No i miałam rację - nieobecnością złodziejaszka nie należało się przejmować. Wręcz przeciwnie.
Akurat gościłam Laderica w swoim pokoju w zajeździe i siedzieliśmy przed
rozłożoną mapą świata, planując trasę. Jak dotąd dowiedziałam się, że
do samego Chinedu za żadne skarby nie wolno się wteleportowywać,
pozostało więc przeskoczyć na pewną odległość od miasta i udać się tam
jak na pokornych grzeszników przystało - piechotką. A skoro o
teleportacji mowa: dokładnie nad mapą otworzył się portal i wypadł z
niego Deuce. Uśmiechnięty triumfalnie, z długą, walcowatą torbą na
ramieniu.
- Nie depcz po mapie - Laderic szybko starł mu ten triumf z liczka.
- Nie przejmujcie się takimi szczegółami, bo i tak najpierw pojedziemy
tam, gdzie mam nadzieję spotkać moją wesołą kompanię - pokręcił głową
rudowłosy, ale przestał deptać i usiadł obok nas.
- Dobrze, że raczyłeś nam to powiedzieć - burknął kronikarz.
- Tak czy inaczej musielibyście na to przystać, inaczej pozbylibyście
się mojego zacnego towarzystwa - odparował Deuce tonem natchnionego
poety. - Lepiej spojrzyj na to.
Otworzył swoją dziwną torbę i wyjął z niej kartkę zwiniętą w rulon. A po rozwinięciu ukazał nam się...
- No? To o ten duecik chodzi? - dopytywał się złodziejaszek z radosnym uśmiechem.
- O ten - potwierdził słabo Laderic. - A żeby cię piorun trzasnął, ukradłeś z wystawy?!
- Spokojnie, dokonałem tego wielkiego czynu już po tym jak wystawa
została spakowana - chłopak machnął ręką niefrasobliwie. - Nie zorientują
się póki jej nie przewiozą do sąsiedniego miasta.
Sąsiednie miasto, gwoli wyjaśnienia, było pół dnia drogi powozem stąd.
- Nie sądziłam, że to powiem, ale jesteś wielki - westchnęłam i już
miałam porwać dzieło Geddwyna w swoje łapki, ale zdążył go chwycić i
unieść do góry.
- Wolne żarty - prychnął. - Mogłaś sobie sama ukraść, teraz możesz ewentualnie czekać aż ustalę cenę.
- Ale... - zaczęłam błagalnie, ale Laderic nie dał mi dokończyć.
- Teraz to przede wszystkim powinniśmy się stąd zwijać - stwierdził. -
Zawsze jest ryzyko, że będą cią ścigać za tę kradzież szybciej niż
myślisz.
- Mnie nikt nie doścignie - pochwalił się Deuce. - No, może oprócz
jednej... Dwóch osób, ale żadna mnie na długo nie złapała. Bez obaw, już
znalazłem statek, którym przeprawimy się przez spienione morskie wody.
- Jak to statek? - zaprotestowałam, choć przecież uwielbiam morze. - Mogłabym nas w tej chwili przenieść na ten drugi kontynent!
- Ja też bym mógł, panno nadgorliwa, ale statkiem jest ciekawiej - wysunął argument nie do odparcia. - I bardziej dramatycznie.
9 VI
Wygląda jakby całe moje
życie polegało na rozmowach. Na przysłuchiwaniu się im albo, co gorsza,
uczestniczeniu w nich. Kiedy się toczą, są prędkie i bezładne, jakby
rozmówcy chcieli w nich zmieścić wszystkie swoje myśli, a kiedy jest
cicho i spokojnie, wtedy piszę niewiele. Może powinnam przerzucić się na
dramatopisarstwo? Albo na jakże urokliwą sztukę komiksową? Miałabym z
głowy problemy z narracją.
Tak, znów zachowuję się jakby różne rzeczy się działy p o n i e w a ż je opisuję. Ale kiedy pamiętnik jest jedynym dowodem na te wydarzenia, pewnie może to tak wyglądać.
Częściowo problemem jest Laderic, a przecież z takiego "problemu" powinnam się raczej cieszyć. Idzie o to, że mam wrażenie, jakbym znała go od dawna. Pewnie dlatego, że jest częścią tamtego świata, tamtego królestwa, w którym niebezpiecznie było (przynajmniej dla mnie) dłużej zagrzać miejsce... No i jest kronikarzem. To już jest plus i nie będę go wpisywać na listę problemów.
Inna sprawa to niekomunikatywność bliźniaków. Jeśli chodzi o zaginięcie pani Yae, wydobyłam z nich zaskakująco niewiele. Otóż pewnego dnia do świątyni Natsutori przybyła Velxa Ranonkel - ach, będę miała co Lonie opowiedzieć, kiedy tylko ją spotkam - niczym powracająca do pałacu królowa. Zażądała widzenia z kapłanką, a kiedy Yae ją przyjęła, rozmawiały chyba przez trzy godziny... W każdym razie połowę tego czasu spędziły na rozmowie - drugą na ostrej kłótni. Dotyczyła ona czegoś, czego Yae nie chciała zrobić, czy też zgodzić się, by to się stało; jednak co dokładnie, tego żadne z bliźniaków nie zrozumiało, bo kobiety nie mówiły w ten'pei. W końcu Velxa wyszła, ciężko obrażona... A następnego dnia ziemia pod świątynią się zatrzęsła. Mogłabym pomyśleć, że był to taki czarodziejski budynek jak siedziba Arkii, ale nie - legł w gruzach, a Yae zniknęła bez śladu. Tak samo wszystko, co do niej należało.
Dziwne, że ani Yazuki, ani Yachiyo nie potrafili sprecyzować, jak dawno temu się to wydarzyło - przecież przynajmniej jedno z nich n i e jest rozkojarzone i nierozważne. Czy powinnam zakładać, że miały miejsce jakieś machinacje z czasem? Czy po prostu z ich umysłami? To pierwsze pasowałoby do całej tej teorii spisku...
Obejrzałam sobie dzisiaj ruiny Natsutori, ale nie znalazłam tam nic podejrzanego.
Na pytanie, dlaczego właściwie mamy szukać w Chinedu, Laderic odpowiedział: "Bo Chaos ciągnie do Chaosu". Takim tonem, jakby zakładał, że ja doskonale wiem, co się dzieje w tym mieście!... No dobrze, ma pełne prawo tak myśleć, bo to w końcu ja pierwsza wymieniłam tę nazwę w rozmowie. Niestety nie zdążyłam mu jeszcze wyjaśnić, że się myli, bo za dużo czasu spędza na szukaniu Deuce'a, który zapadł się jak kamień w wodę. Może powinnam podejrzewać, że nas wystawił, nie sądzę jednak, żeby to było tak oczywiste.
Tak, znów zachowuję się jakby różne rzeczy się działy p o n i e w a ż je opisuję. Ale kiedy pamiętnik jest jedynym dowodem na te wydarzenia, pewnie może to tak wyglądać.
Częściowo problemem jest Laderic, a przecież z takiego "problemu" powinnam się raczej cieszyć. Idzie o to, że mam wrażenie, jakbym znała go od dawna. Pewnie dlatego, że jest częścią tamtego świata, tamtego królestwa, w którym niebezpiecznie było (przynajmniej dla mnie) dłużej zagrzać miejsce... No i jest kronikarzem. To już jest plus i nie będę go wpisywać na listę problemów.
Inna sprawa to niekomunikatywność bliźniaków. Jeśli chodzi o zaginięcie pani Yae, wydobyłam z nich zaskakująco niewiele. Otóż pewnego dnia do świątyni Natsutori przybyła Velxa Ranonkel - ach, będę miała co Lonie opowiedzieć, kiedy tylko ją spotkam - niczym powracająca do pałacu królowa. Zażądała widzenia z kapłanką, a kiedy Yae ją przyjęła, rozmawiały chyba przez trzy godziny... W każdym razie połowę tego czasu spędziły na rozmowie - drugą na ostrej kłótni. Dotyczyła ona czegoś, czego Yae nie chciała zrobić, czy też zgodzić się, by to się stało; jednak co dokładnie, tego żadne z bliźniaków nie zrozumiało, bo kobiety nie mówiły w ten'pei. W końcu Velxa wyszła, ciężko obrażona... A następnego dnia ziemia pod świątynią się zatrzęsła. Mogłabym pomyśleć, że był to taki czarodziejski budynek jak siedziba Arkii, ale nie - legł w gruzach, a Yae zniknęła bez śladu. Tak samo wszystko, co do niej należało.
Dziwne, że ani Yazuki, ani Yachiyo nie potrafili sprecyzować, jak dawno temu się to wydarzyło - przecież przynajmniej jedno z nich n i e jest rozkojarzone i nierozważne. Czy powinnam zakładać, że miały miejsce jakieś machinacje z czasem? Czy po prostu z ich umysłami? To pierwsze pasowałoby do całej tej teorii spisku...
Obejrzałam sobie dzisiaj ruiny Natsutori, ale nie znalazłam tam nic podejrzanego.
Na pytanie, dlaczego właściwie mamy szukać w Chinedu, Laderic odpowiedział: "Bo Chaos ciągnie do Chaosu". Takim tonem, jakby zakładał, że ja doskonale wiem, co się dzieje w tym mieście!... No dobrze, ma pełne prawo tak myśleć, bo to w końcu ja pierwsza wymieniłam tę nazwę w rozmowie. Niestety nie zdążyłam mu jeszcze wyjaśnić, że się myli, bo za dużo czasu spędza na szukaniu Deuce'a, który zapadł się jak kamień w wodę. Może powinnam podejrzewać, że nas wystawił, nie sądzę jednak, żeby to było tak oczywiste.
7 VI
Dochodziło południe, kiedy
odwiedziłam herbaciarnię Hikari. Właścicielki, o dziwo, nie zastałam, a
bliźniaki siedziały ze swoim gościem nad tacką pełną słodkich ciasteczek
i cukierków o smaku wodorostów.
- Zapraszamy, zapraszamy - przywitał mnie Yazuki. - Siedzimy tu już od pół godziny i pilnujemy.
- Bo Hikari-san wyszła po zakupy - wyjaśniła Yachiyo.
- Bo w każdej chwili może przyjść drugi gość, który wyprowadza ją z równowagi równie skutecznie jak ty - dodał jej brat, biorąc do ust ciasteczko.
Siedzący obok nich mężczyzna o falujących jasnych włosach przysłuchiwał się tej wymianie zdań, ale nie włączył się do niej, tylko przeżuwał coś ze skupieniem. Wreszcie połknął to i skrzywił się na chwilę.
- Przypuszczam, że jesteś moją nową towarzyszką podróży - zagaił, robiąc mi miejsce obok siebie. Kiedy usiadłam, przyjrzał mi się z nieskrywaną uwagą.
- A co, też do Chinedu? - uśmiechnęłam się, wpatrując się w niego równie bezczelnie. Wysportowany, opalony, pewnie o wesołym usposobieniu, bo oczy mu się śmiały.
- Też, też - pokiwał głową. - Te dwa urwisy już mnie poinformowały, że szukamy tych samych osób. Jakkolwiek rozumiem, że kobieta z klejnotami we włosach jest ci znana - przesunął dłonią po włosach z lekką konsternacją - jednak nie mam pomysłu, czego możesz chcieć od księcia z Sativoli.
- Chcę mu się przede wszystkim przyjrzeć - odpowiedziałam. - Opuściłam Sativolę jakieś dwa tygodnie temu, a sporo się tam o nim nasłuchałam.
- Jak mogłaś opuścić Sativolę? - wyraźnie mi nie uwierzył. - Przecież tam jest bariera.
- Nawet czary tamtejszej arcymagini nie są wszechmocne - wzruszyłam ramionami z niewinną miną.
Nie było to najwłaściwsze posunięcie, bo mężczyzna cały się spiął i spojrzał na mnie jeśli nie wrogo, to w każdym razie podejrzliwie. To sprawiło, że bliźniakom zaświeciły się oczy i oboje zaczęli nas czujnie obserwować. Rzeczywiście, mieli rację, że tak pilnowali...
- Co zrobiłaś? - zapytał jasnowłosy, zniżając głos. - Kim jesteś, następną z tej świty Aethelreda? Czy może nieudolną agentką srebrnych?
- Więcej mam wspólnego z Caranillą niż z księciem - przyznałam. - Ale Muirenn tak ładnie prosiła o pomoc, że trudno było jej odmówić. Poza tym lubię śledzić nowe opowieści.
- Jasne, pewnie nie dała ci wyboru - westchnął, momentalnie się rozluźniając, kiedy wspomniałam o opowieściach. - Co u niej słychać?
- Czujnie wszystko obserwuje i pofukuje na co i kogo się da - parsknęłam śmiechem. - Między innymi na ciebie. Bo ty jesteś Laderic, prawda?
Skinął głową z dość smętnym uśmiechem, a kiedy wyciągnęłam do niego rękę - na przywitanie i pojednanie - przyjął ją chętnie, ku uldze bliźniaków.
- Z pewnością sobie zasłużyłem - stwierdził. - Wybyłem stamtąd już... Ech, wstyd mówić. Dużo czasu spędziłaś w pałacu?
- Dość dużo, by wczuć się w tamtejszą niepowtarzalną atmosferę i przymierzyć chyba wszystkie kreacje królowej matki...
- O, biedactwo - mruknął Laderic. - Pewnie poddała cię dokładnym oględzinom?
- Kto? - zdziwiłam się, bo przecież nie królowa matka. Zresztą jej suknie były za ładne, żeby mi współczuć.
- No, wydajesz się miła, ładnie się uśmiechasz, do twarzy ci w srebrnym... - zaczął, jednak, ku mojej uldze, nie dane mu było dokończyć. Drzwi rozsunęły się, a bliźniaki zgięły się w ukłonie, kiedy do pawilonu weszła Hikari w towarzystwie długowłosego młodzieńca w skórzanej kurtce i czarnym kapeluszu, przesłaniającym połowę twarzy. Prychnęła cicho, bo ten stanął jak wryty na widok Laderica i zdecydowanie nie chciał iść dalej.
- No nie, mogłem podejrzewać, że to zmowa! - wykrzyknął dramatycznym tonem. - Zbyt wielu walczy o moją skromną osobę!
- Jaką tam skromną - Laderic wyszczerzył do niego zęby. - Dobrze wiesz, że jesteś sławny.
- Ale ja wolę być n i e s ł a w n y! - nadąsał się młodzieniec. - A nie żeby pismaki za mną biegały!
- Sława też ma swoje dobre strony - zapewnił go rozmówca. - Możesz na przykład przyciągać dziewczyny. No powiedz, nie rzuciłabyś się takiemu na szyję? - zwrócił się do mnie, mrugając porozumiewawczo.
- Jesteście w ostatnim miejscu, które powinno nastrajać do wygłupów - zmitygowała ich Hikari, a bliźniaki jak na komendę pokiwały głowami. - Wiele bym dała, gdybyście na chwilę oddali się kontemplacji w oczekiwaniu na herbatę.
- O właśnie, ja też - uradował się przybysz, wcale jej tym nie pocieszając. - A z tą panią to się chętnie zaznajomię na osobności. Jestem pewien, że już gdzieś widziałem to urocze oblicze, więc nie spuszczę go już z oka.
Usiadł między mną a Yazukim i zdjął kapelusz, odsłaniając bardzo ładną chłopięcą twarz i włosy barwy jesiennych liści. Wziął głęboki wdech i rozluźnił się, starannie unikając wzroku Laderica.
- Będziesz miał okazję sie zaznajomić - przyznał ten z zadowoleniem. - Widzisz, Miya wybiera się z nami do Chinedu.
- Ooo, nie - chłopak pokręcił głową tak zamaszyście, że nie zdziwiłabym się, gdyby odpadła. - Który już raz ci mówię, że m y się nie wybieramy do Chinedu? Jadę tam sam. To nie jest miejsce nawet dla pismaków-ryzykantów.
- A dla ciebie niby tak? Przecież sam się wzdrygasz na sam dźwięk tej nazwy - zauważył Laderic.
- Niestety czcigodna siostra Hedin ma coś, co ja powinienem mieć - zmarkotniał rudowłosy. - Zresztą moja wesoła kompania jest już pewnie w połowie drogi. Wyśmialiby mnie, gdybym zrezygnował.
- Kto to jest siostra Hedin? - zainteresowałam się.
- Przełożona tych fanatyków, którzy tam mieszkają - wyjaśnił uprzejmie Laderic. - Nie wiem, co takiego Deuce mógłby jej zwinąć, ale z pewnością jest to prawdziwe wyzwanie...
- Nie chcę jej nic zwinąć, tylko odzyskać - syknął chłopak, zanim faktycznie rzuciłam mu się na szyję. Z piskiem.
- O, widzisz? - skomentował to blondyn. - Mówiłem, że sława popłaca.
- Jesteś pierwszą kobietą spoza rodziny, która tak na mnie reaguje - powiedział niepewnie obiekt mojej nagłej sympatii. - To na pewno nie jest jakaś pomyłka?
- Jak dotąd nic na to nie wskazuje - opamiętałam się i odsunęłam, ale nie skrywałam radości. - Szukam cię od paru miesięcy.
- Interesujące... Mam rozumieć, że jesteś moją fanką?
- Jestem kronikarką - odpowiedziałam, załamując go tym lekko, ale tylko na chwilę. - Oraz towarzyszka podróży Lony ev Liron i jej załogi. To oni mi o tobie powiedzieli.
- Jasne, a na pewno przodowała w tym Lee - bezczelny złodziej, członek Multigildii i krewny potężnych czarodziejek zaśmiał się nad wyraz radośnie. - Prawda, że wyrażała się o mnie w samych superlatywach?
- Jeśli powiem, że tak, wtedy uznasz, że kłamię - prychnęłam.
- Racja - przyznał, nadal z wesołą miną, która jednak zniknęła jak zdmuchnięta, kiedy przypomniał sobie o obecności Hikari i bliźniaków. Ja też spojrzałam na nich kątem oka - cała trójka pochłonięta była piciem herbaty z popisowo zadumanymi obliczami, wydając się zupełnie nie zwracać na nas uwagi.
- Nie przejmujcie się nami - odezwał się Yazuki, wcale na nas nie patrząc. - Między nami nie ma żadnych tajemnic.
- Ale między n a m i są - odparował Deuce.
- Więc stąd wyjdźcie - wzruszyła ramionami Hikari. - Widzę, że i tak nie zamierzacie tracić czasu na picie.
- A to ziółka - roześmiał się Laderic. - Mamy między innymi badać sprawę zaginięcia ich opiekunki, a tymczasem...
- No, to w Chinedu nie macie czego szukać - skwitował złodziejaszek. - Ciotka Yae zawsze miewała dziwne pomysły, ale tam by się w życiu nie wybrała.
- Nie byłbym tego taki pewien...
Zarówno ja jak i Deuce - poznałam po jego minie - chętnie dowiedzielibyśmy się, dlaczego Laderic tak uważa, ale nabrał wody w usta, pewien, że wyruszymy w drogę we trójkę. Cóż, będzie czas, żeby się dowiedzieć...
- Zapraszamy, zapraszamy - przywitał mnie Yazuki. - Siedzimy tu już od pół godziny i pilnujemy.
- Bo Hikari-san wyszła po zakupy - wyjaśniła Yachiyo.
- Bo w każdej chwili może przyjść drugi gość, który wyprowadza ją z równowagi równie skutecznie jak ty - dodał jej brat, biorąc do ust ciasteczko.
Siedzący obok nich mężczyzna o falujących jasnych włosach przysłuchiwał się tej wymianie zdań, ale nie włączył się do niej, tylko przeżuwał coś ze skupieniem. Wreszcie połknął to i skrzywił się na chwilę.
- Przypuszczam, że jesteś moją nową towarzyszką podróży - zagaił, robiąc mi miejsce obok siebie. Kiedy usiadłam, przyjrzał mi się z nieskrywaną uwagą.
- A co, też do Chinedu? - uśmiechnęłam się, wpatrując się w niego równie bezczelnie. Wysportowany, opalony, pewnie o wesołym usposobieniu, bo oczy mu się śmiały.
- Też, też - pokiwał głową. - Te dwa urwisy już mnie poinformowały, że szukamy tych samych osób. Jakkolwiek rozumiem, że kobieta z klejnotami we włosach jest ci znana - przesunął dłonią po włosach z lekką konsternacją - jednak nie mam pomysłu, czego możesz chcieć od księcia z Sativoli.
- Chcę mu się przede wszystkim przyjrzeć - odpowiedziałam. - Opuściłam Sativolę jakieś dwa tygodnie temu, a sporo się tam o nim nasłuchałam.
- Jak mogłaś opuścić Sativolę? - wyraźnie mi nie uwierzył. - Przecież tam jest bariera.
- Nawet czary tamtejszej arcymagini nie są wszechmocne - wzruszyłam ramionami z niewinną miną.
Nie było to najwłaściwsze posunięcie, bo mężczyzna cały się spiął i spojrzał na mnie jeśli nie wrogo, to w każdym razie podejrzliwie. To sprawiło, że bliźniakom zaświeciły się oczy i oboje zaczęli nas czujnie obserwować. Rzeczywiście, mieli rację, że tak pilnowali...
- Co zrobiłaś? - zapytał jasnowłosy, zniżając głos. - Kim jesteś, następną z tej świty Aethelreda? Czy może nieudolną agentką srebrnych?
- Więcej mam wspólnego z Caranillą niż z księciem - przyznałam. - Ale Muirenn tak ładnie prosiła o pomoc, że trudno było jej odmówić. Poza tym lubię śledzić nowe opowieści.
- Jasne, pewnie nie dała ci wyboru - westchnął, momentalnie się rozluźniając, kiedy wspomniałam o opowieściach. - Co u niej słychać?
- Czujnie wszystko obserwuje i pofukuje na co i kogo się da - parsknęłam śmiechem. - Między innymi na ciebie. Bo ty jesteś Laderic, prawda?
Skinął głową z dość smętnym uśmiechem, a kiedy wyciągnęłam do niego rękę - na przywitanie i pojednanie - przyjął ją chętnie, ku uldze bliźniaków.
- Z pewnością sobie zasłużyłem - stwierdził. - Wybyłem stamtąd już... Ech, wstyd mówić. Dużo czasu spędziłaś w pałacu?
- Dość dużo, by wczuć się w tamtejszą niepowtarzalną atmosferę i przymierzyć chyba wszystkie kreacje królowej matki...
- O, biedactwo - mruknął Laderic. - Pewnie poddała cię dokładnym oględzinom?
- Kto? - zdziwiłam się, bo przecież nie królowa matka. Zresztą jej suknie były za ładne, żeby mi współczuć.
- No, wydajesz się miła, ładnie się uśmiechasz, do twarzy ci w srebrnym... - zaczął, jednak, ku mojej uldze, nie dane mu było dokończyć. Drzwi rozsunęły się, a bliźniaki zgięły się w ukłonie, kiedy do pawilonu weszła Hikari w towarzystwie długowłosego młodzieńca w skórzanej kurtce i czarnym kapeluszu, przesłaniającym połowę twarzy. Prychnęła cicho, bo ten stanął jak wryty na widok Laderica i zdecydowanie nie chciał iść dalej.
- No nie, mogłem podejrzewać, że to zmowa! - wykrzyknął dramatycznym tonem. - Zbyt wielu walczy o moją skromną osobę!
- Jaką tam skromną - Laderic wyszczerzył do niego zęby. - Dobrze wiesz, że jesteś sławny.
- Ale ja wolę być n i e s ł a w n y! - nadąsał się młodzieniec. - A nie żeby pismaki za mną biegały!
- Sława też ma swoje dobre strony - zapewnił go rozmówca. - Możesz na przykład przyciągać dziewczyny. No powiedz, nie rzuciłabyś się takiemu na szyję? - zwrócił się do mnie, mrugając porozumiewawczo.
- Jesteście w ostatnim miejscu, które powinno nastrajać do wygłupów - zmitygowała ich Hikari, a bliźniaki jak na komendę pokiwały głowami. - Wiele bym dała, gdybyście na chwilę oddali się kontemplacji w oczekiwaniu na herbatę.
- O właśnie, ja też - uradował się przybysz, wcale jej tym nie pocieszając. - A z tą panią to się chętnie zaznajomię na osobności. Jestem pewien, że już gdzieś widziałem to urocze oblicze, więc nie spuszczę go już z oka.
Usiadł między mną a Yazukim i zdjął kapelusz, odsłaniając bardzo ładną chłopięcą twarz i włosy barwy jesiennych liści. Wziął głęboki wdech i rozluźnił się, starannie unikając wzroku Laderica.
- Będziesz miał okazję sie zaznajomić - przyznał ten z zadowoleniem. - Widzisz, Miya wybiera się z nami do Chinedu.
- Ooo, nie - chłopak pokręcił głową tak zamaszyście, że nie zdziwiłabym się, gdyby odpadła. - Który już raz ci mówię, że m y się nie wybieramy do Chinedu? Jadę tam sam. To nie jest miejsce nawet dla pismaków-ryzykantów.
- A dla ciebie niby tak? Przecież sam się wzdrygasz na sam dźwięk tej nazwy - zauważył Laderic.
- Niestety czcigodna siostra Hedin ma coś, co ja powinienem mieć - zmarkotniał rudowłosy. - Zresztą moja wesoła kompania jest już pewnie w połowie drogi. Wyśmialiby mnie, gdybym zrezygnował.
- Kto to jest siostra Hedin? - zainteresowałam się.
- Przełożona tych fanatyków, którzy tam mieszkają - wyjaśnił uprzejmie Laderic. - Nie wiem, co takiego Deuce mógłby jej zwinąć, ale z pewnością jest to prawdziwe wyzwanie...
- Nie chcę jej nic zwinąć, tylko odzyskać - syknął chłopak, zanim faktycznie rzuciłam mu się na szyję. Z piskiem.
- O, widzisz? - skomentował to blondyn. - Mówiłem, że sława popłaca.
- Jesteś pierwszą kobietą spoza rodziny, która tak na mnie reaguje - powiedział niepewnie obiekt mojej nagłej sympatii. - To na pewno nie jest jakaś pomyłka?
- Jak dotąd nic na to nie wskazuje - opamiętałam się i odsunęłam, ale nie skrywałam radości. - Szukam cię od paru miesięcy.
- Interesujące... Mam rozumieć, że jesteś moją fanką?
- Jestem kronikarką - odpowiedziałam, załamując go tym lekko, ale tylko na chwilę. - Oraz towarzyszka podróży Lony ev Liron i jej załogi. To oni mi o tobie powiedzieli.
- Jasne, a na pewno przodowała w tym Lee - bezczelny złodziej, członek Multigildii i krewny potężnych czarodziejek zaśmiał się nad wyraz radośnie. - Prawda, że wyrażała się o mnie w samych superlatywach?
- Jeśli powiem, że tak, wtedy uznasz, że kłamię - prychnęłam.
- Racja - przyznał, nadal z wesołą miną, która jednak zniknęła jak zdmuchnięta, kiedy przypomniał sobie o obecności Hikari i bliźniaków. Ja też spojrzałam na nich kątem oka - cała trójka pochłonięta była piciem herbaty z popisowo zadumanymi obliczami, wydając się zupełnie nie zwracać na nas uwagi.
- Nie przejmujcie się nami - odezwał się Yazuki, wcale na nas nie patrząc. - Między nami nie ma żadnych tajemnic.
- Ale między n a m i są - odparował Deuce.
- Więc stąd wyjdźcie - wzruszyła ramionami Hikari. - Widzę, że i tak nie zamierzacie tracić czasu na picie.
- A to ziółka - roześmiał się Laderic. - Mamy między innymi badać sprawę zaginięcia ich opiekunki, a tymczasem...
- No, to w Chinedu nie macie czego szukać - skwitował złodziejaszek. - Ciotka Yae zawsze miewała dziwne pomysły, ale tam by się w życiu nie wybrała.
- Nie byłbym tego taki pewien...
Zarówno ja jak i Deuce - poznałam po jego minie - chętnie dowiedzielibyśmy się, dlaczego Laderic tak uważa, ale nabrał wody w usta, pewien, że wyruszymy w drogę we trójkę. Cóż, będzie czas, żeby się dowiedzieć...
6 VI
- Czym tak zniechęciłaś do
siebie Hikari-san? - zaciekawił się Yazuki, kiedy już wypiłam swoją
herbatę i pożegnałam się bardzo oficjalnie z właścicielką. Czy raczej
ona ze mną. - Rzadko tak ostentacyjnie okazuje, że kogoś nie lubi.
- Rzadko? - zmrużyłam oczy. - Kiedy tu przyszłam, biegała za twoją siostrą z miotłą i omal nie...
- No właśnie - przytaknęła Yachiyo, stając po mojej drugiej stronie, tak, że byłam otoczona i osaczona. - Ona jest wbrew pozorom pełna życia. Tylko kiedy ty się pojawiasz, pozuje na bezuczuciową.
- Cóż, nigdy za mną nie przepadała ani ja za nią - wzruszyłam ramionami. - Ale jeśli mnie rozpoznała, to pewnie nigdy się otwarcie do tego nie przyzna.
- Nie, jasne, że nie - potwierdziła dziewczyna z mądrą minką. - Ciocia Futagawa wpoiła jej taką postawę. Jej opiekunka. A po tym jak zmarła, w Hikari-san jeszcze bardziej się to umocniło.
- Ale nigdy tak naprawdę nie spełniłaby żadnej z tych gróźb, którymi w nas ciska - zapewnił jej brat. - Gdyby nas wygoniła, nie miałaby już nikogo podobnego do siebie.
- W jakim sensie? - podchwyciłam, sadowiąc się na ławce w ogrodzie. Skoro już przestali się przede mną chować, miałam zamiar wypytać ich o co tylko się dało.
- No... Też nie mamy rodziny - zaczął, siadając tuż obok. Yachiyo wolała stać. - Mamy podobną moc, chociaż ona opiera się przed używaniem swojej...
- Podobną moc - powtórzyłam z namysłem. - Coś wspominaliście, że potraficie się teleportować, ale nie zastanawiałam się nad tym dłużej...
- Potrafimy też lewitować! - pochwaliła się Yachiyo. - I walczyć mocą! To jest Gwiezdny Dar, wiesz?
- Gwiezdny Dar! Więc rzeczywiście jesteście sankatsu, tak jak ona! - wykrzyknęłam ze zdumieniem. - Z którego rodu?
- E... A ile ich jest? - bliźniaki spojrzały po sobie, zbijając mnie z tropu.
- Osiem - powiedziałam wolno. - Chyba każdy z waszego gatunku to wie. Również Hikari.
- Ona nigdy o tym z nami nie rozmawiała - Yazuki zmarszczył brwi. - Nigdy nie znaliśmy naszej rodziny ani nie słyszeliśmy o tych ośmiu rodach.
- A jednak znacie pojęcie Gwiezdnego Daru!
- Yae-sama wymyśliła tę nazwę, kiedy zauważyła, że nasza moc zależy od gwiazd. To ona nas wychowywała, od kiedy pamiętamy.
Skonsternowana podniosłam się z ławki i zaczęłam chodzić dokoła niej. Pamiętałam, że to inna rzeczywistość, w której mogło nawet nie być mowy o czymś takim jak Stary Świat. Z drugiej strony, nie pierwszy raz spotkałam się w niej z czystym ten'pei, nawet nie z którymś z pochodnych języków; to by znaczyło, że jakieś echa jednak docierały... Pokręcona sprawa i z pewnością warta głębszej analizy. Przez chwilę poczułam się jak w dawnych latach, kiedy jeszcze desperacko poszukiwałam śladów swojego pochodzenia; szybko jednak moje myśli wróciły na właściwe tory.
- Opowiedzcie mi o pani Yae - zażądałam, przystając nagle i omal nie wpadając na Yachiyo. - Kiedy tylko tu przychodzę, ukrywacie się przede mną, zamiast pogadać. Nawet bez korony mogłabym spróbować wam pomóc.
Oboje równocześnie zagryźli wargi w zamyśleniu, po czym zaczęli mówić jedno przez drugie:
- Była bardzo potężna, ale wcale się z tym nie obnosiła...
- Wielu ludzi przybywało prosić ją o pomoc i nikomu nie odmawiała...
- Nawet jeśli to oznaczało kompletny brak czasu...
- Chociaż jej pomagaliśmy w miarę możliwości...
- Tak, bo kiedyś to miała asystenta, ale go wykopała...
- Poza tym była bardzo wesołą osobą...
- I lubiła sake...
- A my się wcale nie ukrywaliśmy, tylko szukaliśmy jeszcze kogoś, kto mógłby pomóc ją odnaleźć! - zakończyła z irytacją Yachiyo. - I znaleźliśmy zainteresowanego.
- Nawet dwóch - dodał Yazuki.
- Myślisz, że naprawdę dwóch? Rudzielec się wykręcał ile wlezie...
- Przecież znasz go na tyle, by wiedzieć, że na koniec nie odmówi - zauważył.
- Ale tylko jeśli mu będzie po drodze - zmarkotniała Yachiyo.
- Temu się akurat nie dziwię, bo mi też musi być po drodze - westchnęłam. - Ale jeśli będzie, chętnie się przyłączę. Przedstawicie mi ich?
- Jasne! - ucieszyli się. - Jutro znów mają przyjść na herbatę, więc i ty wpadnij!
- Rzadko? - zmrużyłam oczy. - Kiedy tu przyszłam, biegała za twoją siostrą z miotłą i omal nie...
- No właśnie - przytaknęła Yachiyo, stając po mojej drugiej stronie, tak, że byłam otoczona i osaczona. - Ona jest wbrew pozorom pełna życia. Tylko kiedy ty się pojawiasz, pozuje na bezuczuciową.
- Cóż, nigdy za mną nie przepadała ani ja za nią - wzruszyłam ramionami. - Ale jeśli mnie rozpoznała, to pewnie nigdy się otwarcie do tego nie przyzna.
- Nie, jasne, że nie - potwierdziła dziewczyna z mądrą minką. - Ciocia Futagawa wpoiła jej taką postawę. Jej opiekunka. A po tym jak zmarła, w Hikari-san jeszcze bardziej się to umocniło.
- Ale nigdy tak naprawdę nie spełniłaby żadnej z tych gróźb, którymi w nas ciska - zapewnił jej brat. - Gdyby nas wygoniła, nie miałaby już nikogo podobnego do siebie.
- W jakim sensie? - podchwyciłam, sadowiąc się na ławce w ogrodzie. Skoro już przestali się przede mną chować, miałam zamiar wypytać ich o co tylko się dało.
- No... Też nie mamy rodziny - zaczął, siadając tuż obok. Yachiyo wolała stać. - Mamy podobną moc, chociaż ona opiera się przed używaniem swojej...
- Podobną moc - powtórzyłam z namysłem. - Coś wspominaliście, że potraficie się teleportować, ale nie zastanawiałam się nad tym dłużej...
- Potrafimy też lewitować! - pochwaliła się Yachiyo. - I walczyć mocą! To jest Gwiezdny Dar, wiesz?
- Gwiezdny Dar! Więc rzeczywiście jesteście sankatsu, tak jak ona! - wykrzyknęłam ze zdumieniem. - Z którego rodu?
- E... A ile ich jest? - bliźniaki spojrzały po sobie, zbijając mnie z tropu.
- Osiem - powiedziałam wolno. - Chyba każdy z waszego gatunku to wie. Również Hikari.
- Ona nigdy o tym z nami nie rozmawiała - Yazuki zmarszczył brwi. - Nigdy nie znaliśmy naszej rodziny ani nie słyszeliśmy o tych ośmiu rodach.
- A jednak znacie pojęcie Gwiezdnego Daru!
- Yae-sama wymyśliła tę nazwę, kiedy zauważyła, że nasza moc zależy od gwiazd. To ona nas wychowywała, od kiedy pamiętamy.
Skonsternowana podniosłam się z ławki i zaczęłam chodzić dokoła niej. Pamiętałam, że to inna rzeczywistość, w której mogło nawet nie być mowy o czymś takim jak Stary Świat. Z drugiej strony, nie pierwszy raz spotkałam się w niej z czystym ten'pei, nawet nie z którymś z pochodnych języków; to by znaczyło, że jakieś echa jednak docierały... Pokręcona sprawa i z pewnością warta głębszej analizy. Przez chwilę poczułam się jak w dawnych latach, kiedy jeszcze desperacko poszukiwałam śladów swojego pochodzenia; szybko jednak moje myśli wróciły na właściwe tory.
- Opowiedzcie mi o pani Yae - zażądałam, przystając nagle i omal nie wpadając na Yachiyo. - Kiedy tylko tu przychodzę, ukrywacie się przede mną, zamiast pogadać. Nawet bez korony mogłabym spróbować wam pomóc.
Oboje równocześnie zagryźli wargi w zamyśleniu, po czym zaczęli mówić jedno przez drugie:
- Była bardzo potężna, ale wcale się z tym nie obnosiła...
- Wielu ludzi przybywało prosić ją o pomoc i nikomu nie odmawiała...
- Nawet jeśli to oznaczało kompletny brak czasu...
- Chociaż jej pomagaliśmy w miarę możliwości...
- Tak, bo kiedyś to miała asystenta, ale go wykopała...
- Poza tym była bardzo wesołą osobą...
- I lubiła sake...
- A my się wcale nie ukrywaliśmy, tylko szukaliśmy jeszcze kogoś, kto mógłby pomóc ją odnaleźć! - zakończyła z irytacją Yachiyo. - I znaleźliśmy zainteresowanego.
- Nawet dwóch - dodał Yazuki.
- Myślisz, że naprawdę dwóch? Rudzielec się wykręcał ile wlezie...
- Przecież znasz go na tyle, by wiedzieć, że na koniec nie odmówi - zauważył.
- Ale tylko jeśli mu będzie po drodze - zmarkotniała Yachiyo.
- Temu się akurat nie dziwię, bo mi też musi być po drodze - westchnęłam. - Ale jeśli będzie, chętnie się przyłączę. Przedstawicie mi ich?
- Jasne! - ucieszyli się. - Jutro znów mają przyjść na herbatę, więc i ty wpadnij!
5 VI
Prawdę mówiąc, sama nie
bardzo rozumiem, skąd u mnie to przekonanie, że sprawa zaginionej
siostry Arkii jest taka ważna. To znaczy, jeśli miała z tym coś
wspólnego Velxa Ranonkel - i być może Aethelred - to oczywiście może być
jakiś trop, ale nie wokół nich kręcą się moje myśli. Może chodzi o to,
co mówił kiedyś Kylph, o czterech siostrach, które były kiedyś porami
roku? A nawet jeśli trochę ubarwił, zdążyłam zauważyć, że są to osoby
znane w światach. A może o to, że potomek jednej z nich wie coś o
artefaktach z liliowymi symbolami? Skoro nazywają go Jesiennym Chłopcem,
to widocznie jego matką jest ta z sióstr, o której jak dotąd nic nie
słyszałam. To tak w ramach pocieszenia.
Dziwne... Kiedy gościłam u Diarmaida, miałam wrażenie, że zaczynam wszystko rozumieć i układać w całość; po przybyciu tutaj rozsypało się jednak na kawałki. Wiem, nadal wiem, że jestem blisko powrotu do domu, ale co jeśli stoję na rozstajach, a tylko jedna z wielu dróg jest tą właściwą? Nie wiem, która. A gdybym ją znalazła i podążyła do celu, zignorowałabym drogę do złodziei magii, drogę do czterech sióstr, drogę do Taenena i Vissyi, drogę do odnalezienia Ellila i załogi "Nefele"...?!
Zastanawiam się, czy cały mój niepokój nie wziął się z tego, że nażłopałam się zielonej i dała mi kopa.
Albo może z tego, że miewam dziwne, abstrakcyjne sny, których sensu nie pamiętam... Nie, żeby było to coś nowego. Co prawda w dzisiejszym mignęła mi Vanny, ale to jednak był tylko sen - nawet Śniących nie podejrzewam o stanie ponad rzeczywistościami. Zdaje się, że ona i Clayd to jedyne spośród najbliższych mi osób, które śniły mi się więcej niż dwa razy w życiu. Ależ doprawdy, inni też mogliby się trochę postarać (ja to jestem, obwiniam ich o własną niezdolność do śnienia)...
Dziwne... Kiedy gościłam u Diarmaida, miałam wrażenie, że zaczynam wszystko rozumieć i układać w całość; po przybyciu tutaj rozsypało się jednak na kawałki. Wiem, nadal wiem, że jestem blisko powrotu do domu, ale co jeśli stoję na rozstajach, a tylko jedna z wielu dróg jest tą właściwą? Nie wiem, która. A gdybym ją znalazła i podążyła do celu, zignorowałabym drogę do złodziei magii, drogę do czterech sióstr, drogę do Taenena i Vissyi, drogę do odnalezienia Ellila i załogi "Nefele"...?!
Zastanawiam się, czy cały mój niepokój nie wziął się z tego, że nażłopałam się zielonej i dała mi kopa.
Albo może z tego, że miewam dziwne, abstrakcyjne sny, których sensu nie pamiętam... Nie, żeby było to coś nowego. Co prawda w dzisiejszym mignęła mi Vanny, ale to jednak był tylko sen - nawet Śniących nie podejrzewam o stanie ponad rzeczywistościami. Zdaje się, że ona i Clayd to jedyne spośród najbliższych mi osób, które śniły mi się więcej niż dwa razy w życiu. Ależ doprawdy, inni też mogliby się trochę postarać (ja to jestem, obwiniam ich o własną niezdolność do śnienia)...
4 VI
- Tam, skąd przybyłam, to ja zwykłam parzyć innym herbatę - uśmiechnęłam się smutno. - Zatęskniłam za tym.
Uosobienie gracji i dostojeństwa nie odpowiedziało, tylko podało mi chasen i naczynie z gęstą cieczą. Zacisnęłam zęby, żeby powstrzymać pisk przerażenia - dopiero co wywijała tym mieszadłem z prędkością skrzydeł kolibra, a teraz ja mam się przed nią kompromitować i pokazać jak wyszłam z wprawy?
Oczywiście można przyjąć inny punkt widzenia. Gdyby w tej chwili nie przerwała, może ubiłaby pianę. Niestety jednak sentymentalny nastrój nie sprzyja uszczypliwym komentarzom.
- Słyszałam, że opowiedziałaś Yazukiemu i Yachiyo o tamtej kobiecie - rzekła nagle Hikari, sprawiając, że chasen omal nie wypadł mi z ręki. - Szkoda, że ta opowieść nie wyjaśniła wiele.
- Oni mi dla odmiany nic nie wyjaśnili - prychnęłam, próbując się skoncentrować na mieszaniu. - A tymczasem rozmaite tajemnice nie dają mi spokoju.
- A kim ty jesteś, że pragniesz tej wiedzy? - chyba usłyszałam w jej głosie złośliwą nutę. A może tylko mi się zdawało?
- Zbieram opowieści - odpowiedziałam tak, jak wcześniej bliźniakom. - A tę traktuję dość osobiście.
- Czy z powodu mężczyzny w czarnej koronie z czerwonymi klejnotami?
- Chciałabym, żeby nie, ale... Zaraz, skąd wiesz, że są czerwone? - zorientowałam się w porę. - Przecież rysunek jest wykonany ołówkiem.
- Legenda o takiej koronie krąży po świecie - Hikari wzruszyła ramionami. - O ile wiem, po wielu światach.
A zatem wiedziała o istnieniu innych światów... Może więc była tą samą Hikari, a może tutaj po prostu nie jest to tutaj tajemnicą. Nie mogłam jej tak bezczelnie zapytać czy przypadkiem nie odziedziczyła mocy będącej darem gwiazd. Ale nie o to tym razem chodziło, lepiej było się skupić na bardziej istotnej sprawie.
- Czy ten, kto ją nosi, zyska kontrolę nad rzeczywistością? - zapytałam. - O tym mówi legenda?
- Tak - skinęła głową - Tak sądziłam, że i ty ją znasz. Ale mimo wszystko... To tylko legenda.
- Przed laty miałam nieszczęście wejść w posiadanie podobnej korony - przyznałam się. - To znaczy, podobnej jeśli chodzi o funkcję, bo z wyglądu jest całkiem inna. Wybitnie damska.
Niby "tylko legenda", a jednak Hikari nie podała w wątpliwość moich słów.
- Nie wiedziałam, że są dwie... - zaczęła zaintrygowana, ale jej mina zmieniła się na kwaśną, kiedy odsunęły się drzwi, ogłaszając inwazję bliźniaków.
- Druga korona?! - wykrzyknęli, dopadając mnie w mgnieniu oka. - Istnieje druga korona?! Daj nam ją, chociaż pożycz na chwilkę!
- Moment! - przerwałam im, opędzając się jak od much. - Sądzicie, że ma prawo ją nosić ktokolwiek?
- Jedna z wersji legendy tak podaje - palnęła Yachiyo.
- A jeśli nie, sama jej użyj i pomóż nam - dorzucił błagalnie Yazuki. - Będziemy twoimi dłużnikami do końca życia!
- Nawet jeśli dostałam tę koronę w prezencie, nigdzie nie jest powiedziane, że to ja nadaję się do jej noszenia - skrzywiłam się. - Poza tym nie mam jej przy sobie. Jest ukryta daleko stąd... W miejscu, którego sama nie mogę dosięgnąć.
Te słowa wyraźnie zrobiły na nich wrażenie. Gdybym powiedziała, że korona jest schowana w pudełku pod stertą gratów w Szafie, pewnie by mnie zmieszali z błotem.
- A mogło być tak pięknie - jęknęła Yachiyo, huśtając się na piętach, co było nie lada wyczynem w tych strasznych sandałach.
- Mogło, mogło - przytaknęła Hikari ze złowróżbnym spojrzeniem. - Dopóki nie zebrało wam się na podsłuchiwanie. Więcej takich wygłupów, a ktoś zostanie wykopany z powrotem do ruin świątyni.
- A ktoś inny będzie wtedy musiał szukać nowej kucharki - odcięła się dziewczyna już od progu. Yazuki uśmiechnął się przepraszająco i czym prędzej zamknął za nią drzwi.
- Teraz przez ciebie nie będą mogli spać - westchnęła Hikari. - Jutro będą się obijać o ściany i powodować dwa razy więcej wybuchów w kuchni.
- Jeśli tak będzie, wynagrodzę ci to po stokroć - uśmiechnęłam się, bo mimo wszystko widać było, że nie mówiła (całkiem) poważnie. - Ale dlaczego tak im nagle zależało na koronie?
- Myślą, że dzięki niej odmieniliby bieg wydarzeń. Przeszłość.
- Och... A co takiego się stało, co chcieliby zmienić? - zmartwiłam się.
- Ich mistrzyni zniknęła, a jej siedziba legła w gruzach - wyjaśniła Hikari. - Pani Yae ze świątyni Natsutori. To ona opowiedziała mi tę legendę, jak i wiele innych.
Zapaliła mi się zielona lampka w głowie, ale nie wyrwałam się z niczym głupim. Wolałam wrócić do zajazdu, przetrząsnąć pamiętnik i się upewnić.Ale jeśli Arkia była zimą, a Jyoti wiosną, to Yae ze świątyni Ptaka Lata...?
- Przykro mi - powiedziałam. - Jak myślisz, zechcą o tym porozmawiać?
- Pewnie będą się wykręcać, ale z tobą powinni chcieć - Hikari zmarszczyła brwi. - Twierdzą, że za zaginięcie ich mistrzyni odpowiada tamta kobieta z rysunku.
Dopiero po chwili wymownego milczenia przypomniałyśmy sobie o herbacie.
Uosobienie gracji i dostojeństwa nie odpowiedziało, tylko podało mi chasen i naczynie z gęstą cieczą. Zacisnęłam zęby, żeby powstrzymać pisk przerażenia - dopiero co wywijała tym mieszadłem z prędkością skrzydeł kolibra, a teraz ja mam się przed nią kompromitować i pokazać jak wyszłam z wprawy?
Oczywiście można przyjąć inny punkt widzenia. Gdyby w tej chwili nie przerwała, może ubiłaby pianę. Niestety jednak sentymentalny nastrój nie sprzyja uszczypliwym komentarzom.
- Słyszałam, że opowiedziałaś Yazukiemu i Yachiyo o tamtej kobiecie - rzekła nagle Hikari, sprawiając, że chasen omal nie wypadł mi z ręki. - Szkoda, że ta opowieść nie wyjaśniła wiele.
- Oni mi dla odmiany nic nie wyjaśnili - prychnęłam, próbując się skoncentrować na mieszaniu. - A tymczasem rozmaite tajemnice nie dają mi spokoju.
- A kim ty jesteś, że pragniesz tej wiedzy? - chyba usłyszałam w jej głosie złośliwą nutę. A może tylko mi się zdawało?
- Zbieram opowieści - odpowiedziałam tak, jak wcześniej bliźniakom. - A tę traktuję dość osobiście.
- Czy z powodu mężczyzny w czarnej koronie z czerwonymi klejnotami?
- Chciałabym, żeby nie, ale... Zaraz, skąd wiesz, że są czerwone? - zorientowałam się w porę. - Przecież rysunek jest wykonany ołówkiem.
- Legenda o takiej koronie krąży po świecie - Hikari wzruszyła ramionami. - O ile wiem, po wielu światach.
A zatem wiedziała o istnieniu innych światów... Może więc była tą samą Hikari, a może tutaj po prostu nie jest to tutaj tajemnicą. Nie mogłam jej tak bezczelnie zapytać czy przypadkiem nie odziedziczyła mocy będącej darem gwiazd. Ale nie o to tym razem chodziło, lepiej było się skupić na bardziej istotnej sprawie.
- Czy ten, kto ją nosi, zyska kontrolę nad rzeczywistością? - zapytałam. - O tym mówi legenda?
- Tak - skinęła głową - Tak sądziłam, że i ty ją znasz. Ale mimo wszystko... To tylko legenda.
- Przed laty miałam nieszczęście wejść w posiadanie podobnej korony - przyznałam się. - To znaczy, podobnej jeśli chodzi o funkcję, bo z wyglądu jest całkiem inna. Wybitnie damska.
Niby "tylko legenda", a jednak Hikari nie podała w wątpliwość moich słów.
- Nie wiedziałam, że są dwie... - zaczęła zaintrygowana, ale jej mina zmieniła się na kwaśną, kiedy odsunęły się drzwi, ogłaszając inwazję bliźniaków.
- Druga korona?! - wykrzyknęli, dopadając mnie w mgnieniu oka. - Istnieje druga korona?! Daj nam ją, chociaż pożycz na chwilkę!
- Moment! - przerwałam im, opędzając się jak od much. - Sądzicie, że ma prawo ją nosić ktokolwiek?
- Jedna z wersji legendy tak podaje - palnęła Yachiyo.
- A jeśli nie, sama jej użyj i pomóż nam - dorzucił błagalnie Yazuki. - Będziemy twoimi dłużnikami do końca życia!
- Nawet jeśli dostałam tę koronę w prezencie, nigdzie nie jest powiedziane, że to ja nadaję się do jej noszenia - skrzywiłam się. - Poza tym nie mam jej przy sobie. Jest ukryta daleko stąd... W miejscu, którego sama nie mogę dosięgnąć.
Te słowa wyraźnie zrobiły na nich wrażenie. Gdybym powiedziała, że korona jest schowana w pudełku pod stertą gratów w Szafie, pewnie by mnie zmieszali z błotem.
- A mogło być tak pięknie - jęknęła Yachiyo, huśtając się na piętach, co było nie lada wyczynem w tych strasznych sandałach.
- Mogło, mogło - przytaknęła Hikari ze złowróżbnym spojrzeniem. - Dopóki nie zebrało wam się na podsłuchiwanie. Więcej takich wygłupów, a ktoś zostanie wykopany z powrotem do ruin świątyni.
- A ktoś inny będzie wtedy musiał szukać nowej kucharki - odcięła się dziewczyna już od progu. Yazuki uśmiechnął się przepraszająco i czym prędzej zamknął za nią drzwi.
- Teraz przez ciebie nie będą mogli spać - westchnęła Hikari. - Jutro będą się obijać o ściany i powodować dwa razy więcej wybuchów w kuchni.
- Jeśli tak będzie, wynagrodzę ci to po stokroć - uśmiechnęłam się, bo mimo wszystko widać było, że nie mówiła (całkiem) poważnie. - Ale dlaczego tak im nagle zależało na koronie?
- Myślą, że dzięki niej odmieniliby bieg wydarzeń. Przeszłość.
- Och... A co takiego się stało, co chcieliby zmienić? - zmartwiłam się.
- Ich mistrzyni zniknęła, a jej siedziba legła w gruzach - wyjaśniła Hikari. - Pani Yae ze świątyni Natsutori. To ona opowiedziała mi tę legendę, jak i wiele innych.
Zapaliła mi się zielona lampka w głowie, ale nie wyrwałam się z niczym głupim. Wolałam wrócić do zajazdu, przetrząsnąć pamiętnik i się upewnić.Ale jeśli Arkia była zimą, a Jyoti wiosną, to Yae ze świątyni Ptaka Lata...?
- Przykro mi - powiedziałam. - Jak myślisz, zechcą o tym porozmawiać?
- Pewnie będą się wykręcać, ale z tobą powinni chcieć - Hikari zmarszczyła brwi. - Twierdzą, że za zaginięcie ich mistrzyni odpowiada tamta kobieta z rysunku.
Dopiero po chwili wymownego milczenia przypomniałyśmy sobie o herbacie.
3 VI
Nie po raz pierwszy
zastanawiam się czy przypadkiem nie znalazłam się w rzeczywistości, do
której trafiają stare, porzucone i zapomniane opowieści. A to dopada
mnie coś, co starałam się jak najdalej od siebie odsunąć, a to coś
innego, z czym miałam do czynienia jeszcze przed obecnym życiem. Ciekawe
ile jeszcze pamiętanych jak przez mgłę twarzy napotkałabym, gdybym
zdecydowała się tu zostać i poznawać światy bardziej dogłębnie. W takich
chwilach upewniam się, że nigdy nie wydam swoich pamiętników. Jeśli
jakiś ewentualny czytelnik kronik chciałby przeczytać biografię ich
autorki, nawet się nie dowie, jakie ma szczęście, że jednak nie
przeczyta.
Na razie zaś, delektując się jaśminową herbatą, napiszę bajeczkę. Bajeczka będzie pewnie chaotyczna, bo szczegółów, jak to zwykle bywa, nie znam albo nie pamiętam.
Był sobie mianowicie podlotek o kasztanowych włosach i zamiłowaniu do błyszczących ubrań, który zawzięcie próbował zwrócić na siebie uwagę wszystkich dokoła. Jakiż to zatem smutny zbieg okoliczności, że akurat wtedy o uwagę było trudno. Rodzice od dawna nie żyli, starsza siostra poświęcała się całkowicie bronieniu rodowych włości przed rozmaitymi zagrożeniami, pomaganiu uciśnionym i ogólnie byciu dzielną bohaterką, natomiast cała reszta świata była pod wrażeniem charyzmy wyżej wymienionej siostry.
Rozżalona dziewczyna o kasztanowych włosach miała już dość stania w cieniu. Pewności siebie miała wszak sporo, na magii znała się całkiem nieźle, więc wszystko jeszcze było przed nią. Przywołała sobie jednego z na pół mitycznych kłopotników, który z chęcią stanął przy jej boku, z podziwu dla jej uroku i gotowości na wszystko. Razem zaczęli sprawiać mnóstwo kłopotów, krzyżując plany siostrze i nabijając się z reszty świata. Im bardziej jednak dorastała dziewczyna, tym bardziej niebezpieczne stawały się jej figle. Zawsze znajdowała nowe granice do przekraczania, nowe zasady do łamania, zyskiwała złą sławę, a przepaść między nią a siostrą ciągle rosła.
Kiedy kasztanowowłosa nudziła się w swoim świecie, razem z wiernym towarzyszem rozglądała się po innych; wyglądało na to, że ma coraz bardziej niepokojące plany. Może nie władzy, ale na pewno potęgi i bycia najlepszą - nieważne, w jaki sposób miałaby to osiągnąć. Przez jakiś czas widywano ją z dwiema tajemniczymi kobietami, budzącymi lęk w światach; z kolei tak do niej przywiązany kłopotnik w końcu zaczął mieć jej dość. Nie podobał mu się ten uśmiech, jaki coraz częściej pojawiał się na jej obliczu, są bowiem pewne granice, których nawet takie istoty jak on nie pragną przekraczać. Trudno jednak powiedzieć, które pierwsze powiedziało drugiemu "żegnaj".
W czasie swoich podróży dwukrotnie zahaczyła o siedzibę bogini przeznaczenia, która za drugim razem obdarowała ją tarczą. Zapewne po drodze spotkała zbuntowanego księcia, będącego w posiadaniu korony, mogącej dać mu więcej niż tylko zwykłą władzę. I tu bajeczka się urywa, bo niektóre tajemnice, przyczyny i skutki muszą dopiero zostać odkryte.
Słowo daję, że n i e opowiedziałam tego bliźniakom tak spójnie, płynnie i bez zacinania, ale chyba oboje zrozumieli. Teraz zastanawiają się nad jedną ze wspomnianych tajemnic, której jednak mi nie wyjawili. Może jeszcze nie pora.
Pytanie tylko, czy zwróciłabym uwagę na tę opowieść gdyby jej bohaterka nie była siostrą Lony. Gdyby nie przysporzyła Lonie, a nawet Kylphowi, zmartwień, jakby i tak nie mieli już ich pod dostatkiem. Gdybym nie odkryła, że jedną z jej towarzyszek nazywano Xellą, i nie zaczęła się zastanawiać nad tą dziwną zbieżnością imion. Przejmowałabym się zupełnie czym innym i kim innym...
A tak naprawdę przepełnia mnie uczucie, że jestem coraz bliżej domu. Zawsze tak jest, kiedy spotykam znajomą twarz, ale teraz to już pewność, a nie tylko wiara.
Z drugiej strony, może powinnam się bać, że wprost przeciwnie. Kiedy poprzednim razem spotkałam Hikari, jej opowieść omal nie wchłonęła mnie bez reszty... A teraz nikt nie przyleci, by ustawić mnie do pionu.
(Gdzie jesteś?...)
Na razie zaś, delektując się jaśminową herbatą, napiszę bajeczkę. Bajeczka będzie pewnie chaotyczna, bo szczegółów, jak to zwykle bywa, nie znam albo nie pamiętam.
Był sobie mianowicie podlotek o kasztanowych włosach i zamiłowaniu do błyszczących ubrań, który zawzięcie próbował zwrócić na siebie uwagę wszystkich dokoła. Jakiż to zatem smutny zbieg okoliczności, że akurat wtedy o uwagę było trudno. Rodzice od dawna nie żyli, starsza siostra poświęcała się całkowicie bronieniu rodowych włości przed rozmaitymi zagrożeniami, pomaganiu uciśnionym i ogólnie byciu dzielną bohaterką, natomiast cała reszta świata była pod wrażeniem charyzmy wyżej wymienionej siostry.
Rozżalona dziewczyna o kasztanowych włosach miała już dość stania w cieniu. Pewności siebie miała wszak sporo, na magii znała się całkiem nieźle, więc wszystko jeszcze było przed nią. Przywołała sobie jednego z na pół mitycznych kłopotników, który z chęcią stanął przy jej boku, z podziwu dla jej uroku i gotowości na wszystko. Razem zaczęli sprawiać mnóstwo kłopotów, krzyżując plany siostrze i nabijając się z reszty świata. Im bardziej jednak dorastała dziewczyna, tym bardziej niebezpieczne stawały się jej figle. Zawsze znajdowała nowe granice do przekraczania, nowe zasady do łamania, zyskiwała złą sławę, a przepaść między nią a siostrą ciągle rosła.
Kiedy kasztanowowłosa nudziła się w swoim świecie, razem z wiernym towarzyszem rozglądała się po innych; wyglądało na to, że ma coraz bardziej niepokojące plany. Może nie władzy, ale na pewno potęgi i bycia najlepszą - nieważne, w jaki sposób miałaby to osiągnąć. Przez jakiś czas widywano ją z dwiema tajemniczymi kobietami, budzącymi lęk w światach; z kolei tak do niej przywiązany kłopotnik w końcu zaczął mieć jej dość. Nie podobał mu się ten uśmiech, jaki coraz częściej pojawiał się na jej obliczu, są bowiem pewne granice, których nawet takie istoty jak on nie pragną przekraczać. Trudno jednak powiedzieć, które pierwsze powiedziało drugiemu "żegnaj".
W czasie swoich podróży dwukrotnie zahaczyła o siedzibę bogini przeznaczenia, która za drugim razem obdarowała ją tarczą. Zapewne po drodze spotkała zbuntowanego księcia, będącego w posiadaniu korony, mogącej dać mu więcej niż tylko zwykłą władzę. I tu bajeczka się urywa, bo niektóre tajemnice, przyczyny i skutki muszą dopiero zostać odkryte.
Słowo daję, że n i e opowiedziałam tego bliźniakom tak spójnie, płynnie i bez zacinania, ale chyba oboje zrozumieli. Teraz zastanawiają się nad jedną ze wspomnianych tajemnic, której jednak mi nie wyjawili. Może jeszcze nie pora.
Pytanie tylko, czy zwróciłabym uwagę na tę opowieść gdyby jej bohaterka nie była siostrą Lony. Gdyby nie przysporzyła Lonie, a nawet Kylphowi, zmartwień, jakby i tak nie mieli już ich pod dostatkiem. Gdybym nie odkryła, że jedną z jej towarzyszek nazywano Xellą, i nie zaczęła się zastanawiać nad tą dziwną zbieżnością imion. Przejmowałabym się zupełnie czym innym i kim innym...
A tak naprawdę przepełnia mnie uczucie, że jestem coraz bliżej domu. Zawsze tak jest, kiedy spotykam znajomą twarz, ale teraz to już pewność, a nie tylko wiara.
Z drugiej strony, może powinnam się bać, że wprost przeciwnie. Kiedy poprzednim razem spotkałam Hikari, jej opowieść omal nie wchłonęła mnie bez reszty... A teraz nikt nie przyleci, by ustawić mnie do pionu.
(Gdzie jesteś?...)
2 VI
Dokładnie pod moim pokojem
ktoś się z kimś kłócił. Słowa były niewyraźne, ale ton głosów nie
pozostawiał wątpliwości. Przekonało mnie to, że na razie nie mam co
liczyć na śniadanie, więc równie dobrze mogę... Mogę co? Przenieść się
na dół i rozejrzeć? A może przypadkiem coś usłyszeć?
A co mi tam...
Tak jak się spodziewałam, problemów z samą teleportacją nie było. To dla odmiany nie jest jedna z tych opowieści, w których nieszczęsna narratorka zostaje odcięta od międzysfery. Żałowałam tylko, że nie mogłam wyjrzeć przez okno i sprawdzić, na którym piętrze mnie ulokowano. Przez to pojawiłam się trochę za wysoko... Na szczęście wylądowałam na miękkiej trawie, a nie w pobliskiej sadzawce.
Stanęłam przed piętrowym budyneczkiem w stylu odbiegającym od typowej architektury w takich krainach, przylegającym do herbaciarni, w której jeszcze nie byłam. W tej chwili zamkniętej, ot, pech. Westchnęłam i postanowiłam wejść z powrotem do domku i poznać moich tajemniczych gospodarzy. Nic prostszego - wystarczyło iść na palcach w tę stronę, z której dochodziły zagniewane głosy.
- ...Bo tyle razy ci mówiłem, że powinniśmy spokojnie i bez podchodów - to były pierwsze słowa, które usłyszałam wyraźnie. - Zachowujesz się jak bohaterowie tych cudzoziemskich sztuk.
- Ty naprawdę myślisz, że da się tak spokojnie?! - odwarknął głos zdecydowanie dziewczęcy.
- T e r a z to już nie sądzę...
- Ha! No widzisz! Więc równie dobrze możemy kontynuować tak, jak ja chcę!
- Dzień dobry - powiedziałam z uśmiechem, uchylając drzwi do kuchni. Dwa nastoletnie stworzenia w niebieskich hakamach odwróciły się w moją stronę z osłupieniem.
- No widzisz, Yazuki - odezwało się to o dłuższych włosach. - Mówiłam, że się nie da.
- Nie zadzieraj nosa, sama słyszysz, że zaczęła uprzejmie - odparował brat, bo bez wątpienia byli rodzeństwem. Właściwie na pierwszy rzut oka różnili się tylko długością rozwichrzonych włosów, opadających na oczy.
- Ale ostrożność nie zawadzi! - uparła się dziewczyna, po czym palnęła w moją stronę. - My też potrafimy się teleportować, nie myśl sobie!
- Zdradzanie własnych sekretów to nie jest ostrożność - westchnął Yazuki z rezygnacją. Następnie przestał się nią przejmować i ukłonił mi się. - Zaparzylibyśmy ci herbaty, ale zwykle wychodzi nam paskudnie, więc wybacz.
- Sama mogę zaparzyć - zaproponowałam, powstrzymując śmiech - Widzę, że trafiłam w odpowiednie do tego miejsce.
- Tak, ale właścicielki nie ma - wtrąciła obrażona dziewczyna. - Nie byłaby zadowolona, gdybyśmy pozwolili jakiejś obcej osobie rządzić się w jej lokalu.
- Yachiyo... - rzucił jej brat ostrzegawczo. Prychnęła tylko i odwróciła wzrok.
- W takim razie jakoś wytrzymam - zapewniłam. - Przede wszystkim chciałabym się dowiedzieć, czemu zawdzięczam tę niespodziewaną gościnę.
Tym razem oboje spojrzeli na siebie jakby zastanawiali się czy mają jednak utworzyć wspólny front przeciwko mnie, czy raczej zwyczajnie wyjaśnić, co jest grane. W końcu Yazuki podsunął mi stołek, a sam usiadł na drugim.
- Wybacz, że tak w kuchni, ale boję się zostawić siostrę samą podczas gotowania - zaczął.
- Arogant - burknęła wyżej wymieniona. - Moje potrawy przynajmniej są smaczne.
- O ile przedtem nie wysadzisz ich w powietrze.
- Bez przerwy się tak kłócicie? - zapytałam ze szczerym zainteresowaniem.
- Szczerze mówiąc, tak - przyznał Yazuki z nerwowym uśmiechem. - Hikari-san nie może z nami dojść do ładu i powiada, że przyjmowanie lokatorów to samobójstwo.
Kiedy mówił, Yachiyo zajęła się przyrządzaniem czegoś o bardzo apetycznym zapachu. Niby to nie zwracała na nas uwagi, ale ostentacyjnie pobrzękiwała naczyniami. Postanowiłam podziękować jej za pyszne posiłki, kiedy tylko przestanie się boczyć.
- Co do twojej bytności tutaj - podjął chłopak z pewnymi oporami. - Widzieliśmy cię na wystawie.
Powiedziawszy to umilkł i popatrzył na mnie wyczekująco, jakby te słowa miały wszystko wyjaśnić. Tak się oczywiście nie stało, dlatego też odwzajemniłam mu się podobnym spojrzeniem.
- No i?
- No i siostra przeniosła cię do nas bez naradzenia się ze mną - podjął z westchnieniem.
- Ale dlaczego?...
- Chciała ci urządzić sekretne przesłuchanie, a potem wypuścić w stanie kompletnej dezorientacji. Żeby nikt ci nie uwierzył.
- Ale, na bogów, dlaczego?!
- Z powodu twojej reakcji na pewien obraz!! - nie wytrzymała Yachiyo.
Przez chwilę oboje baliśmy się, że garnek, który trzyma w rękach, zaraz wyląduje na głowie jednego z nas. Odłożyła go jednak i wzięła głęboki wdech.
- Jeśli jeszcze raz spytasz "dlaczego?", po prostu oberwiesz - wycedziła. A sekundę później spiekła raka, bo okazało się, że została usłyszana przez niepowołaną osobę...
- Po pierwsze, gościowi się nie grozi - powiedziała zimno owa osoba, stając w drzwiach. - Po drugie, nie podejmuje się gościa w kuchni.
- Oj, Hikari-san - próbował załagodzić Yazuki. - Przecież wiesz, że Yachiyo ciągle wygaduje takie rzeczy.
- Wcale nie ciągle - zaprzeczyła jego siostra. - A poza tym miałaś wrócić jutro!
- Przykro mi, że was zawiodłam, ale cieszę się, że przyjechałam w porę.
Słuchałam ich jednym uchem, wpatrując się w nowo przybyłą jak ta przysłowiowa sroka. Była to młoda kobieta w niebiesko-złotym kimonie, skądinąd bardzo twarzowym. Ciemne włosy miała skromnie upięte, z opadającymi pasmami po obu stronach twarzy. Patrzyła na nas chłodno, ale bez niechęci.
Na pierwszy rzut oka nie wydała mi się nikim znajomym. Na drugi spadło na mnie wrażenie, że widzę ducha.
- To dla mnie żaden dyshonor - odezwałam się, próbując brzmieć pewnie. - Odwiedzam okoliczne herbaciarnie, ale okazało się, że ta jest zamknięta, więc...
- Za pół godziny zostanie otwarta - przerwała mi właścicielka. - Z moimi lokatorami porozmawiam później.
Zmierzyła ich groźnym spojrzeniem i wyszła, a raczej wypłynęła jak liść na wietrze.
- No, to poznałaś Hikari-san - podsumował Yazuki. - Mam nadzieję, że nie zmroziła cię w środku.
- Hikari-san - powtórzyłam. - Kusanagi Hikari?
- Futagawa - sprostował. - Choć nie wiem jakie nosiła nazwisko zanim poprzednia właścicielka herbaciarni jej nie przyjęła do siebie. Hikari-san odziedziczyła po niej interes.
- Kiedy to było? - zapytałam szybko. - Znaczy, kiedy ta poprzednia właścicielka ją przyjęła?
- Jakieś dwa lata temu - zamyślił się. - A co, znasz ją?
- W każdym razie kogoś mi przypomina - mruknęłam, próbując pozbierać myśli. Oto stanęła przede mną główna bohaterka opowieści, którą potraktowałam po macoszemu, chociaż sama grałam w niej niebagatelną rolę. Oczywiście, miałam swoje powody... Ale teraz, po trzech latach... Jak wyrzut sumienia...
W porządku, w tej rzeczywistości mogła chyba istnieć jakaś alternatywna Hikari. Przecież nie dała ani znaku, że mnie rozpoznała (chociaż wcale bym się jej nie dziwiła). Poza tym nie była już ani roześmianą nastolatką, którą kiedyś pokazała mi Yori we śnie, ani bojową dziewczyną, której kilka razy stawiałam czoło. Życie zmienia ludzi, a jednak...
- Nie zmieniaj tematu - burknęła Yachiyo. - Mówiliśmy o twojej podejrzanej radości na widok obrazu!
- Oczywiście, że się ucieszyłam na jego widok - nie było sensu zaprzeczać. - To rysunek autorstwa mojego przyjaciela; szukam takich, gdziekolwiek się znajdę.
- Taaak? - zrzedła jej mina (jak na taką sceptyczkę, prędko mi uwierzyła, ale wolałam tego nie mówić). - I nie miało to nic wspólnego z tym, kto widniał na rysunku?
- Też coś - żachnęłam się. - Nie mam powodu, żeby się cieszyć na jego widok.
- Jego? - wtrącił Yazuki. - No to klops. Kompletnie fałszywy trop.
Jego siostra smętnie pokiwała głową, ale kipienie w garnku prędko przywróciło ją sprawom bardziej przyziemnym.
- Może od początku - podsunęłam. - Skoro nie chodziło wam o tego typa w koronie, to o co?
- O niego nie, chociaż... - chłopak urwał na moment, gdy siostra kopnęła go w kostkę. - Ee, w każdym razie mieliśmy na myśli tę kobietę przy nim.
- Znacie ją? - miałam nadzieję, że nie uznali tego pytania za zbyt pospieszne. I podejrzane.
- Spotkaliśmy ją kiedyś i to nie było miłe spotkanie - przyznała Yachiyo, zawzięcie krojąc dorodny żółty owoc, zbliżony kształtem do melona. - A ty?
- A ja... Znam o niej opowieść - odrzekłam. - Kolekcjonuję opowieści. Mogę się z wami podzielić.
- Rozsądna zapłata za naszą miłą gościnę - stwierdziła dziewczyna pojednawczo. W miarę swoich możliwości.
A co mi tam...
Tak jak się spodziewałam, problemów z samą teleportacją nie było. To dla odmiany nie jest jedna z tych opowieści, w których nieszczęsna narratorka zostaje odcięta od międzysfery. Żałowałam tylko, że nie mogłam wyjrzeć przez okno i sprawdzić, na którym piętrze mnie ulokowano. Przez to pojawiłam się trochę za wysoko... Na szczęście wylądowałam na miękkiej trawie, a nie w pobliskiej sadzawce.
Stanęłam przed piętrowym budyneczkiem w stylu odbiegającym od typowej architektury w takich krainach, przylegającym do herbaciarni, w której jeszcze nie byłam. W tej chwili zamkniętej, ot, pech. Westchnęłam i postanowiłam wejść z powrotem do domku i poznać moich tajemniczych gospodarzy. Nic prostszego - wystarczyło iść na palcach w tę stronę, z której dochodziły zagniewane głosy.
- ...Bo tyle razy ci mówiłem, że powinniśmy spokojnie i bez podchodów - to były pierwsze słowa, które usłyszałam wyraźnie. - Zachowujesz się jak bohaterowie tych cudzoziemskich sztuk.
- Ty naprawdę myślisz, że da się tak spokojnie?! - odwarknął głos zdecydowanie dziewczęcy.
- T e r a z to już nie sądzę...
- Ha! No widzisz! Więc równie dobrze możemy kontynuować tak, jak ja chcę!
- Dzień dobry - powiedziałam z uśmiechem, uchylając drzwi do kuchni. Dwa nastoletnie stworzenia w niebieskich hakamach odwróciły się w moją stronę z osłupieniem.
- No widzisz, Yazuki - odezwało się to o dłuższych włosach. - Mówiłam, że się nie da.
- Nie zadzieraj nosa, sama słyszysz, że zaczęła uprzejmie - odparował brat, bo bez wątpienia byli rodzeństwem. Właściwie na pierwszy rzut oka różnili się tylko długością rozwichrzonych włosów, opadających na oczy.
- Ale ostrożność nie zawadzi! - uparła się dziewczyna, po czym palnęła w moją stronę. - My też potrafimy się teleportować, nie myśl sobie!
- Zdradzanie własnych sekretów to nie jest ostrożność - westchnął Yazuki z rezygnacją. Następnie przestał się nią przejmować i ukłonił mi się. - Zaparzylibyśmy ci herbaty, ale zwykle wychodzi nam paskudnie, więc wybacz.
- Sama mogę zaparzyć - zaproponowałam, powstrzymując śmiech - Widzę, że trafiłam w odpowiednie do tego miejsce.
- Tak, ale właścicielki nie ma - wtrąciła obrażona dziewczyna. - Nie byłaby zadowolona, gdybyśmy pozwolili jakiejś obcej osobie rządzić się w jej lokalu.
- Yachiyo... - rzucił jej brat ostrzegawczo. Prychnęła tylko i odwróciła wzrok.
- W takim razie jakoś wytrzymam - zapewniłam. - Przede wszystkim chciałabym się dowiedzieć, czemu zawdzięczam tę niespodziewaną gościnę.
Tym razem oboje spojrzeli na siebie jakby zastanawiali się czy mają jednak utworzyć wspólny front przeciwko mnie, czy raczej zwyczajnie wyjaśnić, co jest grane. W końcu Yazuki podsunął mi stołek, a sam usiadł na drugim.
- Wybacz, że tak w kuchni, ale boję się zostawić siostrę samą podczas gotowania - zaczął.
- Arogant - burknęła wyżej wymieniona. - Moje potrawy przynajmniej są smaczne.
- O ile przedtem nie wysadzisz ich w powietrze.
- Bez przerwy się tak kłócicie? - zapytałam ze szczerym zainteresowaniem.
- Szczerze mówiąc, tak - przyznał Yazuki z nerwowym uśmiechem. - Hikari-san nie może z nami dojść do ładu i powiada, że przyjmowanie lokatorów to samobójstwo.
Kiedy mówił, Yachiyo zajęła się przyrządzaniem czegoś o bardzo apetycznym zapachu. Niby to nie zwracała na nas uwagi, ale ostentacyjnie pobrzękiwała naczyniami. Postanowiłam podziękować jej za pyszne posiłki, kiedy tylko przestanie się boczyć.
- Co do twojej bytności tutaj - podjął chłopak z pewnymi oporami. - Widzieliśmy cię na wystawie.
Powiedziawszy to umilkł i popatrzył na mnie wyczekująco, jakby te słowa miały wszystko wyjaśnić. Tak się oczywiście nie stało, dlatego też odwzajemniłam mu się podobnym spojrzeniem.
- No i?
- No i siostra przeniosła cię do nas bez naradzenia się ze mną - podjął z westchnieniem.
- Ale dlaczego?...
- Chciała ci urządzić sekretne przesłuchanie, a potem wypuścić w stanie kompletnej dezorientacji. Żeby nikt ci nie uwierzył.
- Ale, na bogów, dlaczego?!
- Z powodu twojej reakcji na pewien obraz!! - nie wytrzymała Yachiyo.
Przez chwilę oboje baliśmy się, że garnek, który trzyma w rękach, zaraz wyląduje na głowie jednego z nas. Odłożyła go jednak i wzięła głęboki wdech.
- Jeśli jeszcze raz spytasz "dlaczego?", po prostu oberwiesz - wycedziła. A sekundę później spiekła raka, bo okazało się, że została usłyszana przez niepowołaną osobę...
- Po pierwsze, gościowi się nie grozi - powiedziała zimno owa osoba, stając w drzwiach. - Po drugie, nie podejmuje się gościa w kuchni.
- Oj, Hikari-san - próbował załagodzić Yazuki. - Przecież wiesz, że Yachiyo ciągle wygaduje takie rzeczy.
- Wcale nie ciągle - zaprzeczyła jego siostra. - A poza tym miałaś wrócić jutro!
- Przykro mi, że was zawiodłam, ale cieszę się, że przyjechałam w porę.
Słuchałam ich jednym uchem, wpatrując się w nowo przybyłą jak ta przysłowiowa sroka. Była to młoda kobieta w niebiesko-złotym kimonie, skądinąd bardzo twarzowym. Ciemne włosy miała skromnie upięte, z opadającymi pasmami po obu stronach twarzy. Patrzyła na nas chłodno, ale bez niechęci.
Na pierwszy rzut oka nie wydała mi się nikim znajomym. Na drugi spadło na mnie wrażenie, że widzę ducha.
- To dla mnie żaden dyshonor - odezwałam się, próbując brzmieć pewnie. - Odwiedzam okoliczne herbaciarnie, ale okazało się, że ta jest zamknięta, więc...
- Za pół godziny zostanie otwarta - przerwała mi właścicielka. - Z moimi lokatorami porozmawiam później.
Zmierzyła ich groźnym spojrzeniem i wyszła, a raczej wypłynęła jak liść na wietrze.
- No, to poznałaś Hikari-san - podsumował Yazuki. - Mam nadzieję, że nie zmroziła cię w środku.
- Hikari-san - powtórzyłam. - Kusanagi Hikari?
- Futagawa - sprostował. - Choć nie wiem jakie nosiła nazwisko zanim poprzednia właścicielka herbaciarni jej nie przyjęła do siebie. Hikari-san odziedziczyła po niej interes.
- Kiedy to było? - zapytałam szybko. - Znaczy, kiedy ta poprzednia właścicielka ją przyjęła?
- Jakieś dwa lata temu - zamyślił się. - A co, znasz ją?
- W każdym razie kogoś mi przypomina - mruknęłam, próbując pozbierać myśli. Oto stanęła przede mną główna bohaterka opowieści, którą potraktowałam po macoszemu, chociaż sama grałam w niej niebagatelną rolę. Oczywiście, miałam swoje powody... Ale teraz, po trzech latach... Jak wyrzut sumienia...
W porządku, w tej rzeczywistości mogła chyba istnieć jakaś alternatywna Hikari. Przecież nie dała ani znaku, że mnie rozpoznała (chociaż wcale bym się jej nie dziwiła). Poza tym nie była już ani roześmianą nastolatką, którą kiedyś pokazała mi Yori we śnie, ani bojową dziewczyną, której kilka razy stawiałam czoło. Życie zmienia ludzi, a jednak...
