13 X

Było kapitalnie! Uwielbiam teatr! I uwielbiam fajerwerki!
Więcej nie jestem w stanie napisać, bo brak mi słów.

Było już koło południa gdy wyszłam z łazienki w pokaźnym turbanie na głowie. Lilly właśnie próbowała zwlec się z łóżka, ziewając przy tym głośno.
- Dzieńdoberek - posłałam jej promienny uśmiech. - I jak tam seansik?
- Zlitowałam się nad nimi i cichcem układałam wiadomości od "duchów". Ale się przejęli! - zachichotała. - A jak rozpoczęcie?
- Warte wspominania - odpowiedziałam. - I repertuar też zapowiada się imponujący.
- Cudnie - Lilly wstała i chwiejnym krokiem ruszyła do łazienki. - A kiedy podadzą śniadanko?
- Jakieś trzy godziny temu - poinformowałam. - Już prawie dwunasta.
- CO?! - zatrzymała się przed drzwiami. - Czemu nie obudziłaś mnie wcześniej?
- Bo wiem, jak reagujesz na pobudki - parsknęłam. - A o co chodzi?
- Zaprosiłam znajomą i zaraz ma przyjść! - spanikowana Lilly zaczęła grzebać w ubraniach. - Nie mogę się jej pokazać w różowej piżamce!
- Żeby to był znajomy, to bym jeszcze zrozumiała - mruknęłam.
- No, ale to znajoma... z seansu.
- O nie! - zawołałam. - Przyjdzie, zobaczy banshee i narobi wrzasku na cały hotel!
- Nie narobi, bo podczas rytuału Sprowadzania siedziała akurat przy tym chorym - uspokoiła mnie przyjaciółka. - Chyba że cię pamięta z konkursu piosenki...
- Dzięki za pocieszenie - powiedziałam kwaśno i po chwili usłyszałam nieśmiałe pukanie do drzwi.
- Otwórz, co? - Lilly właśnie mocowała się ze spódnicą. - Ja zaraz zaliczę podłogę!
Chcąc nie chcąc, pociągnęłam za klamkę. Zobaczyłam młodą dziewczynę w czerni, patrzącą na mnie wzrokiem niespodziewanie speszonym. Miała krótką ciemną czuprynkę i delikatne rysy twarzy, co jednak dość skutecznie tuszował mocny makijaż, swoją drogą rzeczywiście fajny.
- Cześć, wejdź - przywitałam ją - Mezz'Lil właśnie... - w tym momencie usłyszałam łomot - ...się ubiera.
Dziewczyna roześmiała się, spoglądając na gramolącą się z podłogi ofiarę spódnicy. Miała ciepły niski głos.
- To ja zrobię herbaty, a wy sobie pogadajcie - speszona Lilly pospieszyła do czajnika.
- Dobra. Miya jestem - wyciągnęłam do dziewczyny rękę, starając się uśmiechnąć jak najszczerzej.
- Calpurnia - odwzajemniła uśmiech, ściskając moją dłoń.
- Miło mi - powiedziałam, prowadząc ją do kanapy. - A jak naprawdę?
- Naprawdę Calpurnia! - obruszyła się. - Pochodzimy z rodzin z... tradycjami. To znaczy, Draco naprawdę nazywa się Mark a prawdziwe imię Epidemii brzmi Gina, ale reszta już ma tradycje.
- Draco to ten poszkodowany - dorzuciła Lilly.
- Poszkodowany? - zwróciłam się do Calpurni, mając nadzieję, że jednak mnie nie rozpozna.
- Tak... Chciał przywołać demona z Otchłani, a zamiast tego pojawił się mroczny cień, który go zaatakował - gdy dziewczyna to mówiła, Lilly podejrzanie głośno dźwięczała filiżankami.
- Możesz przestać - zawołałam do niej. - W ten sposób nas nie przekonasz, że nie podsłuchujesz!
- A tam, zaraz podsłuchuję! - Lilly zdecydowała się dołączyć do nas z herbatą. - Po prostu mroczny cień, jakich pełno się po światach plącze. Zbieg okoliczności - zapiszczała nienaturalnie.
- Tyle zbiegów okoliczności na raz układa się w pewien wzór - mruknęłam. - Ten cień miał skrzydła czy cztery łapy?
- Nie... - odpowiedziała zdziwiona Calpurnia. - Miał ręce i nogi. I podobno mocny uścisk. Biedny Draco ledwo oddychał, dopóki Mezz'Lil trochę go nie podłatała.
- Tylko trochę, niestety - westchnęła wyżej wymieniona. - Jednak mam za mało praktyki.
- Też coś! Cała grupa jest zdania, że nadawałabyś się na szóstą członkinię. Zwłaszcza że chyba masz zdolności medialne.
Przy ostatnich słowach ciemnowłosej Lilly dostała gwałtownego ataku kaszlu. Ja natomiast się zadumałam. Dlaczego, u licha, ciągle natykamy się na te cienie? Czy spotyka się je już w całym świecie, czy może raczej...
- Widzę twoją minę, koleżanko, i domyślam się, co ci chodzi po głowie - Lilly przerwała moje rozmyślania. - Powinnaś chyba pogadać z kimś, kto wydaje się co nieco wiedzieć o tych cieniach. Jestem pewna, że ze swym darem przekonywania wszystko z niego wyciągniesz.
- Sęk w tym, że nie widziałam go od wczoraj - skrzywiłam się. - Kto wie, gdzie się kręci...
- Mniejsza z tym. Skoro już wypiłyśmy herbatę, może ruszymy na podbój Melrin? - zaproponowała Lilly. Wypiłyśmy, akurat.
- A nie masz czasem ochoty pójść na festiwal? - rzuciłam od niechcenia. Na szczęście wejściówka nie została podbita i Lilly mogła z niej spokojnie korzystać. - Dziś wieczorem mają grać "Samotnego pośród dusz".
- Rzeczywiście! - Calpurni rozbłysły oczy. - Tak chciałam zobaczyć tę sztukę... Mam bilet, możemy iść razem!
- To muszę znaleźć Ketrisa i zaciągnąć go ze sobą - przypomniała sobie Lilly.
- Ketris to ten kolorowy? - spytała ciemnowłosa.
- Mhm. A ty, Mad, co będziesz robić wieczorem?
- Odsypiać - odparłam. - Czuję, że tak do końca się nie wyspałam, ale do miasta chętnie pójdę.
Zdjęłam wreszcie ręcznik z głowy i zaczęłam rozczesywać włosy.
- Coś nie tak? - zapytałam z niepokojem, widząc, że Calpurnia mi się przygląda.
- Jakbym cię już gdzieś widziała - zmarszczyła brwi. - Ale to pewnie zbieg okoliczności. Pełno kobiet o czarno-srebrnych włosach się po światach plącze - to mówiąc puściła do mnie oko.
Roześmiałam się z pewną ulgą. Ta dziewczyna wydawała się nawet sympatyczna, choć miałam nadzieję, że nie spotkamy na mieście jej kolegów. Etykietka banshee niespecjalnie mi odpowiada.

Jednak nie byłam aż tak śpiąca, skoro zachciało mi się jeszcze wyjść na dach-taras hotelowy i popatrzeć na gwiazdy. Tak też zrobiłam - i uśmiechnęłam się z triumfem.
- Zdaje się, że zostałem odkryty - powiedział Aeiran przeciągle.
- Siedzisz tu cały dzień? - spytałam.
- Cały nie. A co, stęskniłaś się za moim towarzystwem?
- A gdybym powiedziała, że tak? - podeszłam bliżej.
- Zdziwiłbym się.
Uśmiechnęłam się lekko. Coraz więcej gwiazd pojawiało się na niebie.
- Nigdy nie mam dość ich widoku - powiedziałam po chwili milczenia. - Tamta jest moja - wskazałam rozbłyskującą na zachodzie Anameri.
- Skąd wiesz? - zainteresował się Aeiran.
- Swego czasu zajmowałam się trochę szarą magią - wyjaśniłam. - To było dawno temu, ale jeszcze czasem potrafię sobie pogadać z gwiazdami.
- Która jest moja?
- Mogę poszukać, tylko potrzebuję trochę czasu. Wyszłam nieco z wprawy - ziewnęłam - i troszkę brak mi teraz sił.
- Rzeczywiście, zaraz zwalisz mi się pod nogi jak kłoda - spojrzał na mnie z cieniem uśmiechu.
- O, na pewno nie! - prychnęłam. - Herbata mnie utrzymuje na chodzie! Słuchaj, odkryłam, że są trzy rodzaje tych mrocznych istot, czy to ma znaczyć, że jest was troje? - wyrzuciłam z siebie za jednym zamachem.
- Nie ma - Aeiran nie spuszczał ze mnie oczu, w których na chwilę pokazało się zaskoczenie. - Te cienie były kiedyś kontrolowane, ale teraz nie ma ich kto trzymać w ryzach.
- Ty też nie?
- Tylko własne. Inne mogę najwyżej likwidować.
- Jak to się dzieje, że tyle mi dzisiaj zdradzasz? - nie wytrzymałam.
- Może to wpływ gwiazd? - uśmiechnął się lekko. - A może następnym razem ja zacznę zadawać pytania?
Zamilkł i zapatrzył się w niebo, wydając mi się w tej chwili bardzo samotny. Zakłuło mnie w głębi duszy - za dobrze znam samotność.
- Ani mi się waż mi współczuć - powiedział twardo, nie odrywając wzroku od gwiazd.
Nie odezwałam się. Cicho zeszłam na dół do pokoju, by znów śnić ten sam sen.

