21 X

Biblioteka okazała się spora i wręcz opływała w książki o mitologii. Jak mi wyjaśniła moja nowa znajoma, pisarze i teologowie nie mogli dojść do porozumienia, które wersje rozmaitych opowieści są najbliższe rzeczywistości (o ile w ogóle), więc każdy pisał jak chciał.
- Często tutaj chodzę - mówiła, wciskając mi w ręce kolejne godne polecenia książki - kiedy czuję się niedoopowieściowana. A teraz się czuję.
Grzebiąc w księgozbiorach, komentowałyśmy niektóre tytuły i treść, podśmiewając się przy tym. Jak dwie zaprzyjaźnione dziewczynki...
Może to dziwne, ale nie czułam między nami jakiejś różnicy wieku czy dojrzałości. Nie tylko dlatego, że sama często zachowuję się jak dzieciak; po prostu podczas rozmów z nią odniosłam wrażenie, że patrzymy na rzeczywistość z podobnej perspektywy. Nie zmąciło to jednak uczucia dystansu... Zasłony. Tajemniczości.
- Jesteś boginką czy demonem? - nie wytrzymałam, kiedy opuściłyśmy bibliotekę z torbą pełną książek.
Nie zdziwiła się.
- Skąd to pytanie tak od razu? - odparowała za to. - Dlaczego nie założyłaś, że jestem przemądrzałym dzieckiem, które za dużo grało w różne podejrzane gry?
- Otacza cię atmosfera niezwykłości - wyjaśniłam bez wahania, uświadamiając sobie w pełni, że rzeczywiście tak jest. - A ten świat jest aż do bólu zwyczajny.
- Czyżbym słyszała skargę w twoim głosie? - roześmiała się. - Fakt, że jest tu trochę nudno. Jedyną ciekawą rzeczą, jaką ostatnio zrobiłam, było kupienie jednemu znajomemu obrazka za jego własne pieniądze.
- I dlatego zagadałaś wtedy do mnie? Bo ci się nudziło?
- Chcesz odpowiedź bardziej czy mniej racjonalną?
- Na razie może być bardziej. Udowodnij mi, że taka wersja naprawdę istnieje.
- W porządku - dziewczynka zrobiła minę tak poważną, że aż zabawną. - Otóż kiedy zobaczyłam jak stoisz pod wydawnictwem z taką wygłodzoną miną, musiałam założyć, że albo jesteś pisarką, albo jesteś równie niedoopowieściowana jak ja. Zresztą jedno drugiego nie wyklucza.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Takie wyjaśnienie było sensowne - przynajmniej dla mnie - i na razie mi odpowiadało. Za to uzmysłowiłam sobie, że dotąd nie zapytałam jej o imię. Ani zresztą ona o moje. Postanowiłam to nadrobić i kiedy po dojściu na stację metra zadałam pytanie, odpowiedziała mi promiennym uśmiechem.
- Może być J?
- Może - zgodziłam się.
- I dobrze, bo i tak bym ci innego imienia nie podała.
Za moment wręcz wepchnęła mnie do metra. Sama nie chciała wiedzieć. Może powinnam czuć ulgę z tego powodu, może razem z imieniem ukradłaby mi duszę, choć co prawda nie jestem z tego rodzaju demonów. A może...

