.
– Zachciało mi się zjeść śniadanko – wyjaśniła. – A Vanny chyba wcale nie spała, bo ziewa co minutę. Hmm, może…
– Co?
– Może siedzieli od północy w tej bibliotece… Wołają cię tam, tak przy okazji.
Biblioteka? Na sam dźwięk tego słowa poderwałam się z łóżka. I natychmiast padłam z powrotem, bo Lilly nie chciała mnie puścić.
– To mam wstawać czy nie? Zdecyduj się!
– Oj, bo uświadomiłaś mi, że mam tu właśnie rzadki widok…
Wreszcie udało mi się podnieść z pościeli; w przelocie pogłaskałam po głowie Tenariego, którego nic nie było w stanie wyrwać ze snu. Nie po raz pierwszy zastanowiło mnie, o czym może śnić.
– Ale siedzieć w bibliotece, gdy ma się do dyspozycji cały zamek prosto z legendy? – przeżywałam jeszcze, ubierając się. – Myślałam, że tylko ja się tak zachowuję.
– Ten uroczy blondyn o palcach uciapanych atramentem wziął nas pod swoją pieczę – roześmiała się Lilly. – Trochę szkoda, że już zaklepany przez Muirenn…
W odpowiedzi pociągnęłam ją za warkoczyk, po czym opuściłyśmy komnatę.
Doszłyśmy do dwojga drzwi, umieszczonych w podłodze i suficie. Te pierwsze znałam, wchodziło się przez nie do windy, prowadzącej na najniższy poziom. Ale drugie? Ktoś powinien był przystawić do nich drabinę, tymczasem według mojej przyjaciółki właśnie one stanowiły nasz cel.
– I co teraz, skrzydła? – zaczęłam, ale odpowiedź przyszła do mnie sama. Srebrzyste drzwi rozsunęły się i stanęły w nich – prostopadle do nas – trzy postacie. Nie zwróciwszy na nas jeszcze uwagi, cała trójka przeszła po ścianie jak po podłodze, ignorując prawo grawitacji. Pośrodku Diarmaid III we własnej osobie, w królewskim fiolecie i ze stoickim spokojem na szlachetnym obliczu. Ja bym tak nie potrafiła, mając po obu stronach takich doradców. Z lewej wielebny Oswin w ascetycznie szarej szacie, z prawej Muirenn, dla kontrastu ubrana w barwną, obcisłą sukienkę z rozcięciem do połowy uda, dyskutowali zaciekle.
– Nie wątpię, panie, że nic się nie przydarzy, jeśli stąd odejdziemy – przemawiał kapłan z rozognionym spojrzeniem. – Powoływanie się na opowiastkę, która zrodziła się zapewne w umyśle jakiegoś szaleńca? Powtarzam, powinniśmy byli szukać boskiej pomocy, zamiast przyjmować ten… Ten zamek!
– Do jakich bogów chciałbyś się modlić? – spytała słodko arcymagini. – Nie ma już naszego świata i naszych religii. Dlaczego jakieś nieznane bóstwo miałoby brać za nas odpowiedzialność?
– To żaden argument… – zirytował się; na szczęście jednak zauważył wreszcie naszą obecność i zamilkł. A może nie na szczęście? Patrzył to na mnie, to na Lilly, z taką miną, jakby światopogląd właśnie walił mu się w gruzy.
– Tak, koleżanka j e s t srebrnym smokiem sera’fiel – potwierdziłam uprzejmie.
– Ten pan o tym wie – poinformowała mnie przyjaciółka scenicznym szeptem. – Natknął się na mnie wczoraj, hi-hiii!
Tłumiąc śmiech wymierzyłam jej kuksańca i obie dygnęłyśmy uroczo przed Diarmaidem. Jak dobrze wychowane dziewczynki; tylko tam kokardek we włosach brakowało.
– Nie trzeba, nie trzeba – zaprotestował i prędko podniósł nasze dłonie do ust. – Od ukłonów są dworzanie.
– Których najpierw trzeba by mieć – wtrącił Oswin z przekąsem. – Ale nie, nie w tym zamku-widmie, gdzie wszystko robi się samo!
– Wybaczcie, panie, że witam was dopiero teraz – ciągnął władca zamku-widma, nie zwracając uwagi na słowa kapłana. – Mam nadzieję, że miło spędzacie czas na moich włościach.
– W miarę, choć łatwo się tu zgubić – odpowiedziałam ze spuszczonym wzrokiem. Niby mówił do nas obu, a ciągle wbijał we mnie spojrzenie, aż poczułam się nieswojo. – Jeszcze trochę mi brakuje do czucia się jak u siebie…
– Zapewne, podobnie jak p a n i Ess’Calene, woli pani siedzibę w rodzaju smoczych gór – przemówił znowu kapłan, zanim Diarmaid zdążył się odezwać. – Jak i mężczyzn pokroju księcia Aethelreda.
– No nie, tego już za wiele – syknęła Muirenn i ruszyła ku niemu z groźną miną, ale władca powstrzymał ją jednym gestem. Potem zmierzył wzrokiem kapłana, który natychmiast zaczął wyglądać na wcielenie skruchy; obaj skinęli nam głowami i poszli dalej przed siebie. Arcymagini jeszcze szepnęła coś Diarmaidowi na ucho i wróciła do nas. Najwyraźniej nie miała już ochoty na wykłócanie się z tym szorstkim typem…
– Co miałaś na myśli, mówiąc, że jeszcze trochę ci brakuje? – zapytała Lilly konspiracyjnym szeptem.
– Jak by to ująć… – zadumałam się, przywołując wspomnienia sprzed kilku miesięcy. – Kiedy gościłam na dworze w Sativoli… W tym świecie, którego już nie ma, czułam, że jestem w domu. Czy raczej mogłabym być, gdybym nie miała już dwóch innych.
– A teraz nie? – wtrąciła prędko Muirenn, zerkając, czy panowie już się oddalili. Kiedy okazało się, że tak, jak gdyby nic weszła po ścianie i postukała w drzwi.
– No, chodźcie! – zawołała, więc zamknęłyśmy oczy i poszłyśmy w jej ślady. Nie było to takie trudne, gdy się nie widziało drogi… W windzie arcymagini spojrzała na mnie pytająco, wyczekująco.
– Nie bardzo – musiałam zatem przyznać. – Co znaczyłoby, że moim miejscem… W tamtej rzeczywistości… Mogła być właśnie Sativola. Nie Nadzieja.
– Nie mogę dojść do ładu z twoimi rewelacjami o zmianie rzeczywistości – mruknęła. – Ten zamek jest dla mnie niemal prawdziwszy niż mój dawny świat… No, ale chyba powinnam przekazać twoje słowa jego wysokości.
– Jako dowód, że nie jestem przeznaczona na królową?
Muirenn wyszczerzyła zęby w nienaturalnym, wręcz upiornym uśmiechu.
– Z pewnością da mu to do myślenia, inaczej jeszcze podzielisz los nieszczęsnej Calene… Ale bez obaw – zaczęła mnie profilaktycznie uspokajać, zanim jeszcze o tym pomyślałam. – Nikomu nie powiedziałam o twojej koronie.
– Bo i co miałabyś powiedzieć? – wzruszyłam ramionami. – Ani jej nie noszę, ani nawet za wiele o niej nie wiem. Głównie przeczuwam.
Nie zbiło jej to z tropu; z tym samym uśmiechem przytknęła ucho do ściany – drzwi? – nasłuchując.
– Otóż właśnie. Skojarzyło mi się z inną tajemniczą koroną, tą, którą nosił książę Aethelred – podjęła, uznawszy, że jesteśmy już na górze. – Vanille wspominała, że byłabyś dla niego przeciwwagą, prawda?
– Ooo nie. Nie, nie i nie – sprzeciwiłam się. – Gdybym tu panowała i jeszcze nosiła to żelastwo, on byłby dla nas podwójnym zagrożeniem.
– Chyba my dla niego?… Zresztą, czy teraz już nie jest?
– Ale osobno! – zatupałam nogą, czekając, by wyjść. Wnętrze windy porażało szpitalną bielą i wpędzało w klaustrofobię. – Poza tym, ten wasz książę pewnie nawet nie wie o moim istnieniu, bo za świadomość istnienia drugiej korony nie ręczę.
Wychodząc wreszcie na korytarz, oddychałam głęboko. Nagadałam się, aż zaschło mi w gardle i nawet Lilly spoglądała na mnie z podziwem.
– Co za płomienna przemowa – rzekła, a wybrała na to akurat moment, kiedy Muirenn otwierała drzwi do biblioteki. – Tłumaczysz się, jakby kiedykolwiek przyszło ci na myśl poświęcić życie osobiste dla idei czy tam interesu. Nie mówię o pisaniu, bo królowej nikt by chyba w zeszyt nie patrzył…
Urwała, uświadamiając sobie, że obserwują nas cztery dodatkowe pary oczu. Cztery spojrzenia zza pokaźnego stosu książek: intensywnie błękitne, zdziwione; orzechowe, zamyślone; szaroniebieskie, rozbawione… I dodatkowe oczęta: duże, fioletowe i patrzące spod blond grzywki.
– Kto tu chce poświęcić życie osobiste dla pisania? – pisnęła właścicielka tych ostatnich. Małpy, nawet słówkiem nie wspomniały o jej przybyciu!
– Nie, nie dla pisania, tylko dla interesu – sprostował Laderic, wstając z zawalonej książkami podłogi. – Niech zgadnę, już się ośwadczył? – wypalił, nim jeszcze zauważył rozpaczliwe znaki, dawane przez Muirenn.
– O! To ktoś tu chce się z kimś żenić? – podchwyciła natychmiast J, klaszcząc w łapki. – I co, czekacie na rezultaty? Przyjmujecie zakłady?
– Nie przypuszczałam, że interesują cię dworskie ploteczki – ostrożnie przestąpiłam nad książkami, przy okazji dając kronikarzowi prztyczka w nos. – Ani że tak szybko wrócisz.
– Przybyła z samego rana i nawet nie raczyła zapukać – zachichotała Vanny. – I zaraz zaczęła wyrażać głośny podziw dla zamku.
– Niewątpliwie podziw – skrzywiła się arcymagini. – Jak to było? „Co za szaleniec to wymyślił?”… Wypisz, wymaluj, słowa Oswina.
– To b y ł y słowa podziwu! – obruszyła się J. – Jest się tym Dzieckiem Chaosu, nie? Trzeba reagować na takie zjawiska.
– Ale chyba nie zagrzebując się w książkach, szukając logicznego wytłumaczenia – roześmiał się Laderic.
– To tak na zasadzie przyciągania przeciwieństw – stwierdziłam, dosiadając się do przyjaciół; to samo zrobiła Lilly, chwytając jakąś księgę traktującą o magii. – Ja na przykład przyjmuję Chaos bezkrytycznie i płynę z prądem, podczas gdy ona szuka logicznych przyczyn.
– Nie szukam l o g i c z n y c h przyczyn, tylko w ogóle przyczyn. Naprawdę chciałabym wiedzieć, co za szaleniec to wymyślił!
– O ile wiem, legenda zamku Nadzieja nigdy nie została spisana – zgasiła dziewczynkę Lilly.
– W takim razie może będę prekursorem – nadwornemu kronikarzowi zaświeciły się oczy. – A może Miya? Wtedy będziemy mogli wymienić nasze dzieła i porównać.
– A, chętnie – zgodziłam się. – Jeszcze nie czytałam niczego twojego autorstwa, więc jestem za.
– Naprawdę szybko wróciłaś – zauważyłam później, gdy udało mi się oderwać J od bezskutecznego grzebania w księgach. – Znudziło ci się latanie po świecie?
– Trochę, po tym jak postraszyłam tego smoka, który mnie śledził… – westchnęła. – Poza tym nie mogłam was na dłużej zostawiać samych. Nie kiedy jesteście mi aktualnie potrzebni, o!
– I nie wpadłaś na nic ciekawego, szukając tego swojego Shaitha?
– A pewnie, że wpadłam. Na Shaitha! – pochwaliła się. – Schował się w międzysferze, paskud jeden, kiedy tylko wyczuł, że się zbliżam do jego świata. Musisz go koniecznie poznać, zanim się rozmyśli. Ale będzie ubaw!
Roześmiałam się z wrażeniem, że biorę udział w jakiejś czarnej komedii. Czasem doprawdy tracę świadomość, że wróciłam do domu. Na szczęście tylko czasem.
18 I
Jechaliśmy w niemal doskonałej ciszy, tylko Lilly rozmawiała szeptem z
Muirenn, która siedziała za nią na grzbiecie Tequili. Kiedy byliśmy
jeszcze w górach, ten tak zwany zamek wydawał się stać dość blisko,
tymczasem teraz droga przeciągała się, choć nasze wierzchowce wcale nie
szły wolno. Rozkołysana i wsłuchana w stukot kopyt byłam coraz bardziej
senna, musiałam jednak uważać na Ivy, która już zasnęła, słodko wtulona w
mój płaszcz. Tenari leciał w pobliżu i rozglądał się z takim
zainteresowaniem, jakby widział rzeczy, których my nie dostrzegaliśmy.
- Na co tak patrzysz, Ten-chan? – zapytałam z uśmiechem, kiedy do mnie podfrunął. – Wyobrażasz sobie, co mogło tu być przedtem? Czy zastanawiasz się, co tu jeszcze będzie?
- Co było przedtem – odpowiedział z poważną miną. – Bo kiedyś to się stanie zupełnie innym „przedtem”, prawda?
- A ty wtedy nie zapomnisz? – nawet nie pytałam, skąd mu to przyszło do głowy. Jak się przysłuchuje poplątanym rozmowom o zmianach w rzeczywistości, z pewnością wyciąga się własne wnioski.
- Ja nie zapomnę - oświadczył z przekonaniem. – Nauczyłem się od ciebie nie zapominać.
Czy powinnam czuć się tym pocieszona, czy raczej mu współczuć? Nie jestem pewna.
Nadal było cicho, zdecydowanie za cicho. Za pusto. Jak gdyby coś – wszystko? – nie zostało jeszcze dokończone i czekało, aż ktoś podłączy ostatni kabelek i wciśnie przycisk Play. Nie było mnie stać na lepsze metafory, kiedy stanęłam u ścian zamku (bo widocznego wejścia nie było). Robił jeszcze bardziej przytłaczające wrażenie – z daleka wyglądał jak nowoczesna rzeźba, teraz zaś kojarzył mi się raczej ze statkiem kosmicznym jakiejś rasy o zwichrowanej mentalności.
- Czy to naprawdę powinno tak być? – szepnęłam do siebie. – Takie odosobnienie, taka pustka?
Nie spodziewałam się odpowiedzi, ale usłyszała mnie Muirenn.
- To nie pustka, to początek – sprostowała. – Musimy cię zapoznać z całością legendy, jak tylko dorwiemy Laderica. Nadzieja miała trafić w odpowiednie miejsce i dopiero zacząć przyciągać do siebie inne istoty. A my wierzymy, że to jest właśnie to miejsce. I czekamy.
- Nadzieja – powtórzyła tępo Lilly i nagle wykrzyknęła piskliwie: – Co ty nam tu wciskasz?! Chcesz powiedzieć, że to jest legendarny zamek Nadzieja?! Te… Te… Kostki na szypułkach?!
Nie odezwałam się, bo w gruncie rzeczy miałam takie samo zdanie.
- Nie jesteś pierwszą osobą, która tak reaguje – roześmiała się arcymagini. – Ale tak, tak właśnie jest. Znaleźliśmy już miejsce, teraz potrzebna nam królowa… – tu zerknęła na mnie z ukosa. – A potem wreszcie stanie się królestwo. Taki odwrotny porządek rzeczy.
- Może dlatego, że nadzieja też często jest sprzeczna z rozsądkiem? – podsunęła Vanny. – Tylko nie rozumiem, czemu tak się uparliście na tę królową.
- Bo nadzieja i samotność nie są dla siebie odpowiednim towarzystwem, honey – odpowiedział Clayd zamiast Muirenn, która spojrzała na niego z uznaniem. – Nie wiesz tego jeszcze?
- Wiem – westchnęła i spuściła głowę. – Chyba wiem.
