27 VI

Kręci się po tym budynku jeszcze kilku ludzi i żaden z nich nie jest świadom, że tak właściwie to jestem wrogiem. Zresztą cechuje ich ogromna pewność, że i tak żaden wróg im nie zaszkodzi, bo pokonają go małym palcem. A tak naprawdę nic konkretnego nie wiedzą.
Ja też się kręcę gdzie tylko się da i jak dotąd nie napotkałam tu nic, co mogłoby wzbudzić moje podejrzenia. To znaczy, wnętrze kwatery głównej bardziej mi przypomina elegancki hotel niż siedzibę potężnej organizacji, która nawet nie ma nazwy, bo jest na tyle niepowtarzalna, że i tak każdy wie, o jaką chodzi. Aha, akurat...
Cisza i spokój panuje. Zdążyłam już dojść do wniosku, że ci ludzie, których widziałam podczas lotu, byli fatamorganą. Cóż, może powoli tracę zmysły. Nie zdziwiłoby mnie to.
Garstka płotek, bezczynność, a na dodatek nigdzie nie ma Kaede. I co dalej, pytam, co dalej?!

- Jesteś tutaj, Jasnooka? - dobiegł mnie zdziwiony i znajomy głos. - Dlaczego? Skąd się tu wzięłaś?
Masz ci los, a dopiero co narzekałam, że nic się nie dzieje...
- Nie nazywaj mnie tak - nie raczyłam się odwrócić do stojącego za mną lustra. - Wiem, że wolałbyś zamiast mnie zobaczyć tu Kaede, ale...
- Ale zobaczę go jutro, wiem o tym.
Zaskoczona odwróciłam się gwałtownie.
- Skąd wiesz?!
- Pozwolił się schwytać, by móc dotrzeć do miejsca, gdzie wszystko ma się rozstrzygnąć - wyjaśnił Sei'Hyô, patrząc na mnie smutno. - Czy teraz odpowiesz na moje pytanie?
- Dlaczego tu jestem? Bo uznali, że jestem od Tomine, kimkolwiek lub czymkolwiek jest.
- Ale przecież Tomine... - zaczął, ale nie dałam mu skończyć.
- Ale gdzie wy jesteście? Mam tu się bez końca snuć i wypatrywać aż jakieś wyjaśnienie samo do mnie przyjdzie?
Hyô przygryzł wargi i spuścił wzrok.
- Jesteśmy w stolicy Ha'O'Hany - powiedział w końcu. - Organizacja postanowiła się ujawnić.
- Ujawnić? - syknęłam. - Ujawnić?! Innymi słowy, podbić świat?!
- Cały rząd w tym kraju jest na nasze rozkazy, więc z resztą świata to byłoby... - chłopak zmarszczył brwi jakby dopiero dotarło do niego, co przed chwilą powiedział. - Na  i c h rozkazy - poprawił przestraszonym tonem.
- I dlatego zostawiliście swoją siedzibę niemal pustą? - umyślnie zignorowałam to sprostowanie. - Jesteście tacy nierozważni czy tacy pewni swego?
- Nie wiem jaki jest prawdziwy cel organizacji! - Hyô już prawie krzyczał. - Wiem, że chcą skonfrontować Kaede ze mną żeby sprawdzić, kto z nas jest potężniejszy.
- Urządzają wielki turniej, pojedynek sił? - szepnęłam do siebie. - A potem zbiorą wytworzoną podczas walki energię i... To by się zgadzało...
- Znów nie nadążam za twoimi myślami - poskarżył się duch lodu. - W każdym razie miało nas być czworo, ale pozostała dwójka jeszcze nie dotarła.
- To lepiej uważaj, bo niedługo ja tam dotrę - rzuciłam na pożegnanie, po czym złapałam miecz i wybiegłam z pokoju.
Na korytarzu zatrzymałam się, bo nagle usłyszałam głosy, dużo głosów... Nie wydawały się wytworem skołowanego umysłu, a dochodziły przez otwarte okno. Wyjrzałam przez nie i ku swemu zdziwieniu zobaczyłam tłumy ludzi, ale byli to zupełnie zwyczajni ludzie w zupełnie zwyczajnym mieście. No, może nie do końca zwyczajnym, bo kojarzyło mi się z Las Vegas albo z Antą. To przez te mrugające neony... W oddali zachodziło słońce.
- To chyba jednak ten świat wariuje - pocieszyłam się i zbiegłam na dół. Znalazłam jednego ze strażników i ofukałam go z góry na dół za to, że renegata zabrano, a mnie nawet nie spytano czy też nie chciałabym jechać. W końcu jednak dałam mu dojść do głosu i oszołomiony wyjąkał, że wskaże mi pojazd, który dowiezie mnie do stolicy.
Gdy wyszliśmy z kwatery głównej, dokoła znów były tylko zimne i nieprzyjazne mury koszaropodobnych budynków.

Poprzedni pojazd przypominał kabriolet, ten zaś kojarzył się z luksusowym wagonem sypialnym. Z paroma przedziałami oraz, nie wiedzieć dlaczego, lustrzaną podłogą. I z automatycznie ustawionym celem podróży, co oznaczało, że mogę nie przejmować się kierowaniem go, tylko sobie poleniuchować. Z n o w u.
A, i oczywiście unosił się w powietrzu.
Miałam dwa wyjścia - albo nadal się niepokoić i wyrzucać sobie, że jeszcze mnie nie ma w D'athúil, albo wyłączyć tryb paniki i zastanawiać się tylko dlaczego nie zainstalowano tu czegoś do słuchania muzyki. Na razie znalazłam wyłącznik światła, położyłam się i zaczęłam nucić pod nosem.
- To z radości, że się stamtąd wynosisz? - usłyszałam niespodziewanie.
- To pojawianie się znienacka macie we krwi? - odparowałam. Powoli przyzwyczajałam oczy do mroku i zobaczyłam w drzwiach znajomą sylwetkę. - Skąd się tu wziąłeś?
- Cały czas się ukrywałem na pokładzie - Kaede wzruszył ramionami.
- Sei'Hyô mówił, że zabrali cię do stolicy...
- Kłamał. Tutaj wszyscy kłamią, powinnaś już to zauważyć. Tobie samej nieźle szło udawanie - w głosie chłopaka wyłapałam cień szyderstwa. Podszedł bliżej i usiadł przy mnie.
- W takim razie o co w tym wszystkim chodzi?
- Dojedźmy tam, nakopmy im, a może wtedy powiedzą - zaproponował. A potem zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego - roześmiał się triumfująco, wrednie i psychopatycznie. Jakby ktoś go nagle obsadził w kiepsko napisanej roli czarnego charakteru.
- No to dobranoc, Jasnooka - powiedział wstając. Gdy wyszedł do drugiego przedziału, miałam już zamknięte oczy. Zdusiłam w sobie ochotę by na dobranoc rzucić w niego butem, bo bałam się, że potłukę podłogę. Nie jestem przesądna, ale kolejne po rozbitym we własnym domu lustrze siedem lat nieszczęścia...?