12 X

Znów śniło mi się, że spadałam, tym razem w jeszcze bardziej szalonym pędzie. Tym razem w dole panowała ciemność i trochę mnie to zaniepokoiło (t r o c h ę! Powinnam być przerażona, a nie byłam!). Potem dokoła mnie zaczęły krążyć ciemne postacie. Ciemniejsze niż przestrzeń wokół. Zbliżały się coraz bardziej, oszałamiając i hipnotyzując tym wirowaniem w kóło, aż poczułam, że jestem bardzo mocno ciągnięta w dół. Nie jak przy zwyczajnym spadaniu, ale jakby coś mnie gwałtownie szarpnęło. Zamknęłam oczy i instynktownie wyciągnęłam w górę rękę. To pewnie odruch, nie mogłam się przecież niczego chwycić... Ale nagle moją dłoń chwyciła inna. Mocna i pewna, jej uścisk dał mi poczucie bezpieczeństwa, a przyciąganie ustało...
Obudziłam się przy otwartym oknie, z głową na parapecie. Widocznie za długo się zasiedziałam, patrząc w gwiazdy... Choć z opisu snu można wywnioskować, że raczej czytałam mroczne romansidło. Uch, nie.

- Rany, ależ to miasto jest wielkie! - zawołała z zachwytem Lilly, która właśnie wróciła z gruntownego zwiedzania w towarzystwie Ketrisa.
- Przepraszam, że z wami nie poszłam - westchnęłam - ale jakoś od przedwczoraj nie mam nastroju.
- Fakt. Przyznam, że prawie się o ciebie niepokoję - przyznała. - Chyba musiałam o tym wspomnieć Ketrisowi, bo ni stąd ni z owąd zaczął napomykać o kobietach i hormonach, czy czymś tam. Pocieszał mnie, widzisz? Jakbym to ja tego potrzebowała.
Zaśmiałam się w duchu. Demony i hormony?
- Wiesz, widziałam dwoje z tych twoich nekrofilów - powiedziała Lilly niespodziewanie. - Mają fajny trupi makijaż.
- Nekromantów - poprawiłam odruchowo. - Zresztą kto ich tam wie...
- A nawet się z nimi zapoznałam - ciągnęła.
- Chcieli się zapoznawać? - uśmiechnęłam się kwaśno. - Jesteś blondynką, a czarny masz dziś tylko podkoszulek.
- W sumie wcale nie są tacy mroczni, za jakich chcieliby uchodzić - stwierdziła, rozpakowując torbę z zakupami, których przy okazji dokonała. - Pogadaliśmy sobie przy lodach, gdy Ketris szalał na grach iluzji.
- Co ty tam masz? Kolejne czarne ciuchy do kolekcji? - zerknęłam na jej zdobycze i się zdziwiłam. Ubranie było falbaniaste i powłóczyste, a wiedziałam, że Lilly preferuje stonowaną elegancję.
- Bo wiesz... - zatrzepotała rzęsami z miną niewiniątka. - Gdy tak sobie rozmawialiśmy, to mi się przypadkiem wymknęło... Że fascynuje mnie wampiryzm. A może to był spirytyzm?
Przewróciłam oczami i złapałam się za głowę.
- I co? - spytałam. - Chcesz się wmieszać w ich grono i zgrywać tajniaka?
- Zaprosili mnie na seans, nie mogłam odmówić - odparła. - Przed północą.
- Dziś o północy rozpoczyna się festiwal - przypomniałam triumfalnym tonem. Aż syknęła.
- Do licha, faktycznie... Ale nie mogę tak po prostu ich wystawić!
- Aeirana jeszcze weź - zaproponowałam. - Ostatnio aż się palił do tego.
- Też coś. Niech sobie sam straszy ludzi po nocach.
- Dlaczego właściwie tak ci zależy na tym ich "seansie"?
- Bo poczułam od nich jakąś znajomą aurę -zmarszczyła brwi. - Nie pamiętam gdzie się już z nią spotkałam, ale wyglądała mi... no, znajomo.
- No to powodzenia - mruknęłam. - Fajerwerki cię ominą.
- Coś muszę poświęcić... - westchnęła. - Ale ty możesz iść na mój bilet!
- Daj spokój, mam ci odbierać okazję? - zaprotestowałam, ale jakby słabo.
- Oj, to tylko rozpoczęcie! Opowiesz mi za to, jak było. A ja ci opowiem, co odkryłam.
- Że ich kolega pomylił się w zaklęciu przywoływania istot z otchłani i zaatakował go czarny cień?
- Co?! - wykrzyknęła.
- Bo chyba ci tego nie powiedziałam - uśmiechnęłam się krzywo.
- W takim razie absolutnie muszę tam iść! - zdecydowała. - Pomożesz mi zrobić makijaż?
Nie miałam nic przeciwko, a festiwal kusił mimo mojego kiepskiego samopoczucia. Gorzej, że wejściówka obowiązuje podczas całego okresu trwania Dni Teatru. Jeśli będzie podbijana i tym samym przypisana do właścicieli, Lilly będzie robić sobie wyrzuty przez następny miesiąc...

10 X

Z samego rana pojawiłam się w pokoju, który dzieliłam z Lilly, przy okazji omal nie spadając na Ketrisa.
- Mogłabyś uprzedzać zanim... Miya! - zawołał z zaskoczeniem.
- Ketris? - spytałam takim samym tonem, a potem zerknęłam na Mezz'Lil siedzącą na kanapie i na patrzącego w okno Aeirana. - Jaki cud sprawił, że zebraliście się wszyscy razem?
- Też pytanie! - Lilly wstała gwałtownie i podeszła do mnie z marsową miną. - Zniknęłaś wczoraj tak nagle, a my nie wiedzieliśmy gdzie cię szukać! I co się z tobą dzieje!
- Cóż... Dzięki za troskę - obdarzyłam ich uśmiechem, zauważając przy okazji, że czarnooki stanął przy oparciu kanapy, gdy tylko zeszła z niej Lilly.
- Ale powiedz, co się stało? - chciał wiedzieć bard.
Westchnęłam. Zupełnie nie wiedziałam jak zacząć, bo wyjaśnienie było tak pokręcone, że nie mogłam zdecydować, czy się śmiać, czy płakać.
- Było w Naderne podczas konkursu pięcioro takich w czerni - powiedziałam, starając się uciec spojrzeniem - Takich... pozerów.
- Miłośników wampiryzmu? - podsunęła Lilly.
- Nekromancji raczej. Zresztą również spirytyzmu, okultyzmu, więc może i wampiryzmu, nie pytałam. Eksperymentują z przywoływaniem istot z zaświatów.
- I ten pentagram to może miał być efekt rytułału Sprowadzania? W takim razie te eksperymenty im nie wychodzą, skoro wywołali żywą istotę.
- Gdyby to było takie proste - powiedziałam przez zaciśnięte zęby; to, co mnie spotkało, nie do końca mieściło mi się w głowie. - Tylko że oni dobrze wiedzieli, kogo chcą wywołać...
- No nie, bez przesady - parsknęła Lilly. - Sugerujesz, że chodziło im o ciebie, bo widzieli cię na konkursie i domyślili się, że jesteś... - urwała. Nie chciała zdradzać mojego demonicznego pochodzenia, ale czy to naprawdę było takie istotne?
- Nie - mruknęłam, podchodząc do kanapy. - Sugeruję, że zobaczyli mnie na konkursie i domyślili się, że jestem banshee.
No, wreszcie to powiedziałam!
Miałam rację, spodziewając się, że Lilly wytrzeszczy oczy z zaskoczenia i że Ketris zrobi minę świadczącą, że nie wie o co w tym wszystkim chodzi. Nie przypuszczałam tylko, że Aeiran osunie się na kanapę, wstrząsany niepohamowanym śmiechem. Skonsternowana rzuciłam w niego jaśkiem.
- Czy tobie się coś nie pomyliło? - spytała delikatnie Lilly. - Obie wiemy, że kiedy podnosisz głos, prędzej czy później zaczynasz chrypieć. Jak w takich warunkach miałabyś być banshee?
- Trzeba było o tym pamiętać zanim mnie zapisałaś na konkurs - prychnęłam. - A tak usłyszeli mnie przez mój wzmacniacz głosu... - przerwałam, gdy nadlatująca poduszka wylądowała mi na twarzy. Wzięłam ją w rękę, z osłupieniem wpatrując się w haftowane na niej wzorki.
- Doprawdy, tego już za wiele! - zawołałam, znów ciskając jaśkiem w stronę Aeirana, tyle że z większą siłą.
- Sama chciałaś nauczyć go jak się śmiać - przypomniała Lilly tonem moralizatorskim. W odpowiedzi oberwała poduszką, bo w porę się uchyliłam.
- Może wróćmy do głównego tematu? - zaproponował Ketris, patrząc na nas niepewnie.
- Jasne - odgarnęłam włosy z czoła. - Na czym to ja... Aha, usłyszeli mnie, a jakieś dwa dni później jednemu z nich coś się stało i teraz leży w stanie ciężkim.
- Chyba zaczynam pojmować - stwierdził bard. - Przesąd, tak?
Skinęłam głową. W tych stronach panuje popularne wierzenie na temat dwukrotnego zawodzenia banshee. Pierwszy raz jest zapowiedzią rychłego zgonu, drugi słyszy człowiek już przed samą śmiercią.
- Chcieli mnie powstrzymać, zanim zawyję powtórnie - przysiadłam na brzegu kanapy, na wszelki wypadek ściskając jasiek kurczowo. - Przy okazji licząc, że ich kumpel będzie przez to żył wiecznie czy coś w tym stylu.
- A nie mogłaś im zwyczajnie powiedzieć, że są w błędzie? - spytał Ketris.
- Myślisz, że nie próbowałam? - burknęłam. - Zakrzyczeli mnie.
- To chyba najlepszy dowód na to, że nie mieli racji - Aeiran powrócił już do swego charakterystycznego uśmiechu. - Zakrzyczenie banshee raczej nie należy do wykonalnych czynów.
Spojrzałam na niego spode łba i jeszcze mocniej ścisnęłam poduszkę.
- Hej, gdzie się podziało twoje poczucie humoru? - uśmiechnęła się lekko Lilly. - Zachowujesz się jakbyś nie była sobą.
- Wiesz, jakoś mi nie w smak, że uważają mnie za przyczynę wypadku tego chłopaka - przewróciłam oczami. - Poza tym idiotycznie się czuję. Co jak co, ale banshee jeszcze w swoich żywotach nie byłam.
- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - stwierdził filozoficznie czarnooki.
- W takim razie ty możesz być posłańcem Śmierci - nie pozostałam mu dłużna. - Masz odpowiedni image.
- Zgoda - odparł z całym spokojem. - To kiedy idziemy po denata?
- On jeszcze nie jest de... Co? - zamurowało mnie.
- A czemu nie? Wyłonić się nagle z mroku, wyliczyć mu grzechy... Jak już być przyczyną śmierci, to efektownie - podczas gdy Aeiran mówił, bard spuścił wzrok i wyszedł. - Zobaczy i zaraz mu się odechce umierać.
- Przestraszyłeś Ketrisa! - powiedziała Lilly z wyrzutem.
- Jak będziesz gotowa, to daj znać - Aeiran podniósł się z kanapy, a zanim opuścił pokój, rzucił mi porozumiewawcze spojrzenie. A może po prostu spojrzenie. Kompletnie skołowana położyłam się, podkładając sobie jasiek pod głowę.
- Czy ty coś rozumiesz? - spytałam Lilly słabo.
- Ja? - usłyszałam w odpowiedzi - Myślałam, że ty...

