Usłyszawszy moje pytanie, Tenari uśmiechnął się i odpowiedział przeczącym ruchem głowy.
- Coś takiego - mruknęłam. - Skoro n i e polubiłeś mówienia, to powinnam
bić ci pokłony za to, że raczyłeś czytać tę książkę na głos.
Siedząca obok niego Ivy upuściła swój pędzelek, chlapiąc farbą na bluzeczkę, i rozchichotała się w głos.
- Przychodzimy oddać ci pokłon, my, królowie ze wszystkich stron świata!
- wykrzyknęła, cytując fragment jedneego ze słynnych soleńskich
dramatów. Ciekawe, co jeszcze dostaje do czytania. - Niebiosa patrzą,
jak płaszczymy się przed dziecięciem!
Tenari pacnął ją kredką w głowę i dopiero wtedy się uspokoiła.
- Słowa zniekształcają myśli - powiedział cicho i wrócił do rysowania.
Nie przeszkadzałam mu już, bo nie dość, że rysunek miał być prezentem,
to Ten-chan podchodził do niego już trzeci raz i powoli tracił
cierpliwość.
Patrzyłam na niego z zadziwieniem. Trochę urósł, to oczywiste, a jednak
wciąż był dzieckiem i rzucało się w oczy, kiedy wyrażał się zupełnie nie
po dziecięcemu. Zawsze lubił psocić, wcinać niezdrowe posiłki i
zaglądać we wszystkie zakamarki, a jednocześnie pozostawał skupiony i
wszystko uważnie obserwował - nic się nie zmienił. Właściwie Ivy,
wyjściowo przecież prastara dusza jednej z wielu krain Pieśni, bardziej
pasowała do standardowego wizerunku dziecka, ale może to po prostu
dlatego, że bardziej ją było słychać? Razem stanowili niesamowity duecik
ze swoimi własnymi tajemnicami i światy powinny się dobrze przygotować
na ich podrośnięcie.
Przyznam, że kiedy się zbudziłam wczorajszego ranka, miałam szczery
zamiar zająć się poważnymi rzeczami i pomyśleć o poważnych sprawach -
prawda, jak to ambitnie brzmi? Tymczasem jednak miałam wrażenie, że
świat się zatrzymał specjalnie dla mnie, że poważne sprawy nie ruszą z
miejsca dopóki się porządnie nie wybawię z dzieciakami nad gwiaździstym
jeziorkiem (byliśmy potem cali brokatowi), nie napiję się kilku różnych
mieszanek herbacianych pomysłu Andrei...
Ach tak. I dopóki nie wyczerpią mi się siły na śmiech, w którym
wtórowała mi Vanny. Z jakiegoś powodu Djellia i Ellil upodobali sobie
Ricka jako prywatnego przewodnika - ciągali go po całym Rozdrożu,
żądając dokładnego wytłumaczenia i dziwiąc się, że w ich światach nikt
nie wymyślił tak przemiłego miejsca (domu Nineveh nie widzieli)... Z
tego, jak nieszczęsny pan na włościach skarżył się na swój los,
wywnioskowałam, że przytrafiło mu się to nie pierwszy raz.
Zastanawiam się, co będzie dalej z tą dwójką. Teraz jest dokładnie
odwrotnie - ja jestem u siebie, a oni w zupełnie obcej rzeczywistości. I
jak dotąd wcale się tym nie przejmują.
No dobrze, nie ma co tak tkwić we wczoraj, bo dziś z samego ranka pojawił się Kaede.
Przyjechał na kasztance z zaplecionym ogonem, noszącej egzotyczne imię
Ayomide; o ile dobrze pamiętam, jeździ na niej od ponad roku, a jednak
nie przestał czuć się z tym niepewnie. Nie mam zamiaru go potępiać -
mnie samej przez parę lat posiadania konia trudno było przyzwyczaić się
do tego podskakiwania, a Kaede zawsze preferował motocykle... Zachowywał
się trochę jakby nie wiedział, po co właściwie tu jest, ale zanim
zdążył cokolwiek zrobić, został zgarnięty na śniadanie. Nawet nie
zdążyłam się z nim porządnie przywitać, ale przynajmniej pomachałam mu z
drugiej strony stołu, kiedy już zasiedliśmy do jedzenia.
- Sam przyjechałeś? - zagaiła Vanny ze zmartwioną miną, ale oczy jej
jakoś podejrzanie błyszczały. Chłopak odwzajemnił spojrzenie dość
nieufnie - albo się już na nim poznał, albo po prostu nie przywykł
jeszcze do nowego wyglądu pani Rozdroża.
- Nie chodziło mi o to, żeby trafić właśnie tutaj - powiedział dobitnie. - Sei'Hyô nalegał, cholera wie, dlaczego i po co.
- Twoja obecność jest bardzo mile widziana - pocieszyłam go. - Zawieziesz mnie do Pieśni, dobrze?
Kaede zmierzył mnie wzrokiem podobnie jak przedtem moją kuzynkę; miałam
wrażenie, że nie potrafi mnie uplasować w rzeczywistości. Może
faktycznie nie mógł, nie dziwiłabym się. A może po prostu miał co innego
w głowie.
- Jakbyś nie miała czym pojechać... - burknął wreszcie.
- Bo nie ma! - wyjaśniła Vanny. - Jej osobisty wierzchowiec już tam jest. Skonfiskowany tydzień temu przez Vaneshkę.
- Tam nie ma teraz po co leźć - Kaede wzruszył ramionami i wsadził do ust sporą porcję sałatki. - Na tę całą Krawędź.
Próbował przełknąć zanim jeszcze skończył mówić, czego efektem było
zakrztuszenie. Akurat kiedy Vanny zdzieliła go z całej siły w plecy,
nadszedł Rick, holowany przez swoich najnowszych fanów.
- Co za żenada - mruknął na ten uroczy widoczek.
Kaede ostentacyjnie to zignorował i (oczywiście, kiedy już wszystko
wykaszlał) przyjrzał się raczej Djellii i Ellilowi, który zaczął bawić
się powietrzem, popisując się przed Vanny.
- Przygarnęliście jakichś nowych nieszczęśników bez domu? - zdziwił się. -
A jeden z nich to jakaś uczesana wersja Tileya? Chyba chcecie dogonić
Hanę w jej kolekcji dziwadeł.
- Jak to uczesana? - zakłopotany Ellil przejechał dłonią po swoich niesfornych kosmykach.
- Czekaj - wtrąciłam się. - Co to znaczy, że na Krawędź nie ma po co jechać?
- Ta s t r a s z n a kobieta od pieśni mówiła kiedyś, że to boska
strażnica czy coś w tym rodzaju - skrzywił się Kaede. - A może to ty
mówiłaś, a ona tylko się denerwowała? Przyjechała wraz z tym drugim, tym
kolorowym, ostrzec nas przed wojującymi bogami - prychnął, jakby to
była największa niedorzeczność z możliwych.
- Jeśli chodzi o Vaneshkę, to mi też coś takiego mówiła - przypomniała
sobie Vanny. - Kiedy zabierała Nindë. Powiedziała, że Los Pieśni zaginął i
to zachwiało równowagę.
O, to dopiero mnie zaintrygowało. Los? Były w Pieśni dwa bóstwa związane
z losem. Światom na pewno by ulżyło, gdyby chodziło o Devnę, ale tak
pięknie być nie mogło, nie ma się co łudzić.
Ha, przyłapałam się na czymś - dopiero co wróciłam, a już wczułam się w
sytuację jakbym od początku siedziała w niej po uszy. Tak czy inaczej,
nie mogłam pozwolić, żeby mi roznieśli domenę, o której wciąż wiedziałam
za mało, prawda? Nawet jeśli... w ogóle wiedziałam za mało i nie miałam
pojęcia, co tak naprawdę zastanę na zewnątrz. Mogłabym raz a dobrze
wypytać o szczegóły, zamiast interpretować później szereg
niedopowiedzeń, ale nie, po co...
- Jedni bogowie chcą wyjść z Pieśni i przyłaczać do niej inne światy -
kontynuował Kaede. - Inni chcą tamtych powstrzymać. Tam jest teraz chryja
nie z tej ziemi i tyle.
- I mówisz to wszystko tak lekko?! - syknął Rick, uderzając dłonią o blat stołu. - Zostawiwszy tam Noelle i dzieciaki?!
- Chciałabyś, żeby on wobec ciebie też był taki opiekuńczy, co? - szepnęła Vanny do jego żony.
- Czy ja wiem... - westchnęła Andrea. - Zawsze kiedy temat schodzi na Noelle, wpada w ten swój dramatyzm...
Faktycznie, ów dramatyzm powoli sięgał szczytu. Widząc, że Kaede
niespecjalnie zważa na jego słowa, białowłosy szybkim ruchem chwycił go
za klapy czarnej kurtki.
- Wiesz, co byś zrobił, gdybyś miał trochę rozumu? - wycedził. - Powiem
ci powoli, żebyś zrozumiał: ukryłbyś swoją rodzinę w bezpiecznym
miejscu, z dala od jakichkolwiek "chryj", zamiast szwendać się samotnie
po innych domenach.
Teraz Kaede nie wytrzymał - również złapał Ricka za kołnierz i odepchnął
go od siebie, wstając gwałtownie i przewracając przy tym krzesło.
- Ha'O'Hana jest od wieków obrażona z wzajemnością na bogów, przez co
jest najbezpieczniejszym miejscem w naszej Zwrotce, a inne światy mogą w
każdej chwili mieć przechlapane, I ODWAL SIĘ OD MOJEJ RODZINY!! -
wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Światy już i tak mają przechlapane - mruknęła Vanny, ale miała przy tym dziwnie zdławiony głos.
- Przypominam ci - Rick nie dał się zbić z tropu - że to jest też m o j a rodzina.
Staliby tak bez końca, piorunując się wzrokiem, gdyby Andrea nie wstała i ich nie rozdzieliła.
- Mój niepoprawny małżonek miał na myśli, że mógłbyś ich wreszcie
przywieźć w odwiedziny - zwróciła się do Kaede ze słodkim uśmiechem. -
Polulałabym sobie taki mały kłębuszek. Albo i dwa.
Obaj panowie jednocześnie przełknęli ślinę i uciekli spojrzeniem w bok. Każdy chyba z innych powodów.
- Oczywiście mam już i tak dwa inne do lulania - dokończyła lekkim tonem.
- Ale cóż, Tenari i Ivy przychodzą do mnie głównie po słodycze.
- Mogłem tutaj jednak nie przyjeżdżać - stwierdził Kaede. - Choćby Sei'Hyô mnie nawiedzał w moich własnych okularach.
- Nie desperuj - mruknęłam. - I nie waż się nawiać, póki się nie spakuję.
- A my? - poskarżył się Ellil. - Jednak nas zostawiasz!
- Wepchnąłeś się tu za mną, to teraz się dostosuj - prychnęłam. - Bogom
trudno jest się aklimatyzować w światach już i tak terroryzowanych przez
innych bogów, wiesz? Mówię to na podstawie osobistych obserwacji.
- Chyba we wszystkich światach byłbym obcym bóstwem, nie? - mruknął niepewnie.
- Nie znam się na innych bogach, ale ci to dwunastka piramidalnych gnojków - ucięłam. - No, jedenastka, skoro jeden zaginął.
Najbardziej mi się nie podobało, że znowu zostawiam Tenariego, choć
Pieśń to już przecież nie Domena Lustrzana. No ale on tylko uśmiechnął
się tak wyrozumiale, że aż mi gorąco uderzyło do głowy i chyba wypłynęło
obficie na twarz.
13 X
I've been many places
I've travelled 'round the world
Always on the search for something new
But what does it matter
When all the roads I've crossed
Always seem to lead back to you
When you play with fire
Sometimes you get burned
It happens when you take a chance or two
But time is never wasted
When you've lived and learned
And in time it comes back to you
And when I got weary
I'd sit a while and rest
Memories invading my mind
All the things I'd treasured
The ones I'd loved the best
Were the things that I'd left behind...
Vanny podniosła się z kanapy i powoli podeszła, spoglądając na mnie uważnie i z lekkim wyrzutem. A przynajmniej już na początku założyłam, że to Vanny, bo skoro siedziała w salonie na Rozdrożu, osaczona przez Tenariego i Ivy, i była tu zupełnie na miejscu... Że nie była do siebie zbyt podobna, to inna rzecz. Miała niebieskie oczy, a włosy koloru zgaszonego błękitu, z uroczą dziewczęcą grzyweczką, ale wciąż mogła uchodzić przynajmniej za własną bliską krewną.
- Co to za image? - zapytałam, przyglądając się jej. Musiałam mieć wyjątkowo tępą minę, bo dzieciaki na kanapie zachichotały.
- Co to za nadbagaż? - odbiła piłeczkę, wskazując palcem gdzieś za mnie.
Zamrugałam ślepkami równie tępo, po czym wolniutko się obejrzałam, by zobaczyć następującą niespodziankę: Ellil stał sobie spokojnie, szczerząc zęby, a u jego boku Djellia, w pelerynce utkanej jakby z wielkich płatków kwiatów, rozglądała się po pokoju.
- A bo ja wiem? - mruknęłam, odwracając się z powrotem. - Nie spodziewałam się, że coś za mną przyjdzie.
- Doszliśmy do wniosku, że skoro zostaliśmy we trójkę umieszczeni na jednym rysunku, to coś to musi oznaczać - zaczęła wyjaśniać dziewczyna przepraszającym tonem. - I okazało się, że nas też można wczytać.
- A w każdym razie k o g o ś jeszcze, i tym kimś mogliśmy być my - dodał Ellil. - Poza tym Djel chciała sobie w ten sposób zrobić prezent urodzinowy.
- O? - zainteresowałam się. - A kiedy masz urodziny?
- Jedenastego października - wyjawiła nieśmiało.
- O! - ucieszyła się naraz Vanny. - To przedwczoraj! Też jesteś spod Wagi!
Za jej plecami Ten-chan i Ivy uśmiechnęli się do siebie jak para szaleńców, ale skoro tego nie widziała, to i nie zgromiła ich wzrokiem. Przygryzłam wargę i zmierzwiłam mojemu wychowankowi czuprynę, co przyjął zupełnie spokojnie; złapał mnie za rękę z uśmiechem, jakbym wcale a wcale nie zostawiła go na tak długo, ale...
- Coś takiego, a myślałam, że spędziłam tam więcej czasu - powiedziałam do siebie.
- A co, mało ci było? - podchwyciła moja kuzyneczka. - Gdziekolwiek byłaś, spędziłaś tam ponad rok. Wybrałaś się w długą drogę do odnalezienia siebie, czy co to miało być?
- Tak, oczywiście - prychnęłam. - Spędziłam ponad rok na skrajnej ascezie, żeby w końcu dostąpić nirwany - powrotu.
- Ascezie?! - wykrzyknęła Vanny. - Ty byś się dała namówić na ascezę? Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co oznacza skrajna asceza?!
- Nie, ona chyba sobie nie zdaje - wtrącił Ellil, patrząc na nas i niewiele rozumiejąc - Zawsze mi się wydawało, że asceza to wyrzeczenie się przyjemności, surową samodyscyplinę i nieustanne kontemplacje. To ostatnie to akurat Miya często robiła, ale jeszcze nie zauważyłem, żeby z własnej woli wyrzekła się herbaty, książek czy...
Jak na komendę odwzajemniłyśmy jego spojrzenie, obie poważne i uroczyste.
- Chodzi o to - powiedziała powoli i dobitnie Vanny. - że dzieci słyszą.
W tym momencie nie wytrzymałam i wybuchnęłam dzikim chichotem; i już po chwili obie siedziałyśmy na kanapie, obejmując się serdecznie i zaśmiewając się do łez, jakby było z czego. Chociaż właściwie było, bo przecież co miałyśmy robić, płakać? A że "nadbagaż" stał jak te dwa słupy, dziwnie na nas patrząc? Zachciało im się leźć w moje środowisko, to niech się przyzwyczajają.
Po takim przywitaniu nadszedł czas na obfitą kolację - niby napchałam się cukierkami w Krainie Czarów, a jednak czułam ożywczy apetyt, jakbym nagle zaczęła funkcjonować na nowo. Andrea, niezawodna gospodyni, nie kręciła nosem na dodatkowe gęby do nakarmienia, a tylko zauważyła, że dawno ich nie odwiedzałam, ale to dobrze, że jestem, bo dzięki temu i Vanny się wreszcie pofatygowała na Rozdroże.
- To Tenari się domagał - zaoponowała z pełnymi ustami zainteresowana. - Ja głosowałam za herbaciarnią.
- Ja nie narzekam - wzruszyłam ramionami. - W herbaciarni byłoby mi za łatwo zostać.
- A nie o to ci chodziło? - zdziwił się Ellil. - Tam jest twój dom, tak? Tam, gdzie ta herbaciarnia.
- No właśnie - skinęłam głową. - A trzeba będzie obskoczyć parę miejsc, zanim przyjdzie pora na zaszycie się w Blue Haven.
- Na razie nigdzie nie skaczesz - zmitygowała mnie kuzynka. - Po pierwsze, musisz mi wszystko opowiedzieć. Po drugie, ja muszę ci co nieco opowiedzieć. A po trzecie, tam, gdzie skoczysz, pewnie zaszyjesz się jeszcze głębiej i...
- I po czwarte - dodał cicho bóg wiatru. - Halo, a kto się nami zaopiekuje?...
- Jesteś dużym chłopcem, prawda? - usadziła go Djellia. - Poza tym ja też potrafię się przenosić między światami, zaopiekuję się tobą, biedactwo.
- Jakież to rozczulające - westchnęłam na ten widok i ponownie zwróciłam się do kuzynki: - A przepraszam, co ty sugerujesz na temat, gdzie ja chcę skakać?
Vanny tylko wzniosła oczy do sufitu i pokręciła głową z rezygnacją. A ja naprawdę miałam powody, by zadać takie pytanie; w końcu z początku byłam niepewna nawet tego, jak ona mnie przyjmie. Albo Tenari. Albo właściwie ktokolwiek, komu zniknęłam z życia.
- Nie, no nie musisz się tak martwić - pocieszyła mnie Vanny jeszcze później, kiedy już leżałyśmy obłożone poduszkami. - Lex, jak go ostatnio widziałam, ma się świetnie.
- Lex ma się świetnie - powtórzyłam bez wyrazu. - Jasne, nie ma sprawy.
- No, świetnie w miarę swoich możliwości - przyznała. - W każdym razie podjęłam go kiedyś w herbaciarni, przegadałam, zatkałam...