25 VI

Kaede gdzieś mi zniknął kiedy spałam. Coś wczoraj wieczorem wspominał, że najlepiej przypuścić szturm na kwaterę główną organizacji, ale ja się tylko pukałam w czoło. Jaki, do licha, szturm - w dwie osoby?! Na to przewrócił oczami, pokiwał głową i poczekał ze zniknięciem aż zasnę.
Cóż, jego brak zrekompensowało mi pojawienie się paru tubylców. Aż westchnęłam z ulgą, bo już się bałam, że to miasto okaże się miastem duchów, a ci na szczęście byli żywi. Przylecieli czymś, co wyglądało jak powietrzny kabriolet i czego momentalnie im pozazdrościłam.
- Dlaczego nie przyszłaś złożyć raportu? - zapytał ten, który wcześniej prowadził ów kabriolet. Drugi stał za nim, trzymając w pogotowiu coś w rodzaju miniaturowej bazooki.
Pomyślałam, że równie dobrze mogę wczuć się w rolę, poza tym miałam ochotę na przejażdżkę.
- Na to pytanie odpowiem tylko przełożonym, a nie takim pionkom jak wy - odpowiedziałam olewczo.
Spojrzeli na siebie w zakłopotaniu, a potem mój rozmówca poprosił przynajmniej o kod identyfikacyjny.
- 00-87-N-E-S-T-S - spojrzałam mu w oczy z całą bezczelnością, na jaką było mnie stać. Facet zmarszczył brwi w zdziwieniu, a ja stałam spokojnie, coraz bardziej przyjmując postawę "chrzanić wszystko".
- Nie widzisz, że ona jest od Tomine? - szepnął towarzyszowi ten z bronią. - Może nas zaraz posiekać i jeszcze jej pogratulują.
Nawet się nie starał żebym tego nie słyszała. Ale nie dałam niczego po sobie poznać.
W końcu zdecydowali, że zabiorą mnie do kwatery głównej, bo przecież nie mogę tak komuś zajmować miejsca w tych koszarach. Ani słowa nie wspomnieli o tym, że wiedzą o obecności Kaede i o tym, że to ja go sprowadziłam... Może nie wiedzieli?
Gdy lecieliśmy wysoko nad miastem, na przekór mojemu lękowi wysokości patrzyłam ciągle w dół. I widziałam, słyszałam tam w dole uwijających się ludzi; takich żołnierzy jak moja eskorta, a także innych, całych w bieli... Tyle że zanim jeszcze wystartowaliśmy, nie było ani śladu nikogo! Co jest, iluzja, delirium czy maksymalna nieprzewidywalność opowieści?!
Odstawiono mnie do komnat, które wyglądały jakby urządziła je dama o wielkim smaku, i znów pozostawiono mnie samą sobie.

24 VI

- Mówiłam już, że z ciebie hipokryta. Ale że twoje pragnienie okazało się silniejsze niż moje?
- Nie pragnąłem tutaj wrócić! Uwierzyłaś tamtej... Kimkolwiek była. A może nasze pojawienie się tu nie ma nic wspólnego z tym, czego naprawdę chcemy, nie pomyślałaś o tym?

Krąży mi po głowie ten dialog i w stan zadumy wprowadza. Jeśli Kaede miał rację, to być może jesteśmy przez kogoś manipulowani, a to niespecjalnie by mi się podobało. Ale czy komuś by się chciało zawracać sobie głowę knuciem, gdy światy pogrążają się w bezładzie?
...No dobrze, komuś by się chciało. Ale na szczęście jej tu nie ma.
Jeśli zaś Kaede nie miał racji... Albo zadziałała jego podświadomość, albo po prostu nie chce się przyznać. Jest z tych, którzy wiecznie odgrywają twardych złych typków, ale gdyby mi ktoś wszczepił moc ognia wbrew mojej woli, nie darowałabym. Może by to nie poprawiło mojej sytuacji, ale humor na pewno.
Zostaje jeszcze trzecia możliwość, skądinąd zwykle najchętniej brana przeze mnie pod uwagę. Zbieg okoliczności. Cóż innego mogłoby sprowadzić nas nie dość, że do Ha'O'Hany, to jeszcze pod miasto, w którym mieści się ta ich przeklęta organizacja?! Śmieszne. Już mieliśmy zrobić w tył zwrot i wiać jak najdalej stamtąd, ale przyuważyli nas strażnicy pod bramą. Jeszcze śmieszniejsze, że mieli kombinezony kuloodporne i broń laserową, a ucieszyli się na widok kobiety z baśniowym mieczem i pogratulowali schwytania "renegata".
Że niby ja miałabym być jedną z...?!
Widać rozmaite fenomeny się tutaj plączą. Tylko jeszcze żadnego nie spotkałam. Nikt się nami nie zainteresował, nikt poza tymi przy bramie nie zwrócił na nas uwagi... A ściślej mówiąc, miasto wydaje się opuszczone. Nie, no to się robi monotonne - powtarza się motyw z D'athúil? Wszyscy pojechali podbijać świat, czy raczej pouciekali, bo poznali się na tym hipotetycznym osobniku, planującym zostać bogiem?
Kaede twierdzi, że to kiedyś było zupełnie normalne miasto, ale nie potrafię sobie tego wyobrazić, patrząc na nie teraz.
Ulokowaliśmy się w jakichś koszarach... I nawet nie mamy herbaty. To znaczy, ja nie mam herbaty. Zostawiłam wszystko za sobą i pomknęłam jak na skrzydłach gdzieś, skąd nawet nie jestem pewna, czy wrócę.
Krąży mi po głowie bajeczna piosenka, która mogłaby zostać zaśpiewana przez Vaneshkę, tylko ma słowa i podkład muzyczny. Zupełnie odcina mnie od tej futurystycznej scenerii. Nie wiem czy powinnam się cieszyć z tego kontrastu, czy raczej przeciwnie. Ale teraz jest pora czarów, pora puszczania wianków, pora szukania kwiatu paproci, pora skoków nad ogniskiem, a nie...
Wczoraj chodziłam po mieście i na cały głos śpiewałam Happy Birthday to Me. Też nikt nie zauważył.