9 X

Zapytał wiatr: "Co słychać w świecie?
Czy ludzie płaczą, czy się śmieją?
Jak wiele zła jeszcze zostało,
A gdzie już powiało nadzieją?"

Ja na to: "Ty roznosisz wieści
I znana wszystkim twoja wiedza."
Zaszumiał: "Tak było dotychczas,
Lecz talent barda mnie wyprzedza."


Nerella Sanyon, pierwsza królowa Dekilonii

Dawno, dawno temu, dwoje pełnych zapału ludzi ze świata wysokiej techniki przybyło tu w celach badawczych. Z powodu katastrofy, jakiej uległ ich statek międzyprzestrzenny, utracili kontakt z domem, ale wyprawy nie zaprzestali. Devin Melworth ruszył na północ, a jego siostra Rita na południe. W miejscach, do których dotarli, zostali ciepło przyjęci, a ich mieszkańcom zaimponowali swoją wiedzą. Tak zaczęły się równolegle rozwijać dwa państwa, które na początku współistniały w idealnej harmonii, ale później każde z nich poszło w swoją stronę...
I czym właściwie się różni Solen od Althenos? I tam budynki są wysokie, ale mają fantazyjne kształty, a ascetyczna biel przegrywa z feerią barw. I tam są naukowcy, ale myślą o gwiazdach jak o gwiazdach, a nie jak o płonących kulach gazowych, a konstruując coś rzadko wiedzą, co z tego wyniknie, bo zastanawiają się dopiero w trakcie. I tam pojazdy poruszają się nad ziemią, ale łatwiej można napotkać latający żaglowiec niż, powiedzmy, prom powietrzny. Nie twierdzę, że nie ma tam sprzętów technicznych, ale każde urządzenie ma w sobie coś magicznego, co czyni je nieprzewidywalnym. Chyba właśnie to najbardziej urzekło mnie w Solen.
I oczywiście ludzie. Ciekawi świata, otwarci i entuzjastyczni...

- Nie - nie ustąpił Aeiran.
- Ile razy masz jeszcze zamiar tak się zapierać?! - zawołała Lilly. - Wystarczy, że przez ciebie Ketris musiał poszukać sobie innej kwatery, a on był zdecydowanie lepszym towarzyszem podróży niż ty!
Siedzieliśmy właśnie przy jednym ze stolików kawiarenki pod chmurką w soleńskiej stolicy, Melrin. To znaczy ja siedziałam i próbowałam wypić w spokoju swoją herbatę. Tamtych dwoje stało obok, zajmując się miłą wymianą zdań.
- Skoro tak uważasz, może do niego dołączysz, kapłanko? - czarnooki spojrzał na nią z ukosa.
- To ty się nam wciąłeś w podróż, więc możesz się z niej, z łaski swojej, wyciąć...
- Wybacz, ale dopóki obowiązuje przysięga, raczej się nie wytnę.
- I może ci się wydaje, że przez cały czas trwania przysięgi wytrzymasz z Mad bez konieczności powiedzenia jej czegoś o sobie?! - Lilly straciła cierpliwość. - Niech to, nie będę sobie humoru psuła! Jak zdecydujesz się dołączyć, będę w lunaparku - to ostatnie zdanie było skierowane do mnie.
- Właśnie, wytrzymasz? - spytałam cicho, gdy już odeszła. Spojrzał na mnie bez wyrazu.
- Spocznij sobie, spocznij - wskazałam mu krzesło. - Pewne sprawy lepiej rozpatrywać na siedząco.
Skinął głową, po czym usiadł i zamówił sobie kawę.
- Mówiłem ci już, że nie powinnaś wiedzieć, kronikarko - powiedział.
- Doprawdy? Zdążyłam już zauważyć, że jesteś w coś wplątany. Wolałabym wiedzieć, w co przy okazji wplątujesz mnie.
- W nic. Sprawy tego świata zostawiłem za sobą.
- Mam w to wierzyć?
- Rozumiem, że bywasz w wielu wymiarach, tak samo jak ja - odparł, nie spuszczając oczu z właśnie przyniesionej kawy. - Nie planowałem wracać tu na długo.
- Rozumiem tyle, że uciekasz przed przeszłością - spojrzałam na niego znad swojej filiżanki.
- Posłuchaj, nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale nic by się nie działo, gdyby wasz przyjaciel z fletem tego nie rozpoczął - Aeiran wyraźnie miał dość, bo podniósł się z miejsca. Już chciałam mu powiedzieć, że Ketris gra na lutni, ale po co się czepiać szczegółów? Zresztą i tak już poszedł, i należy mu się pochwała za to, że piechotą.

Lunapark nieodmiennie był pełen kolorów, muzyki, ludzi i życia. Omijając tłumy, jak zawsze skierowałam się najpierw do altany, w której można było odpocząć od gwaru i którą nawet zimą oplatały żywe kwiaty. Tyle że tym razem dobiegły mnie stamtąd dźwięki strun i znajomy śpiew. I oczywiście oklaski.
- Maaad! - w gronie słuchaczy wypatrzyłam Lilly, machającą do mnie ręką. - Znalazłam Ketrisa!
- Właśnie słyszę. Głos słychać, a osoby nie widać - podeszłam, przepychając się przez ten tłumek. Bard był tak skutecznie zasłonięty, że nawet wielobarwny strój nie pomagał mu rzucać się w oczy.
- Kazałaś mi się wynosić, a teraz do mnie przychodzisz? - na mój widok spuścił wzrok i odłożył lutnię.
- Niczego ci nie kazałam - westchnęłam. - Myślałam po prostu, że skoro czujesz się zagrożony, nie można cię zmuszać do stałego bycia w pobliżu...
- A ty nie czujesz się zagrożona? Dlaczego przebywasz blisko niego?
- Złożył przysięgę, że będzie mi towarzyszył, więc to jest raczej nieuniknione - wzruszyłam ramionami i usiadłam przy nim na ławce. Tłum wyczuł, że koncert skończony i powoli się rozproszył.
- Tobie? Przysięgę? ON?! - na twarzy chłopaka widniał szok.
- A co w tym dziwnego, że ceni sobie honor? - udało mi się powstrzymać go od kolejnych pytań. - Ocaliłam mu skórę, więc z wdzięczności mi przysiągł.
- Ocaliłaś... - Ketris odezwał się z trudem. - Ja go niemal przywróciłem życiu. I na zawsze zapamiętam, co za to dostałem - zacisnął pięści, wbijając wzrok w ziemię. - Co wtargnęło w moje ciało, niszcząc je od środka... Zapamiętam.
- No i masz swoją wdzięczność. O ile pamiętam, ostatnio pozbawił cię przytomności. Jak myślisz, co zrobi następnym razem? - Lilly poklepała mnie współczująco po ramieniu.
- Ketris, jeśli byłeś tak bliski śmierci, jak ci się udało jej uniknąć? - zapytała, przysiadając z drugiej strony barda.
- Sam tego nie dokonałem - uśmiechnął się blado. - Było ich jeszcze dwoje... Byli w pobliżu, znaleźli mnie gdy umierałem. Ona była prawdziwym aniołem...
- O Lilly też mówią, że jest aniołem - mruknęłam. - Zwłaszcza ci, którzy jej jeszcze dobrze nie znają.
- Nie... Naprawdę była aniołem! - Ketris podniósł głos, wzburzony. - Miała długie, złote włosy, śnieżnobiałe skrzydła i promieniowała dobrocią. A on... był wcieleniem opanowania. Uzdrowili mnie, choć byłem już na granicy...
- I zażądali za to twojej duszy - dokończyła Mezz'Lil w przypływie czarnego humoru.
- Nie, poprosili tylko o pewien drobiazg, który nie był mi już do niczego potrzebny...
- Czy wy też to czujecie? - przerwała mu nagle Lilly.
- Co? - wstałam, a za mną Ketris. Nie wyczuwałam niczego istotnego, dopóki pod moimi nogami coś nie zaczęło się coraz szybciej zarysowywać, aż wreszcie uformowało się w pentagram.
- NA BOK!! - krzyknęłam, odpychając przyjaciół poza pole rażenia. W tej chwili pentagram zaiskrzył, zawiał silny wiatr i przestrzeń wokół mnie się zmieniła...