20 X

- Tak, tu jest wydawnictwo - potwierdził dziewczęcy głosik gdzieś tak na wysokości mojego ramienia. - Tylko dzisiaj nieczynne.
Mieściło się w niewielkim budynku blisko parku, oplecionym bliżej nieznanymi mi pnączami. Okna miało ciemne, a drzwi zamknięte na głucho.
- Dziś jest święto, więc nikt nie pracuje... Każdy jedzie odwiedzić rodzinę albo siada przed telewizorem. A tam same ckliwe melodramaty.
Nie wiem, kiedy dokładnie ta dziewczynka do mnie podeszła, ale wydawała się całkiem dobrym źródłem informacji. A przynajmniej była wygadana i bardzo pozytywna - nie mogłam się nie uśmiechnąć, słuchając jej wywodów.
- Nie, wcale nie jestem wygadana - albo czytała mi w myślach, albo mój uśmiech wyszedł jakiś dziwny. - Tylko przy odpowiednio małomównym odbiorcy mogę się taka wydawać.
Wyglądała na jakieś jedenaście lat, nosiła ciepłą bordową sukienkę i równie ciepłe pasiaste pończochy, i w ogóle sprawiała wrażenie kogoś trochę nie z tej epoki. Jasne włosy miała splecione w dwa grube warkocze, a we fioletowych oczach błyszczały wesołe iskierki.
...I dlaczego fioletowe oczy zawsze kojarzą mi się tak chaotycznie?
- Jaka dzisiaj okazja do świętowania? - zagadnęłam z ciekawością.
- Żadna sensowna - zachichotała. - Podstawy do świętowania zaginęły w mrokach przeszłości i można o nich poczytać tylko w książkach o mitologii. Pozostało samo imprezowanie.
Minę miała trzpiotowatą, ale mówiła o rzeczach, o jakich zwykłe dziewczynki w jej wieku nie rozmawiają na co dzień. Chyba. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam taką dziewczynką - poza poprzednim życiem, oczywiście, kiedy byłam dziewczynką mocno oderwaną od rzeczywistości. Nie powinnam więc wydawać takich osądów.
Zresztą, nie można lekceważyć innych możliwości - z moim szczęściem do przyciągania zbiegów okoliczności, mogła się okazać demonem w niewinnej postaci.
Albo boginią, oczywiście. Chaosu.
- A nie ma gdzieś w pobliżu jakiejś biblioteki? - zapytałam. - Chętnie bym się przyjrzała tej mitologii.
- W pobliżu nie - blondyneczka pokręciła głową. - Trzeba metrem. Możemy się spotkać jutro rano, wtedy pokażę.
- A do szkoły przypadkiem nie powinnaś iść? - przekrzywiłam głowę podejrzliwie.
- Już końcówka tygodnia, wolne od szkoły! - zamachała uspokajająco rękami i uśmiechnęła się jak mały aniołek.
- Ale biblioteka czynna? - upewniłam się.
- Tak, tylko krócej. Dlatego powinnyśmy wybrać się rano, jeśli chcemy tam odpowiednio długo posiedzieć.
To miało sens. Nie wątpiłam, że zapoznawanie się z tutejszą literaturą zajmie mi trochę czasu, a do wydawnictwa mogłam się przejść po weekendzie... I tak miałam jeszcze parę rzeczy do poprawienia, a nie mogłam przyjmować, że wszyscy wydawcy są tak przystępni jak Egbert w Arquillonie albo ta zgraja wariatów z oficyny przy Gwiezdnym Uniwersytecie.
Tymczasem dziewczynka zaproponowała godzinę - nie jestem pewna czy dobrze ją zapamiętałam w natłoku myśli - po czym pożegnała się wesoło i zaczęła odchodzić. Dopiero wtedy coś mnie tknęło, bo posiadanie legendarnego opóźnionego zapłonu zobowiązuje...
- Hej, mała! - zawołałam.
Zatrzymała się, okręciła na pięcie i spojrzała na mnie pytająco.
- Zawsze zawierasz znajomości z przygodnymi osobami na ulicy?
- Nie zawsze - roześmiała się. - Tylko z tymi zabawnymi.

19 X

Jesień woła mnie bez ustanku. Pora przedziwnych baśni, pora wędrówek. N a s z a pora roku od trzech lat, tylko tym razem brakuje wędrówki. Samotne snucie się po mieście to jeszcze nie to.
Miasto jest zadymione i zdominowane przez technikę, choć raczej nie futurystyczne. Jeszcze nie. Takiemu Melgrade się nie równa, ale ma potencjał, więc nie chciałabym tu mieszkać za następne sto lat. Fakt, że nie mogę się teleportować gdzieś, gdzie jest mniej zanieczyszczeń, nie poprawia mi nastroju.
Wynajęłam mały pokoik w pensjonacie - mniejszy i nie tak luksusowy jak w klinice, ale przynajmniej w oknie nie ma krat i mogę wychodzić kiedy chcę i dokąd chcę, byle wrócić przed dwudziestą trzecią. Wychodzę dość często, bo uparłam się poznać miasto lepiej i się nie gubić. Móc spacerować bez konieczności płacenia za taksówkę, nagle uświadomiwszy sobie, że nie wiem gdzie jestem. Układając sobie trasy spacerowe, szukam przy okazji jakichś oznak życia... Znaczy, miejsc ze śladami magii. Nawet nie tej dosłownej, ale takiej, która przywiewa pomysły nawet tak niewydarzonym kronikarkom jak ja. Park, który dzisiaj znalazłam, całkiem nieźle się do tego nadaje. Duży, z mnóstwem ścieżek, przyzwoicie barwny jesiennymi liśćmi, nawet nie za bardzo zaśmiecony...
Idąc dziwnym torem myśli i skojarzeń - co prawda teleportować się nie mogę, ale więzi z wodą nie utraciłam. Sprawdzałam nie raz, tylko oczywiście nie publicznie. Inaczej pewnie trafiłabym pod obsrwację trochę innych państwa w kitelkach.
Kupiłam upragnione pióro i spisuję wszystkie stare opowiadania, jakie tylko sobie przypominam. Jeśli mam tu dłużej pomieszkać, muszę sprawdzić czy jest zapotrzebowanie na fantastykę. Znaleźć jakąś księgarnię, bibliotekę... Nie powinnam mieć problemów ze zrozumieniem treści książek. Skoro ja napisałam opowiadanie i oni dali radę je przeczytać, to i ja mogę.
Z racjonalnego punktu widzenia powinno mnie to chyba dziwić. Ale może po prostu ta opowieść, na którą czekam, już się dzieje i rzeczywistość się do niej dostosowuje? Coś takiego nigdy mnie specjalnie nie zaskakiwało.