- Nie zmieniaj tematu - burknęła Yachiyo. - Mówiliśmy o twojej podejrzanej radości na widok obrazu!
- Oczywiście, że się ucieszyłam na jego widok - nie było sensu zaprzeczać. - To rysunek autorstwa mojego przyjaciela; szukam takich, gdziekolwiek się znajdę.
- Taaak? - zrzedła jej mina (jak na taką sceptyczkę, prędko mi uwierzyła, ale wolałam tego nie mówić). - I nie miało to nic wspólnego z tym, kto widniał na rysunku?
- Też coś - żachnęłam się. - Nie mam powodu, żeby się cieszyć na jego widok.
- Jego? - wtrącił Yazuki. - No to klops. Kompletnie fałszywy trop.
Jego siostra smętnie pokiwała głową, ale kipienie w garnku prędko przywróciło ją sprawom bardziej przyziemnym.
- Może od początku - podsunęłam. - Skoro nie chodziło wam o tego typa w koronie, to o co?
- O niego nie, chociaż... - chłopak urwał na moment, gdy siostra kopnęła go w kostkę. - Ee, w każdym razie mieliśmy na myśli tę kobietę przy nim.
- Znacie ją? - miałam nadzieję, że nie uznali tego pytania za zbyt pospieszne. I podejrzane.
- Spotkaliśmy ją kiedyś i to nie było miłe spotkanie - przyznała Yachiyo, zawzięcie krojąc dorodny żółty owoc, zbliżony kształtem do melona. - A ty?
- A ja... Znam o niej opowieść - odrzekłam. - Kolekcjonuję opowieści. Mogę się z wami podzielić.
- Rozsądna zapłata za naszą miłą gościnę - stwierdziła dziewczyna pojednawczo. W miarę swoich możliwości.
1 VI
Przez pierwsze parę dni po
ponownym wyruszeniu w światy byłam jak pijana. Chociaż, czy mogę używać
tego określenia, skoro nigdy się dotąd nie upiłam i nie mam porównania?
Odurzona, tak lepiej. Odurzona innym powietrzem, innym klimatem, całą
innością, jaką tylko mogłam poczuć. Nie, nie uznałam na koniec, że w
pałacu Diarmaida czułam się jednak źle. To po prostu takie wrażenie, jak
wtedy, gdy wyrywam się z domu po długim okresie nicnierobienia. W
dodatku po raz pierwszy od bardzo dawna jestem zupełnie sama...
Pustą książkę zabrałam ze sobą. J obiecała, że będzie grzeczną dziewczynką i załatwi mi przedłużenie.
Przypomniało mi się to, bo na początek skierowałam się właśnie do biblioteki, tej międzyświatowej, w której przesiadywałam zimą. Chciałam znaleźć tę książkę, w której czytałam o Dzieciach Chaosu, ale jak na złość nigdzie jej nie było. Ktoś ją wypożyczył, a była jedyna w swoim rodzaju, tak przynajmniej powiedzieli mi obaj bibliotekarze. Ponieważ miałam zbyt dobry humor, nie rzucałam ciężkimi przedmiotami, lecz zaczęłam przetrząsać atlasy różnych światów, aby znaleźć miasto Chinedu. Zlokalizowałam je w szóstym z kolei, na samym koniuszku półwyspu, przypominającego ogon jakiegoś egzotycznego zwierzęcia. Tak układały się linie graniczne kraju, do którego należał ów półwysep: jak zwierzę przyczajone do skoku...
Znalezienie świata na mojej miniaturze było już łatwiejszym zadaniem, a tym bardziej dostanie się tam. Tyle że miasto, do którego trafiłam, w ogóle nie przypominało Chinedu - położone było w głębi innego kontynentu, po drugiej stronie oceanu. A ja, zamiast zrobić to, czego sama bym po sobie oczekiwała (gdybym tylko była rozsądna), i prędko się tam przenieść, zostałam. Bo co mogłam zrobić, mając wybór między "dziwną sektą" a bujną zielenią, pyszną herbatą, arcyuprzejmymi ludźmi i ogólnie wschodnimi klimatami? No, co? W dodatku następnego dnia miał się zacząć festiwal. Czy było coś pilniejszego dla istoty, która właśnie wyrwała się na wolność i tym razem nikt jej nie pilnuje?
Zostałam na festiwal. A potem na obchód okolicznych herbaciarni, w wieczory rozświetlane lampionami i blaskiem księżyca w pełni. I wreszcie na wystawę zagranicznych dzieł sztuki, które przypłynęły statkiem zza morza. Dlaczego zagranicznych, kiedy mogłam podziwiać twórczość krajową? Czy dlatego, że podświadomie spodziewałam się tam znaleźć któryś z wiadomych rysunków?
Bo znalazłam, tego się nie wyprę. Był to jedyny rysunek ołówkiem wśród natłoku malarstwa, rzeźb i gobelinów, trudno więc go było nie znaleźć. W takich chwilach powinnam zacząć akceptować przeznaczenie - więcej, dziekować przeznaczeniu! - ale ciągle pozostaje wprost przeciwnie... W każdym razie na pierwszym planie rysunku znajdował się Aethelred. Poznałam od razu i zdecydowanie będę musiała porządnie się z Geddwynem rozmówić. Stał w ciemnej pustce, odcinając się od niej bardzo wyraźnie - z twarzą wykrzywioną wściekłością wyciągał przed siebie miecz, mierząc nim w kogoś lub w coś. Ubrany z przepychem, na głowie nosił czarną koronę wysadzaną jarzącymi się klejnotami. Nieco za nim kobieta z klejnotami we włosach z niepokojem patrzyła w bok, osłaniając się małą tarczą. Doprawdy, lepiej już nie mógł dać mi do zrozumienia, z czyim życiem może być związane moje... Ale tylko może być. W końcu moja własna korona, delikatny i srebrzysty podarunek od Cirnelle, ciągle spoczywała w Szafie w herbaciarni, w równoległej rzeczywistości.
Tytuł obrazu brzmiał, nie wiadomo dlaczego, Karma. Wbijając w niego wzrok, z trudem powstrzymywałam pisk - a może właśnie nie powstrzymałam? Niektórzy z oglądających wystawę dziwnie na mnie patrzyli... Wyszłam stamtąd z dorodnym rumieńcem na twarzy. Przynajmniej zdusiłam w sobie chęć wyciągnięcia łapek i wyniesienia dzieła sztuki w rękawie.
Kiedy obudziłam się następnego dnia, znajdowałam się nie w ryokanie, w którym się zatrzymałam, lecz w całkiem obcym pokoju z zamkniętymi okiennicami. W miękkim łóżku zamiast futonu. Z masą kwiatów w wazonach. Nie mając pojęcia, kto i dlaczego postanowił mnie tak niespodziewanie ugościć. Dostałam smaczny posiłek przez otwór w drzwiach, ale nikt po tamtej stronie się do mnie nie odezwał.
Siedzę tu już drugi dzień i oczywiście mogłabym otworzyć portal i przeskoczyć gdziekolwiek indziej, a jednak ciekawość przeważa...
Pustą książkę zabrałam ze sobą. J obiecała, że będzie grzeczną dziewczynką i załatwi mi przedłużenie.
Przypomniało mi się to, bo na początek skierowałam się właśnie do biblioteki, tej międzyświatowej, w której przesiadywałam zimą. Chciałam znaleźć tę książkę, w której czytałam o Dzieciach Chaosu, ale jak na złość nigdzie jej nie było. Ktoś ją wypożyczył, a była jedyna w swoim rodzaju, tak przynajmniej powiedzieli mi obaj bibliotekarze. Ponieważ miałam zbyt dobry humor, nie rzucałam ciężkimi przedmiotami, lecz zaczęłam przetrząsać atlasy różnych światów, aby znaleźć miasto Chinedu. Zlokalizowałam je w szóstym z kolei, na samym koniuszku półwyspu, przypominającego ogon jakiegoś egzotycznego zwierzęcia. Tak układały się linie graniczne kraju, do którego należał ów półwysep: jak zwierzę przyczajone do skoku...
Znalezienie świata na mojej miniaturze było już łatwiejszym zadaniem, a tym bardziej dostanie się tam. Tyle że miasto, do którego trafiłam, w ogóle nie przypominało Chinedu - położone było w głębi innego kontynentu, po drugiej stronie oceanu. A ja, zamiast zrobić to, czego sama bym po sobie oczekiwała (gdybym tylko była rozsądna), i prędko się tam przenieść, zostałam. Bo co mogłam zrobić, mając wybór między "dziwną sektą" a bujną zielenią, pyszną herbatą, arcyuprzejmymi ludźmi i ogólnie wschodnimi klimatami? No, co? W dodatku następnego dnia miał się zacząć festiwal. Czy było coś pilniejszego dla istoty, która właśnie wyrwała się na wolność i tym razem nikt jej nie pilnuje?
Zostałam na festiwal. A potem na obchód okolicznych herbaciarni, w wieczory rozświetlane lampionami i blaskiem księżyca w pełni. I wreszcie na wystawę zagranicznych dzieł sztuki, które przypłynęły statkiem zza morza. Dlaczego zagranicznych, kiedy mogłam podziwiać twórczość krajową? Czy dlatego, że podświadomie spodziewałam się tam znaleźć któryś z wiadomych rysunków?
Bo znalazłam, tego się nie wyprę. Był to jedyny rysunek ołówkiem wśród natłoku malarstwa, rzeźb i gobelinów, trudno więc go było nie znaleźć. W takich chwilach powinnam zacząć akceptować przeznaczenie - więcej, dziekować przeznaczeniu! - ale ciągle pozostaje wprost przeciwnie... W każdym razie na pierwszym planie rysunku znajdował się Aethelred. Poznałam od razu i zdecydowanie będę musiała porządnie się z Geddwynem rozmówić. Stał w ciemnej pustce, odcinając się od niej bardzo wyraźnie - z twarzą wykrzywioną wściekłością wyciągał przed siebie miecz, mierząc nim w kogoś lub w coś. Ubrany z przepychem, na głowie nosił czarną koronę wysadzaną jarzącymi się klejnotami. Nieco za nim kobieta z klejnotami we włosach z niepokojem patrzyła w bok, osłaniając się małą tarczą. Doprawdy, lepiej już nie mógł dać mi do zrozumienia, z czyim życiem może być związane moje... Ale tylko może być. W końcu moja własna korona, delikatny i srebrzysty podarunek od Cirnelle, ciągle spoczywała w Szafie w herbaciarni, w równoległej rzeczywistości.
Tytuł obrazu brzmiał, nie wiadomo dlaczego, Karma. Wbijając w niego wzrok, z trudem powstrzymywałam pisk - a może właśnie nie powstrzymałam? Niektórzy z oglądających wystawę dziwnie na mnie patrzyli... Wyszłam stamtąd z dorodnym rumieńcem na twarzy. Przynajmniej zdusiłam w sobie chęć wyciągnięcia łapek i wyniesienia dzieła sztuki w rękawie.
Kiedy obudziłam się następnego dnia, znajdowałam się nie w ryokanie, w którym się zatrzymałam, lecz w całkiem obcym pokoju z zamkniętymi okiennicami. W miękkim łóżku zamiast futonu. Z masą kwiatów w wazonach. Nie mając pojęcia, kto i dlaczego postanowił mnie tak niespodziewanie ugościć. Dostałam smaczny posiłek przez otwór w drzwiach, ale nikt po tamtej stronie się do mnie nie odezwał.
Siedzę tu już drugi dzień i oczywiście mogłabym otworzyć portal i przeskoczyć gdziekolwiek indziej, a jednak ciekawość przeważa...
Subskrybuj:
Posty (Atom)