7 X

Nie wyspałam się za bardzo, a obudził mnie przeraźliwy pisk, oznaczający, że albo jest już późno, albo Mezz'Lil dla odmiany zerwała się wcześnie. Jakkolwiek nie było, wpadła po chwili do sypialni.
- Zrób mu coś!!! - zażądała.
- Co...? - ziewnęłam - Daj mi racjonalny powód budzenia mnie w taki sposób.
- On mnie ciągnie za warkoczyka!!! - oświadczyła dramatycznym tonem.
Osłupiała patrzyłam to na nią, to na Clayda, który właśnie władował się do pokoju.
- Wiem, że po tobie można się wszystkiego spodziewać - wymamrotałam. - Ale że jesteś wciąż na etapie szarpania dziewczynek za warkoczyki???
- Wypraszam sobie! - uniósł ręce w obronnym geście. - To ona zaczęła!!!
- Jak dzieciaki - westchnęłam, czując się nagle stara i mądra. Lilly parsknęła, pociągnęła Clayda za kitkę i zbiegła na dół.
- Widzę, że głupawka jeszcze nie minęła - uśmiechnęłam się złośliwie. - Jak tam, kanapa dalej taka wygodna?
- Wytrzymałem na niej trzy noce, gdy tu ostatnio spałaś, więc co to dla mnie jeszcze jedna - oznajmił bohatersko. - Poza tym trzeba czasem udowodnić, że się jest dżentelmenem.
- A potem za dnia narzekać, że od tej kanapy cię pogięło?
- Żebyś wiedziała, że ani słowa nie powiem - zaperzył się i wyszedł.
Gdy zasiedliśmy do śniadania, byliśmy już wszyscy ogarnieci i wyspani. Albo przynajmniej udawaliśmy, że jesteśmy.
- Jeszcze trochę tu pozimuję i stwierdzę, że Miya przesadzała w stosunku do Althenos - stwierdził Ketris, pałaszując sałatkę (wczoraj zrobili nadmiar).
- Nie sądzę - wcięła się Lilly. - Gdy tu jechałam, nie widziałam ani drzewka, oprócz jabłoni na cmentarzu. Czy tu nie ma więcej roślin?
- Są, są. Tylko że wirtualne - mruknęłam. - Piękne, egzotyczne, wieczne i bez zapachu.
- Chała - podsumowała, grzebiąc w talerzu.
- Podobno jeszcze parę rzeczy jest tu wirtualnych - Clayd spojrzał na nas z błyskiem w oczach. - Podobno, bo próbowałem, a odbywały się jak najbardziej na żywo.
- Na przykład randki?
- Porównywanie profili w celach matrymonialnych - poprawił. - Pewnie ktoś romantyczny mógłby to nazwać randką. Ale nie, tego akurat nie przetestowałem.
- Czy chciałbyś dostać widelcem? - zapytałam niewinnie.
- Lepsze to niż oberwanie talerzem - roześmiał się. Nie miał się czego bać, talerze są zarezerwowane dla jednej konkretnej osoby, gdy doprowadza mnie do ostateczności.

- O, a to jest najstarszy budynek w Melgrade, jeśli nie w całym Althenos - wskazałam Instytut Melwortha, który dawno temu był niewielki, ale z czasem dobudowywano do niego coraz to nowe segmenty i było to po nim widać, choć obecnie był imponującym gmaszyskiem. Wędrowaliśmy piechotą, żeby uniknąć problemów z transportem. Przepraszam, nie piechotą - ruchomym chodnikiem. Otaczające nas białe budynki były tak wysokie, że kręciło się w głowie od patrzenia w górę.
- To gdzie trzymają tę druidkę? - spytałam.
- Gdzieś, gdzie lepiej teraz nie wchodzić. Podobno odkryto tam dziś obecność intruza władającego magią. Znaczy, już nieobecność, ale teraz gliniarze są w stanie gotowości.
- Więc jak ją wydostać?
- Moment - powiedział cicho Clayd, a potem dał nam znak, żebyśmy poszli za nim w wąską uliczkę, którą nikt nie chodził.
- Tu jest bezpiecznie, możesz się pokazać - szepnął w przestrzeń, a po chwili z nicości wyłonił się wielki szary wilk. Instynktownie się cofnęłam.
- Spokojnie - uśmiechnął sie Clayd. - Cień Nocy też chce pomóc.
- A da sie pogłaskać? - spytała Lilly.
- Smoka też byś pogłaskała? - prychnął Ketris.
- Z siostrą się biję czasem - odpowiedziała, pozornie bez związku.
Clayd i wilczy duch patrzyli na siebie bez słów, najwyraźniej nawiązując kontakt w sferze astralnej.
- Cień Nocy wie, gdzie jest jego partnerka i może cię do niej zaprowadzić międzysferą - "przetłumaczył" po chwili mój przyjaciel.
- Skoro umie poruszać się między wymiarami, to nie może sam jej wydostać? - spytała sceptycznie Lilly.
- Mógłby - powiedział Clayd. - Ale nie wyczuwa jej umysłu i nie może dokonać duchowego zjednoczenia...
- W takim razie niech mnie poprowadzi - zdecydowałam.

Podróż przez międzysferę była czymś, co na pewno nie sprawiło mi kłopotów, z tym, że to zwykle ja prowadziłam, a nie byłam prowadzona. Uświadomiłam sobie jak mi brakowało tego stanu zawieszenia i zastanawiałam się przez chwilę czy by nie sprawdzić jak Vanny daje sobie radę w herbaciarni, zwłaszcza, że jakoś nie miałam z nią ostatnio kontaktu. Ale to mogłam zrobić później, moje zadanie było ciut pilniejsze.
Otworzyliśmy międzysferę na niewielkie, dość ciemne pomieszczenie. Było rzeczywiście szczelnie zamknięte, powietrze przedostawało się przez szyb wentylacyjny na suficie. Osoba leżąca na wąskim posłaniu była chyba nieprzytomna, a na głowie miała rozpraszacz myśli. Kiedyś bawiłam się takim, po tym jak Clayd mi go zdjął, więc miałam pewne pojęcie o jego dezaktywacji. Omal mnie przy tym prąd nie poraził, ale cel osiągnęłam. Wilk podszedł do druidki i mogłabym przysiąc, że w jego wzroku był niepokój.
- Gdzie ja... - kobieta z trudem otworzyła oczy. - Cień Nocy? Kogo przyprowadziłeś?
- Odsiecz - wyjaśniłam cicho - Zaraz się stąd zmyjemy.
- Nic nie mogłam zrobić - załkała z bezsilną rozpaczą. - Tu nic nie urośnie, nic nie przywołam... A potem założyli mi to - wskazała na wyłączony rozpraszacz myśli.
- W porzadku, niedługo znajdziesz się w międzysferze i będziesz mogła wrócić do Wspólnoty...
- Nie da rady - przerwała. - Nie bez mojej pieczęci... A ona została tam, w lesie. Ukryłam ją, żeby jej nie znalazły - spróbowała wstać, ale zachwiała się i wylądowała z powrotem na łóżku.
- Hej, dobrze z tobą? - zaniepokoiłam się.
- To nic, zaraz się trochę podleczę...
- Nie tu!! - syknęłam, ale już wymówiła zaklęcie.
Wspominałam, że Altheńczycy są przeczuleni na punkcie magii? Podejrzewam, że po prostu się jej boją, ale widać poznali ją chociaż teoretycznie, skoro ich urządzenia potrafią ją wykryć. Alarm, który rozbrzmiał po chwili, nie należał do najcichszych.
- Niech to - mruknęłam. - Jeśli się nie pospieszymy, będziemy mieć na głowie policję.
Szybko otworzyłam portal i pomogłam druidce przez niego przejść. Przenieśliśmy się do domu Clayda, gdzie czekał już razem z Lilly i Ketrisem. Mogłam się wreszcie dobrze przyjrzeć naszej "zdobyczy" - miała włosy koloru miedzi, była młoda i chyba niedawno zaczęła we Wspólnocie, skoro nie nauczyła się, że nie wolno zostawiać własnej pieczęci. Ukłoniła się głęboko Claydowi, co chyba przekonało wreszcie moich towarzyszy o jego pochodzeniu.
- Przyda się jej porządne uzdrowienie - stwierdziła Lilly i zabrała się do dzieła.
- Objawy da się na razie usunąć - powiedziała po chwili - ale przyczyna tkwi gdzieś głębiej i nie mogę do niej dotrzeć.
- We Wspólnocie dadzą temu radę - oświadczyła druidka, patrząc na Lilly i nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie ją spotkała. Potem przeniosła wzrok na Clayda, a w jej oczach był żal.
- Gdyby uderzyć i zrównać to miejsce z ziemią, twój kraj mógłby zacząć od nowa. Lepiej - rzekła cicho.
- Nie w tym rzecz - odparł flénn'ath. - Oni muszą sami zrozumieć.
- Wiesz, jak mała jest szansa.
- Wiem - spojrzał na nią twardo. - Ale nawet wbrew rozsądkowi - wierzę.
Uśmiechnęłam się z podziwem dla tak wielkiej mimo wszystko nadziei.
- Chyba na was pora - zwrócił się do mnie Clayd. - Jeśli uruchomiłyście alarm, prędzej czy później przyjdą tutaj.
- Gdzie zostawiłaś swoją pieczęć? - spytałam.
- W lesie, niedaleko miejsca, w którym jest mnóstwo klejnotów. Pokażę wam dokładnie gdy się tam znajdziemy - odpowiedziała druidka. Co za ironia, że wracamy do punktu wyjścia...
- To jak, powtórzymy to kiedyś? - Lilly uśmiechnęła się do Clayda na pożegnanie.
- Bezwarunkowo.