- No dobrze, w takim razie chciałabym się przekonać, że tam w środku da się żyć – podjęła Lilly. – Wejdziemy tam jakoś czy zostaniemy tu i zamarzniemy?
- Wejdziemy – arcymagini zeskoczyła z konia, aby otworzyć wejście. Można się było spodziewać, że wygłosi zaklęcie, użyje magii; tymczasem po prostu podniosła z ziemi kamień i cisnęła nim o srebrzystą ścianę.
- Ktoś to usłyszy? – zachichotała Vanny.
- Zazwyczaj słyszą – Muirenn wzruszyła ramionami i rzuciła kolejnym kamieniem. Gdy podnosiła trzeci, w ścianie pojawił się prostokątny otwór, przez który od biedy można się było przeczołgać. Wyjrzała do nas złotowłosa głowa o spiczastych uszach – jej właściciel albo był niezwykle wygibalski, albo wisiał jak nietoperz.
- No, jeszcze raz – polecił ze śmiechem. – Bo chyba tracisz formę.
- Zaraz ci dam jeszcze raz – mruknęła pod nosem Muirenn i z całej siły rzuciła ostatni kamień. Gdy rozprysnął się o ścianę, wejście otworzyło się na całą wysokość, a komitet powitalny – jak się okazało, był tam jeszcze jeden Jeździec Słońca – entuzjastycznie zaklaskał w dłonie.
- No proszę! Elfy! – pisnęła Vanny z szerokim uśmiechem, który przy odrobinie dobrej woli można by uznać za miły i radosny.
- Cierp, cierp – odpowiedziałam podobnym wyszczerzeniem ząbków i zsiadłam z Pokrzywy, nie budząc Ivy.
- Znów wiedziesz ze sobą doborowe towarzystwo, gwiezdna panno – przemówił drugi z Jeźdźców. Jego giętki (pogięty?) towarzysz pokiwał głową, przyglądając się nam z aprobatą.
- Dlaczego mnie przypisujecie tę zasługę? – prychnęłam. – Może właśnie jest odwrotnie i to oni mnie sprowadzili?
- Też dobrze – uznali i rozstąpili się. – Wejdźcie, a my zajmiemy się waszymi wierzchowcami.
To był lepszy wybór niż stanie na zewnątrz i marznięcie.
Wnętrze zamku było zdecydowanie bardziej „zamkowe” i utrzymane w srebrno-zielono-fioletowej kolorystyce. Może tylko przezroczyste windy wyglądały zbyt futurystycznie, ale ogólne wrażenie było całkiem przyjemne. Kiedy znaleźliśmy się w przestronnym korytarzu z ustawionymi pod ścianą zbrojami, zjechało do nas czterech pozostałych Jeźdźców.
- Jak to dobrze mieć co robić, gdy zjawiają się goście – powiedział jeden. – Nawet jeśli to zajęcie godne lokajów. Pozwólcie, że zaprowadzimy was do komnat gościnnych.
- Nie ma już niebezpieczeństwa, przed którym moglibyśmy strzec zamku – dodał inny – ale wcale nam się nie uśmiecha stąd odchodzić.
- Kto wie, czy jeszcze nie wróci – mruknęła Muirenn pod nosem. – No nic, bądźcie sobie lokajami dla tego doborowego towarzystwa. A ja życzę sobie iść do mojej własnej tajemnej komnaty. – powiedziała już głośniej, zabawnie podniosłym tonem.
- To nie będzie eleganckiej audiencji? – rozżaliła się Lilly. – Wystawnej kolacji i rytuału wygłaszania życzeń? Nie tego się spodziewałam po legendzie, a ty, Mad?
- U jego wysokości siedzi teraz kapłan – szepnął konspiracyjnie któryś z elfów (jakoś nie umiem nie traktować ich zbiorowo). – Dyskutują zawzięcie o istnieniu przeznaczenia.
No i bardzo dobrze.
- A Laderic? – zapytała żywo Muirenn.
- Ostatnio był w twojej tajemnej komnacie – elf uśmiechnął się pod nosem. – Chyba że poszedł spisać tę dyskusję.
- No to dlaczego się tu przywlekliśmy? – Lilly nie dawała za wygraną.
- Gdzieś musimy poczekać na J-chan – wzruszyłam ramionami. – A co, wolałabyś zostać u smoków?
Wieczorem, kiedy Tenari już spał, przemknęłam wraz z Lilly pod ścianę sąsiedniej komnaty i zapukałam. Otworzyło się wejście, odsłaniając pokój biały jak lilia, z koronkowymi firankami, choć brakowało okien.
- Zdaje się, że pukanie nie jest tutaj wyrazem uszanowania prywatności – mruknęłam. – Wręcz przeciwnie.
- Jakbym miała coś przed wami do ukrycia – prychnęła Vanny, odrywając się od gmerania w swojej torbie. – Zobaczcie, nawet moja rodzinka gdzieś ode mnie uciekła, taka jestem bezwstydna… A wy tu co? Ktoś się zarzekał, że pójdzie dziś wcześnie spać, nie?
- A, jakoś nie jestem śpiąca – przyznała Lilly, ale kiedy usiadłyśmy na łóżku, zaczęła z zainteresowaniem miętosić poduszki. – Poza tym w naszej komnacie jest takie dzieło sztuki, którego Mad się boi, więc nie chciała tam siedzieć…
- Nie boi, tylko nie przepada za surrealizmem – ucięłam. – I chce posiedzieć w towarzystwie. Poplotkować, pośmiać się…
- Zaiste, idealna pora na babskie ploty – skomentowała moja kuzynka, uśmiechając się zaczepnie. – Nie jest to według ciebie pora zastanawiania się nad wątkami, szukania odpowiedzi na dawno zadane pytania? Ani nawet pora wzdychania w poduszkę? No powiedz, nie dostrzegasz absurdu sytuacji?
- Później, później – machnęłam ręką. – Teraz może pogrzeb trochę w tej torbie, dobrze? Mam ochotę podelektować się poezją.
- Nie rozumiem, dlaczego nie kupisz sobie własnej… – gderała Vanny, wyjmując tomik wierszy Poetki. – Czy to jakaś tradycja, że to ja zawsze muszę nosić ze sobą poezje?
- Co wy tutaj za nastrój próbujecie rozsnuć? – Lilly spojrzała na nas z przestrachem i prędko sięgnęła po książkę. – Mam nadzieję, że to nie jest o mroku i krwi kapiącej z płatków róż… – Otworzyła na losowo wybranej stronie i zaczęła czytać na głos. – Nikt nie ujrzy po wiek wieków, bym pożądał siedmiu ćwieków…?! No dobra, teraz to dopiero niepokoi mnie stan waszych umysłów.
- Czekaj, pokaż! Tego nie znam! – wyrwałam jej tomik z ręki, zanim zdążyła go zamknąć. – O czym to… Ach, o Wielkiej Niedźwiedzicy.
- A myślałaś, że o czym, pałko? – pisnęła Vanny, dusząc się ze śmiechu. – Jak chcesz, mogę ci te wiersze pożyczyć. Na później.
Ja też nie mogłam dłużej tłumić chichotu. Zdegustowana Lilly wstała i wślizgnęła się pod firankę.
- Ciekawe, czy i tutaj zadziała – odezwała się i zapukała w ścianę. Natychmiast otwarło się przed nią okno, okrągłe i bez szyb. Zadygotała, ale nie zamknęła ani nie uciekła.
- I cóż tam widzisz? – zapytałam, wystawiając nos zza książki.
- Gwiaaazdy! – zawołała, wystawiając głowę na zewnątrz.
Gwiazdy…
Teraz, kiedy jako jedyna nie śpię, zastanawiam się, czy to już ta właściwa pora. Czy wrażenie pustki panujące w zamku to wyraz oczekiwania, by jego mieszkańcy zaczęli porządnie budować wokół siebie rzeczywistość? Chętnie zwołałabym ich, aby to wspólnie obgadać, ale obawiam się, że mogliby moje zainteresowanie opacznie odebrać. Poza tym są chyba jeszcze pewne sprawy w światach, w które nie muszę się wtrącać. Powinnam je jakoś odróżniać od tych, w które mogę.
- Na co tak patrzysz, Ten-chan? – zapytałam z uśmiechem, kiedy do mnie podfrunął. – Wyobrażasz sobie, co mogło tu być przedtem? Czy zastanawiasz się, co tu jeszcze będzie?
- Co było przedtem – odpowiedział z poważną miną. – Bo kiedyś to się stanie zupełnie innym „przedtem”, prawda?
- A ty wtedy nie zapomnisz? – nawet nie pytałam, skąd mu to przyszło do głowy. Jak się przysłuchuje poplątanym rozmowom o zmianach w rzeczywistości, z pewnością wyciąga się własne wnioski.
- Ja nie zapomnę - oświadczył z przekonaniem. – Nauczyłem się od ciebie nie zapominać.
Czy powinnam czuć się tym pocieszona, czy raczej mu współczuć? Nie jestem pewna.
Nadal było cicho, zdecydowanie za cicho. Za pusto. Jak gdyby coś – wszystko? – nie zostało jeszcze dokończone i czekało, aż ktoś podłączy ostatni kabelek i wciśnie przycisk Play. Nie było mnie stać na lepsze metafory, kiedy stanęłam u ścian zamku (bo widocznego wejścia nie było). Robił jeszcze bardziej przytłaczające wrażenie – z daleka wyglądał jak nowoczesna rzeźba, teraz zaś kojarzył mi się raczej ze statkiem kosmicznym jakiejś rasy o zwichrowanej mentalności.
- Czy to naprawdę powinno tak być? – szepnęłam do siebie. – Takie odosobnienie, taka pustka?
Nie spodziewałam się odpowiedzi, ale usłyszała mnie Muirenn.
- To nie pustka, to początek – sprostowała. – Musimy cię zapoznać z całością legendy, jak tylko dorwiemy Laderica. Nadzieja miała trafić w odpowiednie miejsce i dopiero zacząć przyciągać do siebie inne istoty. A my wierzymy, że to jest właśnie to miejsce. I czekamy.
- Nadzieja – powtórzyła tępo Lilly i nagle wykrzyknęła piskliwie: – Co ty nam tu wciskasz?! Chcesz powiedzieć, że to jest legendarny zamek Nadzieja?! Te… Te… Kostki na szypułkach?!
Nie odezwałam się, bo w gruncie rzeczy miałam takie samo zdanie.
- Nie jesteś pierwszą osobą, która tak reaguje – roześmiała się arcymagini. – Ale tak, tak właśnie jest. Znaleźliśmy już miejsce, teraz potrzebna nam królowa… – tu zerknęła na mnie z ukosa. – A potem wreszcie stanie się królestwo. Taki odwrotny porządek rzeczy.
- Może dlatego, że nadzieja też często jest sprzeczna z rozsądkiem? – podsunęła Vanny. – Tylko nie rozumiem, czemu tak się uparliście na tę królową.
- Bo nadzieja i samotność nie są dla siebie odpowiednim towarzystwem, honey – odpowiedział Clayd zamiast Muirenn, która spojrzała na niego z uznaniem. – Nie wiesz tego jeszcze?
- Wiem – westchnęła i spuściła głowę. – Chyba wiem.
- No dobrze, w takim razie chciałabym się przekonać, że tam w środku da się żyć – podjęła Lilly. – Wejdziemy tam jakoś czy zostaniemy tu i zamarzniemy?
- Wejdziemy – arcymagini zeskoczyła z konia, aby otworzyć wejście. Można się było spodziewać, że wygłosi zaklęcie, użyje magii; tymczasem po prostu podniosła z ziemi kamień i cisnęła nim o srebrzystą ścianę.
- Ktoś to usłyszy? – zachichotała Vanny.
- Zazwyczaj słyszą – Muirenn wzruszyła ramionami i rzuciła kolejnym kamieniem. Gdy podnosiła trzeci, w ścianie pojawił się prostokątny otwór, przez który od biedy można się było przeczołgać. Wyjrzała do nas złotowłosa głowa o spiczastych uszach – jej właściciel albo był niezwykle wygibalski, albo wisiał jak nietoperz.
- No, jeszcze raz – polecił ze śmiechem. – Bo chyba tracisz formę.
- Zaraz ci dam jeszcze raz – mruknęła pod nosem Muirenn i z całej siły rzuciła ostatni kamień. Gdy rozprysnął się o ścianę, wejście otworzyło się na całą wysokość, a komitet powitalny – jak się okazało, był tam jeszcze jeden Jeździec Słońca – entuzjastycznie zaklaskał w dłonie.
- No proszę! Elfy! – pisnęła Vanny z szerokim uśmiechem, który przy odrobinie dobrej woli można by uznać za miły i radosny.
- Cierp, cierp – odpowiedziałam podobnym wyszczerzeniem ząbków i zsiadłam z Pokrzywy, nie budząc Ivy.
- Znów wiedziesz ze sobą doborowe towarzystwo, gwiezdna panno – przemówił drugi z Jeźdźców. Jego giętki (pogięty?) towarzysz pokiwał głową, przyglądając się nam z aprobatą.
- Dlaczego mnie przypisujecie tę zasługę? – prychnęłam. – Może właśnie jest odwrotnie i to oni mnie sprowadzili?
- Też dobrze – uznali i rozstąpili się. – Wejdźcie, a my zajmiemy się waszymi wierzchowcami.
To był lepszy wybór niż stanie na zewnątrz i marznięcie.
Wnętrze zamku było zdecydowanie bardziej „zamkowe” i utrzymane w srebrno-zielono-fioletowej kolorystyce. Może tylko przezroczyste windy wyglądały zbyt futurystycznie, ale ogólne wrażenie było całkiem przyjemne. Kiedy znaleźliśmy się w przestronnym korytarzu z ustawionymi pod ścianą zbrojami, zjechało do nas czterech pozostałych Jeźdźców.
- Jak to dobrze mieć co robić, gdy zjawiają się goście – powiedział jeden. – Nawet jeśli to zajęcie godne lokajów. Pozwólcie, że zaprowadzimy was do komnat gościnnych.
- Nie ma już niebezpieczeństwa, przed którym moglibyśmy strzec zamku – dodał inny – ale wcale nam się nie uśmiecha stąd odchodzić.
- Kto wie, czy jeszcze nie wróci – mruknęła Muirenn pod nosem. – No nic, bądźcie sobie lokajami dla tego doborowego towarzystwa. A ja życzę sobie iść do mojej własnej tajemnej komnaty. – powiedziała już głośniej, zabawnie podniosłym tonem.
- To nie będzie eleganckiej audiencji? – rozżaliła się Lilly. – Wystawnej kolacji i rytuału wygłaszania życzeń? Nie tego się spodziewałam po legendzie, a ty, Mad?
- U jego wysokości siedzi teraz kapłan – szepnął konspiracyjnie któryś z elfów (jakoś nie umiem nie traktować ich zbiorowo). – Dyskutują zawzięcie o istnieniu przeznaczenia.
No i bardzo dobrze.
- A Laderic? – zapytała żywo Muirenn.
- Ostatnio był w twojej tajemnej komnacie – elf uśmiechnął się pod nosem. – Chyba że poszedł spisać tę dyskusję.
- No to dlaczego się tu przywlekliśmy? – Lilly nie dawała za wygraną.
- Gdzieś musimy poczekać na J-chan – wzruszyłam ramionami. – A co, wolałabyś zostać u smoków?
Wieczorem, kiedy Tenari już spał, przemknęłam wraz z Lilly pod ścianę sąsiedniej komnaty i zapukałam. Otworzyło się wejście, odsłaniając pokój biały jak lilia, z koronkowymi firankami, choć brakowało okien.
- Zdaje się, że pukanie nie jest tutaj wyrazem uszanowania prywatności – mruknęłam. – Wręcz przeciwnie.
- Jakbym miała coś przed wami do ukrycia – prychnęła Vanny, odrywając się od gmerania w swojej torbie. – Zobaczcie, nawet moja rodzinka gdzieś ode mnie uciekła, taka jestem bezwstydna… A wy tu co? Ktoś się zarzekał, że pójdzie dziś wcześnie spać, nie?