22 VI

Portale, portale i jeszcze więcej portali... Nawet mnie zakręciło się od tego w głowie. Droga pomiędzy portalami rozdrożańskimi, pomiędzy światami, pomiędzy międzysferą (?!), na skraju różnych sprzecznych rzeczywistości... A jednak byłam irracjonalnie zdziwiona, że wszystko dzieje się tak szybko i tak łatwo.
To dlatego, że przyszłam na gotowe, po prostu.
Blue wydawał się świetnie bawić, prowadząc nas przez ten labirynt. Kaede był jeszcze bardziej skołowany niż zwykle podczas takich podróży i kurczowo ściskał moją rękę, żeby się przypadkiem nie zgubić. A może to ja ściskałam mocniej? Poza tym zabrałam ze sobą miecz, tak na wszelki wypadek. Tym razem lepiej, bym miała ze sobą coś do obrony, bym choćby pod tym względem czuła się pewnie...
Swoją drogą, nie pamiętam, co też naopowiadałam Vanny o Kaede, że pałała taką niezdrową chęcią poznania go. Może lepiej sobie nie przypominać.
Przy okazji - wymogłam na kuzyneczce obietnicę wpadania do herbaciarni i rozpieszczania Pokrzywy ile wlezie. A potem przepraszałam, że znowu ją tak wykorzystuję, kiedy sama ma swoje problemy. Ale wtedy ona powiedziała mi coś takiego ładnego o przyjaciołach-aniołach i omal się nie rozbeczałam... A niech to, jak nie odrętwiała, to nadwrażliwa - jeszcze trochę tego wyczekiwania, a niewiele by ze mnie zostało.
Gdzieś w pustce dwa dziwne posągi rzucały cienie, które, nakładając się na siebie, tworzyły kształt przypominający mi cienie Aldriny. Nie wiem dlaczego to było pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy.
- A teraz będzie najlepsze - uśmiechnął się szeroko Blue, ale zamiast rozpocząć owo "najlepsze" rozkaszlał się jak suchotnik.
- Źle się czujesz? - zaniepokoiłam się.
- Chyba mam alergię na to miejsce - wyjaśnił z zachwytem - zachwytem! - nie przestając przy tym kaszleć. Ale w końcu uregulował oddech, zrobił kilka skomplikowanych gestów i otworzył przejście.
Miało nas zaprowadzić w wyznaczone miejsce, miało być według wspomnień Vanny, miało być bez zakłóceń...

- Miała być Krawędź!! - wrzasnęłam w popłochu, uskakując przed słupem ognia. Znajdowaliśmy się w takiej samej (tej samej?) przestrzeni jak ta z mojego snu. W samym środku piekła żywiołów, nie wiedząc jak się z niego wydostać. Tylko wiszących w górze postaci nie było, więc może tamto było tylko zwykłym snem? A może dali sobie spokój i zniknęli?
Nie, zaraz, ktoś biegł tam w oddali, zwinnie unikając wszelkich niebezpieczeństw. I kręcąc kolorową parasolką... Parasolką?!
Rzuciłam się w stronę tej osoby, nie wypuszczając dłoni Kaede ze swojej. Chcąc nie chcąc, musiał biec ze mną i klął pod nosem. A tamta nie zatrzymywała się, posuwała się naprzód tanecznym krokiem, śmiejąc się dźwięcznie. Miała na sobie płaszcz przeciwdeszczowy.
W pewnej chwili zatrzymała się jak wryta. My też stanęliśmy w pewnym oddaleniu.
- Dlaczego mnie gonicie? - zapytała, nie odwracając się. W jej głosie pobrzmiewało szczere zdziwienie.
- Bo pragniemy stąd wyjść - odpowiedziałam trochę jakby wbrew sobie. Jakby coś odezwało się we mnie - i za mnie.
- Skoro pragnęliście tu wejść i wam się udało, to posiadacie dość woli żeby wyjść - usłyszałam. Kobieta znowu zakręciła swoją parasolką. Nie widziałam jej twarzy, ale przysięgłabym, że zrobiła jakąś zabawną minę.
- A kim ty jesteś? - zapytał Kaede podejrzliwie.
- Tutaj jestem tylko zwykłym przechodniem. Nie nadaję się do okiełznania tego - powiodła ręką wkoło - Ale zbaczasz z tematu, tu się teraz mówi o was. Na czym to ja skończyłam?
- Na woli - odrzekł chłopak głosem bez wyrazu. Czy też miał to samo wrażenie, co ja?
- A, no tak. Zatem jeśli naprawdę pragniecie gdzieś dotrzeć, po prostu zróbcie to - wzruszyła ramionami. - Jeśli jesteście na tyle potężni, to my... - urwała, a potem roześmiała się i wbiegła w nicość.
- Dobra. Co to była za wariatka? - Kaede od razu odzyskał nad sobą kontrolę.
- Mnie pytasz? - prychnęłam. - W zasadzie co nam szkodzi spróbować... Lepiej trzymaj się mnie dalej, bo teraz będę gorąco pragnąć.