Zapach liści unosił się w powietrzu. Druidka stała, choć z pewnym trudem, ściskając w dłoni pieczęć, będącą niewielkim kamieniem ze znakiem runicznym. Obok niej siedział Cień Nocy, spoglądając na mnie z wdzięcznością.
- Możesz jeszcze powiedzieć dlaczego trafiłaś do tego świata? - nie byłabym sobą gdybym nie spytała.
- Szukałam kogoś - usłyszałam - Odpowiedzialnego za...
- Zakłócanie równowagi Natury? - weszła jej w słowo Lilly.
- Gorzej. Ta równowaga omal nie została zniszczona - odrzekła dziewczyna z gniewem. - Coś groźnego i mrocznego pojawia się w przestrzeniach i bierze swój początek w tym świecie. Zostałam wysłana do wieży magów, żeby szukać u nich porady, ale... - zawiesiła głos - zaatakowały mnie te istoty. I przez nie tracę zdrowie.
- TE istoty? - zaakcentowałam, tknięta przeczuciem. - Wyglądające jakby powstały z mroku? Czarnoskrzydłe?
- No i proszę - usłyszeliśmy niespodziewanie. - Tylko się dowiaduje o zachwianej równowadze i zaraz zwala się na mnie?
- Długo tu nas podsłuchiwałeś? - Lilly odwróciła się gwałtownie.
- Nie tak długo, jak ci się pewnie wydaje - Aeiran wyszedł zza drzewa, a na jego widok Ketris gwałtownie pobladł - Jak się domyślam, te istoty powstały z moku, jednak raczej nie miały skrzydeł tylko cztery łapy. Wybacz, że cię rozczaruję, kronikarko, ale nie ja je stworzyłem i nie mnie ściga ta zawzięta druidka.
- Więc kogo?! - zawołała.
- Nie znajdziesz - pokręcił głową - Nie ma go wśród żywych... ani wśród umarłych.
- Ja... Muszę zdać raport - spojrzała na niego niepewnie - Żegnajcie i dziękuję - powiedziała do nas, ścisnęła mocniej pieczęć i już jej nie było. Żałowałam, że nie poznałam nawet jej imienia.
- Wiedziałeś, że tu przybędziemy - zwróciłam się do Aeirana - I może jeszcze byłeś dziś w Althenos?
- Przejrzałaś mnie - uśmiechnął się kącikiem ust - Ale stwierdziłem, że sama sobie poradzisz, więc postanowiłem poczekać na ciebie tutaj.
- Mam rozumieć, że przysięga nadal ważna?
- Oczywiście - skinął głową.
- W takim razie masz mi dużo do wyjaśnienia - powiedziałam - Ale to już może w Solen.
- C-co?! - wyjąkał Ketris. - Chcesz podróżować... z nim?!?
- Dobre pytanie - mruknęła Lilly.
- A czemu nie? - zdziwiłam się. - Ręczę za niego... Poniekąd.
- Nie mogę ufać... - oczy barda pociemniały - komuś, kto o mało mnie nie zabił.
- I ubolewam, że mi się to nie udało - odparł czarnooki. - Widać jesteś twardszy niż mi się wydawało.
- Może ktoś mi powie, co się dzieje? - spytała Lilly.
- Będziemy mieli jeszcze czas na dłuższą rozmowę - zdecydowałam. - Gdy dotrzemy do Solen, Ketris może nas opuścić.
- A dlaczego właśnie Ketris?!
- Właśnie, dlaczego? - Aeiran uśmeichnął się krzywo. - Ja mu krzywdy nie zrobię... już.
Mierzyli się wzrokiem przez kilka długich sekund - jeden wzburzony, drugi opanowany. Pierwszy spuścił oczy Ketris.
- Domyślam się, że ci to nie na rękę... jeszcze - powiedział cicho
- Wiesz, oni niech się żrą, a ty nie psuj sobie przyjemności oczekiwania na festiwal - rzekłam do Lilly - Skaczemy?
- Rozumiem, że... międzysferą? - spytał Aeiran.
- Owszem - prychnęłam. - Trochę odmiany ci nie zaszkodzi.

6 X

Nim minęła godzina, prom powietrzny osiągnął swój cel - Melgrade, stolicę Althenos. Szlachetnie odstąpiłam Lilly miejsce przy oknie, żeby mogła podziwiać widoki z lotu ptaka. Ketris natomiast był jakiś nieswój, ale nie wiedziałam dlaczego - skoro nie miał ochoty przebywać w takim miejscu, nie musiał z nami lecieć.
Clayd już czekał na lądowisku i uśmiechnął się szeroko, gdy zobaczył, że opuszczam pokład. Jak zwykle miałam wrażenie, że ostatni raz rozmawialiśmy nie dalej niż wczoraj, choć tak naprawdę nie widzieliśmy się już jakiś czas.
- Nie spodziewałem się, że przywieziesz towarzystwo - powiedział, gdy już przestałam mu wisieć na szyi. Lilly i Ketris patrzyli na to nieco skonsternowani.
- Desperaci, chcieli zobaczyć twoją ojczyznę. A to niedobrze? - zaniepokoiłam się.
- Nie, nie, skąd! Tylko myślę nad tym, jak się zabierzemy, skoro nawet na mój motorek cztery dusze nie wejdą...
- Motoooreeek? - z ust Lilly wydobył się nagle niekontrolowany pisk. Faktycznie, zapomniałam o jej skrytej namiętności...
- Chyba mamy rozwiązanie - zwróciłam się do Clayda. - Zabierzesz Lilly, a ja i Ketris weźmiemy taksówkę.
Mojej przyjaciółce takie rozwiązanie najwyraźniej przypadło do gustu, bo zaczęła piszczeć jeszcze głośniej.
- Chyba odkryliśmy pierwszą kobietę lecącą wyłącznie na twój motor - podsumowałam.
- Wreszcie jakaś odmiana - kiwnął głową, puszczając do mnie oko. - Przegrałaś.
Zachichotałam. Lilly stwierdziła kiedyś, że gustuje w mężczyznach spokojnych i misiowatych, i gustu nie zmieni. A rzecz w tym, że swego czasu założyłam się z Claydem, że absolutnie każdej kobiecie serduszko podskoczy w zetknięciu z tak charyzmatycznym, bezczelnym i nieodparcie czarującym facetem jak on. Pisząc to jestem wbrew pozorom najzupełniej obiektywna. Nic mi nie podskakuje, ale siebie w zakładzie nie liczę - po prostu się przyzwyczaiłam.
- Przepuścili go? Przepuścili. Zarejestrowali? Też. W czym więc problem? - stanowczy ton Clayda przekonał świeżo zaangażowanego kierowcę, który podejrzliwie przyglądał się spiczastym uszom Ketrisa. Władowaliśmy się do taksówki, podczas gdy tamtych dwoje poszło pohałasować motocyklem.
- Rozumiem, że na cmentarz? - zapytał sztywno kierowca.
- Owszem - odpowiedziałam. - Ale dłuższą drogą. Kolega chce obejrzeć Melgrade.
Nasz środek transportu nie był oczywiście żółtym samochodzikiem z napisem "Taxi", ale za to miał zielone reflektory. I naturalnie, jak wszystkie altheńskie pojazdy, unosił się nieco nad ziemią. Ketris uważnie przyglądał się miastu i chyba trochę go przytłaczało. No dobrze, bardzo go przytłaczało.
- Budynek ze szkła? - spytał, gdy mijaliśmy jakiś praktycznie przezroczysty gmach - Co to ma być, akwarium?
- Tak, dla ludzi - mruknęłam. - A inni ludzie wrzucają pieniądze do puszki i oglądają tamtych w środku.
- Żartujesz, prawda? - spojrzał na mnie niepewnie.
- Owszem - uśmiechnęłam się krzywo. - Tu się używa kart płatniczych.
Zaśmiał się nieco nerwowo, co uświadomiło mi, że od wczoraj był jakiś nieswój.
- Twój przyjaciel chyba trochę odstaje od reszty mieszkańców - stwierdził, rzucając okiem na ludzi w kombinezonach, z twarzami, które wyrażały inteligencję i obojętność. Nie da się ukryć, Clayd w swojej czarnej ćwiekowanej skórze i o zupełnie niealtheńskim sposobie bycia "trochę" odstawał. - Jak on tu może egzystować?
- Buntując się - odparłam - Pamięta czasy gdy Althenos jeszcze raczkowało... I ciągle w nie wierzy.
- Wspominałaś, że jest duchem opiekuńczym - zamyślił się Ketris - Czym się opiekuje?
- Althenos.
- Znowu żartujesz. Miałby być jednym z flénn'athów tego świata?
- Nie musisz w to wierzyć - westchnęłam.