...Nie, oczywiście, że nie jestem spokojna!! Jestem na tyle rozpieszczona, by przypuszczać, że są jednak osoby, które powinny się o mnie martwić i szukać, skoro ja nie mogę do nich dotrzeć! Ale może nie powinnam się przejmować, może wcale się nie martwią. Vanny mi kiedyś wmawiała, że jestem twarda i wytrzymała, może więc wmówiła to też paru innym osobom i teraz spokojnie czekają.

15 X

Dziś wieczorem gwardia pielęgniarek powiodła mnie przed oblicze osoby trzymającej władzę.
Muszę tak podniośle, nie mam wyboru, bo wielki dziś dzień nastał. Pewnie mi przjedzie w trakcie.
Powyższa osoba okazała się człowiekiem niewysokim, pulchnym i na pierwszy rzut oka sympatycznym. A także bardzo niepewnym siebie. Z tego co wiem, zdążył za dnia podjąć sporo gości tego przybytku i może to go zestresowało. A może zawsze taki był i ze wszystkim zwracał się do swojego zastępcy - a gdy tego nagle zabrakło... Hm, to chyba nie ja powinnam odgrywać tutaj psychologa. W każdym razie towarzyszyło mu dwoje spośród państwa w kitelkach - "moja" pani doktor i jakiś nieznany mi, wysoki i ponury. Szeptali coś między sobą i kiwali głowami, nawet nie zwróciwszy uwagi na moje wejście.
Uprzejmie wskazał mi krzesło i przez dłuższą chwilę nie wiedział jak zacząć.
- Dobrze się pani u nas mieszka? - zapytał w końcu z wahaniem.
- Mieszka się nieźle, ale brak mi porządnego pióra i przestrzeni do spacerowania - odpowiedziałam bez namysłu.
- Zdaje się, że brak pióra nie przeszkodził pani w pisaniu - zauważył. - Czytaliśmy po kolei.
- I jak wrażenia? - nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Odwzajemnił go, nie wiedzieć czemu z ulgą.
- Chyba nie mogła się pani doczekać, by o to zapytać - ocenił. - Chciała nas pani troszkę sprowokować, prawda?
- Prawda - przyznałam. - Czyżby mi się nie udało?
Przysunął się i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu:
- Zależy, kogo. Mnie na przykład nie.
Teraz roześmiałam się w głos. Jak ten człowiek się uchował nieskażony panującą tu atmosferą? Chyba faktycznie zostawiał całą czarną robotę wcedyrektorowi...
- No to... Jak pani tu właściwie trafiła? - zapytał ze szczerą ciekawością. - Miała pani jakiś kryzys czy coś takiego?
- Tylko natchnienia - rzekłam ostrożnie. - Pyta pan o to wszystkich, których tu dziś zaprasza?
- Prawdę mówiąc, tak - westchnął i potarł czoło. - Mamy tu w tej chwili niezły bałagan, a mój zaufany zastępca... Cóż, okazał się być nie aż tak zaufany. A ten kryzys natchnienia minął?
- Zwalczam go.
- I będzie pani miała dokąd pójść?
- Znajdzie się - nie zmieniałam tonu, choć wewnątrz mnie coś wydawało dzikie piski.
- To dobrze, bo w takim układzie nie ma chyba sensu dłużej tu pani przetrzymywać. Doktor Ferg... Ferns... Ferson... Koleżanka zwróci pani rzeczy osobiste i będzie się mogła pani wypisać kiedy będzie gotowa.
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową, a pisk trwał nadal. Tylko zmienił charakter na "to zbyt piękne, zbyt piękne, zbyt łatwe...".

Nie, dlaczego miałabym się w taki wielki dzień zacząć czepiać? Nawet moją zieloną z miętą oddali mi w miarę zdatną do picia po tej dogłębnej analizie.
Poza tym w torbie rzeczywiście znajdował się pełny portfel, którego nigdy przedtem nie widziałam, a także pudełeczko jak na pierścionek zaręczynowy. Pieniądze przeliczyłam, choć nie znam się na tutejszej walucie i nie mam pojęcia czy posiadam dużo, czy mało; pudełeczko natomiast jest mi dobrze znane, albowiem zawiera miniaturowy model mojej domeny, podarunek od miłego sercu memu.
To, że za żadne skarby nie udaje mi się pudełeczka otworzyć, to rzecz niewielka w porównaniu z faktem, że klinika wreszcie otworzy swe podwoje i wypuści mnie w świat długi i szeroki...
Tak, znowu wpadam w ten dziwny ton. Na koniec mi jeszcze raz przyszło.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobię po wypisaniu się, będzie kupienie pióra i napisanie czegoś normalnego. Względnie.