- Jestem z ciebie dumna - mruknęłam sennie. Sen także aż się prosił, bym mu się poddała, ale nie miałam jeszcze ochoty przerywać tej pogawędki z kuzynką. Nawet jeśli po zdaniu jej relacji z większości podróży zaczęłam tracić głos. Nawet jeśli wymyślałam sobie w duchu, że dałam się w ogóle namówić na tak długie opowiadanie bez przerwy. Ale może jestem troszkę niesprawiedliwa - Vanny też sporo od siebie wtrącała, często na zupełnie błahe tematy, ale tego mi było trzeba, żeby mocniej poczuć, że nie straciłam tu swojego miejsca. Opowiadała, co przez ten czas porabiał Tenari; relacjonowała jak to w Melgrade jabłonie uginały się pod ciężarem owoców, które zrywała wraz z Claydem całymi dniami i skończyć nie mogli, "bo to jakieś czary były"; mówiła, jak sobie radzi Kaede "w swojej wielkiej, kochanej rodzinie z Hany" i wspomniała, że Geddwyn czegoś szwenda się po światach, razem z Brangien i Artenem. Nie powiem, szkoda, bo przecież Teevine miało być jednym z pierwszych miejsc moich "skoków"...
Trochę mi za to umykała na pytania o jej nowy wygląd - w porządku, dowiedziałam się, że jej prawdziwe ciało jest teraz dobrze zakonserwowane w siedzibie organizacji, która ją zatrudnia, ale o przyczynach mówiła bardzo oględnie. Nawet kiedy próbowałam wypytać o szczegóły ascezy typu czy jej nowe kubki smakowe lubią słodycze i czy nagle nie dostała alergii na coś, za czym przedtem przepadała. No nic, nie jest specjalnie zadowolona z tej zamiany i trudno mi się temu dziwić.
- Powinnaś pogadać z Vaneshką - stwierdziła w pewnej chwili. - Widujemy się czasem z Blue Haven i z tego, co zrozumiałam, chętnie cię wytarga za uszy, kiedy się spotkacie.
- Jakoś podejrzewam, że będzie pierwsza z wielu - odparłam. - Ale chętnie się przekonam... Jak bardzo moja nieobecność została odnotowana...
Język mi się już plątał, więc dałam sobie spokój i życzyłam Vanny dobrej nocy. Tylko jeszcze zanim sen całkowicie mnie pochłonął, przypomniałam sobie, że słyszałam jak Tenari się o d e z w a ł, a nawet tego nie skomentowałam.
I've travelled 'round the world
Always on the search for something new
But what does it matter
When all the roads I've crossed
Always seem to lead back to you
When you play with fire
Sometimes you get burned
It happens when you take a chance or two
But time is never wasted
When you've lived and learned
And in time it comes back to you
And when I got weary
I'd sit a while and rest
Memories invading my mind
All the things I'd treasured
The ones I'd loved the best
Were the things that I'd left behind...
Blackmore's Night
Vanny podniosła się z kanapy i powoli podeszła, spoglądając na mnie uważnie i z lekkim wyrzutem. A przynajmniej już na początku założyłam, że to Vanny, bo skoro siedziała w salonie na Rozdrożu, osaczona przez Tenariego i Ivy, i była tu zupełnie na miejscu... Że nie była do siebie zbyt podobna, to inna rzecz. Miała niebieskie oczy, a włosy koloru zgaszonego błękitu, z uroczą dziewczęcą grzyweczką, ale wciąż mogła uchodzić przynajmniej za własną bliską krewną.
- Co to za image? - zapytałam, przyglądając się jej. Musiałam mieć wyjątkowo tępą minę, bo dzieciaki na kanapie zachichotały.
- Co to za nadbagaż? - odbiła piłeczkę, wskazując palcem gdzieś za mnie.
Zamrugałam ślepkami równie tępo, po czym wolniutko się obejrzałam, by zobaczyć następującą niespodziankę: Ellil stał sobie spokojnie, szczerząc zęby, a u jego boku Djellia, w pelerynce utkanej jakby z wielkich płatków kwiatów, rozglądała się po pokoju.
- A bo ja wiem? - mruknęłam, odwracając się z powrotem. - Nie spodziewałam się, że coś za mną przyjdzie.
- Doszliśmy do wniosku, że skoro zostaliśmy we trójkę umieszczeni na jednym rysunku, to coś to musi oznaczać - zaczęła wyjaśniać dziewczyna przepraszającym tonem. - I okazało się, że nas też można wczytać.
- A w każdym razie k o g o ś jeszcze, i tym kimś mogliśmy być my - dodał Ellil. - Poza tym Djel chciała sobie w ten sposób zrobić prezent urodzinowy.
- O? - zainteresowałam się. - A kiedy masz urodziny?
- Jedenastego października - wyjawiła nieśmiało.
- O! - ucieszyła się naraz Vanny. - To przedwczoraj! Też jesteś spod Wagi!
Za jej plecami Ten-chan i Ivy uśmiechnęli się do siebie jak para szaleńców, ale skoro tego nie widziała, to i nie zgromiła ich wzrokiem. Przygryzłam wargę i zmierzwiłam mojemu wychowankowi czuprynę, co przyjął zupełnie spokojnie; złapał mnie za rękę z uśmiechem, jakbym wcale a wcale nie zostawiła go na tak długo, ale...
- Coś takiego, a myślałam, że spędziłam tam więcej czasu - powiedziałam do siebie.
- A co, mało ci było? - podchwyciła moja kuzyneczka. - Gdziekolwiek byłaś, spędziłaś tam ponad rok. Wybrałaś się w długą drogę do odnalezienia siebie, czy co to miało być?
- Tak, oczywiście - prychnęłam. - Spędziłam ponad rok na skrajnej ascezie, żeby w końcu dostąpić nirwany - powrotu.
- Ascezie?! - wykrzyknęła Vanny. - Ty byś się dała namówić na ascezę? Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co oznacza skrajna asceza?!
- Nie, ona chyba sobie nie zdaje - wtrącił Ellil, patrząc na nas i niewiele rozumiejąc - Zawsze mi się wydawało, że asceza to wyrzeczenie się przyjemności, surową samodyscyplinę i nieustanne kontemplacje. To ostatnie to akurat Miya często robiła, ale jeszcze nie zauważyłem, żeby z własnej woli wyrzekła się herbaty, książek czy...
Jak na komendę odwzajemniłyśmy jego spojrzenie, obie poważne i uroczyste.
- Chodzi o to - powiedziała powoli i dobitnie Vanny. - że dzieci słyszą.
W tym momencie nie wytrzymałam i wybuchnęłam dzikim chichotem; i już po chwili obie siedziałyśmy na kanapie, obejmując się serdecznie i zaśmiewając się do łez, jakby było z czego. Chociaż właściwie było, bo przecież co miałyśmy robić, płakać? A że "nadbagaż" stał jak te dwa słupy, dziwnie na nas patrząc? Zachciało im się leźć w moje środowisko, to niech się przyzwyczajają.
Po takim przywitaniu nadszedł czas na obfitą kolację - niby napchałam się cukierkami w Krainie Czarów, a jednak czułam ożywczy apetyt, jakbym nagle zaczęła funkcjonować na nowo. Andrea, niezawodna gospodyni, nie kręciła nosem na dodatkowe gęby do nakarmienia, a tylko zauważyła, że dawno ich nie odwiedzałam, ale to dobrze, że jestem, bo dzięki temu i Vanny się wreszcie pofatygowała na Rozdroże.
- To Tenari się domagał - zaoponowała z pełnymi ustami zainteresowana. - Ja głosowałam za herbaciarnią.
- Ja nie narzekam - wzruszyłam ramionami. - W herbaciarni byłoby mi za łatwo zostać.
- A nie o to ci chodziło? - zdziwił się Ellil. - Tam jest twój dom, tak? Tam, gdzie ta herbaciarnia.
- No właśnie - skinęłam głową. - A trzeba będzie obskoczyć parę miejsc, zanim przyjdzie pora na zaszycie się w Blue Haven.
- Na razie nigdzie nie skaczesz - zmitygowała mnie kuzynka. - Po pierwsze, musisz mi wszystko opowiedzieć. Po drugie, ja muszę ci co nieco opowiedzieć. A po trzecie, tam, gdzie skoczysz, pewnie zaszyjesz się jeszcze głębiej i...
- I po czwarte - dodał cicho bóg wiatru. - Halo, a kto się nami zaopiekuje?...
- Jesteś dużym chłopcem, prawda? - usadziła go Djellia. - Poza tym ja też potrafię się przenosić między światami, zaopiekuję się tobą, biedactwo.
- Jakież to rozczulające - westchnęłam na ten widok i ponownie zwróciłam się do kuzynki: - A przepraszam, co ty sugerujesz na temat, gdzie ja chcę skakać?
Vanny tylko wzniosła oczy do sufitu i pokręciła głową z rezygnacją. A ja naprawdę miałam powody, by zadać takie pytanie; w końcu z początku byłam niepewna nawet tego, jak ona mnie przyjmie. Albo Tenari. Albo właściwie ktokolwiek, komu zniknęłam z życia.
- Nie, no nie musisz się tak martwić - pocieszyła mnie Vanny jeszcze później, kiedy już leżałyśmy obłożone poduszkami. - Lex, jak go ostatnio widziałam, ma się świetnie.
- Lex ma się świetnie - powtórzyłam bez wyrazu. - Jasne, nie ma sprawy.
- No, świetnie w miarę swoich możliwości - przyznała. - W każdym razie podjęłam go kiedyś w herbaciarni, przegadałam, zatkałam...
- Jestem z ciebie dumna - mruknęłam sennie. Sen także aż się prosił, bym mu się poddała, ale nie miałam jeszcze ochoty przerywać tej pogawędki z kuzynką. Nawet jeśli po zdaniu jej relacji z większości podróży zaczęłam tracić głos. Nawet jeśli wymyślałam sobie w duchu, że dałam się w ogóle namówić na tak długie opowiadanie bez przerwy. Ale może jestem troszkę niesprawiedliwa - Vanny też sporo od siebie wtrącała, często na zupełnie błahe tematy, ale tego mi było trzeba, żeby mocniej poczuć, że nie straciłam tu swojego miejsca. Opowiadała, co przez ten czas porabiał Tenari; relacjonowała jak to w Melgrade jabłonie uginały się pod ciężarem owoców, które zrywała wraz z Claydem całymi dniami i skończyć nie mogli, "bo to jakieś czary były"; mówiła, jak sobie radzi Kaede "w swojej wielkiej, kochanej rodzinie z Hany" i wspomniała, że Geddwyn czegoś szwenda się po światach, razem z Brangien i Artenem. Nie powiem, szkoda, bo przecież Teevine miało być jednym z pierwszych miejsc moich "skoków"...
Trochę mi za to umykała na pytania o jej nowy wygląd - w porządku, dowiedziałam się, że jej prawdziwe ciało jest teraz dobrze zakonserwowane w siedzibie organizacji, która ją zatrudnia, ale o przyczynach mówiła bardzo oględnie. Nawet kiedy próbowałam wypytać o szczegóły ascezy typu czy jej nowe kubki smakowe lubią słodycze i czy nagle nie dostała alergii na coś, za czym przedtem przepadała. No nic, nie jest specjalnie zadowolona z tej zamiany i trudno mi się temu dziwić.
- Powinnaś pogadać z Vaneshką - stwierdziła w pewnej chwili. - Widujemy się czasem z Blue Haven i z tego, co zrozumiałam, chętnie cię wytarga za uszy, kiedy się spotkacie.
- Jakoś podejrzewam, że będzie pierwsza z wielu - odparłam. - Ale chętnie się przekonam... Jak bardzo moja nieobecność została odnotowana...
Język mi się już plątał, więc dałam sobie spokój i życzyłam Vanny dobrej nocy. Tylko jeszcze zanim sen całkowicie mnie pochłonął, przypomniałam sobie, że słyszałam jak Tenari się o d e z w a ł, a nawet tego nie skomentowałam.
*
Pewien mistrz opowieści
rzekł kiedyś, że wszystkie miejsca, które zniknęły z map, gdy
ostatecznie udowodniono im nieistnienie, trafiają do Krainy Czarów.
Sądzę, że nikt, kto choć raz do niej zawitał, nie zaprzeczyłby tym
słowom. Właśnie tutaj można znaleźć pałac Walkirii, Wyspę Jabłoni oraz
mnóstwo innych miejsc, których istnienie uświadomiłam sobie jeszcze
nawet zanim Rafael lub któraś z naszych towarzyszek zdążyli choćby o
nich nadmienić.
Nie jestem pewna, ile zajęła nam droga do Przystani Pereł ani nawet w jaki sposób ją pokonaliśmy. Tak jakby ktoś, kto czytał tę opowieść - albo wcześniej pisał - ominął opis podróży. Nie będę mieć pretensji, sama niekiedy tak robię. W każdym razie Przystań Pereł powitała nas szumem morza już z oddali.
Zanim jednak doszliśmy do miasta, elfki pożegnały nas, tłumacząc, że za bardzo oddaliły się od swoich i trochę już się stęskniły.
- Nawet ich nie zapytałam o imiona - pożaliłam się, gdy tylko zniknęły nam z oczu. - Były i się rozpłynęły. Jak na pograniczu snu i jawy.
- Ani ty nie podałaś im swojego - zauważył Rafael. - Pamiętaj, że zdradzanie imienia obcym może mieć przykre konsekwencje.
- Czy według ciebie jestem czarownicą-zaklinaczką? - prychnęłam.
- Nie, za to jesteś czymś innym - odparował z mądrą miną.
- Demony częściej gubią własne imiona niż zabierają cudze - ucięłam. - Dziwi mnie, że ty wyraźnie masz za nic te przestrogi.
- Bo mnie tutaj wszyscy kochają - oświadczył Rafael niefrasobliwie. - Ale widzisz, ja ciebie też nie zapytałem.
- No to co mam robić? Nie chcę być traktowana tak bezosobowo. Za mało mam charyzmy, żeby się wznieść ponad swoje imię.
- Wymyśl, jak cię nazywać. Nawet jeśli nowe imię przyrośnie do ciebie, i tak nikt nie obróci go przeciwko tobie.
Zadumałam się, uciekając myślami do książki Moriany, w której przecież się pojawiłam.
- Co to znaczy ayina-kela? - przypomniało mi się. Rafael natychmiast uśmiechnął się radośnie.
- "Kropla rosy" - wyjaśnił. - To z języka Synów Pustyni. Oni w ogóle bardzo sobie cenią wodę, jak się łatwo domyślić. Pewnie dlatego tak to ładnie brzmi.
- Kropla Rosy - powtórzyłam, odwzajemniając uśmiech. - Mój przyjaciel lubi mnie tak nazywać.
- No, to jesteś przyzwyczajona - skwitował. Nie mitrężyliśmy już dłużej czasu, była już najwyższa pora, by rozejrzeć się po Przystani Pereł.
I bardzo prędko się tam zgubiłam. Zobaczyłam trzy małe światełka, krążące w powietrzu jakby się czymś denerwowały, i zaciekawiona poszłam za nimi. A kiedy się zreflektowałam i obejrzałam za Rafaelem, zdążył już mi zniknąć w tłumie istot najprzeróżniejszej maści...
Przechadzałam się brukowanymi uliczkami, rozglądając się wkoło. Domy były śliczne i kruche, jak powiększone - i mniej kiczowate - wersje bibelotów, które można sobie postawić na półce. Wszędzie rozlegał się szum morza, choć czasem dołączały do niego ciche odgłosy dzwoneczków lub czyjś śpiew. Trzy światła towarzyszyły mi przez jakiś czas, krążąc dokoła mojej głowy, dopóki nie zdecydowałam się wejść do jednego z budynków. Miał spadzisty zielony dach, ciemne zasłony w oknach i wymyślny szyld w nieznanym mi języku. W otwartych drzwiach stały w rządku elfy i inne istoty, które umiejscowiłabym raczej w lesie niż nad morzem - dziwne, ale nikt nie obraził się, że weszłam bez kolejki.
Kiedy znalazłam się w środku, od razu pomyślałam, że gdyby Tarquin to zobaczył, przestałby bredzić, że tu nie pasuje, a Shyam byłby zachwycony. Półmrok, na ścianach porozwieszane amulety o niewiadomym zastosowaniu, a do tego mnóstwo starych ksiąg o omszałych okładkach. Dotknęłam jednej, a ona poruszyła się gwałtownie, jakby miała łaskotki. Potem zobaczyłam wreszcie, gdzie prowadzi kolejka - na bujanym fotelu siedziała czarownica w szpiczastym kapeluszu i udzielała rozmaitych porad, w tej chwili akurat zdrożony leśny czart prosił ją o coś, co odstrasza pioruny. No wiecie co, czy tam w lasach nie mają własnych wiedźm?
Żeby nie przeszkadzać, cofnęłam się pod ścianę (zza której dochodziło dziwne bulgotanie) i omal nie wpadłam na jakąś dziewczynę. Upuściła przeglądane właśnie grube tomisko i przyjrzała mi się z zaciekawieniem przemieszanym z niepewnością. Następnie podniosła szeleszczącą z wyrzutem książkę i odłożyła ją na miejsce.
- Inaczej to sobie wyobrażałam! - poskarżyła mi się znienacka, ale pretensja w jej głosie chyba nie była do końca serio. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, nie bardzo pewna, o czym konkretnie mówiła.
- Jeśli ci się tu nie podoba, możesz przecież wyjść - powiedziałam.
- A ty co, będziesz tu siedzieć? - prychnęła. - Za dużo ciekawych rzeczy jest tam na zewnątrz, żeby zatrzymywać się na dłużej w jednym. Tak bez celu.
Wyszłyśmy ze sklepiku i mogłam się lepiej przyrzeć nowej znajomej. Miała długie jasne włosy i czarny płaszcz ze srebrną klamrą z wygrawerowaną sową. Wyglądała dość ludzko, choć z pewnością nie była Córą Pustyni, mogła więc być tu gościem, jak ja.
- Ale ja nie jestem pewna, dokąd teraz iść - teraz nadeszła moja kolej na narzekanie. - Ktoś mi się zgubił... A raczej ja mu się zgubiłam i...
- A czy to naprawdę takie straszne? - zapytała dziewczyna. - Powinnaś raczej cieszyć się urokami Przystani Pereł. Niewiele jest miejsc tak pełnych czarów jak to.
- Fakt - przyznałam. - To miasto wprost emanuje baśniową magią.
- Nie magią. Czary to co innego niż magia - pouczyła mnie. - Tam, w innych światach, są niejednokrotnie mylone, ale tutaj wszyscy pamiętają o tej różnicy.
- Ja też powinnam - westchnęłam. - Bo chyba wiem, co masz na myśli, tylko te moje c u d z o z i e m s k i e odruchy...
Popatrzyłyśmy na siebie i roześmiałyśmy się w głos.
- No, to chodź - zadecydowała dziewczyna, ciągnąc mnie za rękaw. - Masz tyle czarownych miejsc do obejrzenia. Możesz tu sobie kupić pogodę w butelkach, wiesz? I śpiewające kwiaty ze szkła, i cukierki, i mydełka. Są takie n i e s p o d z i a n k o w e.