- A, jakoś nie jestem śpiąca – przyznała Lilly, ale kiedy usiadłyśmy na łóżku, zaczęła z zainteresowaniem miętosić poduszki. – Poza tym w naszej komnacie jest takie dzieło sztuki, którego Mad się boi, więc nie chciała tam siedzieć…
- Nie boi, tylko nie przepada za surrealizmem – ucięłam. – I chce posiedzieć w towarzystwie. Poplotkować, pośmiać się…
- Zaiste, idealna pora na babskie ploty – skomentowała moja kuzynka, uśmiechając się zaczepnie. – Nie jest to według ciebie pora zastanawiania się nad wątkami, szukania odpowiedzi na dawno zadane pytania? Ani nawet pora wzdychania w poduszkę? No powiedz, nie dostrzegasz absurdu sytuacji?
- Później, później – machnęłam ręką. – Teraz może pogrzeb trochę w tej torbie, dobrze? Mam ochotę podelektować się poezją.
- Nie rozumiem, dlaczego nie kupisz sobie własnej… – gderała Vanny, wyjmując tomik wierszy Poetki. – Czy to jakaś tradycja, że to ja zawsze muszę nosić ze sobą poezje?
- Co wy tutaj za nastrój próbujecie rozsnuć? – Lilly spojrzała na nas z przestrachem i prędko sięgnęła po książkę. – Mam nadzieję, że to nie jest o mroku i krwi kapiącej z płatków róż… – Otworzyła na losowo wybranej stronie i zaczęła czytać na głos. – Nikt nie ujrzy po wiek wieków, bym pożądał siedmiu ćwieków…?! No dobra, teraz to dopiero niepokoi mnie stan waszych umysłów.
- Czekaj, pokaż! Tego nie znam! – wyrwałam jej tomik z ręki, zanim zdążyła go zamknąć. – O czym to… Ach, o Wielkiej Niedźwiedzicy.
- A myślałaś, że o czym, pałko? – pisnęła Vanny, dusząc się ze śmiechu. – Jak chcesz, mogę ci te wiersze pożyczyć. Na później.
Ja też nie mogłam dłużej tłumić chichotu. Zdegustowana Lilly wstała i wślizgnęła się pod firankę.
- Ciekawe, czy i tutaj zadziała – odezwała się i zapukała w ścianę. Natychmiast otwarło się przed nią okno, okrągłe i bez szyb. Zadygotała, ale nie zamknęła ani nie uciekła.
- I cóż tam widzisz? – zapytałam, wystawiając nos zza książki.
- Gwiaaazdy! – zawołała, wystawiając głowę na zewnątrz.
Gwiazdy…
Teraz, kiedy jako jedyna nie śpię, zastanawiam się, czy to już ta właściwa pora. Czy wrażenie pustki panujące w zamku to wyraz oczekiwania, by jego mieszkańcy zaczęli porządnie budować wokół siebie rzeczywistość? Chętnie zwołałabym ich, aby to wspólnie obgadać, ale obawiam się, że mogliby moje zainteresowanie opacznie odebrać. Poza tym są chyba jeszcze pewne sprawy w światach, w które nie muszę się wtrącać. Powinnam je jakoś odróżniać od tych, w które mogę.
17 I
Lilly doszła wreszcie do siebie i zażądała pełnego zestawu dań, z
przystawkami i podwieczorkiem. Muirenn wyczarowała jej posiłek godny
królowej, ale nie wypuściła jeszcze zza ochronnej bariery. Musiałam więc
stać w drzwiach i do niej wołać, kiedy wylegiwała się na swoim
posłaniu, udając, że nie zwraca uwagi.
- Coś ty narobiła?! Zachowałaś się jak bezrozumne zwierzę! – nie darowałam sobie, gdy już zdałam jej relację z naszego pobytu u smoków, a w odpowiedzi spotkałam się z milczeniem. To podziałało; nigdy nie pozwalała, by zarzucano jej bezmyślność.
- W takim razie po co tu jeszcze jesteśmy?! – burknęła obrażona, siadając prędko. – Mogłam to odchorować w jakimś bezpieczniejszym świecie. Mogliśmy stąd zwiać, skoro tylko J niczego nie wywąchała.
- Wiesz, że nie o to chodzi – pokręciłam głową. – Nigdy dotąd nie widziałam, byś straciła nad sobą kontrolę, nawet w obliczu wielkiego zagrożenia… A oni nawet nas nie zaatakowali.
Lilly westchnęła i podniosła się, ale głowę miała spuszczoną.
- Czegoś takiego wcześniej nie doświadczyłam – wymamrotała, podchodząc do bariery. – Mad, słuchaj, ja jestem zbyt nowe pokolenie. Nigdy przedtem nie miałam do czynienia z shael’lethem.
- Miło – powiedziałam w przestrzeń, na co zreflektowała się.
- Oj, wiesz, o co mi chodzi. Na ciebie tak nie reaguję, więc musi być w nich coś, czego w tobie nie ma. Nie wiem, więcej ciemności?
Uznałam, że warto byłoby przyprowadzić Caranillę i zapytać przyjaciółkę, co o niej sądzi. Zanim jednak wypowiedziałam tę myśl na głos, Lilly na chwilę zmieniła się na twarzy, groźnie błyskając srebrnymi oczami. Odwróciłam się – w skalnym korytarzu za nami stała Calene i patrzyła na nas bez wyrazu, dopóki nie poszła w swoją stronę. Podsłuchiwała czy może czegoś ode mnie chciała? Nie było rady, musiałam wreszcie zapytać Caranillę, w czym rzecz. Byłam pewna, że przewodniczka wie.
- Zastanów się lepiej, co by twoja babcia na to powiedziała – skwitowałam i pomachałam Lilly na pożegnanie. – Jutro stąd wyjeżdżamy.
- Nie żebym była ciekawska – powiedziałam pogodnie, bez śladu emocji – ale o co właściwie chodzi Calene? Zbyłyście to za pierwszym razem, ale ona ciągle mnie unika albo krzywi się na mój widok.
Muirenn uniosła brwi w zdziwieniu. Siedziałyśmy w jednej z komnat Caranilli, ale nie starczyło mi cierpliwości, by czekać z pytaniami na przewodniczkę. Miała się zresztą pojawić lada chwila.
- A myślałby kto, że nikt tak nie zrozumie kobiety, jak druga kobieta – mruknęła arcymagini. – Zwłaszcza jeśli tyle je łączy.
- Niby co? – zapytałam. – W porządku, obie jesteśmy chaotyczne, jesteśmy srebrne i jesteśmy kobietami, i tyle. Jakiś czas temu napisała do mnie, żebym zabrała stąd smoka, ale co to ma do rzeczy?
- Smoka…? Oż, zaraza! Smok! – Muirenn plasnęła się dłonią w czoło i zawołała donośnie w stronę jednych z trojga drzwi. – Cara! Cara, chodźże wreszcie!
Po kilku sekundach wywołana przybiegła, ciągnąc za sobą Vanny. Obie miały na sobie połyskliwe wieczorowe suknie, jakby uciekły z domu mody bez płacenia, obie też uważały, żeby się w tych kreacjach nie potknąć.
- W co wy się… A, diabła tam – machnęła ręką Muirenn. – Powiedz ty nam, gdzie schowałaś to smoczę, o które robiłyście tyle krzyku? Smoka-klejnot?
- Poza naszym terenem, w ostatnim świecie, który odwiedziliśmy – przewodniczka obejrzała się nerwowo na Vanny. – W miejscu, które odkryłam, gdy nikogo nie było w pobliżu.
- Przy mojej kuzynce nie musisz się krygować – uspokoiłam ją. – Czy ten smok naprawdę zakłócał wam strukturę rzeczywistości, czy jak to tam Calene ujęła? I przez to się na mnie złości?
Obie kobiety spojrzały na siebie, tak jak poprzednim razem, gdy zadałam im to pytanie.
- Ty jej powiedz – zażądała Caranilla. – To wszystko przez twoje nieprzemyślane opinie.
- Ja tylko snułam teorie – obruszyła się Muirenn, po czym spojrzała na mnie i wyrzuciła z siebie: – Jego wysokość zaproponował Calene posadę królowej.
- Tak to właśnie brzmiało – potwierdziła przewodniczka, ponuro kiwając głową. – Nie chcesz wiedzieć, jak na to zareagowała.
- Aha – skrzywiłam się. – Jeśli było to coś podobnego do umowy handlowej, to mogę się domyślać. Ale co to ma wspólnego ze mną?
- …U jego boku smocza pani – srebrzysta istota o gwiaździstym spojrzeniu – wyrecytowała. – To cytat z legendy… Legendy o nas, jak się wydaje.
- Calene nadawałaby się równie dobrze, jak ty, nawet wielebny Oswin był temu przychylny – zaśmiała się krótko arcymagini. – Poza tym była kiedyś obiecana księciu Edlinowi, a to poniekąd zobowiązuje.
- I co, ona uważa, że Miya byłaby lepszą królową? – pisnęła Vanny. – Może jeszcze w tej swojej koronie, jako przeciwwaga dla tego waszego księcia?
- Jasne – prychnęłam. – Żeby mieli dwie legendy za cenę jednej.
Obie patrzyły na nas w osłupieniu, kiedy parsknęłyśmy szaleńczym śmiechem. No tak, trochę się rozpędziłyśmy. Czy kiedykolwiek mówiłam im coś o mojej koronie? Nie pamiętam…
- Calene czekała na twoje przybycie – podjęła wreszcie Caranilla. – Dobrze wie, że jutro wybierasz się do zamku… Spodziewa się, że tam upomnisz się o swoje.
- No to jej powiem, na bogów, że się o nic nie upomnę! – postanowiłam kategorycznie, coraz bardziej wstrząśnięta takim pomysłem.
Niestety, choć przez resztę dnia próbowałam znaleźć Calene, zapadła się jak kamień w wodę. Widocznie bardzo nie chciała zostać znaleziona. A może nie pragnęła zostać ludzką królową, kto ją tam wie.
- Coś ty narobiła?! Zachowałaś się jak bezrozumne zwierzę! – nie darowałam sobie, gdy już zdałam jej relację z naszego pobytu u smoków, a w odpowiedzi spotkałam się z milczeniem. To podziałało; nigdy nie pozwalała, by zarzucano jej bezmyślność.
- W takim razie po co tu jeszcze jesteśmy?! – burknęła obrażona, siadając prędko. – Mogłam to odchorować w jakimś bezpieczniejszym świecie. Mogliśmy stąd zwiać, skoro tylko J niczego nie wywąchała.
- Wiesz, że nie o to chodzi – pokręciłam głową. – Nigdy dotąd nie widziałam, byś straciła nad sobą kontrolę, nawet w obliczu wielkiego zagrożenia… A oni nawet nas nie zaatakowali.
Lilly westchnęła i podniosła się, ale głowę miała spuszczoną.
- Czegoś takiego wcześniej nie doświadczyłam – wymamrotała, podchodząc do bariery. – Mad, słuchaj, ja jestem zbyt nowe pokolenie. Nigdy przedtem nie miałam do czynienia z shael’lethem.
- Miło – powiedziałam w przestrzeń, na co zreflektowała się.
- Oj, wiesz, o co mi chodzi. Na ciebie tak nie reaguję, więc musi być w nich coś, czego w tobie nie ma. Nie wiem, więcej ciemności?
Uznałam, że warto byłoby przyprowadzić Caranillę i zapytać przyjaciółkę, co o niej sądzi. Zanim jednak wypowiedziałam tę myśl na głos, Lilly na chwilę zmieniła się na twarzy, groźnie błyskając srebrnymi oczami. Odwróciłam się – w skalnym korytarzu za nami stała Calene i patrzyła na nas bez wyrazu, dopóki nie poszła w swoją stronę. Podsłuchiwała czy może czegoś ode mnie chciała? Nie było rady, musiałam wreszcie zapytać Caranillę, w czym rzecz. Byłam pewna, że przewodniczka wie.
- Zastanów się lepiej, co by twoja babcia na to powiedziała – skwitowałam i pomachałam Lilly na pożegnanie. – Jutro stąd wyjeżdżamy.
- Nie żebym była ciekawska – powiedziałam pogodnie, bez śladu emocji – ale o co właściwie chodzi Calene? Zbyłyście to za pierwszym razem, ale ona ciągle mnie unika albo krzywi się na mój widok.
Muirenn uniosła brwi w zdziwieniu. Siedziałyśmy w jednej z komnat Caranilli, ale nie starczyło mi cierpliwości, by czekać z pytaniami na przewodniczkę. Miała się zresztą pojawić lada chwila.
- A myślałby kto, że nikt tak nie zrozumie kobiety, jak druga kobieta – mruknęła arcymagini. – Zwłaszcza jeśli tyle je łączy.
- Niby co? – zapytałam. – W porządku, obie jesteśmy chaotyczne, jesteśmy srebrne i jesteśmy kobietami, i tyle. Jakiś czas temu napisała do mnie, żebym zabrała stąd smoka, ale co to ma do rzeczy?
- Smoka…? Oż, zaraza! Smok! – Muirenn plasnęła się dłonią w czoło i zawołała donośnie w stronę jednych z trojga drzwi. – Cara! Cara, chodźże wreszcie!
Po kilku sekundach wywołana przybiegła, ciągnąc za sobą Vanny. Obie miały na sobie połyskliwe wieczorowe suknie, jakby uciekły z domu mody bez płacenia, obie też uważały, żeby się w tych kreacjach nie potknąć.
- W co wy się… A, diabła tam – machnęła ręką Muirenn. – Powiedz ty nam, gdzie schowałaś to smoczę, o które robiłyście tyle krzyku? Smoka-klejnot?
- Poza naszym terenem, w ostatnim świecie, który odwiedziliśmy – przewodniczka obejrzała się nerwowo na Vanny. – W miejscu, które odkryłam, gdy nikogo nie było w pobliżu.
- Przy mojej kuzynce nie musisz się krygować – uspokoiłam ją. – Czy ten smok naprawdę zakłócał wam strukturę rzeczywistości, czy jak to tam Calene ujęła? I przez to się na mnie złości?
Obie kobiety spojrzały na siebie, tak jak poprzednim razem, gdy zadałam im to pytanie.
- Ty jej powiedz – zażądała Caranilla. – To wszystko przez twoje nieprzemyślane opinie.
- Ja tylko snułam teorie – obruszyła się Muirenn, po czym spojrzała na mnie i wyrzuciła z siebie: – Jego wysokość zaproponował Calene posadę królowej.
- Tak to właśnie brzmiało – potwierdziła przewodniczka, ponuro kiwając głową. – Nie chcesz wiedzieć, jak na to zareagowała.
- Aha – skrzywiłam się. – Jeśli było to coś podobnego do umowy handlowej, to mogę się domyślać. Ale co to ma wspólnego ze mną?
- …U jego boku smocza pani – srebrzysta istota o gwiaździstym spojrzeniu – wyrecytowała. – To cytat z legendy… Legendy o nas, jak się wydaje.
- Calene nadawałaby się równie dobrze, jak ty, nawet wielebny Oswin był temu przychylny – zaśmiała się krótko arcymagini. – Poza tym była kiedyś obiecana księciu Edlinowi, a to poniekąd zobowiązuje.
- I co, ona uważa, że Miya byłaby lepszą królową? – pisnęła Vanny. – Może jeszcze w tej swojej koronie, jako przeciwwaga dla tego waszego księcia?
- Jasne – prychnęłam. – Żeby mieli dwie legendy za cenę jednej.
Obie patrzyły na nas w osłupieniu, kiedy parsknęłyśmy szaleńczym śmiechem. No tak, trochę się rozpędziłyśmy. Czy kiedykolwiek mówiłam im coś o mojej koronie? Nie pamiętam…
- Calene czekała na twoje przybycie – podjęła wreszcie Caranilla. – Dobrze wie, że jutro wybierasz się do zamku… Spodziewa się, że tam upomnisz się o swoje.
- No to jej powiem, na bogów, że się o nic nie upomnę! – postanowiłam kategorycznie, coraz bardziej wstrząśnięta takim pomysłem.
Niestety, choć przez resztę dnia próbowałam znaleźć Calene, zapadła się jak kamień w wodę. Widocznie bardzo nie chciała zostać znaleziona. A może nie pragnęła zostać ludzką królową, kto ją tam wie.