13 X

Mam wrażenie jakby rzeczywistość nagle zatrzymała się w miejscu. Nie tak jakby ktoś jej wyłączył zasilanie, ale jakby się zaczaiła... I czekała. Na czyjś decydujący ruch. Pytanie tylko czyj i o czym decydujący.
Nie wiem czyj, co by spowodował i na czyją korzyść - opowieści? Której? W światach dzieje się ich mnóstwo. Nie chcę twierdzić, że mój, bo od pewnego czasu ta kapryśna rzeczywistość trwa jakby obok mnie i nie mam na nią takiego wpływu, jaki być może miałabym, gdyby...
Gdyby...
Gdyby co?
I jak długi to czas? Może powinnam go mierzyć w latach?
A może ta klinika to jedyne bezpieczne miejsce, zesłane mi, bym mogła się schronić przed tą złowieszczą rzeczywistością i już nigdy nie wyściubiać na nią nosa?
Radość przeżywania opowieści przychodzi i odchodzi, przychodzi i odchodzi, przychodzi...

Wczoraj przybyły władze i aresztowały człowieka, który przez ostatnie cztery lata był prawą ręką obecnego dyrektora i jeszcze dwa poprzedniego. Co do treści oskarżenia, padło w niej sporo fachowych terminów, które, przechodząc z ust do ust, między pielęgniarkami-plotkarkami, stawały się coraz bardziej przekręcone. W stanie niezmienionym pozostało tylko "włamanie do systemu". I to chyba niejednego, zanim jeszcze objęto je ochroną.
Intryga poza moimi zdolnościami pojmowania, jaka szkoda.

Chcę do domu. Chcę do domu. Chcę. Do. Domu.
Gdybym mówiła to na głos, ciekawe, czy dałoby się w nim usłyszeć szaleństwo.