- Będzie burza - powiedziała nieobecnym głosem, kiedy kilka godzin później szłyśmy brzegiem morza. Odwróciłam wzrok od kotów morskich, zbierających się przy skarpach, i spojrzałam w niebo, tak jak ona.
- Aha, płanetnicy nisko latają? - dojrzałam coś jakby sylwetki na ciemnych obłokach. - Chętnie przeleciałabym się na chmurze, gdybym nie miała lęku wysokości.
- Oni chętnie zabierają dziewczęta na przejażdżki, wiesz - zachichotała, a ja do niej dołączyłam. - Trochę się przez moment niepokoiłam, ale to chyba jednak będzie zwykła burza.
- A jaka inna mogłaby być? - zainteresowałam się, ale nawet gdybym dostała jakąś odpowiedź, nie zwróciłabym na nią uwagi. Dostrzegłam w oddali znajomą postać i pomachałam. Po chwili Rafael podszedł do nas z zadowolonym uśmiechem.
- Wiedziałem, że w końcu tu przyjdziesz - powiedział. - Ale długo ci to zajęło, odkąd straciłem cię z oczu.
- No tak - westchnęła moja przewodniczka. - Takie miłe spotkanie, a ty zaczynasz od wymówek.
- Z tobą to nawet nie powinienem gadać... Zniknęłaś mi z oczu w dość bezczelny sposób. Myślałem, że dłużej tam zostaniesz.
- Nie miałam po co, to jednak były zwykłe wiśnie - odpowiedziała niejasno. - Zresztą pewnych rzeczy po prostu nie wypada przegapić.
Nasze spojrzenia się spotkały i posłała mi uśmiech, trochę dziecięcy, a trochę uszczypliwy. I wiedziałam już, kim jest - może zresztą wiedziałam od początku, tylko atrakcje Przystani zagłuszyły mi podświadomość.
- Nie wypada - zgodziłam się. - Dziwnie by było, gdybym opuściła Krainę Czarów bez spotkania ciebie.
Moriana roześmiała się i usiadła na jednym z wielu przybrzeżnych kamieni. Tam dołączył do niej Rafael.
- Jeszcze byś tu wróciła - zapewniła. - A mając tyle innych istot do spotkania, szybko byś zapomniała.
- Ale... Kto inny mógłby mi pomóc zrozumieć, dlaczego tu jestem? To od ciebie się zaczęło, snujesz tę opowieść...
- Skąd pomysł, że mogę mieć do niej klucz? A może być kluczem? - zdziwiła się. - Jestem zupełnie zwyczajna jak na to miejsce. Tylko o nim piszę, tak jak ty opisujesz to, co dzieje się wokół ciebie.
- Skąd więc tyle o mnie wiesz? - nie dałam za wygraną. - Czy ty też nosisz ze sobą książkę podpisaną moim imieniem?
- Hej, ty akurat masz zupełnie co innego do czytania - zauważyła Moriana z uśmiechem.
Sięgnęłam do torby - i rzeczywiście, wyjęłam z niej to nieszczęsne dzieło, które jeszcze nie zostało napisane, z wyjątkiem jednego ścinka i kawałka piosenki. Czy miałam je przy sobie cały czas? Nie mogłam sobie przypomnieć. Przejrzałam kartki i odkryłam, że rysunki, które powinny grzecznie leżeć w teczce, tkwią tam w charakterze ilustracji.
Moriana wzięła ode mnie książkę i zaczęła ją przeglądać, zachwycając się rysunkami Geddwyna. Rafael przez chwilę jej towarzyszył, ale kiedy podjęła rozmowę, zapatrzył się na morze.
- Jednego brakuje - poinformowała mnie. - Ale musisz go znaleźć dopiero tam, dokąd zmierzasz.
- A gdzie się znajdę, kiedy stąd wyjdę? - chciałam wiedzieć.
- Oj, panienko - zaśmiała się Moriana. - Masz w tej chwili dwie drogi: przed siebie albo z powrotem. Choć ta druga chyba nie ma dla ciebie zbyt wiele sensu.
- Teoretycznie ma - wzruszyłam ramionami. - Przed sobą znajdę na pewno sporo wątków, które same będą mi się wpychać w łapy. Ale za mną... Też się wpychały.
- A ty je wypuściłaś? - mrugnęła do mnie szelmowsko.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć i co w ogóle o tym myśleć, ale kiedy Moriana oddała mi książkę, chwyciłam ją bez wahania, potykając się przy okazji...
...Zrobiła krok i nagle odkryła, że stawia nogi w powietrzu - a raczej w próżni, bo nie czuła już najmniejszego powiewu wiatru ani nie widziała wokół nieba.
Przypomniała sobie postawioną przez kogoś dawno temu zagadkę: "Który krok jest najważniejszy w życiu - pierwszy, obecny czy ostatni?" i zrobiła drugi krok, wiedząc, że inaczej pozostałaby tam na zawsze, a tak następny będzie już ostatnim. Oczywiście trochę się dziwiła sama sobie, że tak stąpa bez gruntu pod nogami, a jeszcze nie uderzyła w krzyk, ale czy miałoby to jakiś sens? Czasami nie ma po co zatrzymywać się i myśleć, kiedy wokół walą się światy... No dobrze, w tej chwili akurat nie miało się co walić, o tym dobrze wiedziała. W każdym razie nie tam, gdzie właśnie była. Musiała jednak wyjść, żeby stawić czoło nawet łamiącym się sercom i odpadającemu tynkowi ze ścian. Cokolwiek miałoby to znaczyć.
Wykonała trzeci krok i uzmysłowiła sobie, że stoi na miękkim perskim dywanie w dziwnie znajomym pokoju, a trzymana przez nią książka znajduje się w rękach chłopca ze skrzydłami, który jeszcze przed chwilą czytał ją miłym, choć niewyrobionym głosem. Zdążyła jeszcze usłyszeć kilka słów i uznała, że te bzdury brzmią jakby sama je napisała.
Chłopiec siedział na kanapie, opierając się o ramię młodej kobiety o falujących niebieskich włosach; po jej drugiej stronie siedziała mała dziewczynka, przysłuchując mu się uważnie. Po takiej przymusowej przerwie w czytaniu mógł oczywiście przytrzasnąć nowo przybyłej palce, ale nie zrobił tego, czekając cierpliwie aż sama puści książkę. Uśmiechnął się do niej szeroko, kiedy wreszcie to zrobiła i pewniej stanęła na dywanie.
- Wróciłam - powiedziałam, odzyskawszy głos.
Nie jestem pewna, ile zajęła nam droga do Przystani Pereł ani nawet w jaki sposób ją pokonaliśmy. Tak jakby ktoś, kto czytał tę opowieść - albo wcześniej pisał - ominął opis podróży. Nie będę mieć pretensji, sama niekiedy tak robię. W każdym razie Przystań Pereł powitała nas szumem morza już z oddali.
Zanim jednak doszliśmy do miasta, elfki pożegnały nas, tłumacząc, że za bardzo oddaliły się od swoich i trochę już się stęskniły.
- Nawet ich nie zapytałam o imiona - pożaliłam się, gdy tylko zniknęły nam z oczu. - Były i się rozpłynęły. Jak na pograniczu snu i jawy.
- Ani ty nie podałaś im swojego - zauważył Rafael. - Pamiętaj, że zdradzanie imienia obcym może mieć przykre konsekwencje.
- Czy według ciebie jestem czarownicą-zaklinaczką? - prychnęłam.
- Nie, za to jesteś czymś innym - odparował z mądrą miną.
- Demony częściej gubią własne imiona niż zabierają cudze - ucięłam. - Dziwi mnie, że ty wyraźnie masz za nic te przestrogi.
- Bo mnie tutaj wszyscy kochają - oświadczył Rafael niefrasobliwie. - Ale widzisz, ja ciebie też nie zapytałem.
- No to co mam robić? Nie chcę być traktowana tak bezosobowo. Za mało mam charyzmy, żeby się wznieść ponad swoje imię.
- Wymyśl, jak cię nazywać. Nawet jeśli nowe imię przyrośnie do ciebie, i tak nikt nie obróci go przeciwko tobie.
Zadumałam się, uciekając myślami do książki Moriany, w której przecież się pojawiłam.
- Co to znaczy ayina-kela? - przypomniało mi się. Rafael natychmiast uśmiechnął się radośnie.
- "Kropla rosy" - wyjaśnił. - To z języka Synów Pustyni. Oni w ogóle bardzo sobie cenią wodę, jak się łatwo domyślić. Pewnie dlatego tak to ładnie brzmi.
- Kropla Rosy - powtórzyłam, odwzajemniając uśmiech. - Mój przyjaciel lubi mnie tak nazywać.
- No, to jesteś przyzwyczajona - skwitował. Nie mitrężyliśmy już dłużej czasu, była już najwyższa pora, by rozejrzeć się po Przystani Pereł.
I bardzo prędko się tam zgubiłam. Zobaczyłam trzy małe światełka, krążące w powietrzu jakby się czymś denerwowały, i zaciekawiona poszłam za nimi. A kiedy się zreflektowałam i obejrzałam za Rafaelem, zdążył już mi zniknąć w tłumie istot najprzeróżniejszej maści...
Przechadzałam się brukowanymi uliczkami, rozglądając się wkoło. Domy były śliczne i kruche, jak powiększone - i mniej kiczowate - wersje bibelotów, które można sobie postawić na półce. Wszędzie rozlegał się szum morza, choć czasem dołączały do niego ciche odgłosy dzwoneczków lub czyjś śpiew. Trzy światła towarzyszyły mi przez jakiś czas, krążąc dokoła mojej głowy, dopóki nie zdecydowałam się wejść do jednego z budynków. Miał spadzisty zielony dach, ciemne zasłony w oknach i wymyślny szyld w nieznanym mi języku. W otwartych drzwiach stały w rządku elfy i inne istoty, które umiejscowiłabym raczej w lesie niż nad morzem - dziwne, ale nikt nie obraził się, że weszłam bez kolejki.
Kiedy znalazłam się w środku, od razu pomyślałam, że gdyby Tarquin to zobaczył, przestałby bredzić, że tu nie pasuje, a Shyam byłby zachwycony. Półmrok, na ścianach porozwieszane amulety o niewiadomym zastosowaniu, a do tego mnóstwo starych ksiąg o omszałych okładkach. Dotknęłam jednej, a ona poruszyła się gwałtownie, jakby miała łaskotki. Potem zobaczyłam wreszcie, gdzie prowadzi kolejka - na bujanym fotelu siedziała czarownica w szpiczastym kapeluszu i udzielała rozmaitych porad, w tej chwili akurat zdrożony leśny czart prosił ją o coś, co odstrasza pioruny. No wiecie co, czy tam w lasach nie mają własnych wiedźm?
Żeby nie przeszkadzać, cofnęłam się pod ścianę (zza której dochodziło dziwne bulgotanie) i omal nie wpadłam na jakąś dziewczynę. Upuściła przeglądane właśnie grube tomisko i przyjrzała mi się z zaciekawieniem przemieszanym z niepewnością. Następnie podniosła szeleszczącą z wyrzutem książkę i odłożyła ją na miejsce.
- Inaczej to sobie wyobrażałam! - poskarżyła mi się znienacka, ale pretensja w jej głosie chyba nie była do końca serio. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, nie bardzo pewna, o czym konkretnie mówiła.
- Jeśli ci się tu nie podoba, możesz przecież wyjść - powiedziałam.
- A ty co, będziesz tu siedzieć? - prychnęła. - Za dużo ciekawych rzeczy jest tam na zewnątrz, żeby zatrzymywać się na dłużej w jednym. Tak bez celu.
Wyszłyśmy ze sklepiku i mogłam się lepiej przyrzeć nowej znajomej. Miała długie jasne włosy i czarny płaszcz ze srebrną klamrą z wygrawerowaną sową. Wyglądała dość ludzko, choć z pewnością nie była Córą Pustyni, mogła więc być tu gościem, jak ja.
- Ale ja nie jestem pewna, dokąd teraz iść - teraz nadeszła moja kolej na narzekanie. - Ktoś mi się zgubił... A raczej ja mu się zgubiłam i...
- A czy to naprawdę takie straszne? - zapytała dziewczyna. - Powinnaś raczej cieszyć się urokami Przystani Pereł. Niewiele jest miejsc tak pełnych czarów jak to.
- Fakt - przyznałam. - To miasto wprost emanuje baśniową magią.
- Nie magią. Czary to co innego niż magia - pouczyła mnie. - Tam, w innych światach, są niejednokrotnie mylone, ale tutaj wszyscy pamiętają o tej różnicy.
- Ja też powinnam - westchnęłam. - Bo chyba wiem, co masz na myśli, tylko te moje c u d z o z i e m s k i e odruchy...
Popatrzyłyśmy na siebie i roześmiałyśmy się w głos.
- No, to chodź - zadecydowała dziewczyna, ciągnąc mnie za rękaw. - Masz tyle czarownych miejsc do obejrzenia. Możesz tu sobie kupić pogodę w butelkach, wiesz? I śpiewające kwiaty ze szkła, i cukierki, i mydełka. Są takie n i e s p o d z i a n k o w e.
- Będzie burza - powiedziała nieobecnym głosem, kiedy kilka godzin później szłyśmy brzegiem morza. Odwróciłam wzrok od kotów morskich, zbierających się przy skarpach, i spojrzałam w niebo, tak jak ona.
- Aha, płanetnicy nisko latają? - dojrzałam coś jakby sylwetki na ciemnych obłokach. - Chętnie przeleciałabym się na chmurze, gdybym nie miała lęku wysokości.
- Oni chętnie zabierają dziewczęta na przejażdżki, wiesz - zachichotała, a ja do niej dołączyłam. - Trochę się przez moment niepokoiłam, ale to chyba jednak będzie zwykła burza.
- A jaka inna mogłaby być? - zainteresowałam się, ale nawet gdybym dostała jakąś odpowiedź, nie zwróciłabym na nią uwagi. Dostrzegłam w oddali znajomą postać i pomachałam. Po chwili Rafael podszedł do nas z zadowolonym uśmiechem.
- Wiedziałem, że w końcu tu przyjdziesz - powiedział. - Ale długo ci to zajęło, odkąd straciłem cię z oczu.
- No tak - westchnęła moja przewodniczka. - Takie miłe spotkanie, a ty zaczynasz od wymówek.
- Z tobą to nawet nie powinienem gadać... Zniknęłaś mi z oczu w dość bezczelny sposób. Myślałem, że dłużej tam zostaniesz.
- Nie miałam po co, to jednak były zwykłe wiśnie - odpowiedziała niejasno. - Zresztą pewnych rzeczy po prostu nie wypada przegapić.
Nasze spojrzenia się spotkały i posłała mi uśmiech, trochę dziecięcy, a trochę uszczypliwy. I wiedziałam już, kim jest - może zresztą wiedziałam od początku, tylko atrakcje Przystani zagłuszyły mi podświadomość.
- Nie wypada - zgodziłam się. - Dziwnie by było, gdybym opuściła Krainę Czarów bez spotkania ciebie.
Moriana roześmiała się i usiadła na jednym z wielu przybrzeżnych kamieni. Tam dołączył do niej Rafael.
- Jeszcze byś tu wróciła - zapewniła. - A mając tyle innych istot do spotkania, szybko byś zapomniała.
- Ale... Kto inny mógłby mi pomóc zrozumieć, dlaczego tu jestem? To od ciebie się zaczęło, snujesz tę opowieść...
- Skąd pomysł, że mogę mieć do niej klucz? A może być kluczem? - zdziwiła się. - Jestem zupełnie zwyczajna jak na to miejsce. Tylko o nim piszę, tak jak ty opisujesz to, co dzieje się wokół ciebie.
- Skąd więc tyle o mnie wiesz? - nie dałam za wygraną. - Czy ty też nosisz ze sobą książkę podpisaną moim imieniem?
- Hej, ty akurat masz zupełnie co innego do czytania - zauważyła Moriana z uśmiechem.
Sięgnęłam do torby - i rzeczywiście, wyjęłam z niej to nieszczęsne dzieło, które jeszcze nie zostało napisane, z wyjątkiem jednego ścinka i kawałka piosenki. Czy miałam je przy sobie cały czas? Nie mogłam sobie przypomnieć. Przejrzałam kartki i odkryłam, że rysunki, które powinny grzecznie leżeć w teczce, tkwią tam w charakterze ilustracji.
Moriana wzięła ode mnie książkę i zaczęła ją przeglądać, zachwycając się rysunkami Geddwyna. Rafael przez chwilę jej towarzyszył, ale kiedy podjęła rozmowę, zapatrzył się na morze.
- Jednego brakuje - poinformowała mnie. - Ale musisz go znaleźć dopiero tam, dokąd zmierzasz.
- A gdzie się znajdę, kiedy stąd wyjdę? - chciałam wiedzieć.
- Oj, panienko - zaśmiała się Moriana. - Masz w tej chwili dwie drogi: przed siebie albo z powrotem. Choć ta druga chyba nie ma dla ciebie zbyt wiele sensu.
- Teoretycznie ma - wzruszyłam ramionami. - Przed sobą znajdę na pewno sporo wątków, które same będą mi się wpychać w łapy. Ale za mną... Też się wpychały.
- A ty je wypuściłaś? - mrugnęła do mnie szelmowsko.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć i co w ogóle o tym myśleć, ale kiedy Moriana oddała mi książkę, chwyciłam ją bez wahania, potykając się przy okazji...
...Zrobiła krok i nagle odkryła, że stawia nogi w powietrzu - a raczej w próżni, bo nie czuła już najmniejszego powiewu wiatru ani nie widziała wokół nieba.
Przypomniała sobie postawioną przez kogoś dawno temu zagadkę: "Który krok jest najważniejszy w życiu - pierwszy, obecny czy ostatni?" i zrobiła drugi krok, wiedząc, że inaczej pozostałaby tam na zawsze, a tak następny będzie już ostatnim. Oczywiście trochę się dziwiła sama sobie, że tak stąpa bez gruntu pod nogami, a jeszcze nie uderzyła w krzyk, ale czy miałoby to jakiś sens? Czasami nie ma po co zatrzymywać się i myśleć, kiedy wokół walą się światy... No dobrze, w tej chwili akurat nie miało się co walić, o tym dobrze wiedziała. W każdym razie nie tam, gdzie właśnie była. Musiała jednak wyjść, żeby stawić czoło nawet łamiącym się sercom i odpadającemu tynkowi ze ścian. Cokolwiek miałoby to znaczyć.
Wykonała trzeci krok i uzmysłowiła sobie, że stoi na miękkim perskim dywanie w dziwnie znajomym pokoju, a trzymana przez nią książka znajduje się w rękach chłopca ze skrzydłami, który jeszcze przed chwilą czytał ją miłym, choć niewyrobionym głosem. Zdążyła jeszcze usłyszeć kilka słów i uznała, że te bzdury brzmią jakby sama je napisała.
