Pewien mistrz opowieści
rzekł kiedyś, że wszystkie miejsca, które zniknęły z map, gdy
ostatecznie udowodniono im nieistnienie, trafiają do Krainy Czarów.
Sądzę, że nikt, kto choć raz do niej zawitał, nie zaprzeczyłby tym
słowom. Właśnie tutaj można znaleźć pałac Walkirii, Wyspę Jabłoni oraz
mnóstwo innych miejsc, których istnienie uświadomiłam sobie jeszcze
nawet zanim Rafael lub któraś z naszych towarzyszek zdążyli choćby o
nich nadmienić.
Nie jestem pewna, ile zajęła nam droga do Przystani Pereł ani nawet w
jaki sposób ją pokonaliśmy. Tak jakby ktoś, kto czytał tę opowieść -
albo wcześniej pisał - ominął opis podróży. Nie będę mieć pretensji,
sama niekiedy tak robię. W każdym razie Przystań Pereł powitała nas
szumem morza już z oddali.
Zanim jednak doszliśmy do miasta, elfki pożegnały nas, tłumacząc, że za
bardzo oddaliły się od swoich i trochę już się stęskniły.
- Nawet ich nie zapytałam o imiona - pożaliłam się, gdy tylko zniknęły
nam z oczu. - Były i się rozpłynęły. Jak na pograniczu snu i jawy.
- Ani ty nie podałaś im swojego - zauważył Rafael. - Pamiętaj, że zdradzanie imienia obcym może mieć przykre konsekwencje.
- Czy według ciebie jestem czarownicą-zaklinaczką? - prychnęłam.
- Nie, za to jesteś czymś innym - odparował z mądrą miną.
- Demony częściej gubią własne imiona niż zabierają cudze - ucięłam. - Dziwi mnie, że ty wyraźnie masz za nic te przestrogi.
- Bo mnie tutaj wszyscy kochają - oświadczył Rafael niefrasobliwie. - Ale widzisz, ja ciebie też nie zapytałem.
- No to co mam robić? Nie chcę być traktowana tak
bezosobowo. Za mało mam charyzmy, żeby się wznieść ponad swoje imię.
- Wymyśl, jak cię nazywać. Nawet jeśli nowe imię przyrośnie do ciebie, i tak nikt nie obróci go przeciwko tobie.
Zadumałam się, uciekając myślami do książki Moriany, w której przecież się pojawiłam.
- Co to znaczy ayina-kela? - przypomniało mi się. Rafael natychmiast uśmiechnął się radośnie.
- "Kropla rosy" - wyjaśnił. - To z języka Synów Pustyni. Oni w ogóle
bardzo sobie cenią wodę, jak się łatwo domyślić. Pewnie dlatego tak to
ładnie brzmi.
- Kropla Rosy - powtórzyłam, odwzajemniając uśmiech. - Mój przyjaciel lubi mnie tak nazywać.
- No, to jesteś przyzwyczajona - skwitował. Nie mitrężyliśmy już dłużej
czasu, była już najwyższa pora, by rozejrzeć się po Przystani Pereł.
I bardzo prędko się tam zgubiłam. Zobaczyłam trzy małe światełka,
krążące w powietrzu jakby się czymś denerwowały, i zaciekawiona poszłam
za nimi. A kiedy się zreflektowałam i obejrzałam za Rafaelem, zdążył już
mi zniknąć w tłumie istot najprzeróżniejszej maści...
Przechadzałam się brukowanymi uliczkami, rozglądając się wkoło. Domy
były śliczne i kruche, jak powiększone - i mniej kiczowate - wersje
bibelotów, które można sobie postawić na półce. Wszędzie rozlegał się
szum morza, choć czasem dołączały do niego ciche odgłosy dzwoneczków lub
czyjś śpiew. Trzy światła towarzyszyły mi przez jakiś czas, krążąc
dokoła mojej głowy, dopóki nie zdecydowałam się wejść do jednego z
budynków. Miał spadzisty zielony dach, ciemne zasłony w oknach i
wymyślny szyld w nieznanym mi języku. W otwartych drzwiach stały w
rządku elfy i inne istoty, które umiejscowiłabym raczej w lesie niż nad
morzem - dziwne, ale nikt nie obraził się, że weszłam bez kolejki.
Kiedy znalazłam się w środku, od razu pomyślałam, że gdyby Tarquin to
zobaczył, przestałby bredzić, że tu nie pasuje, a Shyam byłby
zachwycony. Półmrok, na ścianach porozwieszane amulety o niewiadomym
zastosowaniu, a do tego mnóstwo starych ksiąg o omszałych okładkach.
Dotknęłam jednej, a ona poruszyła się gwałtownie, jakby miała łaskotki.