11 X

Siedziałam sobie i zastanawiałam się czy są tu kamery (miałam ochotę pośpiewać, a nie lubię tego robić, gdy ktoś mi się przygląda), kiedy nagle otwierane na hasło drzwi odsunęły się, mimo że nikt za nimi nie stał. Zaskoczona wyjrzałam na korytarz i zobaczyłam, że nie tylko mój pokój został tak niespodziewanie otwarty. Ledwo przekroczyłam próg, drzwi zamknęły się z powrotem i klinikę przepełniło wycie alarmu...
Nie zmartwiło mnie to - wręcz przeciwnie, miałam nadzieję, że zrobi się zamieszanie i będę mogła przynajmniej pozwiedzać bez eskorty. Nie łudziłam się, że ucieknę, bo nie jestem aż taką szczęściarą by za jednym zamachem znaleźć moje ciuchy i torbę. Tyle atrakcji na jeden dzień wystarczy... Uśmiechnęłam się lekko i ruszyłam przed siebie.
Sygnał wył uparcie, wejścia do pomieszczeń to otwierały się, to zamykały, a ja korzystałam z okazji, by do nich zaglądać. Widziałam więcej "gości" tego miejsca, nie wyglądających na zadowolonych z życia. Jeden człowiek panicznie bał się rozbrzmiewającego alarmu i próbował się gdzieć schować "bo wojna", inny zaś marszczył brwi w irytacji i mówił coś do siebie pod nosem. Za to pewna kobieta w średnim wieku, o zniszczonej twarzy, dołączywszy do mnie na chwilę w spacerze zwierzyła się, że tutaj wreszcie ma okazję do prawdziwego odpoczynku. Bywa i tak...
Dwa piętra niżej wpadłam na wiadomą panią doktor, która straciła swoje pogodne opanowanie i narzekała na główny komputer, który ni stąd, ni zowąd przestał działać jak należy. Na mój widok wygłosiła wykład o zasadzie niewychodzenia z pokoju samotnie, na co ja wyjaśniłam spokojnie, że drzwi się za mną zamknęły, a potem się zgubiłam (co zresztą było prawdą), szukając kogoś, kto naprawiłby tę niedogodność. Zanim wzięła sprawę w swoje ręce, zaczęły gasnąć światła, mogłam więc wymknąć się jej po cichu.
- No, jestem - usłyszałam w pewnym momencie. - To w czym problem?
- A nie widzi pan? - odparł wystraszony głosik jednej z tych dziewcząt wyglądających jak skrzyżowanie pielęgniarki z pokojówką. - Zaraz pana zaprowadzę do komputera, który tym wszystkim steruje. Dyrektor pana ozłoci, jeśli się pan z tym upora!
Zaciekawiona postanowiłam podążyć za głosami, których jakimś cudem nie zagłuszał alarm. Światła na przemian gasły i się zapalały, ale udało mi się o nic nie potknąć.
- Czy tu nie ma nikogo od obsługi tego ustrojstwa? - pytał nieznajomy ze zdziwieniem, ale i z rozbawieniem.
- Oczywiście, że są, ale siedzieli przy tym całą noc i nic nie wskórali - tłumaczyła pielęgniarka. - Podobno wczoraj wieczorem na monitorze wyskoczyły oczka i usta, które zaczęły śpiewać i mówić coś o urządzeniu kabaretu. A dzisiaj zaczęło się to...
Stłumiłam wybuch śmiechu. Teraz dopiero zaczynało być ciekawie!
Dziewczyna wprowadziła przybysza - najwyraźniej informatyka - do przestronnej sali, która o dziwo pozostała otwarta, po czym pobiegła w popłochu uspokajać jakiegoś nadpobudliwego pacjenta. Odczekałam chwilę i wśliznęłam się do pomieszczenia. Facet mnie nie usłyszał, bo podłączył do gadającego komputera słuchawki i chichotał, włożywszy je w uszy. Z zaintrygowaniem przyglądałam się jak stuka palcami w klawisze, a na ekranie pojawiają się tajemnicze rządki znaków. Nie żeby informatyczna czarna magia miała mnie kiedykolwiek przestać przerażać, ale tak to jest, że co wzbudza lęk, jednocześnie kusi... Tylko że jedyny haker jakiego znam (tak, Lex), choć zwykł zwierzać mi się ze wszystkiego, o tym aspekcie swego życia prawie nigdy nie wspominał, dobrze wiedząc, że i tak nigdy tego nie zrozumiem.
Mogłabym napisać, że sam potencjalny pogromca komputerów wyglądał dość osobliwie, ale w porównaniu do personelu kliniki, który nie może zdecydować czy zachować pozory, czy jednak nie, w związku z czym nosi pielęgniarskie czepki do falbaniastych fartuszków... W każdym razie miał nierówno przycięte i precyzyjnie roztrzepane włosy w uroczym srebrnobłękitnym kolorze, a nosił ciemnoszary garnitur z opaską na ramieniu, jak u sanitariusza. Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam na niej jakiś napis, pewnie nazwę firmy. Wtedy dopiero facet uświadomił sobie czyjąś obecność i okręcił się na krześle.
- Pani tu na inspekcję, czy tylko z wizytą? - zapytał, zdejmując słuchawki. Miał miłą, delikatną twarz i ciemne oczy.
- Z wizytą - poczułam, że nie mogę się do niego nie uśmiechnąć. - Dość niezręczną w dodatku.
- No, to w porządku - odwzajemnił uśmiech i mrugnął, po czym znów wbił wzrok w ekran. - Czyli nie wygada pani górze, że podejrzanie szybko sobie radzę z wirusem?
- Nie mam powodu, by to zrobić - prychnęłam. - Nie skrócą mi wyroku za donosicielstwo.
- Tym lepiej - kiwnął głową, odsuwając klawiaturę z zadowoloną miną. - Swoją drogą, ciekaw jestem, po jakich stronach oni tu łażą... Ten wirus to moje dzieło, osobiście go wpuściłem do sieci. Ale miał być taką karą za wchodzenie na niepowołane tereny...
Nie wyjaśnił jakie to tereny, za to zaczął coraz głośniej chichotać, omal nie spadając z krzesła.
- Nie wiem czy to jeszcze bardziej nie kusi - stwierdziłam słodko. - Gdybym miała w domu komputer, perspektywa posiadania śpiewającego monitora raczej by mi odpowiadała.
- No to proszę się do mnie zgłosić w razie czego - wykrztusił mój rozmówca i szybko skoczył na nogi. Był ode mnie sporo wyższy, musiał mieć ponad metr osiemdziesiąt. Nie powiem, jeszcze lepiej...
- Pani Al'Wedd? - w drzwiach stanęła kolejna pielęgniareczka, ta, która co wieczór przynosiła z poświęceniem, a potem odnosiła kolację. - Nie dość, że opuściła pani swój pokój, to jeszcze przeszkadza fachowcowi?
- Ja się nie gniewam - rzeczony fachowiec zamachał uspokajająco ręką. - Fajnie nam się tu we dwójkę naprawiało. I skutecznie.
Skinęłam głową potwierdzająco. Alarm już nie wył, a światła pozostawały grzecznie zapalone.
- Al'Wedd... To nazwisko z Abd-Hadilu? - zainteresował się błękitnowłosy.
- Z innego świata - sprostowałam. Roześmiał się i znowu puścił do mnie oko.
- Szkoda, bo miałem tam niezły ubaw w sześćset dziesiątym - zaczął, nie zwracając uwagi, że pielęgniarka spogląda na nas spode łba. - Współtworzyłem tę wielką burzę, o której do dziś się rozpisują historycy.
- Za pozwoleniem, panie...
- Espiridion Tuuli Ayodele - uśmiechnął się uprzejmie do srogiej dozorczyni. - Ale czy to takie istotne?
- Jeśli chce pan tu zostać na dłużej, to da się załatwić - ciągnęła, starając się nie tracić rezonu. - Na razie zaś, skoro udało się panu zażegnać problem, proszę ze mną, po odbiór zapłaty.
- Świetnie - zatarł ręce. - Może tych paru groszy smarkata ze mnie nie wyciśnie...
Nie miałam pojęcia, o kim mówi, ale w tym momencie poczułam jakby zaczęło działać prawo zbiegów okoliczności. A może to była po prostu chęć spotkania go jeszcze kiedyś? Wydawał się bardzo sensowny na tle innych otaczających mnie osób. I pomachał mi ukradkiem, kiedy inna pielęgniarka mnie przejęła i rozdzieliliśmy się.
Tak czy inaczej, to miłe uczucie. Przynosi nadzieję, że coś się zmieni.