Chłopiec siedział na kanapie, opierając się o ramię młodej kobiety o falujących niebieskich włosach; po jej drugiej stronie siedziała mała dziewczynka, przysłuchując mu się uważnie. Po takiej przymusowej przerwie w czytaniu mógł oczywiście przytrzasnąć nowo przybyłej palce, ale nie zrobił tego, czekając cierpliwie aż sama puści książkę. Uśmiechnął się do niej szeroko, kiedy wreszcie to zrobiła i pewniej stanęła na dywanie.
- Wróciłam - powiedziałam, odzyskawszy głos.
*
- Niezłą sobie wybrałaś porę
na powrót - stwierdziła Vanny, a w jej karminowych oczach widać było
gorycz i rezygnację. - Następne w kolejce do zniknięcia jest DeNaNi, a
jeszcze nie odkryliśmy czy istnieje sposób, by to powstrzymać.
Na te słowa jeszcze bardziej skuliłam się na fotelu, ale tak naprawdę czułam się tylko zganiona, a nie przestraszona. Moja kuzynka westchnęła i klapnęła na moje łóżko.
- Ciekawe czy Ciemność i Jasność zostaną w ten sposób odsłonięte - powiedziałam po chwili głosem wypranym z emocji, zastanawiając się, gdzie może być Tenari. - To byłoby w smak Devnie i wszystkim, którzy chcieliby je przyłączyć do Pieśni.
- Skąd wiesz?!
- Co? Nie wiem, skąd wiem - zamrugałam ze zdziwieniem. - Ale to przecież normalne, że życie tworzy najdziksze fabuły i potem muszę je rozplątywać.
- Tak, no to tym razem będziesz miała co robić - Vanny wzruszyła ramionami. - Pewnie zaraz popędzisz ratować świat, co? Chyba że wolisz jechać z Lexem i ze mną na Mont Carnic. Ucieszyłby się.
Pokręciłam głową i chwiejnym ruchem podniosłam się z fotela, by podejść do toaletki i spojrzeć w lustro. Odbicie powtórzyło moje gesty - potrząsnęło długimi włosami i mrugnęło srebrnym oczkiem - a potem znienacka posiwiało. Dość częsty motyw, prawie tak częsty jak spadanie.
- Ciekawa propozycja - powiedziałam, odwracając się do kuzynki - ale chyba powinnam się już obudzić.
Cały sen odpłynął, a ja otworzyłam oczy i odkryłam, że spadam. Samym tym faktem przejęłam się mniej niż zwykle; niestety, oznaczał też ponowne urwanie filmu już po paru sekundach.
Ocknęłam się z wrażeniem, że ktoś mi się przygląda. I rzeczywiście, ujrzałam naprzeciwko siebie dwie pary oczu, błękitnych i bladozielonych. Spoglądały na mnie prosto z dziewczęcych twarzy, pomalowanych w granatowe wzory.
- Écoi'tallen, ess'ea! - zawołała jedna z nich gdzieś za siebie. - Już się zbudziła, słyszysz?
Druga zachichotała, jakby usłyszała coś niezwykle zabawnego, po czym obie odsunęły się, robiąc mi więcej miejsca. Niezbyt pewnie wygramoliłam się spod sklepienia z pozieleniałych gałązek, prosto w lekką mgiełkę, nie wiedząc, dokąd trafiłam, co mam teraz począć i gdzie, u licha, jest moja torba.
Niższa z dziewcząt, ta zielonooka i rozchichotana - widziałam już, że obie są elfkami - pobiegła jak strzała między drzewa, by po chwili wrócić z ciemnowłosym mężczyzną w kamizelce wyszywanej błyszczącymi nićmi na kształt fajerwerków. Co rusz ciągnęła go za poły owej kamizelki i parskała śmiechem.
- Nie ma się z czego śmiać - zganił ją. - Pamiętaj, że ten niezwykły strój to wyraz wdzięczności Liimen. Sama go wyhaftowała.
Podszedł bliżej, a dziewczyna z przejęciem szeptała mu coś do ucha, kiedy kładł na trawę moją torbę.
- Sporo przespałaś - poinformował mnie. - A te dwie trzpiotki ciągle siedziały obok i strzegły twoich snów.
- To ja miałam jakieś sny? - mruknęłam, jeszcze nie do końca przytomna. - Już po tym jak spadłam? Nie pamiętam żadnego.
- Miałabyś, gdybyśmy im pozwoliły - siedząca obok mnie elfka pokręciła jasną główką.
- Ale spadłaś cudownie! - roześmiała się druga z dziewcząt, przezornie odsuwając się od nowego towarzysza. - Najpierw twój dobytek wylądował mu na głowie, kiedy odpoczywał sobie pod drzewem. A potem wylądowałaś ty.
Natychmiast zdjął mnie zrozumiały lęk. Pierwszą i najbardziej oczywistą rzeczą, jaką mogłam zrobić, było chwycenie torby i sprawdzenie czy nic się nie stało. Ale nie, pamiętnik był na miejscu, rysunki się nie pogniotły, a Światło Przewodnie nie potłukło...
- To ja tu jestem poszkodowany - zwrócił na siebie uwagę przybysz, dosiadając się do nas.
- Przecież widzę, że nic ci nie jest - prychnęłam. Dopiero teraz mogłam mu się bliżej przyjrzeć - na jego smagłej twarzy malowała się powaga, ale wyraz niebieskich oczu zupełnie jej przeczył.
- No już, nie siedzimy bezczynnie - elfki poderwały się z trawy, ciągnąc nas za ręce. - Mamy piękną młodą noc i księżyc w ostatniej kwadrze! Wiecie, co to znaczy?
- Jasne - odpowiedziałam bez namysłu. - Że spaceruje po nim Patronka magii i zbiera od ludzi życzenia.
Dziewczęta popatrzyły na siebie zamyślone.
- Ładna odpowiedź - stwierdziła wreszcie ta wyższa.
- Ładna - przytaknęła zielonooka. - Trzeba będzie zapamiętać.
- Nie do wiary - roześmiałam się, gdy prowadziły nas przez mgłę. - Czyżbym wreszcie dla odmiany trafiła do świata, gdzie elfy są baśniowymi zjawiskami? Nawet nie wiem jak się tu przeniosłam: ot, położyłam się spać i spadłam...
- Tutak można się tak dostać - przyznał mój nowy znajomy. - Granice między nami a innymi światami są bardzo cienkie. Może istnieją tylko w naszych umysłach.
- A ja myślałam, że w postaci międzysferalnej karuzeli - zmarszczyłam brwi. - Tak czy owak, obie możliwości są mało korzystne... Bez względu na to, co kiedykolwiek zostanie o mnie napisane, nie zwykłam zjawiać się niczym eteryczna wizja w srebrzystej mgle...
- Chyba nie musisz. Moriana już dawno przewidziała twoje przybycie, więc i tak zrobiło wrażenie - uśmiechnął się i dodał: - Zresztą mgły masz pod dostatkiem.
Z początku nie rozumiałam, co ma na myśli, ale iedy usłyszałam znane mi imię, prędzej czy później wszystko musiało wskoczyć na swoje miejsce. Chwyciłam go za rękaw koszuli, przystając gwałtownie i potykając się o kępkę trawy.
- Masz na imię Rafael - wykrztusiłam.
- Znają mnie tam, skąd pochodzisz? - spytał, zaskoczyony i zadowolony.
- Jesteś człowiekiem, a nie mieszkasz na pustyni, więc musisz być Rafaelem - odparłam. - Skoro ty mnie znasz, ja mam prawo znać ciebie.
Gruntowne poznawanie się nawzajem przerwały nam elfki, kiwając na nas z oddali, podjęliśmy więc marsz.
- Jestem w Faërie - mówiłam do siebie. - A niech to. Ktoś mnie wczytał i znowu podczas snu.
- To niedobrze?
- Co?! Od dawna na to czekałam! - wykrzyknęłam gorączkowo. - Ale że w takiej chwili, kiedy jeszcze tyle było do zrobienia... Zmiany nie czekają na zakończenie wątków, po prostu się zdarzają.
- Zawsze mówisz takimi dziwnymi metaforami? - zaonteresował się Rafael. - Jesteś jakąś natchnioną pisarką, czy jak?
- Jestem kronikarką - westchnęłam. - A przynajmniej kiedyś się za taką uważałam.
Z plątaniny drzew wyszliśmy na występ skalny, z którego świetnie było widać nocne niebo. W dole biegła droga, srebrząca się w blasku księżyca i gwiazd, a wdłuż niej rosły słoneczniki. Nie pomyliłam się - pod nami nie było już mgły, więc wszystko dobrze widziałam.
- Co jest dalej? - zniżyłam głos, żeby nie rozpraszać uwagi elfek, które właśnie rozpoczęły jakiś spontaniczny, zwariowany taniec.
- Morze - uśmiechnął się Rafael. - Moriana zapowiadała, że pokaże ci Przystań Pereł, ale ponieważ jej nie ma, ja mogę to zrobić. Chyba że wolisz odwiedzić elfią bibliotekę, skoro zajmujesz się literaturą.
- Moriany nie ma - powtórzyłam cicho. - Miałam nadzieję, że będę mogła ją odnaleźć i uzyskać u niej wyjaśnienie... Sama nie wiem, czego.
- Ledwo dwie noce temu zobaczyła otwarte przejście, a za nim drzewa ukwiecone na różowo - poinformował, przerwacając oczami. - I przyszło jej na myśl, że koniecznie musi tam iść.
- Więc to jest takie łatwe? - zapytałam. - Wystarczy otworzyć portal i stąd wyjść?
- Sam nie wiem - Rafael pokręcił głową. - Nigdy nie miałem ochoty sprawdzać. Tutaj za łatwo zostać.
Po tym, co wcześniej czytałam i jak się tu czułam, wierzyłam mu na słowo. Nie rozmawialiśmy więcej; przyglądaliśmy się tańcowi księżycowych elfek, chłonąc zapach wiatru i szum drzew. Roślinność była bujna jak podczas pełni lata, za to powietrze chłodne i orzeźwiające, wczesnowiosenne...
Na te słowa jeszcze bardziej skuliłam się na fotelu, ale tak naprawdę czułam się tylko zganiona, a nie przestraszona. Moja kuzynka westchnęła i klapnęła na moje łóżko.
- Ciekawe czy Ciemność i Jasność zostaną w ten sposób odsłonięte - powiedziałam po chwili głosem wypranym z emocji, zastanawiając się, gdzie może być Tenari. - To byłoby w smak Devnie i wszystkim, którzy chcieliby je przyłączyć do Pieśni.
- Skąd wiesz?!
- Co? Nie wiem, skąd wiem - zamrugałam ze zdziwieniem. - Ale to przecież normalne, że życie tworzy najdziksze fabuły i potem muszę je rozplątywać.
- Tak, no to tym razem będziesz miała co robić - Vanny wzruszyła ramionami. - Pewnie zaraz popędzisz ratować świat, co? Chyba że wolisz jechać z Lexem i ze mną na Mont Carnic. Ucieszyłby się.
Pokręciłam głową i chwiejnym ruchem podniosłam się z fotela, by podejść do toaletki i spojrzeć w lustro. Odbicie powtórzyło moje gesty - potrząsnęło długimi włosami i mrugnęło srebrnym oczkiem - a potem znienacka posiwiało. Dość częsty motyw, prawie tak częsty jak spadanie.
- Ciekawa propozycja - powiedziałam, odwracając się do kuzynki - ale chyba powinnam się już obudzić.
Cały sen odpłynął, a ja otworzyłam oczy i odkryłam, że spadam. Samym tym faktem przejęłam się mniej niż zwykle; niestety, oznaczał też ponowne urwanie filmu już po paru sekundach.
Ocknęłam się z wrażeniem, że ktoś mi się przygląda. I rzeczywiście, ujrzałam naprzeciwko siebie dwie pary oczu, błękitnych i bladozielonych. Spoglądały na mnie prosto z dziewczęcych twarzy, pomalowanych w granatowe wzory.
- Écoi'tallen, ess'ea! - zawołała jedna z nich gdzieś za siebie. - Już się zbudziła, słyszysz?
Druga zachichotała, jakby usłyszała coś niezwykle zabawnego, po czym obie odsunęły się, robiąc mi więcej miejsca. Niezbyt pewnie wygramoliłam się spod sklepienia z pozieleniałych gałązek, prosto w lekką mgiełkę, nie wiedząc, dokąd trafiłam, co mam teraz począć i gdzie, u licha, jest moja torba.
Niższa z dziewcząt, ta zielonooka i rozchichotana - widziałam już, że obie są elfkami - pobiegła jak strzała między drzewa, by po chwili wrócić z ciemnowłosym mężczyzną w kamizelce wyszywanej błyszczącymi nićmi na kształt fajerwerków. Co rusz ciągnęła go za poły owej kamizelki i parskała śmiechem.
- Nie ma się z czego śmiać - zganił ją. - Pamiętaj, że ten niezwykły strój to wyraz wdzięczności Liimen. Sama go wyhaftowała.
Podszedł bliżej, a dziewczyna z przejęciem szeptała mu coś do ucha, kiedy kładł na trawę moją torbę.
- Sporo przespałaś - poinformował mnie. - A te dwie trzpiotki ciągle siedziały obok i strzegły twoich snów.
- To ja miałam jakieś sny? - mruknęłam, jeszcze nie do końca przytomna. - Już po tym jak spadłam? Nie pamiętam żadnego.
- Miałabyś, gdybyśmy im pozwoliły - siedząca obok mnie elfka pokręciła jasną główką.
- Ale spadłaś cudownie! - roześmiała się druga z dziewcząt, przezornie odsuwając się od nowego towarzysza. - Najpierw twój dobytek wylądował mu na głowie, kiedy odpoczywał sobie pod drzewem. A potem wylądowałaś ty.
Natychmiast zdjął mnie zrozumiały lęk. Pierwszą i najbardziej oczywistą rzeczą, jaką mogłam zrobić, było chwycenie torby i sprawdzenie czy nic się nie stało. Ale nie, pamiętnik był na miejscu, rysunki się nie pogniotły, a Światło Przewodnie nie potłukło...
- To ja tu jestem poszkodowany - zwrócił na siebie uwagę przybysz, dosiadając się do nas.
- Przecież widzę, że nic ci nie jest - prychnęłam. Dopiero teraz mogłam mu się bliżej przyjrzeć - na jego smagłej twarzy malowała się powaga, ale wyraz niebieskich oczu zupełnie jej przeczył.
- No już, nie siedzimy bezczynnie - elfki poderwały się z trawy, ciągnąc nas za ręce. - Mamy piękną młodą noc i księżyc w ostatniej kwadrze! Wiecie, co to znaczy?
- Jasne - odpowiedziałam bez namysłu. - Że spaceruje po nim Patronka magii i zbiera od ludzi życzenia.
Dziewczęta popatrzyły na siebie zamyślone.
- Ładna odpowiedź - stwierdziła wreszcie ta wyższa.
- Ładna - przytaknęła zielonooka. - Trzeba będzie zapamiętać.
- Nie do wiary - roześmiałam się, gdy prowadziły nas przez mgłę. - Czyżbym wreszcie dla odmiany trafiła do świata, gdzie elfy są baśniowymi zjawiskami? Nawet nie wiem jak się tu przeniosłam: ot, położyłam się spać i spadłam...
- Tutak można się tak dostać - przyznał mój nowy znajomy. - Granice między nami a innymi światami są bardzo cienkie. Może istnieją tylko w naszych umysłach.
- A ja myślałam, że w postaci międzysferalnej karuzeli - zmarszczyłam brwi. - Tak czy owak, obie możliwości są mało korzystne... Bez względu na to, co kiedykolwiek zostanie o mnie napisane, nie zwykłam zjawiać się niczym eteryczna wizja w srebrzystej mgle...
- Chyba nie musisz. Moriana już dawno przewidziała twoje przybycie, więc i tak zrobiło wrażenie - uśmiechnął się i dodał: - Zresztą mgły masz pod dostatkiem.
Z początku nie rozumiałam, co ma na myśli, ale iedy usłyszałam znane mi imię, prędzej czy później wszystko musiało wskoczyć na swoje miejsce. Chwyciłam go za rękaw koszuli, przystając gwałtownie i potykając się o kępkę trawy.
- Masz na imię Rafael - wykrztusiłam.
- Znają mnie tam, skąd pochodzisz? - spytał, zaskoczyony i zadowolony.
- Jesteś człowiekiem, a nie mieszkasz na pustyni, więc musisz być Rafaelem - odparłam. - Skoro ty mnie znasz, ja mam prawo znać ciebie.
Gruntowne poznawanie się nawzajem przerwały nam elfki, kiwając na nas z oddali, podjęliśmy więc marsz.
- Jestem w Faërie - mówiłam do siebie. - A niech to. Ktoś mnie wczytał i znowu podczas snu.
- To niedobrze?
- Co?! Od dawna na to czekałam! - wykrzyknęłam gorączkowo. - Ale że w takiej chwili, kiedy jeszcze tyle było do zrobienia... Zmiany nie czekają na zakończenie wątków, po prostu się zdarzają.
- Zawsze mówisz takimi dziwnymi metaforami? - zaonteresował się Rafael. - Jesteś jakąś natchnioną pisarką, czy jak?
- Jestem kronikarką - westchnęłam. - A przynajmniej kiedyś się za taką uważałam.
Z plątaniny drzew wyszliśmy na występ skalny, z którego świetnie było widać nocne niebo. W dole biegła droga, srebrząca się w blasku księżyca i gwiazd, a wdłuż niej rosły słoneczniki. Nie pomyliłam się - pod nami nie było już mgły, więc wszystko dobrze widziałam.
- Co jest dalej? - zniżyłam głos, żeby nie rozpraszać uwagi elfek, które właśnie rozpoczęły jakiś spontaniczny, zwariowany taniec.
- Morze - uśmiechnął się Rafael. - Moriana zapowiadała, że pokaże ci Przystań Pereł, ale ponieważ jej nie ma, ja mogę to zrobić. Chyba że wolisz odwiedzić elfią bibliotekę, skoro zajmujesz się literaturą.
- Moriany nie ma - powtórzyłam cicho. - Miałam nadzieję, że będę mogła ją odnaleźć i uzyskać u niej wyjaśnienie... Sama nie wiem, czego.
- Ledwo dwie noce temu zobaczyła otwarte przejście, a za nim drzewa ukwiecone na różowo - poinformował, przerwacając oczami. - I przyszło jej na myśl, że koniecznie musi tam iść.
- Więc to jest takie łatwe? - zapytałam. - Wystarczy otworzyć portal i stąd wyjść?
- Sam nie wiem - Rafael pokręcił głową. - Nigdy nie miałem ochoty sprawdzać. Tutaj za łatwo zostać.
Po tym, co wcześniej czytałam i jak się tu czułam, wierzyłam mu na słowo. Nie rozmawialiśmy więcej; przyglądaliśmy się tańcowi księżycowych elfek, chłonąc zapach wiatru i szum drzew. Roślinność była bujna jak podczas pełni lata, za to powietrze chłodne i orzeźwiające, wczesnowiosenne...
25 IX
Nie zebraliśmy się w żadnym
świątynnym budynku, którego ściany mogłyby ograniczać pole dla
wyobraźni. Młoda para miała złożyć sobie przysięgę wierności w zaklętym
gaju, pod wielkim dębem. Właściwie szkoda, chciałam sobie obejrzeć to
miasto...
Ale nie ubiegajmy zdarzeń. Przez pół dnia, kiedy nas zżerała niecierpliwość, Nineveh chodzła zdenerwowana, z zupełnie przeciwnego powodu.
- Nie zawiera się małżeństw jesienią - fukała. - Toż to czas zamierania!.. I tak dobrze, że nie w Równonoc.
- Ciekawe czy wie o tym z doświadczenia - szepnął Kylph, ale nie odważył się głośno spytać.
Po prawdzie, to nie dość, że się z nią nie zgadzałam, to jeszcze uważałam ją za ostatnią osobę, która mogłaby mieć taki punkt widzenia.
Została jakaś godzina do ceremonii, a ja wciąż nie wiedziałam, jak się dostaniemy na wyznaczone miejsce. Aż wreszcie coś zaczęło się dziać - okno otworzyło się jak przy gwałtownym podmuchu wiatru, a za nim zobaczyliśmy most, utworzony jakby ze złotego jedwabiu. Trzeba było wdrapać się na parapet, a następnie - rozpaczliwie trzymając się ścian i czyichś rękawów - przejść na ten most, odkrywając, że jest twardy i stabilny. Nie musieliśmy już potem robić ani kroku - czarodziejska droga sama zaniosła nas do gaju z zawrotną prędkością. I nikt przy tym nie spadł.
- To? To są moje osoby towarzyszące - wyjaśniała Nineveh każdemu, kto zapytał. Takim tonem, jakby to było oczywiste. Nikt jednak nie czepiał się za bardzo, bo gości było zadziwiająco mało, więc najwyraźniej każda dusza była mile widziana.
Kiedy zeszliśmy z mostu, została nam jeszcze chwila dla siebie, więc po tym jak czarodziejka bardzo zdecydowanie kazała Rizzowi zniknąć, urządziliśmy sobie mały spacer po elfim gaju. Miejsce to, nie dość, że samo w sobie urokliwe, emanowało specyficzną magią, rozmarzyłam się więc na całego, zachwycając się jesiennym krajobrazem i zastanawiając się, komu chciałabym ten gaj pokazać.
Wreszcie zebraliśmy się na polanie pod dębem tak wielkim, że zmieściłby w sobie mój pokój przy herbaciarni... Wszyscy dokoła mieli arcypoważne miny i słuchali, jak nie mniej poważna elfka w bieli - widocznie kapłanka - wygłasza długą przemowę, z której niczego nie rozumiałam. Dziwne, zawsze wydawało mi się, że elfie języki są do siebie zbliżone - przynajmniej brzmieniem - a ten był jakiś taki chropowaty. Ale nieważne, odsłuchałam i zajęłam się patrzeniem; zaczęła się właściwa ceremonia, a goście wyjęli miecze - miecze! - i wbili je w ziemię. Na chwilę poczułam się jakbym była w armii, która właśnie się poddaje. Ale tylko na chwilę.
Zza dębu, z dwóch jego stron wyszła wreszcie młoda para. Oboje byli przyodziani na granatowo i błyszczeli jak rozgwieżdżone niebo. Do twarzy było im z tym bardzo różnie. On okazał się bladym rudzielcem, wymizerowanym, ale spoglądającym na swoją wybrankę rozanielonym wzrokiem. Ona, smukła i piękna, poruszała się z gracją, a czarne włosy miała zebrane w rozwichrzony kok. Uśmiechała się serdecznie, chyba tylko ona jedna z nich wszystkich, ale kiedy już stanęła obok narzeczonego, przybrała stosowny wyraz powagi. Gdy zaś zaczęli składać sobie przysięgę miłości i wierności - nadal w tym dziwnym języku, ale tym razem Nineveh skrzywiła się z niesmakiem - zawiał silny wiatr i z drzewa spadło mnóstwo liści, wirując w uroczystym tańcu. Co poniektórzy goście na ten widok nawet pozwolili sobie na zmianę wyrazu twarzy na bardziej radosny.
- Pora, byśmy wszyscy odśpiewali pieśń na cześć zaślubionych - powiedziała kapłanka, wreszcie zrozumiale. - A następnie przygotujemy się do ceremonii połączenia, którą pani Dáenes i pan Melenril zgodzili się przeprowadzić jeszcze dziś.
- No tak - wycedziła Nineveh, nagle jeszcze bardziej poirytowana. - Zgodzili się, a dowiaduję się o tym ostatnia. Ja im dam.
Po tych słowach zaczęła się przepychać do przodu, a my oczywiście za nią, nie chcąc przegapić potencjalnie ciekawej sceny. Nie zdążyło jednak do niej dojść, gdyż wiatr niespodziewanie przyniósł ze sobą burzę z piorunami... Nie, przesadzam. To nie była burza, tylko bardzo efektowne otwarcie portalu, wśród błysków i trzasków błyskawic. Portal pojawił się tuż obok dębu - jakimś cudem nie uszkadzając nawet listka - i wyszedł z niego Séarlan.
Stanął naprzeciw nowożeńców i powoli zdjął kaptur, odsłaniając jasne włosy, szlachetne rysy i powagę idealnie pasującą do otoczenia. I od razu wiedziałam, że to musi być Séarlan, bo zza jego ciemnej szaty wyglądała dziewczęca główka o jasnych warkoczykach.
- Wśród ludzi jest taki zwyczaj, że nim młoda para weźmie ślub, można wystąpić i sprzeciwić się temu, podając przyczynę - powiedział przybysz cicho, ale wyraźnie, jakby jego głos docierał wszędzie, niesiony wiatrem. - Przydałoby się wprowadzić coś takiego i tutaj.
- Trzeba było nie protestować tak długo, kiedy cię tu serdecznie zapraszałam - fuknęła głośno J. - Wtedy byś się nie spóźnił na... Taką miłą uroczystość.
Elf spojrzał na nią zimno, nie zwracając uwagi na fakt, że gromadka gości dokładnie tak samo patrzy na niego.
- Nie myśl, że mnie w jakiś sposób udobruchasz - rzekł i ruszył w stronę Dáenes, jednak jej świeżo poślubiony małżonek wykazał się refleksem i zagrodził mu drogę.
- Kimkolwiek jesteś, podaj tę przyczynę z a n i m zrobisz coś, czego będziesz potem żałował - wypalił, udając, że wcale się nie boi.
- Wyglądasz na poczciwego durnia - odparł Séarlan, przyglądając mu się uważnie. - Lepiej zniknij stąd w tej chwili, bo nie zasługujesz na to, by zginąć jak Keghart.
Dáenes wciągnęła ze świstem powietrze i sama podeszła do tych dwóch, którzy ją kochali.
- Śmiesz wymawiać jego imię... - zaczęła drżącym głosem.
- O tak, śmiem - przyznał spokojnie. - A ty, jak widzę, nie śmiesz. Nie przyznałaś się nowemu mężowi, co spotkało jego poprzednika?
W tym momencie straciłam rozeznanie w sytuacji, bo J zdążyła wypatrzyć nas wśród gości i podejść, wyraźnie oczekując na pochwały.
- No dobrze, znalazłaś swojego wymarzonego elfa - powiedziałam na przywitanie. - Teraz wypada nam spytać, jak go wykradłaś rywalowi, tak?
- Powiem ci, jak nie będzie tego tłumu dokoła - uśmiechnęła się. - Wiesz, były potrzebne sceny drastyczne i takie tam.
- Właśnie widzę, że się świetnie dogadujecie.
- A was coś jakby ubyło - zauważyła.
- Ellil został u Dáevela - wyjaśniła cicho Lona. - Podobnie jak Djellia.
- Ma szczęście - stwierdziła J; nie wiedziałam, kogo ma na myśli, ale prawdopodobnie tę ostatnią.
Tymczasem tam z przodu wciąż trwała zawzięta dyskusja.
- Przychodzisz tu nie wiadomo skąd i rzucasz oszczerstwami - zabrała głos kapłanka w imieniu potakujących gości. - Pani Dáenes pojawiła się wśród nas niczym anioł i zaproponowała wspólne działanie dla dobra światów. Jeśli powiesz jeszcze choć słowo...
- Wiem - przerwał jej Séarlan. - Widzę to w jej oczach. Jeśli powiem jeszcze słowo, to ja skończę jak Keghart, prawda? A kto będzie następny? I dlaczego?
Następny ruch miał należeć do Dáenes. I, jak dla mnie, powinien do niej należeć. Nie zdążyła jednak nic zrobić, bo do akcji wkroczyła Nineveh. Otoczyła naszą czwórkę i J przezroczystymi kulami, które uniosły nas w powietrze. Po namyśle to samo zrobiła z nie spodziewającym się niczego Séarlanem i chwilę później sześć kul unosiło się ponad drzewami, zmierzając prosto do jej siedziby w górach.
- Wiele o tobie słyszałem i darzę cię szacunkiem, ale nie miałaś prawa tego robić - Séarlan wciąż był opanowany, kiedy mówił do czarodziejki, ale ja tylko wypatrywałam, kiedy mu jakaś żyłka pęknie. Naprawdę, ja bym tak długo nie wytrzymała na jego miejscu. J siedziała obok mnie i przyglądała mu się tak samo uważnie, z równie wielkim podziwem. Chyba myślałyśmy o tym samym.
- Naturalnie, że miałam - odparła równie spokojnie Nineveh. Wróciła do domu może pięć minut po nas, bardzo z siebie zadowolona. - Ona i tak nie waży się teraz niczego zrobić "dla dobra światów", natomiast ty mógłbyś wywołać niezły bałagan i tylko wszystko pogorszyć.
- A co takiego zamierzała? - nie zdzierżyłam. - Co to miało być za "połączenie"?
- Zamierzała... Zamierzali przyłączyć do naszych światów jeszcze jeden. Wbrew woli wszystkiego, co na tamtym świecie żyje... Oprócz jednego miasta, którego mieszkańcy byli tym pomysłem zachwyceni.
- No to ślicznie - mruknęłam. - Nie pierwszy raz spotykam się z ideą przenoszenia świata w inne miejsce, ale niby czemu miałoby to służyć?
- Zadaj j e j to pytanie, jeśli zdołasz ją odnaleźć przede mną - zamiast czarodziejki odpowiedział elf. - Zbyt długo trwało, zanim odkryłem jej prawdziwą naturę, zaślepiony przez niemądre emocje. Teraz już nie będę tracił czasu.
- Nie ty jeden chcesz... zaczął Kylph, ale Lona w porę kopnęła go w kostkę.
- Dawanie się przekonać do jedynej słusznej drogi to nie jest strata czasu - J uśmiechnęła się tak uroczo, jak tylko potrafiła.
- Nie przekonasz mnie - w głosie Séarlana pojawiło się znużenie. - Stosując takie metody tylko powodujesz, że mam ochotę usunąć cię ze wszechświata... Nie odstąpię od niego, już nie.
- Czemu nie? - przechyliła głowę. - On jest Dzieckiem Chaosu, tak samo jak ja. Ufasz mu bardziej?
- Nie ufam ani jemu, ani tobie, ale działanie z nim jest pewniejsze.
Teraz dziewczynka wyglądała na ciężko obrażoną.
- Jeśli chcesz mi wmówić, że tamten jest mniejszym złem, to...
- Nic z tych rzeczy - elf pokręcił głową. - On już od dawna znajduje się na wygranej pozycji. Pozyskał sobie najbardziej zaufanego z twoich towarzyszy, który teraz przyjmuje jego gościnę. I bardzo ją sobie chwali.
- Najbardziej zaufanego... - powtórzyła J z kompletnym brakiem zrozumienia. Przynajmniej przez pierwszą chwilę. Bo w następnym momencie coś jej błysnęło w oku i zaniosła się dzikim śmiechem.
- Najbardziej zaufanego! - pisnęła. - No naprawdę, teraz opowiedziałeś świetny dowcip!
Tym razem widać było, że Séarlan mocno się zmieszał. Nie na długo jednak - wszystkich nas zmierzył wzrokiem, ukłonił się Nineveh... I tyle go widzieliśmy.
- No nie, nawiał! - poskarżyła się J, kiedy już złapała oddech. - Nie mogliście go przytrzymać?
- To twój pupilek, zdaje się - powiedziała obojętnie czarodziejka. - Powinnaś była go lepiej pilnować.
- No tak - przyznała po namyśle dziewczynka, po czym zanurkowała w portalu, uśmiechając się łobuzersko.
Ciekawa jestem czy go złapie i co w końcu z tego wyniknie. I czy naprawdę była aż tak rozbawiona - jeśli elf mówił o tej o sobie, o której myślę - czy tylko chciała coś tym śmiechem zamaskować. Tak czy inaczej, nie chciałabym być na miejscu Xaia, kiedy spotkają się następnym razem.
Ale nie ubiegajmy zdarzeń. Przez pół dnia, kiedy nas zżerała niecierpliwość, Nineveh chodzła zdenerwowana, z zupełnie przeciwnego powodu.
- Nie zawiera się małżeństw jesienią - fukała. - Toż to czas zamierania!.. I tak dobrze, że nie w Równonoc.
- Ciekawe czy wie o tym z doświadczenia - szepnął Kylph, ale nie odważył się głośno spytać.
Po prawdzie, to nie dość, że się z nią nie zgadzałam, to jeszcze uważałam ją za ostatnią osobę, która mogłaby mieć taki punkt widzenia.
Została jakaś godzina do ceremonii, a ja wciąż nie wiedziałam, jak się dostaniemy na wyznaczone miejsce. Aż wreszcie coś zaczęło się dziać - okno otworzyło się jak przy gwałtownym podmuchu wiatru, a za nim zobaczyliśmy most, utworzony jakby ze złotego jedwabiu. Trzeba było wdrapać się na parapet, a następnie - rozpaczliwie trzymając się ścian i czyichś rękawów - przejść na ten most, odkrywając, że jest twardy i stabilny. Nie musieliśmy już potem robić ani kroku - czarodziejska droga sama zaniosła nas do gaju z zawrotną prędkością. I nikt przy tym nie spadł.
- To? To są moje osoby towarzyszące - wyjaśniała Nineveh każdemu, kto zapytał. Takim tonem, jakby to było oczywiste. Nikt jednak nie czepiał się za bardzo, bo gości było zadziwiająco mało, więc najwyraźniej każda dusza była mile widziana.
Kiedy zeszliśmy z mostu, została nam jeszcze chwila dla siebie, więc po tym jak czarodziejka bardzo zdecydowanie kazała Rizzowi zniknąć, urządziliśmy sobie mały spacer po elfim gaju. Miejsce to, nie dość, że samo w sobie urokliwe, emanowało specyficzną magią, rozmarzyłam się więc na całego, zachwycając się jesiennym krajobrazem i zastanawiając się, komu chciałabym ten gaj pokazać.
Wreszcie zebraliśmy się na polanie pod dębem tak wielkim, że zmieściłby w sobie mój pokój przy herbaciarni... Wszyscy dokoła mieli arcypoważne miny i słuchali, jak nie mniej poważna elfka w bieli - widocznie kapłanka - wygłasza długą przemowę, z której niczego nie rozumiałam. Dziwne, zawsze wydawało mi się, że elfie języki są do siebie zbliżone - przynajmniej brzmieniem - a ten był jakiś taki chropowaty. Ale nieważne, odsłuchałam i zajęłam się patrzeniem; zaczęła się właściwa ceremonia, a goście wyjęli miecze - miecze! - i wbili je w ziemię. Na chwilę poczułam się jakbym była w armii, która właśnie się poddaje. Ale tylko na chwilę.
Zza dębu, z dwóch jego stron wyszła wreszcie młoda para. Oboje byli przyodziani na granatowo i błyszczeli jak rozgwieżdżone niebo. Do twarzy było im z tym bardzo różnie. On okazał się bladym rudzielcem, wymizerowanym, ale spoglądającym na swoją wybrankę rozanielonym wzrokiem. Ona, smukła i piękna, poruszała się z gracją, a czarne włosy miała zebrane w rozwichrzony kok. Uśmiechała się serdecznie, chyba tylko ona jedna z nich wszystkich, ale kiedy już stanęła obok narzeczonego, przybrała stosowny wyraz powagi. Gdy zaś zaczęli składać sobie przysięgę miłości i wierności - nadal w tym dziwnym języku, ale tym razem Nineveh skrzywiła się z niesmakiem - zawiał silny wiatr i z drzewa spadło mnóstwo liści, wirując w uroczystym tańcu. Co poniektórzy goście na ten widok nawet pozwolili sobie na zmianę wyrazu twarzy na bardziej radosny.
- Pora, byśmy wszyscy odśpiewali pieśń na cześć zaślubionych - powiedziała kapłanka, wreszcie zrozumiale. - A następnie przygotujemy się do ceremonii połączenia, którą pani Dáenes i pan Melenril zgodzili się przeprowadzić jeszcze dziś.
- No tak - wycedziła Nineveh, nagle jeszcze bardziej poirytowana. - Zgodzili się, a dowiaduję się o tym ostatnia. Ja im dam.
Po tych słowach zaczęła się przepychać do przodu, a my oczywiście za nią, nie chcąc przegapić potencjalnie ciekawej sceny. Nie zdążyło jednak do niej dojść, gdyż wiatr niespodziewanie przyniósł ze sobą burzę z piorunami... Nie, przesadzam. To nie była burza, tylko bardzo efektowne otwarcie portalu, wśród błysków i trzasków błyskawic. Portal pojawił się tuż obok dębu - jakimś cudem nie uszkadzając nawet listka - i wyszedł z niego Séarlan.
Stanął naprzeciw nowożeńców i powoli zdjął kaptur, odsłaniając jasne włosy, szlachetne rysy i powagę idealnie pasującą do otoczenia. I od razu wiedziałam, że to musi być Séarlan, bo zza jego ciemnej szaty wyglądała dziewczęca główka o jasnych warkoczykach.
- Wśród ludzi jest taki zwyczaj, że nim młoda para weźmie ślub, można wystąpić i sprzeciwić się temu, podając przyczynę - powiedział przybysz cicho, ale wyraźnie, jakby jego głos docierał wszędzie, niesiony wiatrem. - Przydałoby się wprowadzić coś takiego i tutaj.
- Trzeba było nie protestować tak długo, kiedy cię tu serdecznie zapraszałam - fuknęła głośno J. - Wtedy byś się nie spóźnił na... Taką miłą uroczystość.