16 I
Stałam przy wejściu do groty, odgrodzonym magiczną barierą, i tak się
zastanawiałam… Czego tak naprawdę potrzeba do bycia królem? Tron i
korona – w porządku, ale przydałoby się jeszcze królestwo. Tymczasem w
okolicach tej niemożliwej budowli, która okazała się nową siedzibą
Diarmaida III i jego szczuplutkiej świty, znajdują się tylko smocze
góry, a potem już same łąki i wzgórza. Albo więc jest to królestwo
naprawdę rozległe,, albo… Jeszcze nie powstałe. Pytałam Muirenn, ale
stwierdziła, że są tu zbyt krótko, by mogła wydawać opinie nie do
podważenia.
- Czemu się dziwisz? – Clayd dał mi prztyczka w nos, kiedy mu się wyżaliłam. – Oni tu trafili od razu w pakiecie z dołączoną legendą. Muszą się do niej stosować, żeby dowiedzieć się wszystkiego po kolei.
Już miałam ofukać takie podejście, ale przypomniałam sobie, że oni znaleźli się, bądź co bądź, w nowych dla siebie realiach. Może na razie nie mieli innego pomysłu na życie. Zresztą, w przeciwieństwie do przepowiedni, nie mam nic przeciwko legendom. Nie posiadają władzy nad przyszłością.
- To usłyszałeś od Muirenn, kiedy tak razem konspirowaliście po kątach? – stanęłam na palcach i odpowiedziałam prztyczkiem.
- Zaraz tam po kątach – machnął ręką. – Mówisz, jakbyś chciała się doszukać jakiejś ukrytej sensacji.
- Się doszukuję – przyznałam szczerze i ochoczo. – Choć akurat nie takiej, jaką byś chciał.
- Ja bym chciał?!
- Ano ty, ty. I nawet mogłabym ci powiedzieć, dlaczego – uśmiechnęłam się tak uroczo, jak tylko zdołałam. – Ale tym razem chodzi mi o Caranillę. Nigdy nie wspominałeś, że coś o niej wiesz.
- Słonko, ona żyła w czasach, kiedy Althenos jeszcze było normalne… – urwał, po czym roześmiał się cierpko. – Brzmi, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś umarlakiem. Poza tym ty też wcześniej o niej nie wspominałaś.
Pokręciłam głową z westchnieniem. Fakt, że brzmiało to dość niedorzecznie, ale należało dziękować Siłom Wyższym, że po Domenie Promienistych nie plączą się teraz dwie alternatywne Caranille. Usiadłam sobie pod ścianą i pociągnęłam Clayda za sobą, przeczekaliśmy, aż przebiegnie obok nas dwuosobowa procesja, złożona z rozkrzyczanej Ivy i dumnie milczącego Tenariego, aż wreszcie mogłam zapytać o szczegóły.
- Czytałem o niej w najwredniejszym zapisie historii światów, jaki znalazłem na Pograniczu – wyjaśnił mój przyjaciel. – Czy raczej, jaki raczyła mi pożyczyć Kilmeny… Była tam wzmianka o niej, przy okazji Wojen Północnych. I portret, namalowany przez jakiegoś pochlebcę.
- Wojen Północnych? – przymknęłam oczy, grzebiąc w swojej zwodniczej pamięci. Srebrna Domena, jeden z kontynentów świata Vit’lhos, wszyscy przeciw wszystkim… Ile wieków temu? – Po której stronie stała?
- Właściwie po żadnej, chyba że pośmiertnie. Rozkochała w sobie jednego arystokratę i doprowadziła do jego zguby po tym, jak wyrżnął w pień jej lud.
- Jak to jej lud? – coś mi się tu nie zgadzało. – O ile kojarzę, jej l u d nie został wyrżnięty przez człowieka! Nikt przy zdrowych zmysłach nie wydałby rozkazu ataku na shael’lethy!
- Nigdzie w tej książce nie ujawniono jej smoczych korzeni – pokręcił głową Clayd. – Ona jest półkrwi, prawda? Pytałaś kiedykolwiek o jej przeszłość?
- Bez wdawania się w szczegóły… – mruknęłam. – Ale sam widzisz, że Caranilla, którą tu poznałeś, związana jest raczej ze smokami, niż z ludźmi.
- Tak uważasz? – mruknął przeciągle i nagle uśmiechnął się szeroko. – Swoją drogą, ta ich legenda wykreowała się w niezłym stylu. Trzeba będzie ją opowiedzieć Lilly, jak już dojdzie do siebie.
Zajrzałam znowu przez migoczącą barierę. Widziałam przyjaciółkę mało wyraźnie, ale dało się dostrzec, że śpi jak kamień. Zdrowym i głębokiem snem, jak zapewniała Muirenn.
Dwa urwisy przybiegły do nas ponownie, przy czym Ivy wykrzykiwała coś w języku, który chyba sama ułożyła na poczekaniu, a Tenari leciał dostojnie jak mały królewicz (którym w istocie powinien być, choć na co dzień o tym nie pamiętam). Oboje zahamowali, kiedy Clayd powstrzymał ich wyciągnięciem ręki.
- Co to za hałasy, kiedy za ścianą ktoś próbuje wyzdrowieć? – zapytał groźnie. – Dlaczego nie pobiegniecie gdzieś indziej? Na przykład… Do smoków?
- Bo my jesteśmy milczącą krucjatą Haervina! – zawołała zuchwale Ivy. – Smoków w niej nie przewidziano!
- No dobra – Clayd z trudem powstrzymał uśmiech. – Ale to nie byłaby jedyna rzecz, która by się tu nie zgadzała. Co cechowało prawdziwą milczącą krucjatę, no?
- Ale oni przegrali – przypłynęła do nas spokojna myśl Tenariego.
- Trudno nie przyznać mu słuszności – roześmiałam się. – Skoro nie chcecie postraszyć smoków, to może idźcie do J-chan? Na pewno się z wami pobawi…
Później jednak dowiedziałam się od Calene, że J w górach nie ma. Ponoć radośnie oznajmiła Caranilli, że leci rozejrzeć się po świecie i szukać śladów kultu ognia czy czegoś takiego.
- No nic – westchnęłam. – Jeśli Caranilla jej nie powstrzymała, to mnie tym bardziej by się to nie udało.
- To nie wszystko – Calene skrzywiła się i przygryzła wargę. – Jaleela też się nie dało powstrzymać. Poleciał jej śladem, chciał ją mieć na oku…
- A co, żal ci go? – zachichotałam. – Zmieniłaś zdanie co do jego konkurów?
W odpowiedzi otrzymałam jedynie piorunujące spojrzenie.
- Czemu się dziwisz? – Clayd dał mi prztyczka w nos, kiedy mu się wyżaliłam. – Oni tu trafili od razu w pakiecie z dołączoną legendą. Muszą się do niej stosować, żeby dowiedzieć się wszystkiego po kolei.
Już miałam ofukać takie podejście, ale przypomniałam sobie, że oni znaleźli się, bądź co bądź, w nowych dla siebie realiach. Może na razie nie mieli innego pomysłu na życie. Zresztą, w przeciwieństwie do przepowiedni, nie mam nic przeciwko legendom. Nie posiadają władzy nad przyszłością.
- To usłyszałeś od Muirenn, kiedy tak razem konspirowaliście po kątach? – stanęłam na palcach i odpowiedziałam prztyczkiem.
- Zaraz tam po kątach – machnął ręką. – Mówisz, jakbyś chciała się doszukać jakiejś ukrytej sensacji.
- Się doszukuję – przyznałam szczerze i ochoczo. – Choć akurat nie takiej, jaką byś chciał.
- Ja bym chciał?!
- Ano ty, ty. I nawet mogłabym ci powiedzieć, dlaczego – uśmiechnęłam się tak uroczo, jak tylko zdołałam. – Ale tym razem chodzi mi o Caranillę. Nigdy nie wspominałeś, że coś o niej wiesz.
- Słonko, ona żyła w czasach, kiedy Althenos jeszcze było normalne… – urwał, po czym roześmiał się cierpko. – Brzmi, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś umarlakiem. Poza tym ty też wcześniej o niej nie wspominałaś.
Pokręciłam głową z westchnieniem. Fakt, że brzmiało to dość niedorzecznie, ale należało dziękować Siłom Wyższym, że po Domenie Promienistych nie plączą się teraz dwie alternatywne Caranille. Usiadłam sobie pod ścianą i pociągnęłam Clayda za sobą, przeczekaliśmy, aż przebiegnie obok nas dwuosobowa procesja, złożona z rozkrzyczanej Ivy i dumnie milczącego Tenariego, aż wreszcie mogłam zapytać o szczegóły.
- Czytałem o niej w najwredniejszym zapisie historii światów, jaki znalazłem na Pograniczu – wyjaśnił mój przyjaciel. – Czy raczej, jaki raczyła mi pożyczyć Kilmeny… Była tam wzmianka o niej, przy okazji Wojen Północnych. I portret, namalowany przez jakiegoś pochlebcę.
- Wojen Północnych? – przymknęłam oczy, grzebiąc w swojej zwodniczej pamięci. Srebrna Domena, jeden z kontynentów świata Vit’lhos, wszyscy przeciw wszystkim… Ile wieków temu? – Po której stronie stała?
- Właściwie po żadnej, chyba że pośmiertnie. Rozkochała w sobie jednego arystokratę i doprowadziła do jego zguby po tym, jak wyrżnął w pień jej lud.
- Jak to jej lud? – coś mi się tu nie zgadzało. – O ile kojarzę, jej l u d nie został wyrżnięty przez człowieka! Nikt przy zdrowych zmysłach nie wydałby rozkazu ataku na shael’lethy!
- Nigdzie w tej książce nie ujawniono jej smoczych korzeni – pokręcił głową Clayd. – Ona jest półkrwi, prawda? Pytałaś kiedykolwiek o jej przeszłość?
- Bez wdawania się w szczegóły… – mruknęłam. – Ale sam widzisz, że Caranilla, którą tu poznałeś, związana jest raczej ze smokami, niż z ludźmi.
- Tak uważasz? – mruknął przeciągle i nagle uśmiechnął się szeroko. – Swoją drogą, ta ich legenda wykreowała się w niezłym stylu. Trzeba będzie ją opowiedzieć Lilly, jak już dojdzie do siebie.
Zajrzałam znowu przez migoczącą barierę. Widziałam przyjaciółkę mało wyraźnie, ale dało się dostrzec, że śpi jak kamień. Zdrowym i głębokiem snem, jak zapewniała Muirenn.
Dwa urwisy przybiegły do nas ponownie, przy czym Ivy wykrzykiwała coś w języku, który chyba sama ułożyła na poczekaniu, a Tenari leciał dostojnie jak mały królewicz (którym w istocie powinien być, choć na co dzień o tym nie pamiętam). Oboje zahamowali, kiedy Clayd powstrzymał ich wyciągnięciem ręki.
- Co to za hałasy, kiedy za ścianą ktoś próbuje wyzdrowieć? – zapytał groźnie. – Dlaczego nie pobiegniecie gdzieś indziej? Na przykład… Do smoków?
- Bo my jesteśmy milczącą krucjatą Haervina! – zawołała zuchwale Ivy. – Smoków w niej nie przewidziano!
- No dobra – Clayd z trudem powstrzymał uśmiech. – Ale to nie byłaby jedyna rzecz, która by się tu nie zgadzała. Co cechowało prawdziwą milczącą krucjatę, no?
- Ale oni przegrali – przypłynęła do nas spokojna myśl Tenariego.
- Trudno nie przyznać mu słuszności – roześmiałam się. – Skoro nie chcecie postraszyć smoków, to może idźcie do J-chan? Na pewno się z wami pobawi…
Później jednak dowiedziałam się od Calene, że J w górach nie ma. Ponoć radośnie oznajmiła Caranilli, że leci rozejrzeć się po świecie i szukać śladów kultu ognia czy czegoś takiego.
- No nic – westchnęłam. – Jeśli Caranilla jej nie powstrzymała, to mnie tym bardziej by się to nie udało.
- To nie wszystko – Calene skrzywiła się i przygryzła wargę. – Jaleela też się nie dało powstrzymać. Poleciał jej śladem, chciał ją mieć na oku…
- A co, żal ci go? – zachichotałam. – Zmieniłaś zdanie co do jego konkurów?
W odpowiedzi otrzymałam jedynie piorunujące spojrzenie.
14 I
Wypadałoby w tym miejscu zaszaleć odpowiednio mrocznym, epickim
opisem i refleksją nad nieprzemijalnością pewnych rzeczy – tymczasem,
dotarłszy do czarnych gór, nie miałam okazji porządnie się napatrzeć na
otoczenie, bo Nindë uparcie protestowała przeciw zatrzymaniu się tam. Ja
to zawsze znajdę wymówkę, prawda?
- Nie rozumiem, o co ci chodzi – mówiłam przez zęby, ciągnąc za wodze. – To przecież twoje klimaty, nie? I nie trzeba przechodzić czarnymi dziurami…
- Wypchaj się – parsknęła na to. – Czarna dziura przynajmniej broniłaby dostępu tym… Tym… Świrom!
- Wypraszam sobie – powiedzieli jednogłośnie Vanny i Clayd, którzy wykręcali głowy, żeby wszystkiemu się lepiej przyjrzeć, jak rozradowani turyści.
- Ja się chyba… To akurat było o tamtych! – Nindë szarpnęła głową w stronę skalnych występów, skąd obserwowało nas wiele par srebrnych oczu. Patrzyły z jakąś niezdrową ciekawością, zajadłością i… Fakt, może i z cieniem szaleństwa.
- Co poradzić, mają u siebie wyjątkowego gościa – wzruszyła ramionami J, próbując coś zobaczyć zza skrzydeł Tenariego. Tym razem to jej klacz wybrał sobie jako wierzchowca i punkt obserwacyjny, kiedy zmęczył się lataniem.
No dobrze, może i nie rozglądałam się za bardzo, ale raz zerknęłam do tyłu, na srebrzystą budowlę. Tylko na moment, bo zrobiła na mnie zbyt przytłaczające wrażenie. Przemalować by ją na zielono – albo chociaż na fioletowo…
Już z daleka rozpoznałam Caranillę po jej gęstych włosach i zamaszystych ruchach. Przyjęła nas nie jak przywódczyni, ale jak ktoś, kto właśnie wrócił z porannej przebieżki – nawet ubrana była jak sportsmenka. Zaskoczyło mnie, że nie była sama; towarzyszyła jej druga kobieta, krótko ostrzyżona, nieco wyższa, ale równie zmęczona.
- Nie do wiary… Miya! – pisnęła na mój widok jak mała dziewczynka. Podbiegła prędko i powitała mnie mocnym uściskiem, którego nie mogłam nie odwzajemnić. – Widzimy się wcześniej niż się spodziewałam!
- Sama bym tego lepiej nie ujęła, Muirenn – uśmiechnęłam się. – I przyprowadziłam jeszcze trochę ludzkiego towarzystwa.
- Cudnie – skomentowała, przyglądając się towarzystwu i marszcząc brwi. – Ale coś ty nawyprawiała? Nie zabiera się małych dzieci w takie miejsca!
- Wypraszam so… – zaczęła J, ale urwała i przygryzła wargę, a potem zachichotała sama z siebie.
- To nie są zwykłe dzieciaki, nie trzeba się o nie martwić – prychnęła Vanny, zeskakując z Rob Roya.
- Nie, z pewnością nie – odezwała się po raz pierwszy Caranilla, która do tej pory trzymała się z tyłu. – Poza tym nie jesteśmy przecież na wojnie ani w świątyni Khazzrotha. Legenda nic nie mówiła o krzywdzie niewinnych.
- No, to trzeba będzie bliżej poznać całe to towarzystwo – Muirenn uśmiechnęła się łobuzersko. – Aż żałuję, że Laderic został w zamku, miałby co poobserwować.
- To dobra rzecz, dopóki obiekty obserwacji mogą się odpłacić tym samym – odpowiedział Clayd z podobnym uśmiechem. Jako pierwszy podszedł złożyć wyrazy uszanowania; z Muirenn uścisnęli sobie ręce jak starzy druhowie, ale już Caranilli się ukłonił.