9 X

Nie, tak dłużej być nie może. Byłam pogrążona w takiej stagnacji, jakby tam, na zewnątrz, nic na mnie nie czekało. A przecież powinnam wrócić do domu, prawda? Nie wiem, dlaczego czuję, że jeśli czegoś nie zrobię, będę musiała linijka pod linijką zapisywać swoje dane osobowe, żeby nie zapomnieć kim jestem, czym jestem i co właściwie robię w światach. Co by znaczyło, że faktycznie wariuję. To miejsce widać działa i na najzdrowszych.

Tęskniłam tak za dialogami, tęskniłam, aż sobie wykrakałam tę pogawędkę z miłą panią doktor. Było to jakoś... Wczoraj? Przedwczoraj? Sama nie wiem, dni mi się zlewają. W każdym razie przyszła z tym obowiązkowym uśmiechem i usiadła na krześle. Aż poczułam wewnętrzny przymus położenia się, ale jakoś go opanowałam.
- Przykro mi to mówić - od razu zaczęła uspokajającym tonem - ale niczego o dokonaniach literackich Madelyn Igneid Yumeni Al'Wedd nie znaleźliśmy.
O, a szukali? Udało mi się stłumić wybuch śmiechu.
- Oczywiście, że nie - palnęłam za to. - Raczej bym wiedziała, gdyby wydawano moją radosną twórczość w tym świecie.
- A szkoda, ponieważ chętnie bym ją przeczytała - recytowała dalej, niezrażona.
Podniosłam się z łóżka, ciesząc się chwilowym uczuciem górowania nad nią.
- To jestem w stanie pani zapewnić - powiedziałam. - Ale w zamian prosiłabym o parę odpowiedzi. Zadaliście mi już tyle irracjonalnych pytań, że aż się prosicie o rewanż.
Lekarka popatrzyła na mnie badawczo - a jakże by inaczej? - po czym skinęła głową. Teraz ja się uśmiechnęłam i zaczęłam chodzić po pokoju, który nagle awansował do rangi pokoju przesłuchań. Brakowało mi tylko lampy, specjalnie do świecenia w oczy. Byłyby ulubione klimaty Lexa.
- Kiedy tu trafiłam, miałam ze sobą płócienną, haftowaną torbę, a w niej teczkę z rysunkami - odezwałam się powoli. - Gdzie to wszystko teraz jest?
- Przepraszam, ale nie wiem, o czym pani mówi - odparła lekarka spokojnie.
Nie skomentowałam tego, tylko zatrzymałam się i spojrzałam jej w oczy. Wzrokiem typu "smutny szczeniaczek". Od razu poczuła się na nowo panią sytuacji.
- Owszem, pani rzeczy osobiste czekają, aż zostanie pani wypisana - wyjaśniła. - Ale nic nam nie wiadomo o teczce z rysunkami. Torba zawierała paczkę z ziołami o ostrym zapachu, które wzięliśmy do analizy, a także trochę pieniędzy i puzderko nie do otworzenia.
Zamurowało mnie w tym momencie. A zatem sen nie do końca zgadzał się z rzeczywistością albo raczej odwrotnie... Te podejrzane zioła to pewnie jakaś herbata, ale już puzderka nie byłam pewna. Ciekawe, czego próbowali, by je otworzyć...

Zdenerwowałam się, muszę przyznać. W związku z tym przeprosiłam się niechętnie z długopisem i napisałam z pamięci jedną z moich krótszych opowieści. Tę o dwóch zaborczych braciach-strażnikach, jedną z bardziej dramatycznych. Pani doktor otrzymała ją dzisiaj i zapowiedziała, że pokaże kolegom w kitlach. Może kiedy już przeanalizują moją herbatę, pochylą mądre głowy nad opowiadaniem i zaczną dla odmiany dumać, co też siedzi w główce autorki?
Oj, oj, mogę sobie tym napytać biedy. Ale cóż zrobić, podkusiło mnie.

6 X

Śniło mi się wczoraj, że leżymy w trawie i rozmawiamy o czymś, przytuleni. Co prawda nie słyszałam - a może nie zapamiętałam - słów, ale potrafiłam się ich domyślić...
Skoro jednak, jak już wspomniałam, siedzę tu od dwóch miesięcy, oznacza to, że nie udało mi się doczekać aż spełni swoją obietnicę i przyjedzie. A mimo to jeszcze stąd nie uciekłam.
Chyba należy się kilka słów wyjaśnienia, jak się tu znalazłam. Nie żebym miała pozwolić, by ktoś z kliniki to przeczytał, ale warto zachować małą retrospekcję chociażby w zeszycie, bo na własnej pamięci nauczyłam się nie polegać. Zresztą nie codzień zdarza mi się tak dokładnie zapamiętywać sny, takie wydarzenie zawsze uwieczniam...