Elf spojrzał na nią zimno, nie zwracając uwagi na fakt, że gromadka gości dokładnie tak samo patrzy na niego.
- Nie myśl, że mnie w jakiś sposób udobruchasz - rzekł i ruszył w stronę Dáenes, jednak jej świeżo poślubiony małżonek wykazał się refleksem i zagrodził mu drogę.
- Kimkolwiek jesteś, podaj tę przyczynę z a n i m zrobisz coś, czego będziesz potem żałował - wypalił, udając, że wcale się nie boi.
- Wyglądasz na poczciwego durnia - odparł Séarlan, przyglądając mu się uważnie. - Lepiej zniknij stąd w tej chwili, bo nie zasługujesz na to, by zginąć jak Keghart.
Dáenes wciągnęła ze świstem powietrze i sama podeszła do tych dwóch, którzy ją kochali.
- Śmiesz wymawiać jego imię... - zaczęła drżącym głosem.
- O tak, śmiem - przyznał spokojnie. - A ty, jak widzę, nie śmiesz. Nie przyznałaś się nowemu mężowi, co spotkało jego poprzednika?
W tym momencie straciłam rozeznanie w sytuacji, bo J zdążyła wypatrzyć nas wśród gości i podejść, wyraźnie oczekując na pochwały.
- No dobrze, znalazłaś swojego wymarzonego elfa - powiedziałam na przywitanie. - Teraz wypada nam spytać, jak go wykradłaś rywalowi, tak?
- Powiem ci, jak nie będzie tego tłumu dokoła - uśmiechnęła się. - Wiesz, były potrzebne sceny drastyczne i takie tam.
- Właśnie widzę, że się świetnie dogadujecie.
- A was coś jakby ubyło - zauważyła.
- Ellil został u Dáevela - wyjaśniła cicho Lona. - Podobnie jak Djellia.
- Ma szczęście - stwierdziła J; nie wiedziałam, kogo ma na myśli, ale prawdopodobnie tę ostatnią.
Tymczasem tam z przodu wciąż trwała zawzięta dyskusja.
- Przychodzisz tu nie wiadomo skąd i rzucasz oszczerstwami - zabrała głos kapłanka w imieniu potakujących gości. - Pani Dáenes pojawiła się wśród nas niczym anioł i zaproponowała wspólne działanie dla dobra światów. Jeśli powiesz jeszcze choć słowo...
- Wiem - przerwał jej Séarlan. - Widzę to w jej oczach. Jeśli powiem jeszcze słowo, to ja skończę jak Keghart, prawda? A kto będzie następny? I dlaczego?
Następny ruch miał należeć do Dáenes. I, jak dla mnie, powinien do niej należeć. Nie zdążyła jednak nic zrobić, bo do akcji wkroczyła Nineveh. Otoczyła naszą czwórkę i J przezroczystymi kulami, które uniosły nas w powietrze. Po namyśle to samo zrobiła z nie spodziewającym się niczego Séarlanem i chwilę później sześć kul unosiło się ponad drzewami, zmierzając prosto do jej siedziby w górach.
- Wiele o tobie słyszałem i darzę cię szacunkiem, ale nie miałaś prawa tego robić - Séarlan wciąż był opanowany, kiedy mówił do czarodziejki, ale ja tylko wypatrywałam, kiedy mu jakaś żyłka pęknie. Naprawdę, ja bym tak długo nie wytrzymała na jego miejscu. J siedziała obok mnie i przyglądała mu się tak samo uważnie, z równie wielkim podziwem. Chyba myślałyśmy o tym samym.
- Naturalnie, że miałam - odparła równie spokojnie Nineveh. Wróciła do domu może pięć minut po nas, bardzo z siebie zadowolona. - Ona i tak nie waży się teraz niczego zrobić "dla dobra światów", natomiast ty mógłbyś wywołać niezły bałagan i tylko wszystko pogorszyć.
- A co takiego zamierzała? - nie zdzierżyłam. - Co to miało być za "połączenie"?
- Zamierzała... Zamierzali przyłączyć do naszych światów jeszcze jeden. Wbrew woli wszystkiego, co na tamtym świecie żyje... Oprócz jednego miasta, którego mieszkańcy byli tym pomysłem zachwyceni.
- No to ślicznie - mruknęłam. - Nie pierwszy raz spotykam się z ideą przenoszenia świata w inne miejsce, ale niby czemu miałoby to służyć?
- Zadaj j e j to pytanie, jeśli zdołasz ją odnaleźć przede mną - zamiast czarodziejki odpowiedział elf. - Zbyt długo trwało, zanim odkryłem jej prawdziwą naturę, zaślepiony przez niemądre emocje. Teraz już nie będę tracił czasu.
- Nie ty jeden chcesz... zaczął Kylph, ale Lona w porę kopnęła go w kostkę.
- Dawanie się przekonać do jedynej słusznej drogi to nie jest strata czasu - J uśmiechnęła się tak uroczo, jak tylko potrafiła.
- Nie przekonasz mnie - w głosie Séarlana pojawiło się znużenie. - Stosując takie metody tylko powodujesz, że mam ochotę usunąć cię ze wszechświata... Nie odstąpię od niego, już nie.
- Czemu nie? - przechyliła głowę. - On jest Dzieckiem Chaosu, tak samo jak ja. Ufasz mu bardziej?
- Nie ufam ani jemu, ani tobie, ale działanie z nim jest pewniejsze.
Teraz dziewczynka wyglądała na ciężko obrażoną.
- Jeśli chcesz mi wmówić, że tamten jest mniejszym złem, to...
- Nic z tych rzeczy - elf pokręcił głową. - On już od dawna znajduje się na wygranej pozycji. Pozyskał sobie najbardziej zaufanego z twoich towarzyszy, który teraz przyjmuje jego gościnę. I bardzo ją sobie chwali.
- Najbardziej zaufanego... - powtórzyła J z kompletnym brakiem zrozumienia. Przynajmniej przez pierwszą chwilę. Bo w następnym momencie coś jej błysnęło w oku i zaniosła się dzikim śmiechem.
- Najbardziej zaufanego! - pisnęła. - No naprawdę, teraz opowiedziałeś świetny dowcip!
Tym razem widać było, że Séarlan mocno się zmieszał. Nie na długo jednak - wszystkich nas zmierzył wzrokiem, ukłonił się Nineveh... I tyle go widzieliśmy.
- No nie, nawiał! - poskarżyła się J, kiedy już złapała oddech. - Nie mogliście go przytrzymać?
- To twój pupilek, zdaje się - powiedziała obojętnie czarodziejka. - Powinnaś była go lepiej pilnować.
- No tak - przyznała po namyśle dziewczynka, po czym zanurkowała w portalu, uśmiechając się łobuzersko.
Ciekawa jestem czy go złapie i co w końcu z tego wyniknie. I czy naprawdę była aż tak rozbawiona - jeśli elf mówił o tej o sobie, o której myślę - czy tylko chciała coś tym śmiechem zamaskować. Tak czy inaczej, nie chciałabym być na miejscu Xaia, kiedy spotkają się następnym razem.
24 IX
Nineveh poradziła - nakazała - byśmy pozostali w jej domu do jutra, czyli do jednego z punktów kulminacyjnych czasu Zmiany.
- To terminologia tych przesądnych elfów - wyjaśniła mi lekko, ale odwróciła wzrok. - Tak konkretnie to dzień ślubu ważnych person z dwóch różnych światów, na który jestem zaproszona. I was koniecznie przemycę.
Nie jestem pewna, dlaczego naszym nowym życiowym celem miałoby być uczestniczenie w czyjejś ceremonii ślubnej, ale przede wszystkim dziwi mnie, że jeszcze nie wyruszyliśmy, skoro taki Rizz potrzebował całego dnia, by dojechać do miasta. No dobrze, my mamy "Nefele", a on nie wiem, co.
Dziś za to zapowiadał się dzień bezprzykładnego leniuchowania na dywaniku z suchych liści. Niezależnie od pory roku na zewnątrz - bo podobno zdarzają się tu inne pory roku - Nineveh ma w swojej siedzibie coś na kształt strefy jesiennej w Teevine. Skalnym korytarzem dochodzi się do zagajnika rosnącego we wnętrzu góry, gdzie jakimś cudem nie jest ciemno. Poszliśmy tam z koszykiem pełnym jedzenia i dwoma termosami herbaty, i tylko Lona miała jakieś opory przed spędzeniem dnia w taki sposób.
- Zupełnie cię nie rozumiem - poskarżył się Kylph. - Z Dáevelem sobie rozmawiałaś jak ze starym kumplem, a teraz jesteś podejrzliwa, choć taka miła czarodziejka daje ci okazję na relaks.
- Jeśli tak wyglądają według ciebie rozmowy z kumplami, to ciebie... Was wszystkich pewnie traktuję jak wrogów? - odcięła się, unosząc brwi. Na to Kylph roześmiał się i uniósł ręce w geście kapitulacji.
- Czuję się pokonanym wrogiem - oświadczył z emfazą.
Gdybym miała osądzać, jako przyczynę samopoczucia Lony wskazałabym rozmowę, którą odbyła z czarodziejką zeszłej nocy. Musiało to być coś osobistego, bo Nineveh zabezpieczyła swój pokój przed jakimikolwiek próbami podsłuchu. Tak przynajmniej twierdziła Leesa - doprawdy, ciekawe, skąd wiedziała.
- Wszędzie nosisz tę rzecz ze sobą?
Otworzyłam oczy i usiadłam, unosząc ze sobą zapach liści.
Czarodziejka stała nade mną i z ciekawością wpatrywała się w moją torbę, w której zostawiłam tylko rysunki Geddwyna i Światło Przewodnie. Wyglądało spod klapy, jakby ta pani trzymająca kulę była ciekawa okolicy.
- Pewne rzeczy po prostu muszę nosić ze sobą - stwierdziłam bez zaskoczenia. - Na wszelki wypadek.
Tu się trochę rozpędziłam, bo nie miałam ze sobą pamiętnika. Ale właściwie... W obecnym zeszycie zapisuję tylko obecną rzeczywistość.
- Ale... Nie rozumiem - wyznała Nineveh. - Nosisz bezproduktywnie, zamiast do czegoś wykorzystać?
- Nie jestem pewna, do czego, a przede wszystkim jak - wzruszyłam ramionami. - Skoro to Światło Przewodnie, powinno pokazać mi jakąś drogę, ale wyłącznie świeci, kiedy je wezmę do ręki.
- Może pokazuje komuś drogę do ciebie?
- O, jak bym chciała - westchnęłam, podnosząc się i przeciągając. - Ale to nie takie proste, niestety.
- Ależ tak - zaprzeczyła, po czym wyjęła "tę rzecz" z torby i wepchnęła mi do ręki. - No, choćby tak: wyobraź sobie, że to kryształowa kula. Zajrzyj w nią.
Udało mi się powstrzymać śmiech - jako żywo nie zwykłam stosować takich metod. Chyba że o czymś nie pamiętam albo że pełna wizji głowa Tenariego się liczy. Kiedy jednak dotknęłam figurki, kula rozbłysła pulsującym światłem. Przyciągającym uwagę, hipnotyzującym. Łatwo było skoncentrować na nim całą uwagę.
- O, właśnie tak. Patrz.
Słyszałam jak Nineveh mówi do mnie, ale jej głos dochodził z oddali. Wpatrywałam się w światło i czułam, że kręcę się w kółko - a może to wirował korytarz, który pojawił się przed moimi oczami? A te ciemne plamy to od zawrotów głowy?
- Patrz uważniej.
Ciemne plamy zaczęły rosnąć i nabierać kształtów, układając się w osoby, które być może powinnam znać. Które pewnie poznałabym w innym czasie i przestrzeni... Chyba że moje wspomnienia już się zmieniają... Wśród nich Satsuki. Sao. Alath. Tenka. I jeszcze więcej.
Geddwyn, Brangien i Arten przejechali konno w pośpiechu, ale jedno z nich obejrzało się i mrugnęło. Które, spytacie?...
Lilly, Shee'Na, Pai Pai, San i... Kto? Jakaś obca, blada kobieta o ostrym makijażu i rozczochranych platynowych włosach. Każda z nich niosła pokaźny stos książek.
- Patrz jeszcze!
Clayd, wysoki i mocny jak drzewo, z Vanny przytuloną do jego ramienia. Twarz miała odwróconą, a włosy niebieskie - jak kiedyś, gdy je przefarbowała dla zabawy - ale nie miałam wątpliwości, że to ona.
Aeiran, idący niechętnie, jakby coś go popychało.
Tenari...
Lex?
Wszystko coraz bardziej rozmywało mi się w oczach. Wirowałam jeszcze szybciej, szybciej...
- PRZESTAŃ!!
Ten ostry krzyk, niespodziewanie z bliska, prześwidrował mi uszy i nagle znowu byłam w jesiennej siedzibie, kurczowo ściskając figurkę. Zupełnie wyzuta z sił, osunęłam się na stertę liści.
- Prze... Przepraszam - usłyszałam bezradny głos Nineveh. - Nie sądziłam, że będzie aż tak...
- Nie sądziłaś? Nie sądziłaś?! - rzadko kiedy dało się zobaczyć Lonę tak rozgniewaną. Leesa i Kylph przezornie trzymali się z tyłu. - W takim razie trzeba było najpierw pomyśleć, a dopiero potem jej na to pozwalać! Albo i nie!
- Spokojnie - odezwałam się dziwnie zachrypniętym głosem. - Przecież poza zawrotami głowy nic mi się nie stało.
Cała czwórka spojrzała na mnie w osłupieniu.
- Nic ci się nie stało? - wykrztusił Kylph. - Krzyczałaś jakby ci ktoś dziurę w głowie wiercił, a teraz twierdzisz, że nic się nie stało?
- Ej, naprawdę? - zdziwiłam się. - Nic nie czułam. Żadnego bólu.
- Może twój umysł zawędrował tak daleko, że nie zdawał sobie sprawy, co przeżywa ciało - wyraziła swoje przypuszczenie Nineveh, próbując wyjąć mi z rąk Światło Przewodnie.
- Nie, zaczekaj - powstrzymałam ją. - Chcę spróbować jeszcze raz.
- Nawet o tym nie... - zaczęła Lona, ale chyba coś w moich oczach sprawiło, że zamilkła.
Byłam już zdekoncentrowana, ale tak bardzo pragnęłam jeszcze raz ich zobaczyć... Tymczasem cóż to mi się ukazało, kiedy znowu zajrzałam w kulę?
Najpierw rudowłosa kobieta w żółtym kimonie, o ciepłym, łagodnym uśmiechu, podejmująca jakąś dziewczynę - z wyglądu czarodziejkę - w błękitnej sali.
Potem ciemnowłosa dziewczynka, czytająca coś na głos z wielkiej księgi z baśniami. Obok siedziała druga, mniejsza i elfiej krwi, słuchając z wielkimi z zadziwienia oczami.
A na koniec czarnowłose stworzenie o nieco dziecinnej buzi, zagrzebane w pościel i śpiące słodko, przytulając się do wielkiej poduchy. Tę jedną znałam i uśmiechnęłam się na jej widok.
Potem zaś Nineveh zdecydowanie zabrała mi figurkę. Nie, to nie. Za karę nie powiem im, co widziałam. I jeszcze zatupię.
- To terminologia tych przesądnych elfów - wyjaśniła mi lekko, ale odwróciła wzrok. - Tak konkretnie to dzień ślubu ważnych person z dwóch różnych światów, na który jestem zaproszona. I was koniecznie przemycę.
Nie jestem pewna, dlaczego naszym nowym życiowym celem miałoby być uczestniczenie w czyjejś ceremonii ślubnej, ale przede wszystkim dziwi mnie, że jeszcze nie wyruszyliśmy, skoro taki Rizz potrzebował całego dnia, by dojechać do miasta. No dobrze, my mamy "Nefele", a on nie wiem, co.
Dziś za to zapowiadał się dzień bezprzykładnego leniuchowania na dywaniku z suchych liści. Niezależnie od pory roku na zewnątrz - bo podobno zdarzają się tu inne pory roku - Nineveh ma w swojej siedzibie coś na kształt strefy jesiennej w Teevine. Skalnym korytarzem dochodzi się do zagajnika rosnącego we wnętrzu góry, gdzie jakimś cudem nie jest ciemno. Poszliśmy tam z koszykiem pełnym jedzenia i dwoma termosami herbaty, i tylko Lona miała jakieś opory przed spędzeniem dnia w taki sposób.
- Zupełnie cię nie rozumiem - poskarżył się Kylph. - Z Dáevelem sobie rozmawiałaś jak ze starym kumplem, a teraz jesteś podejrzliwa, choć taka miła czarodziejka daje ci okazję na relaks.
- Jeśli tak wyglądają według ciebie rozmowy z kumplami, to ciebie... Was wszystkich pewnie traktuję jak wrogów? - odcięła się, unosząc brwi. Na to Kylph roześmiał się i uniósł ręce w geście kapitulacji.
- Czuję się pokonanym wrogiem - oświadczył z emfazą.
Gdybym miała osądzać, jako przyczynę samopoczucia Lony wskazałabym rozmowę, którą odbyła z czarodziejką zeszłej nocy. Musiało to być coś osobistego, bo Nineveh zabezpieczyła swój pokój przed jakimikolwiek próbami podsłuchu. Tak przynajmniej twierdziła Leesa - doprawdy, ciekawe, skąd wiedziała.
- Wszędzie nosisz tę rzecz ze sobą?
Otworzyłam oczy i usiadłam, unosząc ze sobą zapach liści.
Czarodziejka stała nade mną i z ciekawością wpatrywała się w moją torbę, w której zostawiłam tylko rysunki Geddwyna i Światło Przewodnie. Wyglądało spod klapy, jakby ta pani trzymająca kulę była ciekawa okolicy.
- Pewne rzeczy po prostu muszę nosić ze sobą - stwierdziłam bez zaskoczenia. - Na wszelki wypadek.
Tu się trochę rozpędziłam, bo nie miałam ze sobą pamiętnika. Ale właściwie... W obecnym zeszycie zapisuję tylko obecną rzeczywistość.
- Ale... Nie rozumiem - wyznała Nineveh. - Nosisz bezproduktywnie, zamiast do czegoś wykorzystać?
- Nie jestem pewna, do czego, a przede wszystkim jak - wzruszyłam ramionami. - Skoro to Światło Przewodnie, powinno pokazać mi jakąś drogę, ale wyłącznie świeci, kiedy je wezmę do ręki.
- Może pokazuje komuś drogę do ciebie?
- O, jak bym chciała - westchnęłam, podnosząc się i przeciągając. - Ale to nie takie proste, niestety.
- Ależ tak - zaprzeczyła, po czym wyjęła "tę rzecz" z torby i wepchnęła mi do ręki. - No, choćby tak: wyobraź sobie, że to kryształowa kula. Zajrzyj w nią.
Udało mi się powstrzymać śmiech - jako żywo nie zwykłam stosować takich metod. Chyba że o czymś nie pamiętam albo że pełna wizji głowa Tenariego się liczy. Kiedy jednak dotknęłam figurki, kula rozbłysła pulsującym światłem. Przyciągającym uwagę, hipnotyzującym. Łatwo było skoncentrować na nim całą uwagę.
- O, właśnie tak. Patrz.
Słyszałam jak Nineveh mówi do mnie, ale jej głos dochodził z oddali. Wpatrywałam się w światło i czułam, że kręcę się w kółko - a może to wirował korytarz, który pojawił się przed moimi oczami? A te ciemne plamy to od zawrotów głowy?
- Patrz uważniej.
Ciemne plamy zaczęły rosnąć i nabierać kształtów, układając się w osoby, które być może powinnam znać. Które pewnie poznałabym w innym czasie i przestrzeni... Chyba że moje wspomnienia już się zmieniają... Wśród nich Satsuki. Sao. Alath. Tenka. I jeszcze więcej.
Geddwyn, Brangien i Arten przejechali konno w pośpiechu, ale jedno z nich obejrzało się i mrugnęło. Które, spytacie?...
Lilly, Shee'Na, Pai Pai, San i... Kto? Jakaś obca, blada kobieta o ostrym makijażu i rozczochranych platynowych włosach. Każda z nich niosła pokaźny stos książek.
- Patrz jeszcze!
Clayd, wysoki i mocny jak drzewo, z Vanny przytuloną do jego ramienia. Twarz miała odwróconą, a włosy niebieskie - jak kiedyś, gdy je przefarbowała dla zabawy - ale nie miałam wątpliwości, że to ona.
Aeiran, idący niechętnie, jakby coś go popychało.
Tenari...
Lex?
Wszystko coraz bardziej rozmywało mi się w oczach. Wirowałam jeszcze szybciej, szybciej...
- PRZESTAŃ!!
Ten ostry krzyk, niespodziewanie z bliska, prześwidrował mi uszy i nagle znowu byłam w jesiennej siedzibie, kurczowo ściskając figurkę. Zupełnie wyzuta z sił, osunęłam się na stertę liści.
- Prze... Przepraszam - usłyszałam bezradny głos Nineveh. - Nie sądziłam, że będzie aż tak...
- Nie sądziłaś? Nie sądziłaś?! - rzadko kiedy dało się zobaczyć Lonę tak rozgniewaną. Leesa i Kylph przezornie trzymali się z tyłu. - W takim razie trzeba było najpierw pomyśleć, a dopiero potem jej na to pozwalać! Albo i nie!
- Spokojnie - odezwałam się dziwnie zachrypniętym głosem. - Przecież poza zawrotami głowy nic mi się nie stało.
Cała czwórka spojrzała na mnie w osłupieniu.
- Nic ci się nie stało? - wykrztusił Kylph. - Krzyczałaś jakby ci ktoś dziurę w głowie wiercił, a teraz twierdzisz, że nic się nie stało?
- Ej, naprawdę? - zdziwiłam się. - Nic nie czułam. Żadnego bólu.
- Może twój umysł zawędrował tak daleko, że nie zdawał sobie sprawy, co przeżywa ciało - wyraziła swoje przypuszczenie Nineveh, próbując wyjąć mi z rąk Światło Przewodnie.
- Nie, zaczekaj - powstrzymałam ją. - Chcę spróbować jeszcze raz.
- Nawet o tym nie... - zaczęła Lona, ale chyba coś w moich oczach sprawiło, że zamilkła.
Byłam już zdekoncentrowana, ale tak bardzo pragnęłam jeszcze raz ich zobaczyć... Tymczasem cóż to mi się ukazało, kiedy znowu zajrzałam w kulę?
Najpierw rudowłosa kobieta w żółtym kimonie, o ciepłym, łagodnym uśmiechu, podejmująca jakąś dziewczynę - z wyglądu czarodziejkę - w błękitnej sali.
Potem ciemnowłosa dziewczynka, czytająca coś na głos z wielkiej księgi z baśniami. Obok siedziała druga, mniejsza i elfiej krwi, słuchając z wielkimi z zadziwienia oczami.
A na koniec czarnowłose stworzenie o nieco dziecinnej buzi, zagrzebane w pościel i śpiące słodko, przytulając się do wielkiej poduchy. Tę jedną znałam i uśmiechnęłam się na jej widok.
Potem zaś Nineveh zdecydowanie zabrała mi figurkę. Nie, to nie. Za karę nie powiem im, co widziałam. I jeszcze zatupię.
23 IX
Iluż to okrążeń
potrzebowaliśmy? Ile razy trafiliśmy w te same miejsca? Dostatecznie
dużo, by przyzwyczaić się do nieprzerwanej karuzeli, lecz na tyle mało,
by stracić tylko dwa dni. Trzeciego wylądowaliśmy dokładnie tam, gdzie
należało.
Czy powinnam wdawać się w żmudne wyjaśnienia i opisy, co się działo, krok po kroku? Pewne rzeczy po prostu zdarzają się we właściwym czasie i nie potrzebują logicznego wytłumaczenia (ciekawe, dlaczego właśnie cofnęłam się myślami o cztery lata), więc siedzibę pani Nineveh znaleźliśmy bez większych problemów. Nietrudno było ją wypatrzeć, ponieważ została wbudowana w górę. Zabawnie to wygląda - zimna, szara skała na chwilę przechodzi w czerwono-brązowe cegły. Z okienkami, z których wyglądają cztery pelargonie (i jeden teleskop), bo jesienna czarodziejka też ma prawo do kwiatów.
Kiedy wylądowaliśmy, powitał nas chłopiec z koralikami w rudych włosach. Wyglądał kubek w kubek jak Rien, pomocnik Arkii, ale utrzymywał, że nas nie zna. Zostaliśmy z honorami wprowadzeni do wnętrza siedziby, a konkretnie do salonu, gdzie dominowały jesienne barwy i cudownie puchaty dywan. Po chwili przyszła do nas sama Nineveh, powiewając kilkuwarstwową suknią z cieniutkiego materiału. Była wysoką kobietą o burzy ciemnoblond włosów z powtykanymi liśćmi; nosiła na szyi wielkie korale i uśmiechała się do nas serdecznie.
- Nareszcie! - zawołała z radością, ale i z wyrzutem, a głos miała dźwięczny i donośny. - Wiecie, ile się naczekałam na wasze przybycie? Lepiej późno niż wcale, a jednak... Zaraz, zaraz - zwróciła się do Lony jak do dobrej znajomej. - Dlaczego nie widzę jedynego przejawu rozsądku mojego niemądrego syna? Gdzie jest panna Djellia Avrei?
- Lubi gadać, nie? - szepnął Kylph na stronie.
- Chyba ją polubię - stwierdziła Leesa.
- Djellia obecnie ratuje jeden z sąsiednich światów - Lona odwzajemniła uśmiech, przyzwyczajona do dziwniejszych sytuacji.
- Przywieźliśmy za to kogoś, o kim pani jeszcze nie słyszała - dodał Kylph, szczerząc zęby.
- Nonsens, chłopcze - prychnęła czarodziejka i ujęła mnie pod ramię. - Ta młoda dama powinna była mnie odwiedzić kiedy tylko się tu znalazła. Oszczędziłoby jej to kilku trosk.
Okazała się jedną z tych zamaszystych, dominujących nad otoczeniem kobiet, przy których należało się pilnować i uważać na słowa, a jednak czułam się przy niej bezpieczna i rozluźniona. No i była bardziej rozmowna niż Arkia.
- Mam opóźnienia w dowiadywaniu się o pewnych rzeczach - powiedziałam. - Co jednak nie wyjaśnia, dlaczego p o w i n n a m.
- Jak to nie wyjaśnia?! - obruszyła się Nineveh. - Przecież jesień to twoja pora roku, tak?
- Nie - pokręciłam głową. - M o j ą porą roku jest wczesne lato, a może wczesna wiosna, ale...
Ona jednak puściła do mnie oko i przestała słuchać, poświęcając całą uwagę moim towarzyszom. Najwyraźniej trochę się rozminęłyśmy w definicjach - jest czas, który uważam za m ó j, bo jest częścią mnie, i jest czas, który wiąże się z Aeiranem, z Vanny, z DeNaNi, z J i ja jestem jego częścią... Właściwie sama nie potrafię tego dobrze wyjaśnić, ale przecież nie tego jednego.
Było oczywiste, że Nineveh wiele o nas wiedziała, jednak w przeciwieństwie do swojej siostry nie trzymała tej wiedzy dla siebie. Lona i pozostali czuli się w jej domu jakby wpadali tu co tydzień przez całe życie, a i ja zaczynałam się tak czuć. Czarodziejka pytała ich o Deuce'a, ale oświadczyli, że ja będę lepszym źródłem informacji. Cóż, to musiało poczekać, bo rozmowa zeszła na bardziej aktualne tematy.
- Pewien niezwykle uroczy elfi czarodziej wysłał nas na poszukiwanie swojej siostry - zaczął Kylph bez zbędnych wstępów. Gdzie indziej i kiedy indziej może byłyby niezbędne, ale byliśmy przecież u jednej z czterech sióstr, t y c h sióstr, o których w światach mówi się z podziwem, tak? Zaczęłam się przyzwyczajać.
- Oczywiście - skinęła głową Nineveh, po czym obejrzała się w stronę drzwi kuchennych. - Rizz!
Wszedł jej asystent, niosąc tacę z herbatą. Z radosnym zaskoczeniem odkryłam, że dostałam zieloną z mietą.
- Pora, żebyś wybrał się do miasta - powiedziała czarodziejka.
- Dzisiaj? - zapytał, nagle rozżalony. - Nie mogę jutro?
- Do jutra tam dotrzesz.
- Ale pojutrze...
- Pojutrze cię tu nie będzie - ucięła wszelkie protesty. Chłopiec westchnął ciężko i poszedł przygotować się do drogi.
- Co takiego będzie pojutrze? - zainteresowałam się.
- Pewna urocza elfia pani z miasta Helthion ma wziąć ślub z równie uroczym panem z Wenden - odpowiedziała Nineveh, nagle rozdrażniona. - Pojutrze ma się odbyć ceremonia.
- To miasto musi być daleko - Leesa wypowiedziała na głos moje myśli. Arkia i Yae miały swoje miasta pod nosem, a pozostałe dwie siostry wprost przeciwnie. To też była jakaś reguła?
- Przyjdzie czas, kiedy sami sprawdzicie - uśmiechnęła się czarodziejka, pozostawiając sobie jednak odrobinę tajemniczości.
Czy powinnam wdawać się w żmudne wyjaśnienia i opisy, co się działo, krok po kroku? Pewne rzeczy po prostu zdarzają się we właściwym czasie i nie potrzebują logicznego wytłumaczenia (ciekawe, dlaczego właśnie cofnęłam się myślami o cztery lata), więc siedzibę pani Nineveh znaleźliśmy bez większych problemów. Nietrudno było ją wypatrzeć, ponieważ została wbudowana w górę. Zabawnie to wygląda - zimna, szara skała na chwilę przechodzi w czerwono-brązowe cegły. Z okienkami, z których wyglądają cztery pelargonie (i jeden teleskop), bo jesienna czarodziejka też ma prawo do kwiatów.
Kiedy wylądowaliśmy, powitał nas chłopiec z koralikami w rudych włosach. Wyglądał kubek w kubek jak Rien, pomocnik Arkii, ale utrzymywał, że nas nie zna. Zostaliśmy z honorami wprowadzeni do wnętrza siedziby, a konkretnie do salonu, gdzie dominowały jesienne barwy i cudownie puchaty dywan. Po chwili przyszła do nas sama Nineveh, powiewając kilkuwarstwową suknią z cieniutkiego materiału. Była wysoką kobietą o burzy ciemnoblond włosów z powtykanymi liśćmi; nosiła na szyi wielkie korale i uśmiechała się do nas serdecznie.
- Nareszcie! - zawołała z radością, ale i z wyrzutem, a głos miała dźwięczny i donośny. - Wiecie, ile się naczekałam na wasze przybycie? Lepiej późno niż wcale, a jednak... Zaraz, zaraz - zwróciła się do Lony jak do dobrej znajomej. - Dlaczego nie widzę jedynego przejawu rozsądku mojego niemądrego syna? Gdzie jest panna Djellia Avrei?
- Lubi gadać, nie? - szepnął Kylph na stronie.
- Chyba ją polubię - stwierdziła Leesa.
- Djellia obecnie ratuje jeden z sąsiednich światów - Lona odwzajemniła uśmiech, przyzwyczajona do dziwniejszych sytuacji.
- Przywieźliśmy za to kogoś, o kim pani jeszcze nie słyszała - dodał Kylph, szczerząc zęby.
- Nonsens, chłopcze - prychnęła czarodziejka i ujęła mnie pod ramię. - Ta młoda dama powinna była mnie odwiedzić kiedy tylko się tu znalazła. Oszczędziłoby jej to kilku trosk.
Okazała się jedną z tych zamaszystych, dominujących nad otoczeniem kobiet, przy których należało się pilnować i uważać na słowa, a jednak czułam się przy niej bezpieczna i rozluźniona. No i była bardziej rozmowna niż Arkia.
- Mam opóźnienia w dowiadywaniu się o pewnych rzeczach - powiedziałam. - Co jednak nie wyjaśnia, dlaczego p o w i n n a m.
- Jak to nie wyjaśnia?! - obruszyła się Nineveh. - Przecież jesień to twoja pora roku, tak?
- Nie - pokręciłam głową. - M o j ą porą roku jest wczesne lato, a może wczesna wiosna, ale...
Ona jednak puściła do mnie oko i przestała słuchać, poświęcając całą uwagę moim towarzyszom. Najwyraźniej trochę się rozminęłyśmy w definicjach - jest czas, który uważam za m ó j, bo jest częścią mnie, i jest czas, który wiąże się z Aeiranem, z Vanny, z DeNaNi, z J i ja jestem jego częścią... Właściwie sama nie potrafię tego dobrze wyjaśnić, ale przecież nie tego jednego.
Było oczywiste, że Nineveh wiele o nas wiedziała, jednak w przeciwieństwie do swojej siostry nie trzymała tej wiedzy dla siebie. Lona i pozostali czuli się w jej domu jakby wpadali tu co tydzień przez całe życie, a i ja zaczynałam się tak czuć. Czarodziejka pytała ich o Deuce'a, ale oświadczyli, że ja będę lepszym źródłem informacji. Cóż, to musiało poczekać, bo rozmowa zeszła na bardziej aktualne tematy.
- Pewien niezwykle uroczy elfi czarodziej wysłał nas na poszukiwanie swojej siostry - zaczął Kylph bez zbędnych wstępów. Gdzie indziej i kiedy indziej może byłyby niezbędne, ale byliśmy przecież u jednej z czterech sióstr, t y c h sióstr, o których w światach mówi się z podziwem, tak? Zaczęłam się przyzwyczajać.
- Oczywiście - skinęła głową Nineveh, po czym obejrzała się w stronę drzwi kuchennych. - Rizz!
Wszedł jej asystent, niosąc tacę z herbatą. Z radosnym zaskoczeniem odkryłam, że dostałam zieloną z mietą.
- Pora, żebyś wybrał się do miasta - powiedziała czarodziejka.
- Dzisiaj? - zapytał, nagle rozżalony. - Nie mogę jutro?
- Do jutra tam dotrzesz.
- Ale pojutrze...
- Pojutrze cię tu nie będzie - ucięła wszelkie protesty. Chłopiec westchnął ciężko i poszedł przygotować się do drogi.
- Co takiego będzie pojutrze? - zainteresowałam się.
- Pewna urocza elfia pani z miasta Helthion ma wziąć ślub z równie uroczym panem z Wenden - odpowiedziała Nineveh, nagle rozdrażniona. - Pojutrze ma się odbyć ceremonia.
- To miasto musi być daleko - Leesa wypowiedziała na głos moje myśli. Arkia i Yae miały swoje miasta pod nosem, a pozostałe dwie siostry wprost przeciwnie. To też była jakaś reguła?
- Przyjdzie czas, kiedy sami sprawdzicie - uśmiechnęła się czarodziejka, pozostawiając sobie jednak odrobinę tajemniczości.
20 IX
Zbudziłam się z uczuciem, że
nadchodzi czas zmian. Ponieważ jednak zdarza mi się ono tyleż często,
co bez powodu, zignorowałam je, napiłam się herbaty i poszłam do
biblioteki. Nawet mi się nie chciało zerknąć w lustro i poprawić włosów -
raz, że i tak nikt by nie zwrócił uwagi, a dwa, że niewiele da się z
nimi zrobić, zwłaszcza kiedy odrastają. Wyglądam trochę jak wiedźma,
tylko bez czarnego kota.
Tym razem w bibliotece towarzyszyli nam Lona, Leesa i Kylph, którzy stwierdzili, że im się nudzi. Wbrew pozorom dobry znak - może jednak coś się mogło ruszyć w tej opowieści, gnane naszą niecierpliwością?
I owszem, c o ś się ruszyło. W samo południe wpadł Dáevel i, nie przejmując się zasadą panującą we wszystkich bibliotekach światów, zakrzyknął:
- Teraz już wszystko jasne!
Patrzył przy tym na mnie jakbym to ja porwała mu siostrę i zakopała w jego własnej piwnicy.
- Skoro wszystko jasne, to dlaczego ciągle tutaj mozolimy? - zapytał Kylph, który od dwóch godzin zaczytywał się grubą awanturniczą ksiągą o piratach.
- Rewelacje waszej specjalistki od portali... I waszego szpiega - Dáevel uśmiechnął się drwiąco - sporo mi wyjaśniły.
Przyznam, że poczułam się odrobinkę zazdrosna o ten tytuł specjalistki, ale elf ciągle wbijał we mnie wzrok, więc nie mogłam narzekać na brak uwagi.
- Przybyłaś tu z innej rzeczywistości - ciągnął. - Twoja obecność zakłóca równowagę światów, dlatego znikają!
Ta konkluzja nie została należycie przyjęta - usłyszałam jak Tarquin mówi cicho: "No, nareszcie!" i o mało nie parsknęłam śmiechem. Opanowałam się jednak i zaczęłam szukać odpowiednich słów.
- Z całym szacunkiem, nie jestem pierwszą ani jedyną istotą, która przekroczyła granicę w tę czy w drugą stronę - odezwałam się wolno. - Podejrzewam też, że takie przypadki zdarzają się nie od dziś. Nie wezmę więc na siebie winy za żaden bałagan w światach.
- Poza tym, co to znaczy "nasz szpieg"?! - wtrąciła się Leesa. - Zaginęła ci siostra, więc zabierasz cudze bez uprzedzenia. Ellil chciał sprawdzić czy wszystko u niej w porządku.