W końcu dotarliśmy do cmentarza i abstrakcyjnie powykręcanego budynku z niedopasowanych kolorystycznie cegieł, wiele mówiącego o właścicielu. Motocykl już tam stał, a śmiechy, jakie nas dobiegły z kuchni po wejściu do środka, sygnalizowały, że Clayd i Lilly już zdążyli się zgrać.
- Nikt ci nie każe w to wierzyć - i chyba wałkowali ten sam temat, co my. - Siadajcie, zaraz będzie obiad - to już było do nas.
- Pomyśl rozsądnie - usłyszałam głos Lilly. - Nie wyglądasz na Altheńczyka, a co dopiero na flénn'atha!
- A jak, według ciebie, wygląda flénn'ath? - podpuszczał ją Clayd.
- W ogóle nie wygląda! - zaperzyła się Lilly. - Jest duszą ziemi, której strzeże, a ta ziemia jest jego ciałem - wyrecytowała.
- Tak się składa, że dostałem szansę na nowe ciało akurat gdy nie mogłem już wytrzymać w poprzednim - odparował, a potem wyjrzał do nas.
- Zdaje się, że Mezz'Lil przypaliła kurczaka - oznajmił z rozbrajającym uśmiechem - Będzie sałatka.
Pokręciłam głową ze śmiechem. Najważniejsze, że jakimś cudem ma w domu normalne jedzenie, podczas gdy w tym kraju jada się obiady w kapsułkach.
Lilly przyniosła sałatkę, uśmiechając się dumnie. Miała na sobie falbaniasty fartuszek w kwiatki.
- Będę miłosierna i nie spytam, skąd go wytrzasnąłeś - wyszczerzyłam zęby do naszego gospodarza, który pojawił się z kieliszkami. Ketris poczęstował się winem, ja i Lilly pozostałyśmy przy soku.
- Soczek w kieliszkach, czyżby nowa moda? - zachichotałyśmy, stukając się uroczyście.
- Dobra, mów - powiedziałam wreszcie, tonem nie znoszącym sprzeciwu, na który mój przyjaciel i tak się nie nabrał. - Czemu mnie wezwałeś?
- Powiedzmy, że jest delikatna sprawa, wymagająca pomocy kogoś otrzaskanego w skakaniu międzyprzestrzennym - Clayd rozsiadł się wygodnie w fotelu. - Wyciągnięcie kogoś z opałów.
- W tym się Mad ostatnio wprawia - stwierdziła Lilly słodko.
- W czym rzecz? - zignorowałam jej przytyk.
- Parę dni temu pojawiła się u nas druidka - brzmiała odpowiedź. - W sumie nie wiem, dlaczego, ale wyglądało na to, że coś jej się pomyliło.
- Raczej komuś się kierunki pomyliły - odgryzłam się Lilly.
- Pojawiła się, obejrzała sobie Althenos, przeżyła szok - ciągnął Clayd. - Kiedy zaczęła odmawiać modlitwy, nikt się nie spodziewał, że wymodli niezłą rozpierduchę... Jakimś cudem zdołano ją obezwładnić i siedzi teraz gdzieś w pomieszczeniu zamkniętym. Skoro jeszcze z niego nie wyszła, to znaczy, że jest bardzo szczelnie zamknięte.
- I mam ją wyciągnąć, tak? - spytałam. - Czemu sam tego nie zrobiłeś? Masz wpływy.
- Próbowałem - wzruszył ramionami - Ale widać uznali, że dwoje takich degeneratów jak my zaraz się spiknie i porozumie z Ligą Ukrytej Magii. - Na te słowa westchnęłam. Jeśli Altheńczycy nie mieli obsesji i faktycznie istniała jakaś Liga Ukrytej Magii, to Clayd na pewno nie miał z nią kontaktu.
- A nie mogłeś zapobiec jej uwięzieniu?
- Nie było mnie na miejscu. O wszystkim dowiedziałem się od wilczka, na którym przyleciała.
- Przyleciała? - zdziwiłam się. - Lilly, nic nie mówiłaś, że ten wilk latał!
- Zapomniało mi się - oznajmiła beztrosko, co upewniło mnie, że mówimy o "jej" druidce.
- I ty go spotkałeś? - zwróciłam się do Clayda. - Czyżby ta pani była z samej Wspólnoty?
- Na to wygląda - potwierdził. Wspólnota była całkowicie elitarna i wtrącała się w sprawy równowagi przyrody w wielu światach, a jej siedziba jakimś cudem znajdowała się w międzysferze - niezbyt to typowe dla druidów. Jej członkom towarzyszyły duchy opiekuńcze w postaci zwierząt, potrafiące się umaterialnić gdy zaszła taka potrzeba.
- Dlaczego druidka z elity łazi po lasach Zachodniego Kręgu, nie wiedząc nawet, w którą stronę się udać? - zadumałam się.
- Powie ci jutro, gdy uda ci się ją wydostać.
- Dlaczego nie dzisiaj, hm?
- Bo jak cię znam, gdy tylko załatwisz sprawę, zaraz stąd wybędziesz. A tymczasem zbyt dawno się nie widzeliśmy, możemy załatwienie sprawy trochę odwlec.
- Takiś pewien? - uśmiechnęłam się lekko.
- A nie? Oboje wiemy, że przyjeżdżasz tu wyłącznie dla mnie.

Noc zbliżała się szybko, wyszłam więc na cmentarz, by ją przywitać. Clayd siedział na jednym z grobów, patrząc gdzieś w dal wręcz nietypowo rozmarzonym wzrokiem. Niewiele osób miało okazję widzieć go takiego.
- Znów wracasz do przeszłości, co? - zaczęłam.
- Ktoś, kto żyje wspomieniami jak ty, nie może tego nie zrozumieć - uśmiechnął się.
- Cóż dzisiaj wspominamy? Althenos sprzed gwałtownej technologizacji? Czasy magii, kapłanów i większej ilości drzew niż te tutaj?
- Patrzę wstecz i zastanawiam się, czy gdybym się pospieszył, dałbym radę temu zapobiec - powiedział cicho. - Tak się żyje beztrosko, aż niespodziewanie pojawia się ból - wykonał nieznaczny ruch dłonią - I pyk! Nie ma. A wtedy okazuje się, jak bardzo to było ważne. - W jego głosie zabrzmiał odcień goryczy i zrozumiałam, że tym razem nie myśli o Althenos.
- Jeśli chcesz, mogłabym jej poszukać - usiadłam obok. - To nie jest niewykonalne.
- Myślisz, że nie próbowałem? - westchnął ciężko. - Drogą astralną. Duchową. Dowiedziałem się, że żyje, robi co do niej należy i mam się nie wtrącać. I stąd to uczucie, że nie mogę nic zrobić... Ona jest taka delikatna, tak tu nie pasuje...
- Za to może pasuje tam, gdzie teraz jest - odgarnęłam mu z twarzy pasmo wściekle rudych włosów. - To normalne, że się niepokoisz.
- Taaak, łatwo to mówić innym - dobiegł nas głos Lilly, która też wyszła z domu i chyba usłyszała moje słowa. - A tymczasem Mad sama się wściekle niepokoi o kogoś, kto jej zniknął z oczu... - Podeszła bliżej wśród szelestu suchych liści.
- A!!! - zerwałam się jak oparzona. - To już nie twierdzisz, że myślę o Lexie, co?!
- A myślisz? - spojrzała na mnie zmrużonymi oczami. - Czyli twoje myśli tak biegają od jednego do drugiego? Dałabyś im odpocząć chwilkę.
- Czy wy się znowu kłócicie? - zza drzew wyłonił się Ketris, zwabiony naszą rozmową.
- Skądże! - zrobłyśmy arcyniewinne minki. - My się nigdy nie kłócimy!
- Ale zdążyłem już zauważyć, jak wyglądają wasze rozmowy o facetach - bard przewrócił oczami i klapnął na trawę. - Lepiej wtedy trzymać się z daleka.
- Możesz nas śpiewem zagłuszyć - zaproponowałam, a potem jakiś diablik mnie podkusił. - Clayd, jak szła ta piosenka?
- Nie będę biegł... - zaintonował, a ja podchwyciłam i zawtórowałam:
Nie będę biegł na każdy twój gwizd,
Lecz nocy samotnie nie spędzę
Tęsknota dojrzeje,
A płomień rozgrzeje
I sama przybiegniesz czym prędzej.

- Ja cię chyba mało znam - Lilly spojrzała na mnie z udaną zgrozą. - Albo w tym soczku coś było.
- Skoro tak, ty też to wypiłaś - zaśmiał się Clayd. - A to znaczy, że zaraz sama zaśpiewasz.
- To ja zadbam o akompaniament! - Ketris poderwał się z ziemi i po chwili był już z powrotem ze swoją lutnią.
- Dawaj, Lilly, dawaj! - zaczęłam dopingować. - Nie masz wyboru!
- Dobra, o ile Ketris się do mnie dopasuje - odchrząknęła, wzięła głęboki wdech i wyciągnęła jak najwyższym tonem:
Come wet, a widow's eye
Cover the night with your love
Dry the rain from my beaten face
Drink the wine, the red sweet taste of mine
Come, cover me with you,
For the thrill til you will take me in...

- W tym soku zdecydowanie coś było - skomentowałam.
- A może to jesień uderza nam do głowy? - zawołał wesoło bard.
- Do głowy to raczej wiosna uderza - sprostował Clayd, ale po jego minie domyśliłam się, że łapie klimat.
- Miya, zaśpiewaj to, z czym miałaś wystąpić na konkursie! - Ketris wpadł na straszny pomysł, a ja padłam na trawę, przestając tłumić śmiech.
- Właśnie, ja się poświęciłam więc ty też możesz! - zawtórowała mu Lilly.
- To nie śmiać mi się teraz, bo ta piosenka ma potencjał - gdy się podniosłam, miałam liście we włosach, ale mi to nie przeszkadzało. W każdym razie udało mi się skupić na śpiewaniu.
So I guess I'll be hunting high and low, high
There's no end to the lengths I'll go to
High and low, high
Do you know what it means to love you?

Publika moja jakimś cudem zdołała na czas trwania piosenki usiedzieć spokojnie i bez odzywania się. Może dlatego, że - jak to ja - śpiewałam cicho? A może udzielił im się mój nastrój, w jaki zawsze wpadam przy tym utworze? Tak czy siak, minęło jeszcze kilka sekund ciszy, a znów wybuchnęliśmy śmiechem bez powodu.
- Wiecie co wam powiem? - odezwał się Clayd, gdy już się trochę uspokoił. - Dam głowę, że jeszcze razem w trasę ruszymy! Kiedyś, gdy już się nam znudzi kronikowanie, kapłanienie, bardowanie, opieka nad Althenos...
- O, przepraszam, tylko nie bardowanie! - zaprotestował Ketris. - Kto wtedy będzie akompaniował?
- Dobra, to Clayd będzie przyciągał na koncerty płeć żeńską, ja i Lilly męską, a ty będziesz akompaniował - podsunęłam.
- Za pozwoleniem, a śpiewać nie będę?!
- To śmiało, jeszcze dzisiaj cię nie słyszeliśmy! - rzuciłam w niego kupką liści.
- Czekamy na recital! - zawołała Lilly i zagwizdała radośnie.
- W co ja się wpakowałem... - westchnął bard z komicznym grymasem.
Sporo jeszcze nocy minęło, zanim poszliśmy spać. Oto co może zdziałać przebywanie w takim towarzystwie - gdy zbierze się kilka osób nadających na tych samych falach, nawet najbardziej nieprzyjazne miejsce nie powstrzyma ich przed zbiorowym szaleństwem.