- Pani Al’Deir – powiedział, całując jej dłoń. – Niecodziennie poznaje się takie osobistości.
- Nie wiem, kogo znano w tych stronach pod tym nazwiskiem – usłyszał w odpowiedzi, a ja obiecałam sobie, że później odbędę z nim długą rozmowę – ale przypuszczam, że nie ma się z czego cieszyć.
- O tym to już się sami przekonamy – wtrąciła Vanny z niewinną minką. – Na razie nie spotkaliśmy się z miłym przyjęciem. Zabrano nam koleżankę.
- Och, wiem – skrzywiła się Caranilla. – Smoczycy sera’fiel nie spotkała żadna krzywda, zapewniam. Jest teraz nieprzytomna, ale nie grozi jej niebezpieczeństwo. Już się rozmówiłam z Calene.
- A właśnie, gdzie ona się teraz podziewa? – zapytałam.
- Wasza przyjaciółka? W osobnej grocie, obłożona zaklęciami odnowy.
- Dzięki… Ufam ci odnośnie Lilly – skinęłam głową. – Ale chodzi mi o Calene. Chętnie bym ją spytała, zachowuje się wobec mnie tak… Dziwnie. Nie taką ją zapamiętałam.
Caranilla spojrzała wymownie na Muirenn; arcymagini przewróciła oczami i westchnęła.
- Będziesz miała jeszcze okazję z nią pogadać – powiedziała. – Teraz powinniście się rozgościć i opowiedzieć nam trochę o tej dziwnej domenie.
- Jakby wasza była normalna – prychnęłam.
- Ja to miałam powiedzieć – zirytowała się Caranilla, ale nie wiem, do której z nas skierowała te słowa.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi – mówiłam przez zęby, ciągnąc za wodze. – To przecież twoje klimaty, nie? I nie trzeba przechodzić czarnymi dziurami…
- Wypchaj się – parsknęła na to. – Czarna dziura przynajmniej broniłaby dostępu tym… Tym… Świrom!
- Wypraszam sobie – powiedzieli jednogłośnie Vanny i Clayd, którzy wykręcali głowy, żeby wszystkiemu się lepiej przyjrzeć, jak rozradowani turyści.
- Ja się chyba… To akurat było o tamtych! – Nindë szarpnęła głową w stronę skalnych występów, skąd obserwowało nas wiele par srebrnych oczu. Patrzyły z jakąś niezdrową ciekawością, zajadłością i… Fakt, może i z cieniem szaleństwa.
- Co poradzić, mają u siebie wyjątkowego gościa – wzruszyła ramionami J, próbując coś zobaczyć zza skrzydeł Tenariego. Tym razem to jej klacz wybrał sobie jako wierzchowca i punkt obserwacyjny, kiedy zmęczył się lataniem.
No dobrze, może i nie rozglądałam się za bardzo, ale raz zerknęłam do tyłu, na srebrzystą budowlę. Tylko na moment, bo zrobiła na mnie zbyt przytłaczające wrażenie. Przemalować by ją na zielono – albo chociaż na fioletowo…
Już z daleka rozpoznałam Caranillę po jej gęstych włosach i zamaszystych ruchach. Przyjęła nas nie jak przywódczyni, ale jak ktoś, kto właśnie wrócił z porannej przebieżki – nawet ubrana była jak sportsmenka. Zaskoczyło mnie, że nie była sama; towarzyszyła jej druga kobieta, krótko ostrzyżona, nieco wyższa, ale równie zmęczona.
- Nie do wiary… Miya! – pisnęła na mój widok jak mała dziewczynka. Podbiegła prędko i powitała mnie mocnym uściskiem, którego nie mogłam nie odwzajemnić. – Widzimy się wcześniej niż się spodziewałam!
- Sama bym tego lepiej nie ujęła, Muirenn – uśmiechnęłam się. – I przyprowadziłam jeszcze trochę ludzkiego towarzystwa.
- Cudnie – skomentowała, przyglądając się towarzystwu i marszcząc brwi. – Ale coś ty nawyprawiała? Nie zabiera się małych dzieci w takie miejsca!
- Wypraszam so… – zaczęła J, ale urwała i przygryzła wargę, a potem zachichotała sama z siebie.
- To nie są zwykłe dzieciaki, nie trzeba się o nie martwić – prychnęła Vanny, zeskakując z Rob Roya.
- Nie, z pewnością nie – odezwała się po raz pierwszy Caranilla, która do tej pory trzymała się z tyłu. – Poza tym nie jesteśmy przecież na wojnie ani w świątyni Khazzrotha. Legenda nic nie mówiła o krzywdzie niewinnych.
- No, to trzeba będzie bliżej poznać całe to towarzystwo – Muirenn uśmiechnęła się łobuzersko. – Aż żałuję, że Laderic został w zamku, miałby co poobserwować.
- To dobra rzecz, dopóki obiekty obserwacji mogą się odpłacić tym samym – odpowiedział Clayd z podobnym uśmiechem. Jako pierwszy podszedł złożyć wyrazy uszanowania; z Muirenn uścisnęli sobie ręce jak starzy druhowie, ale już Caranilli się ukłonił.
- Pani Al’Deir – powiedział, całując jej dłoń. – Niecodziennie poznaje się takie osobistości.
- Nie wiem, kogo znano w tych stronach pod tym nazwiskiem – usłyszał w odpowiedzi, a ja obiecałam sobie, że później odbędę z nim długą rozmowę – ale przypuszczam, że nie ma się z czego cieszyć.
- O tym to już się sami przekonamy – wtrąciła Vanny z niewinną minką. – Na razie nie spotkaliśmy się z miłym przyjęciem. Zabrano nam koleżankę.
- Och, wiem – skrzywiła się Caranilla. – Smoczycy sera’fiel nie spotkała żadna krzywda, zapewniam. Jest teraz nieprzytomna, ale nie grozi jej niebezpieczeństwo. Już się rozmówiłam z Calene.
- A właśnie, gdzie ona się teraz podziewa? – zapytałam.
- Wasza przyjaciółka? W osobnej grocie, obłożona zaklęciami odnowy.
- Dzięki… Ufam ci odnośnie Lilly – skinęłam głową. – Ale chodzi mi o Calene. Chętnie bym ją spytała, zachowuje się wobec mnie tak… Dziwnie. Nie taką ją zapamiętałam.
Caranilla spojrzała wymownie na Muirenn; arcymagini przewróciła oczami i westchnęła.
- Będziesz miała jeszcze okazję z nią pogadać – powiedziała. – Teraz powinniście się rozgościć i opowiedzieć nam trochę o tej dziwnej domenie.
- Jakby wasza była normalna – prychnęłam.
- Ja to miałam powiedzieć – zirytowała się Caranilla, ale nie wiem, do której z nas skierowała te słowa.
13 I
Przez ostatnie dni czułam się nawiedzona – przez coś dzikiego,
nieokiełznanego i nieopisanie pięknego. „Pogańskiego”, mogłabym napisać,
gdybym wyznawała którąś z jedynych słusznych religii. Zdaje się, że
przez większość podróży mój umysł odlatywał do krainy Faërie, nie
przejmując się cielesną powłoką. Gdybym mogła zatrzymać się w porę i
spróbować opisać to uczucie… Ale przez to zostałabym z tyłu, gdy
tymczasem J domagała się, bym przewodziła. Jakbym to ja wiedziała, gdzie
szukać tego jej boga ognia!
Już nie podążaliśmy na północ, tylko zygzakiem z powrotem. Nasz pobyt w każdym kolejnym świecie był krótki – wystarczyło, by J rozejrzała się wkoło, a po chwili koncentracji orzekła, że nie, tutaj obecności Shaitha nie wyczuwa. Tymczasem Lilly tęskniła do ludzkich siedzib i, nie wiedzieć dlaczego, naleśników, Vanny bawiła się z dzieciakami, a Clayd, podobnie jak J, zapoznawał się z aurą odwiedzanych miejsc. Właściwie najwięcej do powiedzenia miały nasze wierzchowce – o, tu jest dobra trawa, a tu można pobiegać, a tam może wymienimy ploteczki z miejscowymi końmi…
Niewątpliwie każdy z odwiedzonych światów mógłby podzielić się z nami jakąś niezwykłą opowieścią, ale cóż, skoro nie miałam czasu się im bliżej przyjrzeć? Pewnie snulibyśmy się tak bez końca, gdyby wreszcie nie otwarło się przed nami miejsce z różnych powodów znajome…
- Nie. Nie ma go tu – stwierdziła J po szybkich oględzinach z grzbietu Tequili. – Mam wrażenie, jakbym już tu kiedyś była, ale obecności Shaitha nie czuję. Nie ma go albo…
- Albo? – spytałam, pilnując się, by nie zabrzmiało to jak westchnienie żałości.
- Sama nie wiem – przyznała, skubiąc koniec warkocza. – Wydaje mi się, że ten świat ma kilka różnych aur, nałożonych na siebie. A może po prostu wariuję na starość.
- Do starości to musisz jeszcze trochę poczekać – zaoponowała Lilly, która od chwili poznania J traktowała ją jak małą siostrzyczkę. Co za rozumny osąd…
- Fakt – teraz dziewczynka dla odmiany pociągnęła ją za różowy warkoczyk. – Tak jakby całą wieczność.
Nie poświęciłam więcej uwagi tej rozmowie, bo siedząca ze mną na koniu Ivy zaczęła się domagać przejażdżki. Podprowadziłam Nindë do Rob Roya, który aż rwał się do galopu, zły, że Vanny wciąż go hamuje.
- No, dajmy im poszaleć – uśmiechnął się stojący obok Clayd.
Skinęła głową i zsiadła, zapatrzona przed siebie nieobecnym wzrokiem. Nie ona jedna zresztą – tak samo zachowywał się Tenari, a także Ivy, kiedy pokazał jej widok ze wzgórza.
- Dziwna rzecz – skomentowała moja kuzynka, licząc chyba, że podejmę temat, ale nie odezwałam się ani słowem; sama zaczęłam uważnie przyglądać się widniejącym w oddali czarnym górom, pośród których stał… Stało coś. Wyróżniało się srebrzystobiałą barwą – a może po prostu odbijało światło słońca? – i wznosiło się ponad szczyty. Nietypowa i nielogiczna konstrukcja z połączonych ze sobą sześcianów. Gdzieś już widziałam podobną, ale gdzie?
- Tam… Tam jest coś niedobrego – powiedziała głucho Lilly. – Coś, czego nie powinno być.
– Nie – zaprzeczyła J w tym samym momencie, kiedy ja powiedziałam: „tak”.
- Dlaczego tak? – spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Nie miałam na myśli, że to coś niedobrego – pokręciłam głową. – Tylko że nie należy do tego świata.
- Myślę, że nie należałoby do żadnego innego – mruknęła. – Równie dobrze może stać tutaj. Przecież nie my o tym decydujemy.
- Ale mimo wszystko…
Coś nagle przecięło powietrze jak srebrzysta błyskawica. Przefrunęło po niebie, oślepiając nas wszystkich, gdy równocześnie unieśliśmy głowy.
A potem Lilly zeskoczyła z przebierającej kopytami Tequili i odbiegła kawałek, by mieć więcej wolnej przestrzeni. Najpierw rozwinęła skrzydła, a twarz miała zmienioną, jakby znikł cały jej rozsądek i pozostał tylko jakiś pierwotny instynkt. Ostatnim razem widziałam ją taką przed kilku laty, kiedy broniłyśmy Alkhai Golt przed złotymi diabłami z Kogah – jeszcze przed klątwą Shet’Hera, mogła wtedy ziać ogniem. Teraz też nie zwracała na nic uwagi. Jakby coś jej kazało: „leć i walcz w jedynej słusznej sprawie” – i poleciała. Już w powietrzu zmieniła się w smoka, lekko, bez wysiłku, czego zawsze jej zazdrościłam.
- Co to było? Co ona ściga?! – zawołała Vanny, patrząc za nią w oszołomieniu.
- To tutaj one są – szepnęła J. – Srebrne smoki Chaosu. Czy nie były dotąd gatunkiem wymarłym? Tu, u was?
- Były – burknęłam, pełna złych przeczuć.
- A ja ostatni raz widziałam srebrnego smoka Ładu milenia temu – dziewczynka uśmiechnęła się z nagłą radosną myślą. – Ale będzie zamieszanie wśród waszych mędrców i badaczy! Jak myślicie, będą musieli wywracać do góry nogami wszystkie systematyki gatunków?
Przewróciłam tylko oczami i popędziłam Pokrzywę w ślad za smokami, oddalając się od dziwnej budowli. Zapomniałam niemal, że nie jestem sama, że mam jeszcze małą pasażerkę – niemal, bo podskakiwała i piszczała z radości. Moi towarzysze też ruszyli galopem i słyszałam jak Vanny coś do mnie woła, ni to z lękiem, ni z rozbawieniem, sama nie wiem, po prostu jej głos drżał. Tenari też szybko mnie dogonił, a choć nie przesłał mi swoich myśli, mogłam je łatwo odgadnąć – zerknęłam na jego podekscytowaną twarzyczkę i widziałam, że wyłazi z niego demon, jak rzadko kiedy. A może po prostu był już znudzony monotonią podróży?
Wreszcie nadeszła pora, by się zatrzymać… Choć zatrzymać Lilly się nie udało.
Nie mogliśmy nic zrobić, tylko patrzeć, jak sześć skrzydlatych kształtów krąży wokół niej, niby większej i dostojniejszej, ale przy tym tak niemądrej i bezradnej. Widziałam, jak zostaje opleciona czarną siecią zaklęcia i traci siły. Właśnie stanęliśmy, kiedy spadła w dół bez przytomności.
Po chwili i tamci sfrunęli niżej, zatrzymując się nieco nad ziemią i łopocząc skrzydłami niczym groźne ptaki. Rzeczywiście, było w nich coś z drapieżnych ptaków, a także z dzikich bestii; brakowało im tej gadziej smukłości, która cechowała Lilly. Napastnicy – ale przecież to ona ich zaatakowała, prawda? – utrzymywali dystans, równocześnie nie pozwalając nam się zbliżyć. Siłą swojej magii unieśli sieć z Lilly z powrotem w powietrze, gotowi do odlotu, ale jedna smoczyca wylądowała przed nami. Zmieniła postać – na kobiecą, o pełnych kształtach i mało ludzkim, ale na swój sposób urodziwym obliczu – zostawiając tylko skrzydła.
- Zmiany, jak widać, mają swoje dobre strony – rzekła, przeszywając nas wzrokiem, może oceniając. – A zatem znowu cię spotykamy. I znowu przywiodłaś do nas to dziecko.
- Cała przyjemność po mojej stronie – odparła J z przekąsem.
- Nie przyjechałyśmy tu same – powiedziałam z trudem, patrząc jak reszta smoków zabiera Lilly z powrotem do swojej siedziby. – Tak nas witacie? Chwytając naszą przyjaciółkę?
- To ona się do nas wyrwała – ucięła Calene. – Od wieków nie widzieliśmy stworzeń jej rodzaju i tylko dlatego jej nie zabiliśmy.
- Więc możecie ją równie dobrze uwolnić! – fuknęłam. – I tak prędzej czy później przyjechalibyśmy do waszej siedziby, skoro już wiemy, gdzie się znajduje! Myślisz, że Caranilli się to spodoba?!
Smoczyca uśmiechnęła się dziwnie, zaciśniętymi wargami, po czym uniosła się w powietrze. Poczułam na chwilę niepokój – a co, jeśli w tej smoczej gromadzie też zaszły jakieś zmiany? Jeśli na przykład mają już innego przewodnika? Ze zgrozą przypomniałam sobie, że w mojej rzeczywistości też mignęła mi jakaś Caranilla, ale…
- O tym będziesz musiała porozmawiać z nią samą – odpowiedziała ku mojej uldze Calene, a jej głos brzmiał niespodziewanie gprzko, choć nie przestała się uśmiechać. – Gdybyś z nami została, byłabyś tu teraz panią i nie musiałabyś się o nic martwić.
Powiedziawszy to, odleciała śladem swoich towarzyszy, zostawiając mnie z wytrzeszczonymi oczami.
– A opowiadałaś, że obie były sympatyczne – rzekła Vanny w przestrzeń.
Już nie podążaliśmy na północ, tylko zygzakiem z powrotem. Nasz pobyt w każdym kolejnym świecie był krótki – wystarczyło, by J rozejrzała się wkoło, a po chwili koncentracji orzekła, że nie, tutaj obecności Shaitha nie wyczuwa. Tymczasem Lilly tęskniła do ludzkich siedzib i, nie wiedzieć dlaczego, naleśników, Vanny bawiła się z dzieciakami, a Clayd, podobnie jak J, zapoznawał się z aurą odwiedzanych miejsc. Właściwie najwięcej do powiedzenia miały nasze wierzchowce – o, tu jest dobra trawa, a tu można pobiegać, a tam może wymienimy ploteczki z miejscowymi końmi…
Niewątpliwie każdy z odwiedzonych światów mógłby podzielić się z nami jakąś niezwykłą opowieścią, ale cóż, skoro nie miałam czasu się im bliżej przyjrzeć? Pewnie snulibyśmy się tak bez końca, gdyby wreszcie nie otwarło się przed nami miejsce z różnych powodów znajome…
- Nie. Nie ma go tu – stwierdziła J po szybkich oględzinach z grzbietu Tequili. – Mam wrażenie, jakbym już tu kiedyś była, ale obecności Shaitha nie czuję. Nie ma go albo…
- Albo? – spytałam, pilnując się, by nie zabrzmiało to jak westchnienie żałości.
- Sama nie wiem – przyznała, skubiąc koniec warkocza. – Wydaje mi się, że ten świat ma kilka różnych aur, nałożonych na siebie. A może po prostu wariuję na starość.
- Do starości to musisz jeszcze trochę poczekać – zaoponowała Lilly, która od chwili poznania J traktowała ją jak małą siostrzyczkę. Co za rozumny osąd…
- Fakt – teraz dziewczynka dla odmiany pociągnęła ją za różowy warkoczyk. – Tak jakby całą wieczność.
Nie poświęciłam więcej uwagi tej rozmowie, bo siedząca ze mną na koniu Ivy zaczęła się domagać przejażdżki. Podprowadziłam Nindë do Rob Roya, który aż rwał się do galopu, zły, że Vanny wciąż go hamuje.
- No, dajmy im poszaleć – uśmiechnął się stojący obok Clayd.
Skinęła głową i zsiadła, zapatrzona przed siebie nieobecnym wzrokiem. Nie ona jedna zresztą – tak samo zachowywał się Tenari, a także Ivy, kiedy pokazał jej widok ze wzgórza.
- Dziwna rzecz – skomentowała moja kuzynka, licząc chyba, że podejmę temat, ale nie odezwałam się ani słowem; sama zaczęłam uważnie przyglądać się widniejącym w oddali czarnym górom, pośród których stał… Stało coś. Wyróżniało się srebrzystobiałą barwą – a może po prostu odbijało światło słońca? – i wznosiło się ponad szczyty. Nietypowa i nielogiczna konstrukcja z połączonych ze sobą sześcianów. Gdzieś już widziałam podobną, ale gdzie?
- Tam… Tam jest coś niedobrego – powiedziała głucho Lilly. – Coś, czego nie powinno być.
– Nie – zaprzeczyła J w tym samym momencie, kiedy ja powiedziałam: „tak”.
- Dlaczego tak? – spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Nie miałam na myśli, że to coś niedobrego – pokręciłam głową. – Tylko że nie należy do tego świata.
- Myślę, że nie należałoby do żadnego innego – mruknęła. – Równie dobrze może stać tutaj. Przecież nie my o tym decydujemy.
- Ale mimo wszystko…
Coś nagle przecięło powietrze jak srebrzysta błyskawica. Przefrunęło po niebie, oślepiając nas wszystkich, gdy równocześnie unieśliśmy głowy.
A potem Lilly zeskoczyła z przebierającej kopytami Tequili i odbiegła kawałek, by mieć więcej wolnej przestrzeni. Najpierw rozwinęła skrzydła, a twarz miała zmienioną, jakby znikł cały jej rozsądek i pozostał tylko jakiś pierwotny instynkt. Ostatnim razem widziałam ją taką przed kilku laty, kiedy broniłyśmy Alkhai Golt przed złotymi diabłami z Kogah – jeszcze przed klątwą Shet’Hera, mogła wtedy ziać ogniem. Teraz też nie zwracała na nic uwagi. Jakby coś jej kazało: „leć i walcz w jedynej słusznej sprawie” – i poleciała. Już w powietrzu zmieniła się w smoka, lekko, bez wysiłku, czego zawsze jej zazdrościłam.
- Co to było? Co ona ściga?! – zawołała Vanny, patrząc za nią w oszołomieniu.
- To tutaj one są – szepnęła J. – Srebrne smoki Chaosu. Czy nie były dotąd gatunkiem wymarłym? Tu, u was?
- Były – burknęłam, pełna złych przeczuć.
- A ja ostatni raz widziałam srebrnego smoka Ładu milenia temu – dziewczynka uśmiechnęła się z nagłą radosną myślą. – Ale będzie zamieszanie wśród waszych mędrców i badaczy! Jak myślicie, będą musieli wywracać do góry nogami wszystkie systematyki gatunków?
Przewróciłam tylko oczami i popędziłam Pokrzywę w ślad za smokami, oddalając się od dziwnej budowli. Zapomniałam niemal, że nie jestem sama, że mam jeszcze małą pasażerkę – niemal, bo podskakiwała i piszczała z radości. Moi towarzysze też ruszyli galopem i słyszałam jak Vanny coś do mnie woła, ni to z lękiem, ni z rozbawieniem, sama nie wiem, po prostu jej głos drżał. Tenari też szybko mnie dogonił, a choć nie przesłał mi swoich myśli, mogłam je łatwo odgadnąć – zerknęłam na jego podekscytowaną twarzyczkę i widziałam, że wyłazi z niego demon, jak rzadko kiedy. A może po prostu był już znudzony monotonią podróży?
Wreszcie nadeszła pora, by się zatrzymać… Choć zatrzymać Lilly się nie udało.
Nie mogliśmy nic zrobić, tylko patrzeć, jak sześć skrzydlatych kształtów krąży wokół niej, niby większej i dostojniejszej, ale przy tym tak niemądrej i bezradnej. Widziałam, jak zostaje opleciona czarną siecią zaklęcia i traci siły. Właśnie stanęliśmy, kiedy spadła w dół bez przytomności.
Po chwili i tamci sfrunęli niżej, zatrzymując się nieco nad ziemią i łopocząc skrzydłami niczym groźne ptaki. Rzeczywiście, było w nich coś z drapieżnych ptaków, a także z dzikich bestii; brakowało im tej gadziej smukłości, która cechowała Lilly. Napastnicy – ale przecież to ona ich zaatakowała, prawda? – utrzymywali dystans, równocześnie nie pozwalając nam się zbliżyć. Siłą swojej magii unieśli sieć z Lilly z powrotem w powietrze, gotowi do odlotu, ale jedna smoczyca wylądowała przed nami. Zmieniła postać – na kobiecą, o pełnych kształtach i mało ludzkim, ale na swój sposób urodziwym obliczu – zostawiając tylko skrzydła.
- Zmiany, jak widać, mają swoje dobre strony – rzekła, przeszywając nas wzrokiem, może oceniając. – A zatem znowu cię spotykamy. I znowu przywiodłaś do nas to dziecko.
- Cała przyjemność po mojej stronie – odparła J z przekąsem.
- Nie przyjechałyśmy tu same – powiedziałam z trudem, patrząc jak reszta smoków zabiera Lilly z powrotem do swojej siedziby. – Tak nas witacie? Chwytając naszą przyjaciółkę?
- To ona się do nas wyrwała – ucięła Calene. – Od wieków nie widzieliśmy stworzeń jej rodzaju i tylko dlatego jej nie zabiliśmy.
- Więc możecie ją równie dobrze uwolnić! – fuknęłam. – I tak prędzej czy później przyjechalibyśmy do waszej siedziby, skoro już wiemy, gdzie się znajduje! Myślisz, że Caranilli się to spodoba?!
Smoczyca uśmiechnęła się dziwnie, zaciśniętymi wargami, po czym uniosła się w powietrze. Poczułam na chwilę niepokój – a co, jeśli w tej smoczej gromadzie też zaszły jakieś zmiany? Jeśli na przykład mają już innego przewodnika? Ze zgrozą przypomniałam sobie, że w mojej rzeczywistości też mignęła mi jakaś Caranilla, ale…
- O tym będziesz musiała porozmawiać z nią samą – odpowiedziała ku mojej uldze Calene, a jej głos brzmiał niespodziewanie gprzko, choć nie przestała się uśmiechać. – Gdybyś z nami została, byłabyś tu teraz panią i nie musiałabyś się o nic martwić.
Powiedziawszy to, odleciała śladem swoich towarzyszy, zostawiając mnie z wytrzeszczonymi oczami.
– A opowiadałaś, że obie były sympatyczne – rzekła Vanny w przestrzeń.
2 I
Wypadałoby zacząć od tego, co opowiedziała nam J, ale tak się jakoś
złożyło, że głównie słuchała nas. Potrafi tak lawirować między
opowieściami, że wyciąga wszystkie od otoczenia – które jest zachwycone,
mogąc wyjawić jej parę sekretów – a na jej własną opowieść po prostu
nie starczy już czasu. Owszem, coś tam nam mówiła. Przyznała, że to
dziwne uczucie, ta świadomość, że zamiast Domeny Lustrzanej istnieją
teraz dwie osobne. Przypuszczam, że ta świadomość została zaszczepiona w
umysłach wszystkich wywodzących się z tamtej rzeczywistości – i ciekawa
jestem, czy pamiętają, gdzie istnieli przedtem. Najwięcej jednak J
żaliła się, jak to wybrała się z wizytą do pewnego świata, po czym
okazało się, że ów świat się dokądś przesunął… A ona jeszcze się nie
orientuje w tej nowej konfiguracji i w ogóle jest biedna, mała i
nieszczęśliwa. No, teraz już szczęśliwa, ponieważ wyjątkowym zbiegiem
okoliczności udało jej się znaleźć nas. Bo przecież pomożemy jej się
rozeznać, a nawet trochę oprowadzimy, prawda?
To pytanie zabrzmiało w jej ustach retorycznie i ostatecznie.
A efekt był taki, że przez noc ubyły nam trzy dusze (z) towarzystwa.
- Zostawili nam list – prychnęła Lilly, trzymając przed sobą wyciągniętą kartkę. – List! Że nie chcą nam zawiązywać rąk!
- Ja przypuszczam, że Ellil po prostu był w szoku na widok J – nie mogłam powstrzymać uśmiechu. – Chyba nie spodziewał się, że znajdzie nas ona tak szybko.
- Ale to takie radosne dziecko – zdziwiła się, zabijając mi tym niezłego ćwieka; czyżby zapomniała, jak podejrzliwa była wobec wrednego, ale nieszkodliwego wiadra w zielone rybki? – Dlaczego miałby mieć dość jej towarzystwa już po jednym dniu?
- Grunt, że zabrali nam środek transportu – mruknęła Vanny, a ja pokiwałam głową. Choć właściwie mniej było mi żal limuzyny niż utraconego wątku.
- No to chyba trzeba będzie uderzyć w pokorę i wezwać nasze niezastąpione wierzchowce z Rozdroża – ciągnęła kuzynka. – Ale będą się z nas śmiać… A tak się fajnie jeździło w luksusie.
- I w ciepełku – dodała Lilly, po czym obie jak na komendę westchnęły i zeszły ze sceny niczym gwiazdy estrady, każda w swoją stronę. Zostałam tylko z Claydem, który stał pod kolumną i przysłuchiwał się naszej rozmowie, uśmiechając się do swoich własnych myśli.
- A wy co teraz planujecie? – zapytałam z zaciekawieniem. – Sami szukać Liry czy zapuścić się z nami nie wiadomo gdzie? A może już do domu?
- Vanny z pewnością chodziło od początku o podróż z tobą, a i ja jak dotąd nie narzekam. Przejedziemy się z wami jeszcze kawałek, a potem się zobaczy – zdecydował z szelmowskim uśmiechem. – Może po drodze znajdzie się potrzeba, żeby gdzieś skręcić.
- Potrzeba? – podchwyciłam. – Macie jakiś ukryty cel?
- Tylko jeśli znajdziemy odpowiednie miejsce – wzruszył ramionami. – Najbliższe sferze pozamaterialnej. Gdzie będę mógł pamiętać, czym jestem.
- Nie wmówisz mi, że na co dzień nie pamietasz – skrzywiłam się. – Jeśli to jakieś d u c h o w e sprawy, po prostu mi powiedz, żebym się nie wtrącała, bo taką tajemnniczością tylko podsycasz moją ciekawość. To ma coś wspólnego z tym listem od Geddwyna? Z najbardziej czarodziejskim okresem w roku?
- To sprawy duchowe, nie na twój seryjnie śmiertelny rozumek – Clayd zrobił pokazowo wyniosłą minę, ale zaraz potem się roześmiał. – A karnawał to niewątpliwie najbardziej czarodziejski okres w roku, obok wszystkich Przesileń i Równonocy. Przez ciebie myśli mi zawędrowały gdzieś w okolice Beltaine.
- Przeze mnie!?
- No pewnie.
Przeszłam między dwoma rządkami zaśnieżonych drzew, zza których dochodziła coraz głośniejsza muzyka. Czy te drzewa kiedykolwiek kwitły, czy w ogóle były żywe? Melodyjka rozlegała się wkoło, niesiona wiatrem i cudownie pozytywna, a tymczasem zebrało mi się na takie rozważania… Kiedy jednak doszłam na miejsce, poczułam się, jakbym stanęła u drzwi lata.
Była tam scena, jedna z wielu w tym miejscu, ale najlepiej schowana. A do tego najbardziej zniszczona, chyba nie tylko przez czas. Stojący na niej bard na mój widok prędko oderwał od ust flet, który wydał przy tym fałszywy ton. Siedząca na brzeżku sceny Vaneshka skrzywiła się na ten dźwięk i wstała z niezadowoleniem.
- Ładnie to tak urywać w połowie? – uśmiechnęłam się. – Mam nadzieję, że usłyszę dalszy ciąg. Ale na razie mam do was mały romansik.
- Do usług, o pani Jasnooka – Ketris zatknął flet za pasek i skłonił mi się głęboko.
– Bez wygłupów – ofuknęłam go – Co ty sobie wyobrażasz?
- A myślisz, że nie wiem, o co nas poprosisz? – prychnął. – Zdarzyło mi się przemierzyć światy, szukając ciebie, więc dlaczego nie w drugą stronę? Taki los…
- Zima ogarnęła światy, by przynieść im zmiany; zgrana drużyna rozpada się i idzie własnymi drogami – wyrecytowała Vaneshka fragment starej epopei. – Zostaw mi Clovera, wierny heroldzie, a wyruszę choćby na granicę Szarych Światów.
- Nie, daj spokój – westchnął. – Już raz zgubiłem się w pewnej nienazwanej przestrzeni na długie miesiące, mogę się zgubić jeszcze raz.
- Właśnie, że wprost przeciwnie – ucięła. – Wypada, by przynajmniej jedno z nas trojga było teraz w Pieśni; jak dla mnie to powinieneś być ty.
Stałam z założonymi rękami i przysłuchiwałam się ich rozmowie – trudno było nie odnieść wrażenia, że odbywa się poza mną, jakby przestali o mnie pamiętać.
- No dobrze, jedź sama – zgodził się niechętnie Ketris. – Ale ja tak od razu nie wrócę do Pieśni; poczekam tu jeszcze trochę, a potem opowiem ci, czego się doczekałem.
- Nie ma sprawy – ucieszyła się pieśniarka i pobiegła aleją drzew, przy okazji puszczając do mnie oko. Nie miałam wątpliwości, że jeszcze zdąży odśpiewać coś na pożegnanie z końskiego grzbietu. Bard też zeskoczył ze sceny, chyba nie miał już ochoty grać. Podszedł do mnie i zobaczyłam w jego oczach tęsknotę i oczekiwanie.