- A właściwie jak go odkryłeś? - zainteresowała się Lona, która dla odmiany nie zamierzała się z elfem o nic kłócić. Wiedział o tym, więc trochę spuścił z tonu.
- Naszą rasę zawsze łączy więź z Naturą, niezależnie od świata, w jakim się znajdujemy - oznajmił z dumą. - Trudno nam nie zauważyć, że wieje jakiś niedobry wiatr.
Tym razem nie wytrzymałam i zakrztusiłam się śmiechem, za co zostałam spiorunowana wzrokiem. Nie przejęłam się za bardzo.
- Szczerość za szczerość - zaproponowała Lona. - Niby sporo rozmawialiśmy, a jednak wciąż nam nie ufasz i masz swoje tajemnice. Już dawno pomoglibyśmy ci odnaleźć siostrę, gdyby było inaczej.
- Mówiliście, że w każdej chwili możecie zniknąć z mojego domu - przypomniał Dáevel. - Droga wolna, ale ci dwoje zostają. Nawet jeśli nie ocalą tego świata, to przynajmniej c o ś dzięki nim z niego pozostanie.
- Kulfon, są pewne granice przyzwoitości - jęknęła z rozpaczą Leesa, kiedy razem z Loną powróciła z przeglądu sferolotu.
- No przecież spytałem o pozwolenie - kłopotnik przestał grzebać w mojej torbie i spojrzał na mnie z prośbą o pomoc. - Przecież nie chcę podkraść jej pamiętnika ani tej... Maczugi.
- Tego się nie używa do walenia ludzi po głowach - roześmiałam się, choć nie znając zastosowania Światła Przewodniego można by faktycznie nieźle nim przyłożyć. - A właściwie po co ci model światów?
Leesa tylko pokręciła głową z rezygnacją.
- Powinniśmy się staranniej przyjrzeć temu pierścieniowi światów elfów - wyjaśnił Kylph. - Wydaje mi się, że w którymś z nich powinna mieszkać pani Nineveh. Może ona będzie bardziej chętna do pomocy niż jej siostra?
Lona z westchnieniem usiadła obok, mierzwiąc mu czuprynę.
- I dopiero teraz nam to mówisz? Jesteś nieoceniony.
- Jestem prawie tak roztrzepany jak Madelyn - przyznał z dumą. - A przypomniało mi się dopiero teraz, bo kiedy pytałem o to Arkię, odpowiedziała mi takim szyfrem, że nieprędko skojarzyłem fakty.
- Cud, że w ogóle coś ci odpowiedziała - mruknęłam, litościwie wyjmując z torby upragnione przez niego pudełko. Otworzył je pospiesznie.
- Kilka tych światów jest - skrzywiła się Leesa, przyglądając się uważnie. - Ma nas rzucać po międzysferze, dopóki nie natrafimy na właściwy? A skąd możemy wiedzieć, że to na przykład nie tutaj?
- Nie ma tu jesieni - Kylph wzruszył ramionami. - U Arkii panuje wieczna zima, wiosna u Jyoti...
- U Yae było lato - przypomniałam sobie. - Ale takie bez przekonania, pewnie dlatego, że zaginęła. Zresztą wtedy akurat p o w i n n o być lato.
- To jeszcze niczego nie dowodzi - upierała się Leesa, ale wiedziała już, że zostanie przegłosowana.
- Dziwne - zamyśliłam się. - Dáevel wynajął łowczynię nagród, żeby szukała Deuce'a po światach, a przecież...
- Rozumiem, do czego zmierzasz - przerwała Lona. - O ile pamiętam, Deuce nie widział się z matką od dwóch lat. Nie są w najlepszych stosunkach.
- Jak to się kiedyś wyraził? - dodała Leesa. - "Moja matka to wspaniała, ciepła i mądra kobieta i nie dam rady z nią wytrzymać", czy jakoś tak. Głupek.
Tym razem w bibliotece towarzyszyli nam Lona, Leesa i Kylph, którzy stwierdzili, że im się nudzi. Wbrew pozorom dobry znak - może jednak coś się mogło ruszyć w tej opowieści, gnane naszą niecierpliwością?
I owszem, c o ś się ruszyło. W samo południe wpadł Dáevel i, nie przejmując się zasadą panującą we wszystkich bibliotekach światów, zakrzyknął:
- Teraz już wszystko jasne!
Patrzył przy tym na mnie jakbym to ja porwała mu siostrę i zakopała w jego własnej piwnicy.
- Skoro wszystko jasne, to dlaczego ciągle tutaj mozolimy? - zapytał Kylph, który od dwóch godzin zaczytywał się grubą awanturniczą ksiągą o piratach.
- Rewelacje waszej specjalistki od portali... I waszego szpiega - Dáevel uśmiechnął się drwiąco - sporo mi wyjaśniły.
Przyznam, że poczułam się odrobinkę zazdrosna o ten tytuł specjalistki, ale elf ciągle wbijał we mnie wzrok, więc nie mogłam narzekać na brak uwagi.
- Przybyłaś tu z innej rzeczywistości - ciągnął. - Twoja obecność zakłóca równowagę światów, dlatego znikają!
Ta konkluzja nie została należycie przyjęta - usłyszałam jak Tarquin mówi cicho: "No, nareszcie!" i o mało nie parsknęłam śmiechem. Opanowałam się jednak i zaczęłam szukać odpowiednich słów.
- Z całym szacunkiem, nie jestem pierwszą ani jedyną istotą, która przekroczyła granicę w tę czy w drugą stronę - odezwałam się wolno. - Podejrzewam też, że takie przypadki zdarzają się nie od dziś. Nie wezmę więc na siebie winy za żaden bałagan w światach.
- Poza tym, co to znaczy "nasz szpieg"?! - wtrąciła się Leesa. - Zaginęła ci siostra, więc zabierasz cudze bez uprzedzenia. Ellil chciał sprawdzić czy wszystko u niej w porządku.
- A właściwie jak go odkryłeś? - zainteresowała się Lona, która dla odmiany nie zamierzała się z elfem o nic kłócić. Wiedział o tym, więc trochę spuścił z tonu.
- Naszą rasę zawsze łączy więź z Naturą, niezależnie od świata, w jakim się znajdujemy - oznajmił z dumą. - Trudno nam nie zauważyć, że wieje jakiś niedobry wiatr.
Tym razem nie wytrzymałam i zakrztusiłam się śmiechem, za co zostałam spiorunowana wzrokiem. Nie przejęłam się za bardzo.
- Szczerość za szczerość - zaproponowała Lona. - Niby sporo rozmawialiśmy, a jednak wciąż nam nie ufasz i masz swoje tajemnice. Już dawno pomoglibyśmy ci odnaleźć siostrę, gdyby było inaczej.
- Mówiliście, że w każdej chwili możecie zniknąć z mojego domu - przypomniał Dáevel. - Droga wolna, ale ci dwoje zostają. Nawet jeśli nie ocalą tego świata, to przynajmniej c o ś dzięki nim z niego pozostanie.
- Kulfon, są pewne granice przyzwoitości - jęknęła z rozpaczą Leesa, kiedy razem z Loną powróciła z przeglądu sferolotu.
- No przecież spytałem o pozwolenie - kłopotnik przestał grzebać w mojej torbie i spojrzał na mnie z prośbą o pomoc. - Przecież nie chcę podkraść jej pamiętnika ani tej... Maczugi.
- Tego się nie używa do walenia ludzi po głowach - roześmiałam się, choć nie znając zastosowania Światła Przewodniego można by faktycznie nieźle nim przyłożyć. - A właściwie po co ci model światów?
Leesa tylko pokręciła głową z rezygnacją.
- Powinniśmy się staranniej przyjrzeć temu pierścieniowi światów elfów - wyjaśnił Kylph. - Wydaje mi się, że w którymś z nich powinna mieszkać pani Nineveh. Może ona będzie bardziej chętna do pomocy niż jej siostra?
Lona z westchnieniem usiadła obok, mierzwiąc mu czuprynę.
- I dopiero teraz nam to mówisz? Jesteś nieoceniony.
- Jestem prawie tak roztrzepany jak Madelyn - przyznał z dumą. - A przypomniało mi się dopiero teraz, bo kiedy pytałem o to Arkię, odpowiedziała mi takim szyfrem, że nieprędko skojarzyłem fakty.
- Cud, że w ogóle coś ci odpowiedziała - mruknęłam, litościwie wyjmując z torby upragnione przez niego pudełko. Otworzył je pospiesznie.
- Kilka tych światów jest - skrzywiła się Leesa, przyglądając się uważnie. - Ma nas rzucać po międzysferze, dopóki nie natrafimy na właściwy? A skąd możemy wiedzieć, że to na przykład nie tutaj?
- Nie ma tu jesieni - Kylph wzruszył ramionami. - U Arkii panuje wieczna zima, wiosna u Jyoti...
- U Yae było lato - przypomniałam sobie. - Ale takie bez przekonania, pewnie dlatego, że zaginęła. Zresztą wtedy akurat p o w i n n o być lato.
- To jeszcze niczego nie dowodzi - upierała się Leesa, ale wiedziała już, że zostanie przegłosowana.
- Dziwne - zamyśliłam się. - Dáevel wynajął łowczynię nagród, żeby szukała Deuce'a po światach, a przecież...
- Rozumiem, do czego zmierzasz - przerwała Lona. - O ile pamiętam, Deuce nie widział się z matką od dwóch lat. Nie są w najlepszych stosunkach.
- Jak to się kiedyś wyraził? - dodała Leesa. - "Moja matka to wspaniała, ciepła i mądra kobieta i nie dam rady z nią wytrzymać", czy jakoś tak. Głupek.
18 IX
Wygląda na to, że Dáevel
jednak zdecydował się nam zaufać. A przynajmniej stara się tak
zachowywać, jak optymistycznie dodał Kylph, kiedy urządziliśmy małą
naradę wojenną... No, lekko przesadzam. Najwyżej przedwojenną. W każdym
razie, jeśli wie, że światu grozi zniknięcie, może chce co nieco z niego
ocalić, tak jak to było ze smoczymi górami? Moc Djellii nadaje się do
tego jak mało co, o czym już przecież dobrze wiemy. Wypadałoby jednak,
żebyśmy też wiedzieli, o co, u licha, chodzi, tymczasem ci dwoje
konspirują gdzieś z dala od nas!
W rezultacie największą inicjatywą wykazał się Ellil, który zdecydowanie miał dość siedzenia w jednym miejscu. Uznał, że najlepiej będzie, jeśli wymknie się z posiadłości, stopiony w jedno z powietrzem, poszuka, podpatrzy... Całe szczęście, że zdążyliśmy go przytrzymać i zapytać, gdzie się właściwie wybiera - bo już miał znikać bez uprzedzenia. Dobrze, rozumiem, że taki bezruch, niepewność i niewiedza mogły źle działać na takie żywe srebro jak on, ale na Djellię? Tę spokojną, rozważną osóbkę?
- Myślałam, że lepiej ją znasz - prychnęła Leesa, gdy wyraziłam swoje zdanie na głos. - Ona świetnie potrafi ukrywać swoje myśli i zamiary, zwłaszcza jeśli sądzi, że nas zmartwią. Jakbyśmy się przez to nie martwili jeszcze bardziej...
- Podsumujmy - Tarquin przyjrzał się bacznie moim szczątkowym zapiskom. - Próbujesz pisać o ideałach. O rozmarzonym idealiście o czystym sercu, oddanym Sprawie.
- Na razie nie ma czego podsumowywać - skrzywiłam się. - Ale jak się nad tym dłużej koncentruję, to faktycznie tak wygląda.
Jakim cudem od przetrząsania starych przepowiedni przeszliśmy do mojej piosenki? Właściwie sama nie wiem. Po prostu raz na jakiś czas muszę się komuś wyżalić i akurat mi się trafił...
- Jak to nie ma czego? - zdziwił się. - Przecież sama przed chwilą wymieniłaś mi wszystkie skojarzenia i myśli, które przychodzą ci do głowy à propos. Dlaczego ich po prostu nie zapiszesz i nie pozbędziesz się kłopotu w mgnieniu oka?
- Słuchaj, chcę, żeby to była piosenka! - uderzyłam dłonią o blat stołu. - Muszę te wszystkie myśli poukładać tak, żeby się zgrały z melodią! Żeby były w miarę do rymu! I w tej chwili moim największym problemem jest to, że cokolwiek mi się ułoży, nie pasuje stylistycznie do końcówki, oto smutna prawda!
Tarquin popatrzył na mnie w taki sposób, że poczułam się rozpieszczoną panienką, która marudzi, że jej trzewiczki nie pasują do kokardek w loczkach.
- Więc dlaczego po prostu nie zmienisz tej końcówki? - zapytał powoli i wyraźnie.
- Dlatego, że ona sama się tam znalazła - odpowiedziałam jak wyżej.
- W takim razie trzeba było poczekać, aż reszta też się "sama" znajdzie.
- Poza tym - zignorowałam jego słowa. - Nie mogę znaleźć nic, co by pasowało do wiatru, który rozkołysze gwiazdy.
- To już sama wymyśliłaś, więc możesz skorygować - wytknął mi. - Zresztą nie pojmuję, skąd ci się wzięła idea wiatru kołyszącego gwiazdami. Zinterpretuj mi ją, a może coś się da ułożyć...
Z rezygnacją zamknęłam książkę i stuknęłam o stół, tym razem czółkiem.
- A ja nie pojmuję - westchnęłam - jakim cudem wytrzymywałeś w roli prywatnego straszaka Clytii.
W tej chwili najchętniej bym wstała i po prostu wyszła z biblioteki, ale brakowało mi siły woli. Bardzo.
- Może się zdziwisz - usłyszałam naraz - ale sam się czasem zastanawiam. Ciągle nie wiem, kim innym mogę być, wiem jednak, że gdybym tam pozostał, przepadłbym razem z królową. Choć pewnie nigdy nie będziemy podążać tą samą drogą, czuję, że jestem wam coś winny, więc...
- Po prostu powiedz nam, co wiesz o Dáevelu i jego osobistych porachunkach - zdołałam się słabo uśmiechnąć. - Albo znajdź kogoś, kto mnie wczyta do opowiadań Moriany.
- To drugie wydaje się być większym wyzwaniem - Tarquin odwzajemnił uśmiech po swojemu, nieco kpiarsko. - W końcu opowieści o baśniowych krainach mocno się nie zgadzają z opowieściami o istotach takich jak ja.
Wiedziałam to, ale zdziwiło mnie, że i on o tym pomyślał. A przede wszystkim, d l a c z e g o właściwie podszedł do sprawy od tej strony.
W rezultacie największą inicjatywą wykazał się Ellil, który zdecydowanie miał dość siedzenia w jednym miejscu. Uznał, że najlepiej będzie, jeśli wymknie się z posiadłości, stopiony w jedno z powietrzem, poszuka, podpatrzy... Całe szczęście, że zdążyliśmy go przytrzymać i zapytać, gdzie się właściwie wybiera - bo już miał znikać bez uprzedzenia. Dobrze, rozumiem, że taki bezruch, niepewność i niewiedza mogły źle działać na takie żywe srebro jak on, ale na Djellię? Tę spokojną, rozważną osóbkę?
- Myślałam, że lepiej ją znasz - prychnęła Leesa, gdy wyraziłam swoje zdanie na głos. - Ona świetnie potrafi ukrywać swoje myśli i zamiary, zwłaszcza jeśli sądzi, że nas zmartwią. Jakbyśmy się przez to nie martwili jeszcze bardziej...
- Podsumujmy - Tarquin przyjrzał się bacznie moim szczątkowym zapiskom. - Próbujesz pisać o ideałach. O rozmarzonym idealiście o czystym sercu, oddanym Sprawie.
- Na razie nie ma czego podsumowywać - skrzywiłam się. - Ale jak się nad tym dłużej koncentruję, to faktycznie tak wygląda.
Jakim cudem od przetrząsania starych przepowiedni przeszliśmy do mojej piosenki? Właściwie sama nie wiem. Po prostu raz na jakiś czas muszę się komuś wyżalić i akurat mi się trafił...
- Jak to nie ma czego? - zdziwił się. - Przecież sama przed chwilą wymieniłaś mi wszystkie skojarzenia i myśli, które przychodzą ci do głowy à propos. Dlaczego ich po prostu nie zapiszesz i nie pozbędziesz się kłopotu w mgnieniu oka?
- Słuchaj, chcę, żeby to była piosenka! - uderzyłam dłonią o blat stołu. - Muszę te wszystkie myśli poukładać tak, żeby się zgrały z melodią! Żeby były w miarę do rymu! I w tej chwili moim największym problemem jest to, że cokolwiek mi się ułoży, nie pasuje stylistycznie do końcówki, oto smutna prawda!
Tarquin popatrzył na mnie w taki sposób, że poczułam się rozpieszczoną panienką, która marudzi, że jej trzewiczki nie pasują do kokardek w loczkach.
- Więc dlaczego po prostu nie zmienisz tej końcówki? - zapytał powoli i wyraźnie.
- Dlatego, że ona sama się tam znalazła - odpowiedziałam jak wyżej.
- W takim razie trzeba było poczekać, aż reszta też się "sama" znajdzie.
- Poza tym - zignorowałam jego słowa. - Nie mogę znaleźć nic, co by pasowało do wiatru, który rozkołysze gwiazdy.
- To już sama wymyśliłaś, więc możesz skorygować - wytknął mi. - Zresztą nie pojmuję, skąd ci się wzięła idea wiatru kołyszącego gwiazdami. Zinterpretuj mi ją, a może coś się da ułożyć...
Z rezygnacją zamknęłam książkę i stuknęłam o stół, tym razem czółkiem.
- A ja nie pojmuję - westchnęłam - jakim cudem wytrzymywałeś w roli prywatnego straszaka Clytii.
W tej chwili najchętniej bym wstała i po prostu wyszła z biblioteki, ale brakowało mi siły woli. Bardzo.
- Może się zdziwisz - usłyszałam naraz - ale sam się czasem zastanawiam. Ciągle nie wiem, kim innym mogę być, wiem jednak, że gdybym tam pozostał, przepadłbym razem z królową. Choć pewnie nigdy nie będziemy podążać tą samą drogą, czuję, że jestem wam coś winny, więc...
- Po prostu powiedz nam, co wiesz o Dáevelu i jego osobistych porachunkach - zdołałam się słabo uśmiechnąć. - Albo znajdź kogoś, kto mnie wczyta do opowiadań Moriany.
- To drugie wydaje się być większym wyzwaniem - Tarquin odwzajemnił uśmiech po swojemu, nieco kpiarsko. - W końcu opowieści o baśniowych krainach mocno się nie zgadzają z opowieściami o istotach takich jak ja.
Wiedziałam to, ale zdziwiło mnie, że i on o tym pomyślał. A przede wszystkim, d l a c z e g o właściwie podszedł do sprawy od tej strony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)