...Nagle staliśmy pod zachmurzonym niebem, z którego lada moment miał lunąć deszcz. Przed nami wyrastał wysoki mur, opleciony jakimiś kablami czy drutami, w każdym razie nie wyglądał jakby miał łatwo przepuścić nieproszonych gości. Za tym murem ledwo było widać budynki, dosyć ponure i... Powiedziałabym, futurystyczne.
- CO, DO...?!

21 VI

Słońca w światach zachodziły i wschodziły swoim stałym cyklem, a ja po prostu snułam się po Blue Haven i nawet czynność picia herbaty wykonywałam mechanicznie. Zapowiadało się, że pierwszy raz w tym życiu samotnie spędzę urodziny - bo ledwo o nich pamiętałam.
Do aktywności psychicznej, fizycznej zresztą też, wezwało mnie czyjeś pojawienie się na moim terenie. Przeszłam, a raczej przebiegłam na parking, z nadzieją, że może Nindë wróciła z dobrymi nowinami.
Wróciła, owszem, ale bez Ketrisa i Vaneshki. Na jej grzbiecie siedział Kaede, zły jak chrzan, ona także parskała ze zdenerwowaniem.
- Skoro już jesteśmy na miejscu, to zjazd ze mnie - przemówiła ponurym tonem. - Bo chcę wreszcie iść do stajni i odpocząć po tej całej bieganinie. Nigdy więcej...
- Nigdy więcej biegania po światach, czy biegania z nim na grzbiecie? - roześmiałam się, prowadząc ją do stajni. Nie pytałam jak trafiła na Kaede i jak nie trafiła na nasze zguby, bo to w tej chwili nie było ważne. Powiedziałam jej tylko to, co myślałam - że na nią nie zasługuję. Spodziewałam się, że mi przytaknie z pewną taką złośliwością, ale chyba była zbyt zmachana, więc powiedziała tylko "Oj, daj spokój".

Posadziłam Kaede przy stoliku i usiadłam naprzeciw niego. Nadal był najeżony, ale w jego przypadku to stan naturalny i trwały, więc nie przejęłam się tym.
- Miałeś już dość szwendania się z Geddwynem? - zagadnęłam z uśmiechem, podając mu herbatę.
- Zdecydowanie wolałbym się z nim dalej szwendać - burknął, odruchowo sięgając po filiżankę. Zauważyłam, że nie nosi już swoich starych rękawic, tylko inne, cieńsze i bez palców, choć w tych samych kolorach.
- No to co cię tak ponagliło? - zapytałam zanim zaczęłam się delektować poranną rosą na jeszcze większą poprawę aktywności.
- Sei'Hyô.
- CO?! - z wrażenia się zakrztusiłam. - Poważnie? Skontaktował się z tobą?
- Słabo go było widać. I słychać - odpowiedział z niechęcią. - Ale pokazywał się w każdej szybie wystawowej, w każdym lustrze każdego pokoju hotelowego... I nalegał żebym wrócił, bo coś niedobrego się dzieje.
- Mogłeś go chyba zignorować - nie darowałam sobie. - W końcu dałby spokój.
- Wolę powiedzieć mu osobiście, żeby zamknął twarz - warknął Kaede. - Wtedy będę miał pewność.
- Mhm. To trzymaj się, bo droga do twojego świata przestała istnieć - strzeliłam i poszłam odnieść swoją filiżankę do kuchni. Oczywiście pobiegł za mną.
- Coś ty powiedziała?!
- To, co słyszałeś - odparłam cicho. - Nie ma drogi. A ja nie znam żadnej innej.
- Jak to nie znasz, sam widziałem, że potrafisz otwierać przejścia do światów, no i masz to przeklęte zwierzę, które skacze jak oszalałe...
- Oszczędzaj oddech - przerwałam mu chłodno. - Troszkę z ciebie hipokryta, co, Kaede? Nie cieszyłbyś się, gdybyś musiał zostać tu na zawsze, już nigdy nie mogąc tam powrócić?
- Przestań się bawić moim kosztem!
- A ty zdecyduj się wreszcie, czego naprawdę chcesz.
Chłopak zacisnął pięści jakby chciał zdzielić cokolwiek znajdującego się w zasięgu, ale zamiast tego odwrócił się i wypadł z kuchni. A ja - pac! - oberwałam w czoło wiadomością. Naprawdę bardzo się ostatnio zrobiłam rozkojarzona, skoro nawet listów przychodzących do rąk własnych nie wyczuwam...
Wiadomość była od Vanny, a kiedy ją przeczytałam, zupełnie głupio i melodramatycznie zrobiło mi się słabo i poczułam jak podłoga ucieka mi spod nóg.

17 VI

- Coś zbyt dawno cię u nas nie było - wytknął mi Leo na przywitanie. - A co to za tajemniczy pakunek taszczysz?
- Musiałam wymienić lustro, bo stłukłam - wyjaśniłam. - Mogę zostać na obiedzie? Nie mam ochoty snuć się samotnie po domu.
- Pewnie - ucieszył się. - Bo już mi zaczął ciążyć brak jednej gęby do nakarmienia.
- Gęby, hę? Wstydziłbyś się, wiesz? - fuknęła Milanee, która właśnie przyszła zobaczyć, któż to zawitał do Marzenia. - Odezwała się najbardziej rozdziawiona g ę b a.
- No, a ja jej odpowiedziałem "cicho mi tu, bo nie dostaniesz obiadu".
Niebieskowłosa fuknęła raz i drugi, i pomaszerowała do kuchni.