Potem zobaczyłam wreszcie, gdzie prowadzi kolejka - na bujanym fotelu
siedziała czarownica w szpiczastym kapeluszu i udzielała rozmaitych
porad, w tej chwili akurat zdrożony leśny czart prosił ją o coś, co
odstrasza pioruny. No wiecie co, czy tam w lasach nie mają własnych
wiedźm?
Żeby nie przeszkadzać, cofnęłam się pod ścianę (zza której dochodziło
dziwne bulgotanie) i omal nie wpadłam na jakąś dziewczynę. Upuściła
przeglądane właśnie grube tomisko i przyjrzała mi się z zaciekawieniem
przemieszanym z niepewnością. Następnie podniosła szeleszczącą z
wyrzutem książkę i odłożyła ją na miejsce.
- Inaczej to sobie wyobrażałam! - poskarżyła mi się znienacka, ale
pretensja w jej głosie chyba nie była do końca serio. Rozejrzałam się po
pomieszczeniu, nie bardzo pewna, o czym konkretnie mówiła.
- Jeśli ci się tu nie podoba, możesz przecież wyjść - powiedziałam.
- A ty co, będziesz tu siedzieć? - prychnęła. - Za dużo ciekawych rzeczy
jest tam na zewnątrz, żeby zatrzymywać się na dłużej w jednym. Tak bez
celu.
Wyszłyśmy ze sklepiku i mogłam się lepiej przyrzeć nowej znajomej. Miała
długie jasne włosy i czarny płaszcz ze srebrną klamrą z wygrawerowaną
sową. Wyglądała dość ludzko, choć z pewnością nie była Córą Pustyni,
mogła więc być tu gościem, jak ja.
- Ale ja nie jestem pewna, dokąd teraz iść - teraz nadeszła moja kolej
na narzekanie. - Ktoś mi się zgubił... A raczej ja mu się zgubiłam i...
- A czy to naprawdę takie straszne? - zapytała dziewczyna. - Powinnaś
raczej cieszyć się urokami Przystani Pereł. Niewiele jest miejsc tak
pełnych czarów jak to.
- Fakt - przyznałam. - To miasto wprost emanuje baśniową magią.
- Nie magią. Czary to co innego niż magia - pouczyła mnie. - Tam, w
innych światach, są niejednokrotnie mylone, ale tutaj wszyscy pamiętają o
tej różnicy.
- Ja też powinnam - westchnęłam. - Bo chyba wiem, co masz na myśli, tylko te moje c u d z o z i e m s k i e odruchy...
Popatrzyłyśmy na siebie i roześmiałyśmy się w głos.
- No, to chodź - zadecydowała dziewczyna, ciągnąc mnie za rękaw. - Masz
tyle czarownych miejsc do obejrzenia. Możesz tu sobie kupić pogodę w
butelkach, wiesz? I śpiewające kwiaty ze szkła, i cukierki, i mydełka.
Są takie n i e s p o d z i a n k o w e.
- Będzie burza - powiedziała nieobecnym głosem, kiedy kilka godzin
później szłyśmy brzegiem morza. Odwróciłam wzrok od kotów morskich,
zbierających się przy skarpach, i spojrzałam w niebo, tak jak ona.
- Aha, płanetnicy nisko latają? - dojrzałam coś jakby sylwetki na
ciemnych obłokach. - Chętnie przeleciałabym się na chmurze, gdybym nie
miała lęku wysokości.
- Oni chętnie zabierają dziewczęta na przejażdżki, wiesz - zachichotała,
a ja do niej dołączyłam. - Trochę się przez moment niepokoiłam, ale to
chyba jednak będzie zwykła burza.
- A jaka inna mogłaby być? - zainteresowałam się, ale nawet gdybym
dostała jakąś odpowiedź, nie zwróciłabym na nią uwagi. Dostrzegłam w
oddali znajomą postać i pomachałam. Po chwili Rafael podszedł do nas z
zadowolonym uśmiechem.
- Wiedziałem, że w końcu tu przyjdziesz - powiedział. - Ale długo ci to zajęło, odkąd straciłem cię z oczu.
- No tak - westchnęła moja przewodniczka. - Takie miłe spotkanie, a ty zaczynasz od wymówek.
- Z tobą to nawet nie powinienem gadać... Zniknęłaś mi z oczu w dość bezczelny sposób. Myślałem, że dłużej tam zostaniesz.
- Nie miałam po co, to jednak były zwykłe wiśnie - odpowiedziała
niejasno. - Zresztą pewnych rzeczy po prostu nie wypada przegapić.
Nasze spojrzenia się spotkały i posłała mi uśmiech, trochę dziecięcy, a
trochę uszczypliwy. I wiedziałam już, kim jest - może zresztą wiedziałam
od początku, tylko atrakcje Przystani zagłuszyły mi podświadomość.