- Wiesz, skąd się wzięła Biała Symfonia? – zapytał.
Pokręciłam głową, zdumiona nagłą zmianą tematu.
- My też nie – przyznał. – Ale mamy zamiar zgłębić jej tajemnicę. Jeśli tylko nam czas pozwoli. Powiedziawszy to, udał się za swoją wybranką, zieloną jak wiosenne drzewo, a ja patrzyłam, jak odchodzą, by snuć swoje własne wątki. Jakoś mam wrażenie, że wychodzi to im – wszystkim – najlepiej, kiedy są z dala ode mnie, że moja opowieść ich ogranicza. Ale jak wtedy mam spisywać ich historie? Z reguły docierają do mnie tylko ich przebłyski – a potem zakończenia.
- No, ładnie, ładnie – dotarł do mnie słodziutki głosik J. – Zasłuchałaś się i zapomniałaś o całym świecie. O ile nie o wszystkich.
- Nie, wręcz przeciwnie – nawet się nie odwróciłam. – Myślę o Wędrującej Ciemności. Gdyby znalazła się w Domenie Promienistych, to…
- Oj, marudzisz – nie widziałam, ale z pewnością machnęła ręką. – Od rana co chwilę patrzyłaś na tę swoją miniaturkę i nie widziałaś nic podejrzanego, nie? Zresztą – naraz ton jej głosu zmienił się subtelnie – mogę ci powiedzieć, że akurat o Wędrującą Ciemność martwić się nie musisz.
- Dlaczego? – teraz już się obejrzałam.
- Powiem ci, jak znajdziemy mojego prywatnego boga ognia – dziewczynka uśmiechała się perfidnie. – Na razie musisz mi wierzyć na słowo.
- Sama go wykopałaś do innego świata, a teraz chcesz go dorwać z powrotem… – nie mogłam zrozumieć. – Jakbyś już i tak nie miała mnóstwa spraw na głowie.
- Nic nie poradzę, że się stęskniłam – mruknęła. – Poza tym, Aislinn, wiesz… No i właśnie, że nie mam! Nic już nie zagraża mojemu światu, elfy się gdzieś pochowały, Xai zresztą też, choć to akurat może być podejrzane… A może to wszystko zniknęło na amen?
- Wierzysz w to, co mówisz? – spojrzałam na nią z ukosa.
- Pocieszam cię – wyszczerzyła radośnie ząbki.
A tymczasem śniegutki zaczęły wygrywać jakąś złowieszczą melodię. Mam nadzieję, że nie wyłowioną z naszych serc…
To pytanie zabrzmiało w jej ustach retorycznie i ostatecznie.
A efekt był taki, że przez noc ubyły nam trzy dusze (z) towarzystwa.
- Zostawili nam list – prychnęła Lilly, trzymając przed sobą wyciągniętą kartkę. – List! Że nie chcą nam zawiązywać rąk!
- Ja przypuszczam, że Ellil po prostu był w szoku na widok J – nie mogłam powstrzymać uśmiechu. – Chyba nie spodziewał się, że znajdzie nas ona tak szybko.
- Ale to takie radosne dziecko – zdziwiła się, zabijając mi tym niezłego ćwieka; czyżby zapomniała, jak podejrzliwa była wobec wrednego, ale nieszkodliwego wiadra w zielone rybki? – Dlaczego miałby mieć dość jej towarzystwa już po jednym dniu?
- Grunt, że zabrali nam środek transportu – mruknęła Vanny, a ja pokiwałam głową. Choć właściwie mniej było mi żal limuzyny niż utraconego wątku.
- No to chyba trzeba będzie uderzyć w pokorę i wezwać nasze niezastąpione wierzchowce z Rozdroża – ciągnęła kuzynka. – Ale będą się z nas śmiać… A tak się fajnie jeździło w luksusie.
- I w ciepełku – dodała Lilly, po czym obie jak na komendę westchnęły i zeszły ze sceny niczym gwiazdy estrady, każda w swoją stronę. Zostałam tylko z Claydem, który stał pod kolumną i przysłuchiwał się naszej rozmowie, uśmiechając się do swoich własnych myśli.
- A wy co teraz planujecie? – zapytałam z zaciekawieniem. – Sami szukać Liry czy zapuścić się z nami nie wiadomo gdzie? A może już do domu?
- Vanny z pewnością chodziło od początku o podróż z tobą, a i ja jak dotąd nie narzekam. Przejedziemy się z wami jeszcze kawałek, a potem się zobaczy – zdecydował z szelmowskim uśmiechem. – Może po drodze znajdzie się potrzeba, żeby gdzieś skręcić.
- Potrzeba? – podchwyciłam. – Macie jakiś ukryty cel?
- Tylko jeśli znajdziemy odpowiednie miejsce – wzruszył ramionami. – Najbliższe sferze pozamaterialnej. Gdzie będę mógł pamiętać, czym jestem.
- Nie wmówisz mi, że na co dzień nie pamietasz – skrzywiłam się. – Jeśli to jakieś d u c h o w e sprawy, po prostu mi powiedz, żebym się nie wtrącała, bo taką tajemnniczością tylko podsycasz moją ciekawość. To ma coś wspólnego z tym listem od Geddwyna? Z najbardziej czarodziejskim okresem w roku?
- To sprawy duchowe, nie na twój seryjnie śmiertelny rozumek – Clayd zrobił pokazowo wyniosłą minę, ale zaraz potem się roześmiał. – A karnawał to niewątpliwie najbardziej czarodziejski okres w roku, obok wszystkich Przesileń i Równonocy. Przez ciebie myśli mi zawędrowały gdzieś w okolice Beltaine.
- Przeze mnie!?
- No pewnie.
Przeszłam między dwoma rządkami zaśnieżonych drzew, zza których dochodziła coraz głośniejsza muzyka. Czy te drzewa kiedykolwiek kwitły, czy w ogóle były żywe? Melodyjka rozlegała się wkoło, niesiona wiatrem i cudownie pozytywna, a tymczasem zebrało mi się na takie rozważania… Kiedy jednak doszłam na miejsce, poczułam się, jakbym stanęła u drzwi lata.
Była tam scena, jedna z wielu w tym miejscu, ale najlepiej schowana. A do tego najbardziej zniszczona, chyba nie tylko przez czas. Stojący na niej bard na mój widok prędko oderwał od ust flet, który wydał przy tym fałszywy ton. Siedząca na brzeżku sceny Vaneshka skrzywiła się na ten dźwięk i wstała z niezadowoleniem.
- Ładnie to tak urywać w połowie? – uśmiechnęłam się. – Mam nadzieję, że usłyszę dalszy ciąg. Ale na razie mam do was mały romansik.
- Do usług, o pani Jasnooka – Ketris zatknął flet za pasek i skłonił mi się głęboko.
– Bez wygłupów – ofuknęłam go – Co ty sobie wyobrażasz?
- A myślisz, że nie wiem, o co nas poprosisz? – prychnął. – Zdarzyło mi się przemierzyć światy, szukając ciebie, więc dlaczego nie w drugą stronę? Taki los…
- Zima ogarnęła światy, by przynieść im zmiany; zgrana drużyna rozpada się i idzie własnymi drogami – wyrecytowała Vaneshka fragment starej epopei. – Zostaw mi Clovera, wierny heroldzie, a wyruszę choćby na granicę Szarych Światów.
- Nie, daj spokój – westchnął. – Już raz zgubiłem się w pewnej nienazwanej przestrzeni na długie miesiące, mogę się zgubić jeszcze raz.
- Właśnie, że wprost przeciwnie – ucięła. – Wypada, by przynajmniej jedno z nas trojga było teraz w Pieśni; jak dla mnie to powinieneś być ty.
Stałam z założonymi rękami i przysłuchiwałam się ich rozmowie – trudno było nie odnieść wrażenia, że odbywa się poza mną, jakby przestali o mnie pamiętać.
- No dobrze, jedź sama – zgodził się niechętnie Ketris. – Ale ja tak od razu nie wrócę do Pieśni; poczekam tu jeszcze trochę, a potem opowiem ci, czego się doczekałem.
- Nie ma sprawy – ucieszyła się pieśniarka i pobiegła aleją drzew, przy okazji puszczając do mnie oko. Nie miałam wątpliwości, że jeszcze zdąży odśpiewać coś na pożegnanie z końskiego grzbietu. Bard też zeskoczył ze sceny, chyba nie miał już ochoty grać. Podszedł do mnie i zobaczyłam w jego oczach tęsknotę i oczekiwanie.
- Wiesz, skąd się wzięła Biała Symfonia? – zapytał.
Pokręciłam głową, zdumiona nagłą zmianą tematu.
- My też nie – przyznał. – Ale mamy zamiar zgłębić jej tajemnicę. Jeśli tylko nam czas pozwoli. Powiedziawszy to, udał się za swoją wybranką, zieloną jak wiosenne drzewo, a ja patrzyłam, jak odchodzą, by snuć swoje własne wątki. Jakoś mam wrażenie, że wychodzi to im – wszystkim – najlepiej, kiedy są z dala ode mnie, że moja opowieść ich ogranicza. Ale jak wtedy mam spisywać ich historie? Z reguły docierają do mnie tylko ich przebłyski – a potem zakończenia.
- No, ładnie, ładnie – dotarł do mnie słodziutki głosik J. – Zasłuchałaś się i zapomniałaś o całym świecie. O ile nie o wszystkich.
- Nie, wręcz przeciwnie – nawet się nie odwróciłam. – Myślę o Wędrującej Ciemności. Gdyby znalazła się w Domenie Promienistych, to…
- Oj, marudzisz – nie widziałam, ale z pewnością machnęła ręką. – Od rana co chwilę patrzyłaś na tę swoją miniaturkę i nie widziałaś nic podejrzanego, nie? Zresztą – naraz ton jej głosu zmienił się subtelnie – mogę ci powiedzieć, że akurat o Wędrującą Ciemność martwić się nie musisz.
- Dlaczego? – teraz już się obejrzałam.
- Powiem ci, jak znajdziemy mojego prywatnego boga ognia – dziewczynka uśmiechała się perfidnie. – Na razie musisz mi wierzyć na słowo.
- Sama go wykopałaś do innego świata, a teraz chcesz go dorwać z powrotem… – nie mogłam zrozumieć. – Jakbyś już i tak nie miała mnóstwa spraw na głowie.
- Nic nie poradzę, że się stęskniłam – mruknęła. – Poza tym, Aislinn, wiesz… No i właśnie, że nie mam! Nic już nie zagraża mojemu światu, elfy się gdzieś pochowały, Xai zresztą też, choć to akurat może być podejrzane… A może to wszystko zniknęło na amen?
- Wierzysz w to, co mówisz? – spojrzałam na nią z ukosa.
- Pocieszam cię – wyszczerzyła radośnie ząbki.
A tymczasem śniegutki zaczęły wygrywać jakąś złowieszczą melodię. Mam nadzieję, że nie wyłowioną z naszych serc…
1 I
Nie wiem, od czego powinnam zacząć, teraz, kiedy pewien etap został
już z tyłu, a przede mną szczerzy zęby nowy. Tu, pośród białych kolumn,
pośród kwiatów wyrzeźbionych przez mróz, pośród melodii wygrywanych
przez śniegutki przy akompaniamencie Ketrisa – a może odwrotnie? Sęk w
tym, że towarzystwo może i teraz śpi, ale w końcu się obudzi i zwali mi
się na głowę, a wtedy nie będę już miała czasu na pisanie.
Nastał nowy rok.
Przynajmniej według czasu zachodniego.
Tym razem nie było sań, a szkoda, bo byłyby istotnym dodatkiem do nastroju. Nie należy jednak co chwilę korzystać z tych samych motywów, więc Kenneth załatwił nam pojazd przypominający limuzynę z płozami, zdolną pomieścić cały nasz tłum. Chociaż, zależnie od okoliczności, mogła zmienić płozy na koła – taka zmyślna służbowa zabaweczka.
- A zatem jesteś agentem dobra? – Lilly władowała się na przednie siedzenie i rozpraszała kierującego Kennetha. – Jakoś mało wiadomo o waszej działalności, chyba że jesteście jeszcze tajniejsi niż taki END.
- Nie dobra, tylko Ładu – sprostował z uśmiechem. – Nikt nie twierdzi, że jesteśmy zawsze dobrzy ani że END jest zawsze zły. Wykonujemy tylko naszą pracę.
- Może jeszcze powiesz, że Omega bywa dobra? – zachichotała Vanny. – I co to za nazwa: Ceé Gáile? Zmyl Drogę? Dość przewrotnie, jak na Ład.
- Jakby się tak lepiej zagłębić w tę kwiestię, wyszłoby, że wszyscy jesteśmy tacy sami; czy to wy, czy Agencja, czy Omega… – zadumała się Lilly. – A te strony, po których stoicie, istnieją tylko nominalnie.
- Agencja? – powtórzył półelf, zdezorientowany.
- No, ci tacy „neutralnie obserwatorzy”. Zdaje się, że mają jakąś dłuższą nazwę, ale jest nie do zapamiętania – perorowała, nie zważając zupełnie na to, że zabiła mu ćwieka.
- No nie, bez przesadyzmu – roześmiał się Clayd, zerkając co chwilę do tyłu, gdzie bawiły się dzieciaki, udając, że wcale nie podsłuchują (i proszę zgadnąć, ile dzieciaków mam na myśli). – Gdyby Ład i Chaos były jednym i tym samym, światy by się przekręciły.
- A niby co właśnie robią? – wtrąciłam, zapatrzona przed siebie. Słuchanie tej rozmowy wyrwało mnie z rozmyślania nad tym, że znów tracę kontrolę nad wątkami; może to i lepiej, że pytlowali tak głośno. Ale mój przyjaciel jak zwykle wypatrzył pewne rzeczy na pierwszy rzut oka, by – również jak zwykle – dać mi się wygadać.
- Co jest? Martwisz się czy tylko wściekasz? – uśmiechnął się kącikiem ust. – Straciłaś wspólne Przesilenie, a teraz jeszcze może przepaść koniec roku we dwoje? Czy jeszcze coś innego cię gnębi?
- Sama nie wiem – westchnęłam; w gruncie rzeczy akurat nad tym dopiero zaczęłam się zastanawiać. – Jakaś część mnie tęskni, podczas gdy inna jest o krok od zapytania: „ale o co chodzi?”… Nie powinnam była zapędzać się tak daleko, ale skąd mogłam wiedzieć?
Wiem, brzmiało to jak nagła zmiana tematu, ale nadążał za mną bez problemów.
- Myślisz, że teraz Aeiran wybrał się gdzieś na granicę istnienia?
- Boję się myśleć, dokąd mógł dotrzeć, jeśli reaguję tak… Cholera – syknęłam nagle, gdy jednak coś wymyśliłam. – Cholera, cholera, cholera.
Rozejrzałam się w popłochu wszędzie i nigdzie. Lilly i Kenneth nadal trwali pogrążeni w dyskusji, ale już Vanny patrzyła z namysłem, a i Clayd obserwował mnie spod uniesionych brwi, wyraźnie starając się czegoś nie powiedzieć.
- No, co? – zapytałam głucho, ale tylko pokręcił głową. – Co chwilę docierają do mnie konsekwencje zderzenia rzeczywistości i za każdym razem coraz gorsze.
- Chyba wiem – powiedziała powoli Vanny. – Opowiadałaś mi. Chodzi o Ciemność, prawda?
- Ciemność? – Djellia od razu przerwała opowiadanie Ivy jakichś babskich ploteczek. – Wędrująca Ciemność? Uważacie, że może się tu pojawić?
- Nie wiem – pokręciłam głową. – Czy mogą istnieć dwie Ciemności naraz? Bo jeśli nie, to…
Zamilkłam, na powrót zatapiając się we własnych myślach. Prędko jednak wyparł je półsen, który przyszedł z coraz to nowymi piosenkami w mojej głowie. Takimi, które pasowały do szybkiej jazdy przez zimowy krajobraz – czyżby rezultat zbliżania się do celu? Tak czy inaczej, po dotarciu do Białej Symfonii trzeba mnie było budzić, choć zazwyczaj nie potrafię spać w podróży.