- Powiem ci, że jakoś tu za spokojnie ostatnio - Leo naprawdę starał się mówić wyraźnie, mimo że się napchał tym pieczonym czymś (jakimś ptaszęciem, ale w życiu takiego nie jadłam).
- Nie mówi się z pełnymi ustami - objechała go Mil, przełknąwszy zawczasu.
- Ale serio - podjął po sporym łyku mineralnej. - Vaneshki nie ma, Carnetia od paru dni wyleguje się wgapiona w te swoje firanki, nawet ty się mniej entuzjastycznie kłócisz...
- Nie będę się kłócić z pasją tylko po to, żeby ci zrobić przyjemność, Teleorin! - dziewczyna odsunęła od siebie talerz i wymaszerowała z kuchni.
- I tak ty dzisiaj zmywasz! - krzyknął za nią Leo, a potem zwrócił się do mnie: - Ja nie wiem, co ona taka smętna, zakochała się nieszczęśliwie, czy co? Chociaż właściwie nie bardzo ma w kim.
- Słuchaj, nie masz przypadkiem pomysłu, gdzie mogła pojechać Vaneshka? - jakoś przerwałam jego potok słów.
- Nie mam - pokręcił głową. - A powinienem?
- Próbuję ją namierzyć od dwóch tygodni, a tu ani śladu. Nie niepokoisz się?
- Daj spokój - uśmiechnął się szeroko - Przecież Vaneshka nie da sobie w kaszę dmuchać!
- Dlaczego tak sądzisz?
- No jak to? Bo tak mi powiedziała przed wyjazdem. Czemu niby miałbym jej nie wierzyć?
- Zawsze to ty się o nią najbardziej troszczyłeś - zauważyłam. - A teraz?
Nie przestając się uśmiechać, Leo zebrał talerze, zapomniawszy już, że dziś kolej Milanee.
- A teraz nie jest sama, chciałbym ci przypomnieć.

Lustro zajęło już swoje miejsce na toaletce. Dawno nie wpatrywałam się w nie z taką desperacją, naprawdę. Wtedy, gdy denerwowała mnie ta kobieta po jego drugiej stronie, ta, którą pragnęłam sobie przypomnieć, dowiedzieć się, kim byłam dawno temu.
Teraz wydaje się to nie mieć już znaczenia.
- Sei'Hyô - szepnęłam. - Hyô-kun, jeśli możesz, odezwij się do mnie. Jeśli istnieje chociaż cień szansy na połączenie z twoim światem, odezwij się...
Lustro milczało, zresztą tak naprawdę niczego innego się nie spodziewałam. Z różnych powodów.
- A jeśli jesteś na mnie obrażony - westchnęłam - to odezwij się przynajmniej do Kaede...

15 VI

Leżę wśród rozrzuconej pościeli, wpatrując się w ciemność i wsłuchując we własny oddech. Mogłam sobie chociaż zostawić Strel - zanurzyłabym palce w jej futerku, przyszedłby do mnie spokój...
Chyba, że najpierw ugryzłaby mnie za głaskanie pod włos.
Przed chwilą spotkałam się we śnie z Yori. Tak jakoś przyszło mi do głowy, że dałaby radę dotrzeć tam, gdzie ja nie potrafię. Mogłabym też zwrócić się z tym do Vanny, ale jej i tak już trochę roboty zadałam, zresztą ona ma jeszcze własne problemy tam na Rozdrożu, więc dokucza mi sumienie, którego teoretycznie posiadać nie powinnam. A Yori... Ona zawsze się pojawia gdy jest najbardziej potrzebna i znalazła mnie już kiedyś w Jasności...
Ale dzisiaj oznajmiła mi, że lepiej by było, gdybym sama była w D'athúil, wtedy ona mogłaby dotrzeć do mnie, a nie do jakiegoś miejsca, którego nigdy nawet nie widziała. Co prawda ja widziałam, ale... Ale czy naprawdę znalazłybyśmy się tam, czy tylko w moim śnie, w mojej własnej iluzji?
Poprosiłam ją, żeby jednak spróbowała. I jeszcze bardziej mnie ruszyło sumienie. Kolejna zaprzyjaźniona osoba, którą wykorzystuję, ot co.
I nagle wszystkie możliwe katastrofy połączyły się w jedno - huragan, pożar, trzęsienie ziemi, burza - a my stałyśmy w samym środku tego wszystkiego. A wysoko nad nami wisiało kilka postaci, które próbowały te żywioły ujarzmić... A może raczej rozpętać jeszcze bardziej? Nie wiem, bo parę sekund później zapadła się pode mną ziemia i się obudziłam. Świetnie, najbardziej lubię budzić się ze snu, w którym spadam. To taaakie ekscytujące, doprawdy.
Równie dobrze mogłam sobie zwyczajnie pogadać z Yori, zapytać o Egila i w ogóle wrócić na chwilkę do normalności. We śnie do normalności, tak paradoksalnie.
A teraz już nie mogę zasnąć...

Przyszła odpowiedź od Lexa: Ty to się umiesz mścić... Mogłem się spodziewać, że mi tak łatwo nie darujesz. Świetnie. Tyle podziękowania za prezent urodzinowy. A ja do tej pory nie wiem, co takiego Lex zrobił, że miałabym się mścić.
Z kolei Vanny pisze, że Blue chyba znalazł sposób, ale potrzeba czasu. Czasu, na który nie mogę sobie pozwolić, bo za bardzo się boję...
A przecież nic nie robię! Nic, nic!