Szłam sobie brukowaną drogą, ubrana w mój srebrno-błękitny płaszcz, bo było chłodno. Na ramieniu miałam swoją przepastną torbę, a niej teczkę zawierającą rysunki od Geddwyna. Nie zaglądałam do niej, pewna, że nie mogłaby zawierać nic innego, tylko właśnie rysunki od Geddwyna. We śnie wie się takie rzeczy.
Wiedziałam, że śnię i z tego powodu bardzo mnie dziwiło, że sen nadal trwa - inne z reguły kończyły się wraz z zyskaniem tej świadomości. Może nie chciałam jeszcze kończyć, a może nie mogłam. Nie wiem. Tak czy inaczej, rozglądałam się wkoło z zaciekawieniem. Senna rzeczywistość była powykrzywiana jakby odbijała się w lustrze wziętym z wesołego miasteczka. Nawet drzewa i budynki wydawały się robić do mnie miny. Za mną rozlegały się kroki, czułam czyjąś obecność, ale po odwróceniu się, nie widziałam nikogo. Przypuszczam, że to miał być koszmar, ale nie wywołał we mnie nawet odrobiny niepokoju - byłam taką chłodną obserwatorką, turystką na obcym terenie. I może wspomniane miny były przyjazne, a nie odstraszające, a niewidzialny prześladowca podążał za mną dla towarzystwa?
Nie wiem skąd ten pomysł, ale w tej chwili wydaje mi się dziwnie na miejscu.
Przystanęłam dopiero na widok nie znanej mi osoby, którą ów koszmar wyraźnie przerastał. To ciekawe, od razu uznałam, że i ona śni - tyle, że w przeciwieństwie do mnie, nie radziła sobie z sytuacją. Młoda i nawet ładna, jednak nietwarzowe okulary i ciasny kok z kasztanowych włosów upodabniały ją do surowej nauczycielki, a wrażenie to dopełniała ciemnozielona toga. Co prawda żadna surowa nauczycielka nie miałaby tak wystraszonej i zrozpaczonej miny... Chyba że trafiłaby na b a r d z o nieznośnych uczniów. Ta, o której mowa, stała przed dwojgiem ludzi w średnim wieku, którzy czynili jej niekończące się wyrzuty. Dokładnie już nie pamiętam, ale coś tam, że zawiodła ich oczekiwania, że do niczego się nie nadaje... A ja nadal tylko się przyglądałam. Dopiero kiedy nadbiegła jakaś banda powykrzywianych smarkaczy i zaczęła tańczyć wokół kobiety, skrzecząc coś głośno, postanowiłam interweniować.
- Na bogów, dlaczego dajesz się tak traktować?! - podbiegłam do niej, roztrącając dzieciaki, które zaraz zniknęły. Zdziwił ją nie tyle mój widok, co moje słowa - pewnie spodziewała się kolejnych wymówek, ale raczej innej natury.
- A... Co ja mogę zrobić? - wyjąkała. - Tutaj niczemu nie zapobiegnę, choćbym chciała!
- Oczywiście, że tak - prychnęłam. - W końcu śnisz. Sny da się kontrolować.
- Nie śnię! - zaprzeczyła, machając rozpaczliwie rękami. - We śnie nie czułabym bólu, potknąwszy się...
- Jak to nie? Musiałabyś znaleźć się tu fizycznie, żeby nie czuć! - to powiedziawszy, złapałam ją za rękę i pociągnęłam przed siebie. - Idziemy stąd, nie powinnaś tak stać dopóki się nie obudzisz.
- Ale ja właśnie nie śpię! - tłumaczyła w biegu. - Przeniosłam się tu prosto ze szkolnego korytarza, na którym, słowo daję, n i e zasnęłam!
Ha, czyli rzeczywiście nauczycielka...
- Gdybyś była materialna, nie mogłabym cię dotknąć - ucięłam jej protesty. Teraz, kiedy wracam myślami do tego wydarzenia, przychodzi mi do głowy, że mogłam wziąć pod uwagę jeszcze jedną ewentualność - mianowicie, że obie byłyśmy materialne. Ale co było, a nie jest...
- Nie tędy! - wołała kasztanowłosa, gdy pędziłyśmy przez nierówną drogę, omijając wyboje i przeskakując dziury. - Stamtąd właśnie przyszłam! To jest chyba moja pełna przeszkód droga przez życie...
- Właśnie dlatego wracamy. Jeśli biegłybyśmy dalej w tamtą stronę, nie byłoby temu końca!
Wreszcie dotarłyśmy nad przepaść, która wydawała się nie kończyć. Dalej można już było tylko - w dół.
- A to twoja drabina do kariery? - przyjrzałam się jedynemu sposobowi ucieczki.
- Chcesz, żebyśmy nią zeszły? - przestraszyła się nauczycielka. - Mam pogrzebać całą moją przeszłość?
- To nie jest przeszłość - pchnęłam ją energicznie. - To twój koszmar. Jazda!
Chcąc nie chcąc, stanęła nad przepaścią, ale zamiast chwycić się drabiny, nagle zamachała rękami - i zniknęła.
Zaskoczona zrobiłam kilka kroków... I poczułam, że coś mnie wyciąga, że się... budzę?