Wszystko w tym miejscu jest zrobione z lodu, tak mi się wydaje, choć śniegutki w odpowiedzi na moje pytanie tylko się dźwięcznie zaśmiewały. A jednak, może i na zewnątrz panuje ostry mróz, a tymczasem w bielutkim budynku jest cieplutko jak w puchu, na szczęście dla Lilly i Tenariego.
Stoi tam tylko jeden budynek, przeznaczony wyłącznie dla ewentualnych gości – którzy zjawiają się nieczęsto i udekorowany jest prześlicznymi lodowymi rzeźbami. Przedstawiają one głównie muzyków, grających na wymyślnych instrumentach, o jakich istnieniu nie miałam pojęcia… W każdym razie to nie tam skierowaliśmy swe pierwsze kroki, lecz ku jednej z wielu scen, otoczonych kolumnami lub następnymi posągami. Już z daleka bowiem usłyszeliśmy koncert Ketrisa i Vaneshki, opatulonych w zabójcze futrzane płaszcze i szczęśliwych nad życie. Muzyka przyciąga muzykę…
- Publiczność! Będzie się przed kim popisywać! – zawołał bard, oderwawszy usta od fletu. Wtedy otoczyły nas śniegutki, podzwaniając skrzydełkami, skrzącymi się jak śnieg w słońcu.
- Czy wy też wędrujecie z południa? – zapytała jedna telepatycznie; potem się dowiedziałam, że używają ust wyłącznie do śpiewania - I bardzo słusznie. Tam przecież nic nie ma.
- Tak właściwie to z zachodu – sprostował Kenneth, ale puściły to mimo uszu.
- Obyście zostali tu dłużej niż poprzedni – dodała druga.
- Spróbowaliby nie – roześmiała się Vaneshka. – Jutro magiczna noc, jedna z najlepszych do śpiewania pieśni.
Najwidoczniej przekaz śniegutek był masowy, słyszalny dla nas wszystkich. Tylko Tenari wdał się w jakąś prywatną konwersację z jedną z nich, ale urwało się to, gdy jej śniegowe siostrzyczki odciągnęły ją w pośpiechu.
- I do słuchania – mruknęła Lilly. – Niektórzy nie mają umiejętności, żeby się z wami równać.
Nie jestem pewna, czy miała na myśli talent wokalny czy coś innego, gdzieś głębiej, ale miałam ochotę przypomnieć jej scenę w Creyone i słoneczniki. Jakoś tak…
Oczekiwana noc nadeszła pośród czarów, to fakt. I pośród muzyki. Nie wiem, czy sprawiła to magia czasu – w końcu kiedy się świętuje nowy rok na Północy? – czy miejsca, ale kolorowy bard i koronkowa pieśniarka byli jeszcze bardziej w swoim żywiole niż zwykle, a ich występ… No cóż… On grał na „służbowym” flecie, a nie na lutni, ona zaś śpiewała te swoje specyficzne pieśni, ulotne i enigmatyczne, choć z pewnością oczywiste dla konkretnych odbiorców. Kenneth i Lilly siedzieli jak zaczarowani, podczas gdy Ellil wydawał się gotowy do szaleńczego wzlotu pod niebo. Djellia wyglądała na zaskoczoną i rozbawioną zarazem – co rusz kręciła głową i chichotała do siebie. Ivy pogrążyła się w zamyśleniu, a na jej dziecięcej buzi na chwilę odbiło się, czym naprawdę jest; Tenari okrył ją skrzydłami, choć wyraźnie było mu zimniej niż jej. Vanny i Clayd siedzieli przytuleni, mając w pogardzie resztę świata.
A ja? Przyznam, że słuchałam urzeczona, ale też brakowało mi All Souls Night, brakowało mi Hounds of Love, Ready! i innych piosenek, które do tej pory kojarzyły mi się z sylwestrem i karnawałem, gdy tymczasem repertuar Ketrisa i Vaneshki nadawałby się raczej na Przesilenie. W noc zakończenia roku mógł mieć zbyt wielką moc…
Tak było, dopóki nie wybiła symboliczna północ.
Co prawda nie przywieźliśmy fajerwerków, a łabędzia zjedliśmy trzy noce wcześniej, ale i tak klimat zaczął się zmieniać. Z początku płynnie i ledwo słyszalnie, by nagle eksplodować pełnią radości. To Tenari pierwszy zorientował się, że śniegutki po prostu wyciągają nam z umysłów rozmaite piosenki i melodie, by dzięki swoim skrzydełkom i czystym głosikom wypuścić je na mroźne powietrze. Prawie jak w oryginale, a zarazem po swojemu.
Tak po dziesięć naraz…
Kiedy zakręciło się nam od tego w głowie i zaczęliśmy protestować, powiedziały nam, że zamiast tak stać bezmyślnie, powinniśmy łapać te piosenki, każdy swoje. Cokolwiek to miało znaczyć, w końcu muzyka się ustabilizowała i można było zacząć tańczyć. O tak, tańczyć do utraty tchu, nawet jeśli czułam się zapasową danserką.
- Od wieków nikt nie śmiał tutaj tańczyć – powiedziała nam potem któraś śniegutka. – Bo to przecież jest Biała Symfonia, a nie Biały Parkiet.
O, i akurat kiedy załadowałam nowy nabój do pióra – wypisało się na wzmiankę o tańcu – okazuje się, że przynajmniej część towarzystwa już się obudziła. Widzę ich przez okno – Djellia i Kenneth właśnie witają nowego gościa. Gość jest uroczą dziewczynką z jasnymi warkoczykami, we fioletowej pelerynce z całym mnóstwem pomponików. Trzyma w dłoniach przezroczystą kulkę z płomykiem w środku i wydaje się zaskoczona, że trafiła w takie zimne miejsce.
A może raczej, że my w takie trafiliśmy…
Nastał nowy rok.
Przynajmniej według czasu zachodniego.
Tym razem nie było sań, a szkoda, bo byłyby istotnym dodatkiem do nastroju. Nie należy jednak co chwilę korzystać z tych samych motywów, więc Kenneth załatwił nam pojazd przypominający limuzynę z płozami, zdolną pomieścić cały nasz tłum. Chociaż, zależnie od okoliczności, mogła zmienić płozy na koła – taka zmyślna służbowa zabaweczka.
- A zatem jesteś agentem dobra? – Lilly władowała się na przednie siedzenie i rozpraszała kierującego Kennetha. – Jakoś mało wiadomo o waszej działalności, chyba że jesteście jeszcze tajniejsi niż taki END.
- Nie dobra, tylko Ładu – sprostował z uśmiechem. – Nikt nie twierdzi, że jesteśmy zawsze dobrzy ani że END jest zawsze zły. Wykonujemy tylko naszą pracę.
- Może jeszcze powiesz, że Omega bywa dobra? – zachichotała Vanny. – I co to za nazwa: Ceé Gáile? Zmyl Drogę? Dość przewrotnie, jak na Ład.
- Jakby się tak lepiej zagłębić w tę kwiestię, wyszłoby, że wszyscy jesteśmy tacy sami; czy to wy, czy Agencja, czy Omega… – zadumała się Lilly. – A te strony, po których stoicie, istnieją tylko nominalnie.
- Agencja? – powtórzył półelf, zdezorientowany.
- No, ci tacy „neutralnie obserwatorzy”. Zdaje się, że mają jakąś dłuższą nazwę, ale jest nie do zapamiętania – perorowała, nie zważając zupełnie na to, że zabiła mu ćwieka.
- No nie, bez przesadyzmu – roześmiał się Clayd, zerkając co chwilę do tyłu, gdzie bawiły się dzieciaki, udając, że wcale nie podsłuchują (i proszę zgadnąć, ile dzieciaków mam na myśli). – Gdyby Ład i Chaos były jednym i tym samym, światy by się przekręciły.
- A niby co właśnie robią? – wtrąciłam, zapatrzona przed siebie. Słuchanie tej rozmowy wyrwało mnie z rozmyślania nad tym, że znów tracę kontrolę nad wątkami; może to i lepiej, że pytlowali tak głośno. Ale mój przyjaciel jak zwykle wypatrzył pewne rzeczy na pierwszy rzut oka, by – również jak zwykle – dać mi się wygadać.
- Co jest? Martwisz się czy tylko wściekasz? – uśmiechnął się kącikiem ust. – Straciłaś wspólne Przesilenie, a teraz jeszcze może przepaść koniec roku we dwoje? Czy jeszcze coś innego cię gnębi?
- Sama nie wiem – westchnęłam; w gruncie rzeczy akurat nad tym dopiero zaczęłam się zastanawiać. – Jakaś część mnie tęskni, podczas gdy inna jest o krok od zapytania: „ale o co chodzi?”… Nie powinnam była zapędzać się tak daleko, ale skąd mogłam wiedzieć?
Wiem, brzmiało to jak nagła zmiana tematu, ale nadążał za mną bez problemów.
- Myślisz, że teraz Aeiran wybrał się gdzieś na granicę istnienia?
- Boję się myśleć, dokąd mógł dotrzeć, jeśli reaguję tak… Cholera – syknęłam nagle, gdy jednak coś wymyśliłam. – Cholera, cholera, cholera.
Rozejrzałam się w popłochu wszędzie i nigdzie. Lilly i Kenneth nadal trwali pogrążeni w dyskusji, ale już Vanny patrzyła z namysłem, a i Clayd obserwował mnie spod uniesionych brwi, wyraźnie starając się czegoś nie powiedzieć.
- No, co? – zapytałam głucho, ale tylko pokręcił głową. – Co chwilę docierają do mnie konsekwencje zderzenia rzeczywistości i za każdym razem coraz gorsze.
- Chyba wiem – powiedziała powoli Vanny. – Opowiadałaś mi. Chodzi o Ciemność, prawda?
- Ciemność? – Djellia od razu przerwała opowiadanie Ivy jakichś babskich ploteczek. – Wędrująca Ciemność? Uważacie, że może się tu pojawić?
- Nie wiem – pokręciłam głową. – Czy mogą istnieć dwie Ciemności naraz? Bo jeśli nie, to…
Zamilkłam, na powrót zatapiając się we własnych myślach. Prędko jednak wyparł je półsen, który przyszedł z coraz to nowymi piosenkami w mojej głowie. Takimi, które pasowały do szybkiej jazdy przez zimowy krajobraz – czyżby rezultat zbliżania się do celu? Tak czy inaczej, po dotarciu do Białej Symfonii trzeba mnie było budzić, choć zazwyczaj nie potrafię spać w podróży.
Wszystko w tym miejscu jest zrobione z lodu, tak mi się wydaje, choć śniegutki w odpowiedzi na moje pytanie tylko się dźwięcznie zaśmiewały. A jednak, może i na zewnątrz panuje ostry mróz, a tymczasem w bielutkim budynku jest cieplutko jak w puchu, na szczęście dla Lilly i Tenariego.
Stoi tam tylko jeden budynek, przeznaczony wyłącznie dla ewentualnych gości – którzy zjawiają się nieczęsto i udekorowany jest prześlicznymi lodowymi rzeźbami. Przedstawiają one głównie muzyków, grających na wymyślnych instrumentach, o jakich istnieniu nie miałam pojęcia… W każdym razie to nie tam skierowaliśmy swe pierwsze kroki, lecz ku jednej z wielu scen, otoczonych kolumnami lub następnymi posągami. Już z daleka bowiem usłyszeliśmy koncert Ketrisa i Vaneshki, opatulonych w zabójcze futrzane płaszcze i szczęśliwych nad życie. Muzyka przyciąga muzykę…
- Publiczność! Będzie się przed kim popisywać! – zawołał bard, oderwawszy usta od fletu. Wtedy otoczyły nas śniegutki, podzwaniając skrzydełkami, skrzącymi się jak śnieg w słońcu.
- Czy wy też wędrujecie z południa? – zapytała jedna telepatycznie; potem się dowiedziałam, że używają ust wyłącznie do śpiewania - I bardzo słusznie. Tam przecież nic nie ma.
- Tak właściwie to z zachodu – sprostował Kenneth, ale puściły to mimo uszu.
- Obyście zostali tu dłużej niż poprzedni – dodała druga.
- Spróbowaliby nie – roześmiała się Vaneshka. – Jutro magiczna noc, jedna z najlepszych do śpiewania pieśni.
Najwidoczniej przekaz śniegutek był masowy, słyszalny dla nas wszystkich. Tylko Tenari wdał się w jakąś prywatną konwersację z jedną z nich, ale urwało się to, gdy jej śniegowe siostrzyczki odciągnęły ją w pośpiechu.
- I do słuchania – mruknęła Lilly. – Niektórzy nie mają umiejętności, żeby się z wami równać.
Nie jestem pewna, czy miała na myśli talent wokalny czy coś innego, gdzieś głębiej, ale miałam ochotę przypomnieć jej scenę w Creyone i słoneczniki. Jakoś tak…
Oczekiwana noc nadeszła pośród czarów, to fakt. I pośród muzyki. Nie wiem, czy sprawiła to magia czasu – w końcu kiedy się świętuje nowy rok na Północy? – czy miejsca, ale kolorowy bard i koronkowa pieśniarka byli jeszcze bardziej w swoim żywiole niż zwykle, a ich występ… No cóż… On grał na „służbowym” flecie, a nie na lutni, ona zaś śpiewała te swoje specyficzne pieśni, ulotne i enigmatyczne, choć z pewnością oczywiste dla konkretnych odbiorców. Kenneth i Lilly siedzieli jak zaczarowani, podczas gdy Ellil wydawał się gotowy do szaleńczego wzlotu pod niebo. Djellia wyglądała na zaskoczoną i rozbawioną zarazem – co rusz kręciła głową i chichotała do siebie. Ivy pogrążyła się w zamyśleniu, a na jej dziecięcej buzi na chwilę odbiło się, czym naprawdę jest; Tenari okrył ją skrzydłami, choć wyraźnie było mu zimniej niż jej. Vanny i Clayd siedzieli przytuleni, mając w pogardzie resztę świata.
A ja? Przyznam, że słuchałam urzeczona, ale też brakowało mi All Souls Night, brakowało mi Hounds of Love, Ready! i innych piosenek, które do tej pory kojarzyły mi się z sylwestrem i karnawałem, gdy tymczasem repertuar Ketrisa i Vaneshki nadawałby się raczej na Przesilenie. W noc zakończenia roku mógł mieć zbyt wielką moc…
Tak było, dopóki nie wybiła symboliczna północ.
Co prawda nie przywieźliśmy fajerwerków, a łabędzia zjedliśmy trzy noce wcześniej, ale i tak klimat zaczął się zmieniać. Z początku płynnie i ledwo słyszalnie, by nagle eksplodować pełnią radości. To Tenari pierwszy zorientował się, że śniegutki po prostu wyciągają nam z umysłów rozmaite piosenki i melodie, by dzięki swoim skrzydełkom i czystym głosikom wypuścić je na mroźne powietrze. Prawie jak w oryginale, a zarazem po swojemu.
Tak po dziesięć naraz…
Kiedy zakręciło się nam od tego w głowie i zaczęliśmy protestować, powiedziały nam, że zamiast tak stać bezmyślnie, powinniśmy łapać te piosenki, każdy swoje. Cokolwiek to miało znaczyć, w końcu muzyka się ustabilizowała i można było zacząć tańczyć. O tak, tańczyć do utraty tchu, nawet jeśli czułam się zapasową danserką.
- Od wieków nikt nie śmiał tutaj tańczyć – powiedziała nam potem któraś śniegutka. – Bo to przecież jest Biała Symfonia, a nie Biały Parkiet.
O, i akurat kiedy załadowałam nowy nabój do pióra – wypisało się na wzmiankę o tańcu – okazuje się, że przynajmniej część towarzystwa już się obudziła. Widzę ich przez okno – Djellia i Kenneth właśnie witają nowego gościa. Gość jest uroczą dziewczynką z jasnymi warkoczykami, we fioletowej pelerynce z całym mnóstwem pomponików. Trzyma w dłoniach przezroczystą kulkę z płomykiem w środku i wydaje się zaskoczona, że trafiła w takie zimne miejsce.
A może raczej, że my w takie trafiliśmy…
Subskrybuj:
Posty (Atom)