13 VI

- Ale tu piękną powieść znalazłam - szepnęła mi konfidencjonalnie Xella-Medina, zaraz po przyjściu do czytelni. - Prawie się na niej popłakałam.
- Akurat - mruknęłam. - Poza tym gdzie w bibliotece szkoły dla czarodziejek można znaleźć wzruszającą powieść?
- Została przekazana w darze przez Vylette-san, tak było na niej napisane różowym flamastrem - usłyszałam. - A ta książka to jest o miłości. O kobiecie, która od wielu żyć jest zakochana w tym samym mężczyźnie i nie mogą się odnaleźć.
- A, to chyba znam - kiwnęłam głową. - Kiedyś w chwili desperacji wypożyczyłam sobie... A czekaj, od kiedy ty czytasz romansidła? - parsknęłam śmiechem. - Przecież jesteś zupełnie...
Urwałam, bo Xemedi-san zapatrzyła się na mnie z uśmiechem tak promiennym, że musiałam zmrużyć oczy.
- No, powiedz - rzekła radośnie. - No, już. Bez-u-czu-cio-wa.
- Nie, no bez przesady - rozchichotałam się na dobre. - Zresztą nie będę ci bronić czytania...
- Zdziwiłabym się, gdybyś próbowała. A w ogóle, dobra wróżko, nie zastanawiałaś się nigdy, czy i ty przypadkiem nie masz takiego problemu?
- Znaczy, jakiego? - nie zrozumiałam. - Wybierania najdurniejszych romansideł do czytania? Zdarza mi się.
- Nie, nie, nie - uniosła palec do góry z mądrą miną. - Takiego, że może w swoim pierwszym wcieleniu też kogoś tak kochałaś, że był i jest dla ciebie jedynym, i do tej pory go szukasz?
Na takie domysły po prostu ręce mi opadły.
- Wyobraź sobie, że się zastanawiałam - skrzywiłam się. - I od razu skreśliłam taką ewentualność. Wiesz jaka jest moja opinia o przeznaczeniu, prawda?
- Prawda - Xemedi-san uśmiechnęła się szeroko. - Taka, jak moja.
- No właśnie. Dlatego gdybym była skazana na jakiegoś faceta przez przeznaczenie, wolałabym go nigdy nie spotkać. To by było nałożenie sobie kajdan.
- Jakąż miłość jest niewolą - westchnęła sentencjonalnie, jakby była od tego ekspertem. Pokręciłam głową i wróciłam do przeglądania półek z książkami, odganiając od siebie niewesołe myśli. Ktoś mógłby powiedzieć, że to raczej egzystencja bez tej "przeznaczonej" drugiej połówki jest niewolą, ale ja zawsze muszę być na odwrót. Bo takie narzucone z góry uczucie? A co, jeśli przez te liczne wcielenia oboje zmieniliśmy się tak, że w życiu byśmy się nie rozpoznali, a tym bardziej nie mieli racjonalnego powodu by się w sobie zakochać?
...No dobrze, jeśli chodzi o zakochanie, to nie ma czegoś takiego jak racjonalne powody. Ale gdyby faktycznie tak było, wychodziłoby, że ja nie kocham Aeirana, nie kochałam Artena, że w ogóle nie mam pojęcia co to prawdziwa miłość, bo dopiero muszę ją spotkać. A to jest, łagodnie mówiąc, niedorzeczne.
- No i mnie zagadałaś, i zapomniałam po co tu przyszłam! - z zamyślenia wyrwał mnie głos Poszukiwaczki Tajemnic.
- Nie po to, żeby mi zrecenzować piękną książkę o miłości? - poddałam się.
- Bo właśnie ta książka przypomniała mi o tobie i o czymś, co chciałam ci pokazać!
- Mam się bać?
- A, to już jak chcesz...

Znajome kręte uliczki stolicy Solen, z przytulnie wyglądającymi budynkami w jesiennych kolorach... Ten, do którego przyprowadziła mnie Xemedi-san, przypominał domek z piernika. A okno wystawowe na pewno nie było ze szkła - choćby dlatego, że się wyginało przy dotknięciu.
- Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej tu nie trafiłam - odezwałam się, gdy weszłyśmy do środka. - A może to taki sklepik, w którym można kupić coś podejrzanego, a kiedy się chce to zwrócić, okazuje się nagle, że sklep już dawno zniknął?
Jednego się nie spodziewałam - że popatrzy na mnie jak na wariatkę.
- Być może, być może - powiedziała łagodnie. - Ale jak dotąd nie zniknął, więc możesz przebierać w towarze.
Faktycznie, wnętrze okazało się przyjemną rupieciarnią, która mogła śmiało konkurować ze strychem na Rozdrożu i moją Szafą. Niby większość sklepów w Solen jest taka, ale ten miał jakiś inny klimat... I nawet pachniał piernikami. Nigdzie nie widać było sprzedawcy, więc uznałam, że mogę sobie trochę pobuszować.
- Chciałaś mi tu pokazać coś konkretnego?
- Ale ci się oczy świecą - zachwyciła się Xemedi-san. - A zaraz się zaświecą jeszcze bardziej. Zobacz.
Podprowadziła mnie do ściany, na której wisiały dwa obrazy, mniejszy i większy.
- Były trzy, ale jeden kupiłam mamie na Dzień Matki, tylko chyba go nie widziałaś, bo wisi w buduarze - wyjaśniła moja towarzyszka, przypominając mi na moment, że też mam matkę i w ogóle liczną rodzinę, w której sama się nie orientuję... ale to długa historia. - No i co powiesz? Powiew historii, prawda?
Prawda. Na tym dużym obrazie przeplatała się ciemność z barwami tęczy, sen z pełnią życia, spokój z ekscytacją. Zatytułowany był Nocne Kyô'Shitei. Mały przedstawiał Patronkę Marzeń, łagodną dziewczynę w bladoniebieskim kimonie, z figlarnym uśmiechem. Powiew historii, rzeczywiście.
Bo to przecież były reprodukcje dzieł największej malarki Starego Świata. Mojej imienniczki, żeby było śmieszniej. Osoby, która nawiązywała dziwne znajomości, a niekiedy wplątywała się w przygody warte opisania przez pewną zupełnie anonimową kronikarkę światów.
Wyglądały jak oryginalne. Czy ktoś potrafiłby podrobić styl Wan'kai Miyi?
- Z dziką rozkoszą wzięłabym ten - wskazałam na portret Akai-sama. - Moja Patronka.
- Zawsze myślałam, że za swoją Patronkę uważasz raczej Linn-san - powiedziała Xella-Medina. - A te obrazy są tanie, możesz śmiało kupić. One są tym tańsze, im bardziej odpowiedni klient.
- Skąd wiesz? Zresztą kto powiedział, że miałabym kupić oba? - przyjrzałam się jej podejrzliwie i nagle złapałam się na tym, że zastanawiam się nad dzisiejszą datą. Hm, no tak. Trzynasty.
- A może ten drugi też bym wzięła - rzuciłam beztrosko, chwytając spojrzeniem jej triumfalny uśmiech.
- Jestem pewna, że Kaneto-san będzie zachwycony - rzekła równie lekko.
- Ile razy ci mówiłam, żebyś go tak nie nazywała?
- Jestem pewna, że Kaneto-san będzie zachwycony - powtórzyła cierpliwie. - Czy Sorilex-san będzie równie zachwycony, pewności już nie mam.
O, do licha. Wiem, zrozumiałam, co miała na myśli. To, co zawsze mi się przypominało, gdy zwykłam się użalać nad swoim losem - że niektórzy mają gorzej. W mojej głowie przynajmniej krążą moje własne wspomnienia. Nie tak, jak u Lexa...
Ale co mi szkodziło zaryzykować?
Xemedi-san zapewniła, że wystarczy zostawić zapłatę na ladzie, więc tak zrobiłam. Najwyżej będzie na nią. A obraz się ładnie zapakuje i wyśle razem z życzeniami.