(Bogowie, jak mi brak dialogów. W desperacji gotowa jestem podjąć z własnej woli rozmowę z personelem. A najlepiej z moją ulubioną panią doktor, tą z wiecznym uspokajającym uśmiechem.)

Obudziłam się siedząc do góry nogami na ławce. Serio - z nogami na oparciu, głową w dół. W tym samym płaszczu i z torbą, w wielkim mieście. A przechodnie dziwnie na mnie patrzyli.
Potem... Szkoda pisać. Ważne, że nie mogłam teleportować się do domu, przez co zaczęto reagować, a nie tylko mi się przyglądać. Pamiętam, miałam podobne przejścia w poprzednim życiu - tylko wtedy nikt nie sugerował mi chwili odpoczynku w klinice z widokiem na fabrykę.
Dlaczego jeszcze nie ponowiłam próby wydostania się stąd? Bo czuję się bezradna? Bo czekam na rozwój fabuły? Czy wreszcie dlatego, że obcięte włosy nie odrastają jak chcę, a z lustra patrzy na mnie moje obecne odbicie, co zdarzało mi się dotąd tylko w Pieśni?
Nie wiem, swoją drogą, po co mi obcięto te włosy. Żeby sprawdzić, czym farbowane? Ciekawe zatem, kiedy mi oczy wyłupią.

5 X

Now the beach we used to play on
Is washed by pain
Did you learn to surf the pleasure
Before it bombed you out again?
And how delicate the beauty
Now it's hollow and vain
It was washed out by the water
And filled by rain
But it's alright now, it's alright now
Ain't it OK?


Bell, Book & Candle

Słońce usiłuje się wreszcie przebić przez gęste chmury. A może to nie chmury, tylko opary z pobliskich kominów? Mieszkanie niedaleko fabryki w środku szarej jesieni trochę zmienia punkt widzenia. Z tak uroczo zakratowanymi oknami w dodatku. Nawet krajobrazu popodziwiać nie dadzą. Gdyby było co podziwiać, znaczy.
Właściwie ta pora roku nadal powinna być złota, ale drzew tu jakoś mało. Oczywiście są i to całkiem ładne na dziedzińcu - w końcu co to za klinika bez przynajmniej udawania, że świeże powietrze i te sprawy? - ale tak dzisiaj zimno, że na dworze zmieniłabym się w lodową figurkę.
Zaraz jednak powiem sobie: hej, kobieto! Podróżowałaś w zimniejsze dni i przeżyłaś! Może więc to nie powietrze jest przepełnione takim chłodem. Może moja dusza.
A może po prostu nie chcę czuć za plecami obecności kogoś pilnującego, bym sobie krzywdy nie zrobiła? Nie wiem, weszła na drzewo i skoczyła? Czasem mam ochotę to zrobić, z czystej przekory i ciekawości jak zareagują. Ale może po takim wyskoku zaczęliby mnie strzec - chronić przed samą sobą - jeszcze bardziej. Już i tak mi co wieczór pod drzwiami łazienki stoją, jakbym mogła się utopić pod prysznicem... Doprawdy, brak mi tu porządnej wanny. To miejsce jest naprawdę eleganckie, ale jeszcze paru szczegółów mu brakuje do pełnego wrażenia, że to luksusowy hotel, a nie klinika dla niedostosowanych. Na przykład wspomniane już kraty w oknach psują to wrażenie.
Pozwolono mi wreszcie pisać. Parę dni temu dostałam o, taki gruby zeszyt w militarny wzorek i długopis... Długopis... No dobrze, ja wiem, że pióro od miecza potężniejsze i że stalówką można wybić sobie oko, ale pisanie opowieści długopisem to dla mnie jedna wielka pomyłka! Żadnego poszanowania dla jednej małej fanaberii Prawdziwej Artystki, też coś. Zanim więc rozpoczęłam ten oto wpis w nowym pamiętniku, poświęciłam kilka stron na rysowanie szlaczków, gwiazdek, kwiatków...
A co mi szkodzi? I tak będę ten zeszyt wszędzie nosić ze sobą. Nie zostawię go na widoku, bo jeszcze przeczytają i zaczną zadawać jeszcze więcej pytań, w które i tak nie uwierzą. Tak jak to robili dwa miesiące temu i do tej pory czuję się tym zmęczona.
Teraz pewnie zakończę, odłożę długopis i do jutra będę się wpatrywać w tę stronę z niedowierzaniem.
Że niby nie miałam już nadziei, że kiedykolwiek jeszcze coś napiszę w pamiętniku, czy jak?
Na imię mam Miya. M.I.Y.A.