5 X

Posiadanie własnego kącika w międzysferze ma tę zaletę (a może wadę, zależy jak na to patrzeć), że można udzielić wybranym osobom pozwolenia na odwiedzanie tego kącika kiedy zechcą... I kiedy ja zechcę - chyba że znają się na teleportacji na tyle, żeby pojawiać się znienacka i wyprowadzać mnie z równowagi, jak to czyni parę osób.
Udało mi się tę sztuczkę zmodyfikować i dzięki temu możemy wysyłać sobie nawzajem pocztę. Tak, wiem że to może dziwnie brzmieć, ale zdarza mi się dostawać choćby od takiego Lexa wiadomości typu: Będę za 8 sekund - i rzeczywiście tak jest. Generalnie takie przesyłki docierają do mojego wymiaru, chyba że są depeszami (co ja narobiłam...), wtedy dochodzą od razu do mnie.
Piszę o tym, ponieważ dziś rano dostałam taką depeszą w czoło. Była wielkości karty kredytowej, srebrzysta i twarda jak stal, z wiadomością skreśloną znajomym, zamaszystym pismem. I nie powiem, zebym miała coś przeciwko niej.
- Chcecie wybrać się w miejsce skrajnie różne od reszty świata? - rzuciłam z szerokim uśmiechem.
- Nie zapomniałaś przypadkiem, że wybieramy się do Solen? - Lilly spojrzała na mnie z ukosa.
- Przypadkiem nie - odparłam. - Ale, o ile pamiętam, festiwal zaczyna się za tydzień, a mi właśnie coś wypadło. A raczej coś na mnie wpadło.
- Pokaż! - Ketris wyjął mi z ręki wiadomość. - "Przyjeżdżaj - C." - przeczytał. - I takie coś jest ważniejsze niż cel naszej podróży?
- Jeśli nie chcecie, to przerzucę was do Solen a sama dołączę później - westchnęłam. Fakt, oni nie musieli jechać, ale ja raczej tak. Zwykle, jeśli już tam bywam, to z własnej inicjatywy, więc skoro Clayd nagle po mnie przysyła, pewnie ma jakąś ważną sprawę...
- Moment - odezwała się Lilly. - Powiedz chociaż dokąd się wybierasz.
- Do Althenos.
- Co?! Na drugi koniec świata skaczesz?! - zrobiła wielkie oczy. - O ile pamiętam nie cierpisz tego kraju!
- Nie da się ukryć - wzruszyłam ramionami. - Co nie zmienia faktu, że wpadam tam od czasu do czasu.
- Nigdy nie byłem w Althenos, ale co nieco słyszałem - zamyślił się bard. - Ktoś mi mówił, że jest to kraj niezwykły, ale "w drugą stronę". Jego mieszkańcy polegają tylko na wiedzy, a nie na wierze, dlatego nie ma tam miejsca na nic nadnaturalnego. Nawet duchy opiekuńcze odeszły, bo nikt tam w nie nie wierzy...
- Nie wszystkie. W jednego wierzą - zachichotałam. - Nie mają wyboru. Ale w tym, co mówisz, coś jest...
- Jesteś pewna, że zdążysz wrócić na festiwal? - spytała Lilly.
- Prawie pewna, a w razie czego mogę was tam odesłać - odpowiedziałam.
- W takim razie wybiorę się z tobą - zdecydowała. - W końcu chcę poznać wszystkie tajemnice tego świata, nie?
- To ja też - uśmiechnął się Ketris. - Kiedy ruszamy?
- Jak najszybciej.

- Ty lepiej nie wychodź na balkon - zawołałam do Lilly. - Bo zobaczy cię jakiś gang, zechce zrobić z ciebie ofiarę i będzie zadyma.
- Ja się nie dam żadnym bandziorom - prychnęła w odpowiedzi.
- Właśnie dlatego będzie zadyma...
Ketris grzecznie siedział ze mną w pokoju - nie miał specjalnej ochoty zapoznawać się z tutejszą rzeczywistością i nie dziwiłam mu się. Na otaczających Althenos Ziemiach Nieprzystosowanych panowały klimaty, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, średniowieczno-cyberpunkowe i żeby ujść stamtąd cało, trzeba było po prostu być silniejszym niż wszyscy inni. Ziemie Nieprzystosowanych były tym wszystkim, czym nie było Althenos, o czym moi towarzysze mieli się wkrótce przekonać.
- Właściwie czemu musimy tu siedzieć? - Lilly stanęła w wejściu do pokoju.
- A skąd miałam wiedzieć, że najbliższy prom powietrzny jest dopiero jutro? - skrzywiłam się.
- Mezz'Lil ma rację - odezwał się półelf. - Dlaczego nie przenieśliśmy się od razu do Althenos?
- Bo oni tam są straszliwie przeczuleni na punkcie magii i bezpieczeństwa - wyjaśniłam. - Koniecznie muszą rejestrować wszystkich, którzy przekraczają granicę, a niezarejestrowani muszą się gęsto tłumaczyć... Zwłaszcza gdy trafiają do Althenos za pomocą magii. Tam się tępi wszystkie jej przejawy.
- Takie ładne robi wrażenie - Lilly jeszcze raz spojrzała na widniejące w oddali białe budynki - a takie jest paskudne?
- Gdyby nie to, że nie chcę ci wyrabiać nastawienia zanim sama zobaczysz, powiedziałabym, że jeszcze paskudniejsze - westchnęłam, padając na najlepsze łóżko w tym motelu. Miało tylko jedną sprężynę na wierzchu.

3 X

Hey driver, where're we going?
I swear my nerves are showing
Set my hopes up way too high
The living's in the way we die...

a-ha

Dyliżansem trzęsło niemiłosiernie i nawet Lilly zaczynała zdradzać pewne oznaki choroby lokomocyjnej. Byliśmy jedynymi pasażerami - pewnie dlatego, że tylko my w tej okolicy nie poznaliśmy jeszcze wątpliwych zalet naderniańskiego ekspresu i byliśmy na tyle naiwni by chcieć je poznać.
- No i masz tę swoją okazję - zadzwonił zębami Ketris.
- Cicho bądź - burknęła Lilly. - W ten sposób najszybciej dojedziemy do granicy z Caliph! A taka jazda jest fa-a-ajna!
- Właśnie widzę - odpowiedział bard, gdy moja torba spadła mu na głowę. - Miya, może trzymaj ją sama, co?
- Co? - drgnęłam gdy Ketris położył mi torbę na kolanach.
- No, wreszcie zareagowałaś - odezwała się Lilly. - Cały czas tylko patrzysz i patrzysz w to okno, i nawet z nami nie pogadasz!
- Naprawdę? - spytałam ostrożnie, żeby nie przyciąć sobie języka.
- Coś cię martwi? - zaniepokoił się półelf. - Jesteś jakaś nie w sosie.
- Coś ty, czym bym się miała martwić? - Chyba nie brzmiałam zbyt przekonująco, bo moja przyjaciółka odpowiedziała:
- Słuchaj, jeśli czujesz się urażona, to nie muszę iść na ten festiwal...
Zamurowało mnie. Ona myślała, że jestem zazdrosna o tę wejściówkę! Nie mogłam nie parsknąć śmiechem.
- O, rozkręca się - ucieszył się Ketris.
- Mam zgadywać dalej? - spytała Lilly, bezczelnie puszczając do mnie oko.
- Nie, nie dolega mi brak herbaty, nie jest mi niedobrze i nie myślę o Lexie - odparłam jednym tchem, zanim się opamiętałam.
- Jeśli nie o Lexie, to o kim? - podchwyciła zaraz ta perfidna bestia.
- Kto to jest Lex? - zainteresował się bard.
- Jej były - mruknęła Lilly.
- Wcale nie!!! - zareagowałam nieco zbyt gwałtownie.
- Ale nie wytrzymał z nią psychicznie i spiknął się z osóbką, którą nazywa swoją Panią - dokończyła, dobijając mnie z kretesem. On ze mną, doprawdy!
- Iście balladowy temat - skomentował Ketris.
- I wy się dziwicie, że z wami nie rozmawiam - prychnęłam i powróciłam do wyglądania na drogę.
- Znowu patrzy przez to okno - westchnęła Lilly. - Widoczek przynajmniej ciekawy?
- Poddaję się. Zobaczcie sami - odsunęłam się, robiąc im miejsce przy oknie, żeby sami zobaczyli obiekt mojej obserwacji. Obiekt ów był ciemnowłosą kobietą, jadącą na białym koniu.
- No i co? - spytał Ketris. - Może chce dogonić dyliżans.
- Jedzie za nami trzecią godzinę - odpowiedziałam. - Już dawno by dogoniła.
- A więc pewnie po prostu zmierza tam gdzie my - zasugerowała Lilly.
- Jest sposób aby to sprawdzić - uśmiechnęłam się lekko i przeskoczyłam na kozioł.
- I po co pani był dyliżans? - woźnica nie był specjalnie zaskoczony moim pojawieniem się. Widać nie takich pasażerów już woził.
- Ano właśnie, chciałam prosić o zatrzymanie. Wysiadamy.
- Ale przecież zapłacili państwo do granicy z góry! - zaprotestował.
- Reszty nie trzeba - posłałam mu najmilszy uśmiech, na jaki było mnie w tej chwili stać, a gdy zatrzymał dyliżans, wyciągnęłam zdziwione towarzystwo na zewnątrz.
- Czemu? - Lilly zrobiła kwaśną minę.
- Popatrz na to tak - odpowiedziałam - Stoisz na pewnym gruncie i nie dzwonisz już zębami gdy się odzywasz.
- To jakiś argument - przyznała.
Spojrzałam wstecz - kobiety na koniu już nie było.

- Zzzimna woda - zadygotała Lilly, wsadzając jeden palec do właśnie odkrytej rzeczki.
- Chlap się, chlap - Ketris uśmiechnął się szeroko. - Orzeźwisz się i samopoczucie ci się poprawi.
Sam zdjął swoje wściekle niebieskie rękawiczki bez palców, nabrał wody w dłonie i obficie chlusnął sobie na twarz.
- A niech mnie! - Lilly otworzyła szeroko oczy. - Co... ty masz na rękach?!
- To? - bard pokazał wnętrze dłoni, na których znajdowały się rozległe blizny. - To... pamiątka po pewnym wydarzeniu sprzed czterech lat. Niezbyt miła pamiątka, więc ją ukrywam. - Na moment twarz mu pociemniała. Lilly aż się skrzywiła.
- Ciekawe pamiątki kolekcjonujesz - podeszłam bliżej. - A cztery lata to niewiele dla istot długowiecznych, więc pewnie miewasz jeszcze złe sny.
- Jak możesz?! - oburzyła się Lilly. - Jeszcze go dobijasz? Nie poznaję cię dzisiaj!
- To nic - Ketris uśmiechnął się i z powrotem założył rękawice. - Nie zamierzam nad tym płakać całe życie.
- I dobrze - mruknęłam. Stanęłam nad rzeczką i mocno wzburzyłam jej wody. Coraz większe fale zaczęły występować z brzegów, przez co nawet taka niewielka rzeczka zaczęła wyglądać groźnie.
- O tak, wyżyj się - powiedziała Lilly. - Wiesz, myślę, że przydałby się teraz taki czarny ptaszek, żebyś mogła sobie w niego strzelić.
W odpowiedzi z całym spokojem chlusnęłam strumieniem wody tuż obok niej, a potem padłam na trawę. Moi towarzysze usiedli przy mnie.
- Ketris, zagraj coś - poprosiła Lilly.
Zagrał piosenkę, przy której udało mi się odpłynąć w beztroskę.

1 X

Spadałam w dół, bardzo długo i szybko, a przestrzeń wokół mnie wirowała. A może to ja wirowałam? Wokół widziałam tylko ciemność, jeśli było tam coś poza nią, to nie miałam nawet czasu tego zauważyć. Dziwna rzecz, że nie wrzeszczałam ze strachu, bo przecież wysokość i spadanie zawsze mnie przerażało. Nagle zobaczyłam w dole jakieś światło. Z początku słabe, potem coraz bardziej widoczne, co wskazywało, że koniec mojego spadania już bliski...
Aż wreszcie blask oślepił mnie i pogrążyłam się w nim całkowicie.

Otworzyłam oczy z trudem, bo kręciło mi się w głowie niemiłosiernie. Znajdowałam się na scenie, a obok leżała Przekora Erlindrei. Poza mną i leżącymi na widowni ludźmi nie zauważyłam nikogo. Po Aeiranie i skrzydlatych istotach zniknął ślad.
Ostrożnie wstałam i odesłałam swój łuk, próbując pozbierać myśli. Zeszłam ze sceny i uklęknęłam przy najbliższej osobie - wbrew pozorom żyła, miała otwarte oczy i nienaturalnie rozszerzone źrenice. W pewnej chwili gdzieś z góry dobiegło stłumione wołanie:
- Co jest, umarliście?! - właścicielce głosu przydałaby się moja koniczyna, bo słabo ją było słychać.
- Lilly? - zawołałam, za późno przypominając sobie o nadprogramowych efektach dźwiękowych.
- Tu, na górze! I nie musisz się tak drzeć! - usłyszałam w odpowiedzi. Odpięłam wzmacniacz głosu i uniosłam głowę. Krzyk dochodził chyba z wieży - jedynego elementu zamku, który ostał się bez uszczerbku. Tylko, że nie posiadał żadnego widocznego wejścia. Mając nadzieję, że uda mi się utrzymać w powietrzu, rozwinęłam skrzydła i powoli podleciałam do góry. W wieży były tylko trzy malutkie okienka, a w jednym z nich ujrzałam podenerwowane oblicze Mezz'Lil.
- No, wreszcie! - odezwała się. - Przerzućże nas stąd na dół!
- Was? Kto tam z tobą jest?
- Bard - niemalże warknęła. - To historia na potem.
Teleportowałam się do środka bez problemu, a moja przyjaciółka rozświetliła otoczenie swoim zakleciem.
- Wylecieć stąd nie da rady - powiedziała. - Chyba żebym się przemieniła, ale wtedy zostawiłabym po sobie jeszcze większą ruinę niż jest.
- Czyżby ktoś, kto może nas stąd wyciągnąć? - ucieszył się bard, podnosząc się z podłogi. Miał brązowe włosy, sympatyczną twarz i lekko spiczaste uszy. Jego strój mienił się wieloma kolorami, nieźle bijąc po oczach.
- Znam twój głos. Śpiewałeś jako pierwszy - przypomniałam sobie. - Chyba cię potem poproszę o autograf, ale najpierw podejdźcie bliżej...
Zrobili jak powiedziałam i po paru sekundach byliśmy już na zewnątrz. Lilly od razu rozejrzała się po widowni i rzuciła zaklęcie oczyszczające o zwiększonym zasięgu. Leżący natychmiast zamknęli oczy i stopniowo zaczęły im powracać kolorki.
- To chyba wystarczy żeby obudzili się za jakieś pół godziny - oceniła Lilly fachowym okiem. - Ale aż zionęło tu aurą niebezpieczeństwa... Co się stało? - zapytała mnie. - Mało co mogłam zobaczyć oprócz jakichś czarnych cieni zlatujących w dół.
- Potem ci wyjaśnię - nie chciałam w to mieszać postronnej osoby. - W każdym razie wygląda na to, że Aeiran nas wystawił.
- Może to i lepiej - skwitowała.
- Ale powiedz jak trafiliście tam na górę - zainteresowało mnie.
- No cóż... - zaczęła Lilly. - Poszłam do pensjonatu odnieść te dzyndzle, a gdy wróciłam, zobaczyłam tego tutaj Ketrisa - wskazała na chłopaka - jak się rozgląda przy wieży. Zaproponowałam, że mu poświecę, jeśli czegoś szuka... A gdy rzuciłam czar, coś nagle wciągnęło nas do środka.
- Najwyraźniej jest tam portal reagujący na magiczne światło, pani - wyjaśnił bard, patrząc jej prosto w oczy. Był jej wzrostu, niższy od pełnokrwistych elfów.
- No i dalej mnie tytułujesz - mruknęła na to. - Nie mógłbyś zwracać się do mnie po imieniu?
- Mógłbym - odparł spokojnie - Tyle że dotąd mi go nie podałaś.
Zwinęłam się ze śmiechu.
- Ona nazywa się Mad... Miya, a ja Mezz'Lil - przedstawiła nas, poczerwieniała na twarzy.
- Mezz'Lil to piękne imię - rozpromienił się Ketris. - I piękna opowieść o miłości matki do dziecka...
- Znasz legendę o szesnastu kwiatach? - Trochę mnie to zdziwiło.
- W końcu jest bardem nie? - przypomniała Lilly - Będziecie mogli się wymienić opowieściami.
- Oj, nie wiem - półelf uśmiechnął się niepewnie. - Jestem bardziej muzykiem niż opowiadaczem.
- A znalazłeś to, czego szukałeś? - nie mogłam nie odwzajemnić uśmiechu. Ten chłopak miał dar zjednywania sobie ludzi.
- O, tak! - zawołał radośnie i wyciągnął coś z sakiewki przytroczonej do pasa. - W wieży znalazłem coś wartego uwagi!
"Coś" okazało się niewielką i pięknie rzeźbioną figurką, która przedstawiała postać otwierającą portal. Była zrobiona z czarnego kamienia, ciepłego w dotyku.
- To będzie moja pamiątka z Naderne - oznajmił Ketris, chowając figurkę z powrotem.
W tej chwili za nami rozległy się ostrożne kroki. Odwróciliśmy się szybko.
- Czy... Czy to się już skończyło? - z cienia wynurzyło się siedmioro ludzi różnej płci i wieku. Rozpoznałam komisję oceniającą; u jednego z nich zapisywałam wcześniej Lilly.
- To było straszne! - wykrzyknęła najstarsza z pań. - Czy oni wszyscy nie żyją?
- Śpią - uspokoiła ją Lilly. - Ale zawodnicy uciekli. Oprócz nas - zakończyła z dumą.
- A... To chyba pani miała następna śpiewać? - przewodniczący spojrzał na mnie zza okularów.
- Ja chyba jestem trochę... niedysponowana - odpowiedziałam z pewną ulgą. Faktycznie, ciągle nie czułam się najlepiej po utracie przytomności i zakręconym śnie. Dziwne, sny o spadaniu zwykle były dla mnie najgorszymi koszmarami, a ten wyjątkowo nie...
- Ale koleżanka czuje się dobrze - nie mogłam sobie darować.
- JA?! - przestraszyła się Lilly - J-ja dziękuję... Nie ma komu śpiewać, a jestem bez szans na nagrodę.
- I tak Ketris ma najlepszy głos z nas trojga - stwierdziłam, a on uśmiechnął się speszony.
- W takim razie musimy uwierzyć w to na słowo - uznało szanowne jury. Śpiewaczka z chryzantemami, nawiasem mówiąc, zwiała zanim zdążyła nadejść jej kolej.
- Skoro konkurs padł, część oficjalna może być mniej oficjalna. Proszę to przyjąć. - Przewodniczący wyjął zza pazuchy nagrodę - wejściówkę dla dwóch osób na Światowy Festiwal Teatru.
- Hura!!! - zwycięzca aż podskoczył z radości - Zobaczę największe sławy sceny w jednym miejscu i czasie!
Po tych słowach ukłonił się dwornie i pobiegł do wyjścia, a Lilly z pewną taką nieśmiałością ruszyła za nim. Uśmiechnęłam się do siebie i postanowiłam nie zostać w tyle.
- Bo, tego... - jąkała się właśnie Lilly, kręcąc palcami młynka. - Wiesz, my się właśnie wybieramy do Solen... To znaczy, nie chodzi mi o to, żeby...
- Chodzi jej o to, że chciałaby być tą drugą osobą, ale nie wyjść na taką, co się narzuca - wyjaśniłam, zrównując z nimi krok.
- Piękne dzięki za pomoc - burknęła.
- Ależ będzie mi bardzo miło! Tylko chyba zostawilibyśmy cię na lodzie - Ketris spojrzał na mnie zmartwionym wzrokiem
- Ja sobie poradzę - zapewniłam. - Może spotkamy się na rynku jutro... czy raczej już dziś po południu i razem opuścimy Creyone? O ile nic cię już tu nie trzyma...
- Nie, skąd - uśmiechnął się szeroko - Jeśli mamy dotrzeć do celu na czas, musimy wyruszyć jak najszybciej.
- Ale przecież możesz... - zwróciła się do mnie Lilly i urwała.
- Albo nie - odezwała się po chwili. - W końcu zawsze możemy złapać okazję.