11 VI

Tak się zastanawiam, gdzie podziali się Ketris i Vaneshka, skoro nawet Pokrzywa do tej pory nie może ich znaleźć. Właściwie nie wiem, dlaczego czuję, że to właśnie oni są mi teraz potrzebni, ale gdy jej to powiedziałam, natychmiast zaoferowała się, że ich poszuka. Doprawdy, nie zasługuję na takiego konia jak ona.
Siedzę w zajeździe w Arquillonie, samotnie, z zasłoniętymi oknami... Pióro mi przerywa, a dłoń drży, od kiedy próbuję coś tu napisać. Od jakichś dziesięciu dni, do licha.
Nie umiem tego opowiedzieć, nie umiem tego opowiedzieć, nie umiem...

...wyjaśnić wrażenia, jakie towarzyszyło nam podczas jazdy przez czarną dziurę. Nie było to poczucie zagrożenia; akurat wtedy uważałam, że jestem całkowicie bezpieczna - na tyle, na ile można być bezpiecznym, jadąc przez szalone zawirowania, na grzbiecie konia, który ciągle ma lekką awersję do takich podróży, ale to jest groza, którą już świetnie znam. Nie, to raczej było jakbym siedziała w pancernym pokoju wyłożonym poduszkami, podczas gdy cała reszta domu się wali. Jakie to milutkie.
Kiedy tylko zjawiliśmy się w D'athúil i zsiedliśmy z koni, Aeiran podbiegł do mnie zdenerwowany.
- Też to poczułaś, prawda? - zapytał, chwytając mnie za ramiona.
- Przecież nic się nie stało... - wyjąkałam niepewnie i pomyślałam sobie, że moje odczucia w porównaniu z jego były pewnie niczym.
- Wracasz natychmiast do domu - powiedział, przybierając na powrót kamienne oblicze.
- Dopiero co tu przyjechaliśmy - przypomniałam sucho - a już mnie wyganiasz?
- Choćbym miał cię siłą wsadzić na konia - rzekł ostrzej. - Nie wiem, ile z tego do ciebie dotarło, ale światy krążą w chaosie.
- Jeśli masz na myśli te światy tutaj, to one zawsze krążą w chaosie.
- Teraz to co innego. Przestraszyły się. Coś... Coś zniknęło.
- Skoro to czujesz, to przynależysz tu bardziej niż chcesz się do tego przed sobą przyznać - westchnęłam. - I dlatego mnie wysyłasz z powrotem, a sam...
- Nie należę tutaj bardziej niż gdziekolwiek indziej! - syknął, znowu tracąc opanowanie. - Teraz nie ma poważnego zagrożenia, ale jeśli będę musiał wybierać, udam się tam za tobą, słyszysz? Teraz muszę coś zrobić, żeby to - wskazał na ciągle otwartą czarną dziurę - było bardziej stabilne. Nie spiesz się, nie zmyl kroku.
- Ona na pewno nie zmyli kroku - powiedziała z przekąsem Nindë i skubnęła zębami moją bluzkę. - Wsiadaj, bo cokolwiek się dzieje, ja wolę być raczej po tamtej stronie.
Poddałam się. Może nie powinnam była, a może...
Nie spieszyłyśmy się, nie zmyliłyśmy kroku. I nic dokoła nas już się nie waliło.

- Wjedź w aleję - nakazałam po powrocie, tknięta dziwnym przeczuciem.

- Wjedź w aleję! - powtórzyłam po dziesięciu minutach krążenia po międzysferze
- A myślisz, że co ciągle próbuję zrobić?! - parsknęła Nindë. - Złapać własny cień? Wyobraź sobie, że nie mogę trafić na tę przeklętą drogę!
- Może ci zmysł orientacji szwankuje?
- Nie kpij. Już dawno powinno być ciemno, a przy odrobinie szczęścia powinny się pokazać cholerne portale. I co?! - klacz była równie podenerwowana jak ja. Może bardziej.
- Chcesz powiedzieć, że nie ma tam już wejścia - zaczęłam powoli - czy że w ogóle nie ma już żadnego "tam"?
Nindë tylko potrząsnęła grzywą i nie odezwała się.
Coś zniknęło, a światy krążą w chaosie...
- A niech to - syknęłam. - A niech to, a niech to. Wracamy do czarnej dziury, szybko!
Z powrotem pędziłyśmy jak wiatr. Przejście ziało ku nam mrokiem i wirowało niespokojnie, tak że nie mogłyśmy po prostu tam wbiec - odrzuciłoby nas. A nawet gdyby... To czy wybiegłybyśmy gdzie indziej? Gdzie?
- Szlag, jak on to zamierza utrzymać w kupie? - jęknęłam. - W ogóle robi cokolwiek tam z drugiej strony? Przecież to paskudztwo się zupełnie rozsypuje!
- A nie mogłabyś jakoś tego podtrzymać będąc tutaj?
- Jedyne, co naprawdę potrafię, to to zamknąć - odparłam, ale zsiadłam i spróbowałam podejść trochę bliżej. W zasadzie potrafię też otwierać, jak się przyłożę... A zdecydowanie lepiej by było utrzymać to przejście z obu stron, prawda? Wytężyłam siły...
I niespodziewanie zostałam wessana w ciemność, w środek obłędu. Nie, nie wpadłam do czarnej dziury, nie fizycznie, ale nagle myślami, duszą, byłam w chaosie, który ogarnął tamte światy, a chaos był we mnie...
...I nie potrafiłam go kontrolować.
Zresztą jak mogłam przypuszczać, że poradzę sobie z czymś tak potężnym?
Ocknęłam się, bo nieoceniona Pokrzywa dmuchała mi w twarz. Kręciło mi się w głowie i ledwo mogłam się podnieść, ale nie to było w tej chwili najważniejsze.
- Nie ma - powiedziałam słabym głosem. - Nie ma, zamknęło się. I nie ma alei.
- Tylko znowu nie mdlej! - ostrzegła moja klacz. - Bo cię tu zostawię!
- Ale... Ale jak to możliwe? - wstając, chwyciłam się jej grzywy.
- Przestań ciągnąć.
- To kara za gryzienie moich włosów - odpowiedziałam odruchowo i spojrzałam jej w oczy. - Do licha, jesteś Przenoszącą, czy nie?! Chyba możesz tam przeskoczyć?!
- Gdybym potrafiła, nie musiałabyś się męczyć z tym wszystkim - stwierdziła smutno Nindë i ponownie dmuchnęła mi w twarz.
- Teraz nie ma poważnego zagrożenia - powtórzyłam słowa Aeirana, przytulając twarz do jej głowy. - Powiedział, że uda się za mną... Powiedział, że... I uwierzyłam.

- No i tak objeżdżam wszystkich, którzy się znają na skakaniu po światach - zakończyłam z westchnieniem.
- A to rzeczywiście, ja się świetnie znam - skwitowała Vanny i pogłaskała w roztargnieniu włosy Ivy, śpiącej na jej kolanach. Zdaje się, że nauczyła to dziecko zasypiać w każdym miejscu i o każdej porze...
- Jesteś w końcu panią Rozdroża, tak? - spojrzałam na nią z ukosa. - Miejsca, w którym przecinają się światy z różnych rzeczywistości. Nie da się tam znaleźć jakiegoś kuchennego wejścia do D'athúil?
- To należałoby raczej skonsultować z Blue. Mogłabym poświecić do niego oczętami, kto wie, co by z tego wynikło... Ty nie znasz żadnego sposobu? - zapytała z pewnym niedowierzaniem.
- Nagadałam się już za wszystkie czasy z Renê i Vylette, ale wyniki tych rozmów nie nastroiły mnie optymistycznie.
- Trzeba było przy okazji pogadać jeszcze z kimś - uśmiechnął się krzywo Clayd. Dotąd siedział zamyślony, zupełnie nie dając znaku życia. Jak nie on.
- Z kimś, komu nie ufam? - prychnęłam. - Wyobraź sobie, że przyleciała za mną z Andromedy i teraz łazi gdzieś po Arquillonie... Taką mam przynajmniej nadzieję. Wiesz, że się sama przyznała do podsłuchania mojej rozmowy z Renê?
- W sumie szkoda, że zostawiłaś tam Tenariego - zmarkotniała Vanny. - Ale co wynikło z tych rozmów? Powiedz, może się przyda.
- Wszystko zależy od tego, czy te światy istniały zanim powstała aleja i oddzieliła je od międzysfery - odpowiedziałam - czy raczej powstała najpierw, a dopiero na jej końcu zaczęły się tworzyć światy. Jeśli to drugie...
- To innego wejścia nie ma? - domyśliła się. - Tylko jak się tego dowiedzieć?
- Ja bym zadał inne pytanie - powiedział cicho Clayd - Komu tak ta droga podpadła, że aż ją zabił.
- Czekaj, niech złapię sens tego, co mówisz - pokręciłam głową - To, że miała coś w rodzaju duszy, mówiłeś już nie raz, ale... Uważasz, że k t o ś ją zniszczył? Celowo?
- A czemu nie? - odparował. - Niektórzy mają dziwne ciągoty do niszczenia magii i baśniowości. Ileż przejść do czarownych krain zostało zawalonych w taki sposób?
- Ile legend zostało zakończonych jeszcze zanim się zaczęły? - spuściłam głowę. - Ale tam, po drugiej stronie, to nie była kraina Faerie, tylko normalne światy, takie jak tutaj!
- Jeśli takie jak tutaj - niespodziewanie uśmiechnął się krzywo - to dlaczego tak ci na nich zależy?
- Jak to dlaczego, bo tutaj na przykład został Kaede! - żachnęłam się. - A co jeśli w końcu zrozumie, że jednak chce uratować swój świat?
- I co jeszcze?
- I jeszcze tutaj zostało to maleństwo - wskazałam na śpiącą Ivy. - A ona powinna kiedyś chociaż odwiedzić swój dom ponownie.
Vanny przytuliła dziewczynkę jakby nie chciała jej nikomu oddać - a przecież kiedyś, zanim Ivy stała się dzieckiem, nie żywiły do siebie specjalnie ciepłych uczuć... Natomiast Clayd patrzył na mnie przenikliwie, czekał aż powiem coś jeszcze.
- A kto został t a m? - spytał w końcu, po długiej chwili ciszy.
A ja wbiłam wzrok w podłogę i lekko pokręciłam głową.
- Tutaj ja zostałam - szepnęłam.

I tyle. Do tej pory przesiaduję w bibliotece arquillońskiej szkoły magii albo lepiej, na Pograniczu, i czekam na jakieś wieści z Rozdroża czy skądkolwiek. Ale że nie potrafię sobie poradzić z przypadkiem podchodzącym, bądź co bądź, pod moje kwalifikacje... W każdych innych okolicznościach potraktowałabym to jako wyzwanie. A teraz?
Teraz mam tylko ochotę komuś nawrzucać.