- Nie wypada - zgodziłam się. - Dziwnie by było, gdybym opuściła Krainę Czarów bez spotkania ciebie.
Moriana roześmiała się i usiadła na jednym z wielu przybrzeżnych kamieni. Tam dołączył do niej Rafael.
- Jeszcze byś tu wróciła - zapewniła. - A mając tyle innych istot do spotkania, szybko byś zapomniała.
- Ale... Kto inny mógłby mi pomóc zrozumieć, dlaczego tu jestem? To od ciebie się zaczęło, snujesz tę opowieść...
- Skąd pomysł, że mogę mieć do niej klucz? A może być kluczem? -
zdziwiła się. - Jestem zupełnie zwyczajna jak na to miejsce. Tylko o nim
piszę, tak jak ty opisujesz to, co dzieje się wokół ciebie.
- Skąd więc tyle o mnie wiesz? - nie dałam za wygraną. - Czy ty też nosisz ze sobą książkę podpisaną moim imieniem?
- Hej, ty akurat masz zupełnie co innego do czytania - zauważyła Moriana z uśmiechem.
Sięgnęłam do torby - i rzeczywiście, wyjęłam z niej to nieszczęsne
dzieło, które jeszcze nie zostało napisane, z wyjątkiem jednego ścinka i
kawałka piosenki. Czy miałam je przy sobie cały czas? Nie mogłam sobie
przypomnieć. Przejrzałam kartki i odkryłam, że rysunki, które powinny
grzecznie leżeć w teczce, tkwią tam w charakterze ilustracji.
Moriana wzięła ode mnie książkę i zaczęła ją przeglądać, zachwycając się
rysunkami Geddwyna. Rafael przez chwilę jej towarzyszył, ale kiedy
podjęła rozmowę, zapatrzył się na morze.
- Jednego brakuje - poinformowała mnie. - Ale musisz go znaleźć dopiero tam, dokąd zmierzasz.
- A gdzie się znajdę, kiedy stąd wyjdę? - chciałam wiedzieć.
- Oj, panienko - zaśmiała się Moriana. - Masz w tej chwili dwie drogi:
przed siebie albo z powrotem. Choć ta druga chyba nie ma dla ciebie zbyt
wiele sensu.
- Teoretycznie ma - wzruszyłam ramionami. - Przed sobą znajdę na pewno
sporo wątków, które same będą mi się wpychać w łapy. Ale za mną... Też
się wpychały.
- A ty je wypuściłaś? - mrugnęła do mnie szelmowsko.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć i co w ogóle o tym myśleć, ale
kiedy Moriana oddała mi książkę, chwyciłam ją bez wahania, potykając się
przy okazji...
...Zrobiła krok i nagle odkryła, że stawia nogi w powietrzu - a
raczej w próżni, bo nie czuła już najmniejszego powiewu wiatru ani nie
widziała wokół nieba.
Przypomniała sobie postawioną przez kogoś dawno temu zagadkę: "Który
krok jest najważniejszy w życiu - pierwszy, obecny czy ostatni?" i
zrobiła drugi krok, wiedząc, że inaczej pozostałaby tam na zawsze, a tak
następny będzie już ostatnim. Oczywiście trochę się dziwiła sama sobie,
że tak stąpa bez gruntu pod nogami, a jeszcze nie uderzyła w krzyk, ale
czy miałoby to jakiś sens? Czasami nie ma po co zatrzymywać się i
myśleć, kiedy wokół walą się światy... No dobrze, w tej chwili akurat
nie miało się co walić, o tym dobrze wiedziała. W każdym razie nie tam,
gdzie właśnie była. Musiała jednak wyjść, żeby stawić czoło nawet
łamiącym się sercom i odpadającemu tynkowi ze ścian. Cokolwiek miałoby
to znaczyć.
Wykonała trzeci krok i uzmysłowiła sobie, że stoi na miękkim perskim
dywanie w dziwnie znajomym pokoju, a trzymana przez nią książka znajduje
się w rękach chłopca ze skrzydłami, który jeszcze przed chwilą czytał
ją miłym, choć niewyrobionym głosem. Zdążyła jeszcze usłyszeć kilka słów
i uznała, że te bzdury brzmią jakby sama je napisała.
Chłopiec siedział na kanapie, opierając się o ramię młodej kobiety o
falujących niebieskich włosach; po jej drugiej stronie siedziała mała
dziewczynka, przysłuchując mu się uważnie. Po takiej przymusowej
przerwie w czytaniu mógł oczywiście przytrzasnąć nowo przybyłej palce,
ale nie zrobił tego, czekając cierpliwie aż sama puści książkę.
Uśmiechnął się do niej szeroko, kiedy wreszcie to zrobiła i pewniej
stanęła na dywanie.
- Wróciłam - powiedziałam, odzyskawszy głos.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz