19 VIII

Mój nastrój - a może raczej natchnienie - nadaje się raczej do zapisywania przemyśleń albo normalnych dni z normalnego życia. Co w żadnym razie nie znaczy, że banalnego; kto się interesuje światem, ten zawsze znajdzie coś ciekawego, co mógłby uwiecznić na papierze. Mimo wszystko jednak normalnego. Może więc powinnam była zostać z resztą przyjaciół i smokami, pomagając im przy przeprowadzce? Teraz dopiero J przyszło do głowy, że chętnie by taką przeprowadzkę zobaczyła. Ale trudno, po ptakach. Jesteśmy już w jej świecie, w "naszym" mieście, spędzając czas na spacerach po parku, pod pretekstem badania aury magicznej. Każdy pretekst dobry, nie? Chodzimy we czworo, pilnując, żeby w Taranisie nie odezwały się stare nawyki i żeby nie zniknął w pierwszym napotkanym aparacie telefonicznym. On jednak ani myśli zwiewać - rozgląda się wkoło z wyrazem zamyślenia, a może zadziwienia... Tylko czekać, aż zażąda wyprawy do Abd-Hadilu i powtórzenia słynnej burzy.
Marzy mi się już jesień, czy jestem jakaś dziwna? Może i kolorystyka byłaby wtedy bardziej adekwatna do mojego nastroju, ale już druga jesień tutaj?... Chyba wystarczy, że już drugi sierpień.
Ale przynajmniej od razu miły pensjonat, z pominięciem kliniki.

Jesteśmy tu od przedwczoraj, ale dopiero dzisiaj przyjechała Aislinn, wyczuwszy nasz powrót. Ellil trochę z niej pokpiwał, że zamiast przyturlać się swoim "rzęchem", mogła przecież pojawić się majestatycznie w błysku światła. Albo przynajmniej skorzystać z jego samochodu, skoro już zostawił go pod jej opieką. Tu trochę przeholował, bo wyśmiała go z góry na dół - że niby w życiu nie dałby "Pędziwiatra" osobie, która nie wie, jak go prowadzić. To znaczy, szybko i szaleńczo.
- A Xai gdzie? - zmartwiła się J. - Naprawdę wszyscy sobie olewają, że tak się za nimi stęskniłam...
- Jestem ostatnią osobą, która mogłaby wiedzieć, gdzie podziewa się ten drań - Aislinn wydęła wargi. - Mam swoje zajęcia, a on ma swoje.
- Wykopaliska mogłyby jeszcze chwilę poczekać, kiedy nad światami wisi zagrożenie - westchnął Ellil dramatycznie.
- Toteż czekają. Przez ostatnie tygodnie zajmowałam się wyszukiwaniem bóstw, które do dziś ostały się w jednym kawałku.
- O! I coś znalazłaś? - ucieszył się. - Oprócz tej szurniętej wiosny, znaczy. Mam wrażenie, że wszystkie wiosny światów są ostro szurnięte.
- Znaleźć znalazłam, choć brakuje mi jeszcze jednego delikwenta... - skrzywiła się bogini, a J uśmiechnęła się z zakłopotaniem i schowała się za mnie. - Ale największy problem mam z potrząsnięciemi nimi porządnie i zebraniem w jednym miejscu.
- Tchórze - parsknął Taranis pogardliwie.
- Coo? - Ellil obejrzał się na niego. - Bo chyba się przesłyszałem. Hipokryto.
- Hipokryto? - elektryczne (i elektroniczne) bóstwo wcale się nie zdenerwowało. Wcale a wcale. - Jeśli ktoś zdoła przemówić do rozsądku jakimś szczątkowym siłom nadprzyrodzonym, to tylko ja. Najlepiej wiem, co mogą czuć.
- Nie podejrzewałem, że akurat ty okażesz się znawcą czyichkolwiek u c z u ć.
- Spokój!! - Aislinn przywołała ich do porządku, ale obaj zrobili miny cierpiętników. Cóż, ja i J stałyśmy bliżej niej, nasze uszy ucierpiały bardziej.
- Jeśli o to chodzi, przydacie mi się obaj - powiedziała aksamitnym głosem. I wcale ich tym nie pocieszyła.

- Ale ja ich do czegoś innego chciałam wykorzystać! - marudziła J, kiedy już zostałyśmy same.
- Do czego? - zainteresowałam się. - Skoro waszemu światu nic już nie zagraża, równie dobrze mogą się zająć zbieraniem reszty bogów. Przywracaniem magii, przynajmniej w miarę możliwości.
- To, że Aislinn nic nie wie o żadnym zagrożeniu, nie oznacza, że takiego nie ma!
- Nie wpadaj w paranoję. I tak jedyną osobą, która może dać sobie radę z twoim wrogiem, jesteś ty sama.
- Nigdy nie miałam wrogów. Jeśli już, to sama mąciłam z ukrycia - nie ustawała. - Poza tym jedziemy przecież na elfy. Nie będzie nas tu.
- Tym lepiej. Może smarkaczowi się znudzą podchody i przyjdzie ci wreszcie powiedzieć dzień dobry. I przy okazji zburzy tym elfom kawałek świata.
- No co ty? - zdziwiła się J.
- Co, co ja? - wzruszyłam ramionami. - Sama twierdzisz, że elfy są wredne.
- Ale sama chciałam, no...
- Tobie zawsze zostanie Wędrująca Ciemność - mrugnęłam do niej.
- Racja! - przypomniała sobie. - Dam ją Shyamowi do zabawy, ucieszy się... Właśnie, jego też trzeba dorwać. Chcesz się podjąć tej szlachetnej misji? Chyba masz do niego lepsze podejście niż ja.
- Przyznam, że mam wielką ochotę pogadać z Shyamem - pokiwałam głową. - Też mam jedno małe pytanko.
- Czy to, które już dawno powinno zostać zadane? - domyśliła się, a gdy skinęłam głową, dodała: - Aż dziwne, że nie spytałyśmy go o to już dawno temu.
- Czemu dziwne? W tym stanie, w jakim kiedyś był, na pewno nie wyjawiłby nam nic poza tymi ochłapami, które musieliśmy sobie sami interpretować, chyba wiesz.
- Czy na pewno? - przekrzywiła blond główkę z zadumą. - A może po prostu wtedy odpowiedź byłaby inna? I wszystko potem okazałoby się inne?
- Rzeczywistości bywają tak zmienne, że za nimi nie nadążamy, ale tym razem nie sądzę, by o to chodziło. Bo spodziewasz się konkretnej odpowiedzi, prawda?
- Biorę ją pod uwagę - westchnęła J. - Ale właściwie wolałabym nie wiedzieć.

17 VIII

Siedziałam tak blisko modelu światów, że prawie dotykałam nosem miniaturek, w które się wpatrywałam.
- I tutaj mamy zacząć szukanie? - wskazałam coś, co przypominało pierścień asteroid. - Stadko światów pełnych elfów? Wygląda to trochę jak domena wewnątrz domeny.
- Tym ciekawsze będzie nasze zadanie! - skomentowała entuzjastycznie J.
Ja tymczasem zainteresowałam się prawym... No, wschodnim skrajem modelu. Mianowicie wizerunek przestrzeni kończył się czymś w rodzaju srebrnoszarej mgiełki. Mogła to być umowna granica albo też tak gęste skupisko światów, że trudno rozróżnić...
- To? To są Szare Światy - wyjaśniła J, kiedy zapytałam. - Są paskudne, dzikie i najczęściej się z nich nie wraca. Jeśli się chce opuścić domenę, to na pewno nie przez tę granicę.
- Interesujące - szepnęłam. - Zawsze tam były? Nie pamiętam, bym je wcześniej widziała.
- Jasne, że zawsze! Możesz podawać w wątpliwość własną pamięć, ale odczep się od mojej!
- Po prostu mnie ciekawią. Cała chmara dzikich światów? Jakieś Dzieci Chaosu za długo się tam bawiły?
- Nawet Dziecko Chaosu nie miałoby tam czego szukać - wyglądało na to, że J nie ma ochoty ciągnąć tego tematu.
Pozostało mi zająć się ostatnią pilną sprawą...

- To jest do zrobienia - osądziła Lona. - Polecimy do świata, który nam znalazłaś i znajdziemy odpowiednie miejsce.
- A potem Djellia nas do niego przeniesie - ucieszyła się Caranilla.
Sama zainteresowana uśmiechnęła się, ale widać było, że trochę się jednak denerwuje. Może obawy siostry i przyjaciół zasiały w jej sercu wątpliwości?
- Słuchaj, na pewno nie chcesz, żebym wzięła w tym udział?
- Ty powinnaś ruszać jak najszybciej - pokręciła głową. - Twoje poszukiwania przysłużą się nam wszystkim, wiesz.
Wiedziałam, choć dopiero teraz dotarło to do mnie z całą mocą. Odwzajemniłam uśmiech.
- A tylko spróbuj zgubić - ostrzegłam, wpychając Djellii w ręce pudełeczko z miniaturą światów. Bądź co bądź, obok rysunków Geddwyna, właśnie ta rzecz łączyła mnie z domem. Nawet jeśli obecnie wyglądała troszkę inaczej.

16 VIII

Tym razem nie zdążyli zakrzyczeć Djellii, bo w porę (a może właśnie nie w porę?) się wtrąciłam:
- Czemu zachowujecie się jakby to było niemożliwe? Nic, co utkwiło w międzysferze, nie jest niemożliwe do wyciągnięcia z niej. Nawet góry ze stadem smoków, jeśli się postarać.
Cała załoga "Nefele" spojrzała na mnie jak na komendę. Także Muirenn i Caranilla, które stały po obu stronach Djellii, jakby chciały ją ochronić.
- Nawet jeśli ktoś się wcześniej wcale tym nie zajmował?! - syknęła Leesa. - Uświadom ją, że może zrobić sobie krzywdę!
- Ależ nikomu nie musi stać się krzywda - zdumiałam się. - Wszystkiego przypilnuję i...
- Ty przecież jutro wyjeżdżasz - weszła mi w słowo Djellia.
- Że co?...
- No, J się chwali wszystkim dokoła, że jedziecie pobawić się elfami.
- Najpierw niech mi powie, gdzie konkretnie jedziemy - prychnęłam. - Na razie mogę wam poszukać jakiegoś miłego świata z jeszcze nie odkrytym obszarem w sam raz dla smoków.
- Dobrze - ucieszyła się Muirenn. - A potem możecie już jechać. Ja i Caranilla pomożemy tej uroczej panience, więc spokojna głowa.
- To niedorzeczne! - zdenerwowała się Lona. - Nawet jeśli Djellia pozwoliła wpuścić sobie do głowy umiejętność przemierzania wymiarów, to zawsze będzie o b c a wiedza!
- Ja bym nawet zobaczył, co z tego wyniknie - mruknął Kylph. - Ale Lee by mnie zabiła, czyli ryzyko jest zbyt wielkie.
- Ciebie? Najpierw Deuce'a Gershoma - pokręciła głową potencjalna zabójczyni.
- To beznadziejne - Lona spojrzała błagalnie na pół-smoczycę i arcymaginię. - Nie mogłybyście jej po prostu w y j ą ć tej rzeczy? Wtedy dałoby się z niej skorzystać bez kłopotów.
- Wyjąć, jak powiadasz, może tylko ten, kto ją tam włożył - powiedziała łagodnie Muirenn. - A ten ktoś z pewnością się postarał, żeby Djellii nie stała się krzywda.
- Skąd możesz to wiedzieć? - zapytała podejrzliwie Leesa.
- Z tego, co mówiła Djellia, wynika, że ten artefakt tkwił w jej umyśle od paru lat - odparła Caranilla - Dlaczego dotąd nie rozsadził jej głowy? Albo przynajmniej nie odebrał zmysłów?
- No... Bo był zblokowany?
- Nie był - powiedziała przez zęby milcząca od dobrej chwili Djellia. - Dopiero ci wariaci z Wędrującej Ciemności uświadomili mi, że w ogóle coś takiego mam. I skoro one uważają, że mogę tego użyć, to m o g ę.
Dyskusja nie miała się skończyć tego dnia, o czym szybko się przekonałam.
Potężny artefakt, na który mają chrapkę nawet bóstwa? Nie mogę wyjść z podziwu, że Deuce potrafił umieścić go w umyśle Djellii. Ciekawe, komu do zwinął. I dlaczego ten ktoś go nie szuka...

15 VIII

Może i niedobitki nie utraciły wspomnień, ale jakoś przestały się przejmować zniknięciem swojego świata. A już na pewno smoki przestały; ludzie wpadli w stan spokojnej rezygnacji i tylko elfy są ciągle czujne jak przed atakiem wroga. Nicość podeszła pod góry i zatrzymała się na barierze autorstwa J, co było do przewidzenia. Ocalały skrawek świata wygląda teraz jak wyspa na morzu międzysfery. Albo jak tratwa.
Dziwne to wszystko. Byłam skłonna uznać, że rzeczywistości też czasem potrzebują uporządkowania i załatania dziur fabularnych (i choćby dlatego moja własna mnie zostawiła poza swoim obrębem), ale żeby w taki sposób? No dobrze, może gdzieś tam giną światy, a inne, od dawna martwe, nagle zaczyna porastać trawa. Ale jakkolwiek światy zaczynają się z niczego, jak to ustanowił Stwórca, tak powinny się kończyć porządną apokalipsą, a nie powrotem do nicości. W tym miejscu wypadałoby mi się ochrzanić - dlaczego akurat ja się troszczę o to, jak p o w i n n o być? Ale faktem jest, że do tego świata podchodziłam na tyle osobiście, na ile sobie pozwalałam, mam więc prawo być zirytowana.

Pogubiłam się w tych grotach; szukałam Caranilli, a napatoczyłam się na Diarmaida, zwołującego naradę. Pół-smoczycę zatem spotkałam później, w towarzystwie nieodłącznej Calene; podobnie Muirenn i Laderica, a na koniec przyszła również Lona. Nie miałam nic przeciwko posiedzeniu tam chwilkę i posłuchaniu, co sądzą o całej sprawie, ale przedtem Diarmaid nie mógł sobie darować i z właściwą sobie dwornością - ale i szczerością - złożył swoje przeprosiny. Z jego słów nie bardzo zrozumiałam czy żałuje, że widzimy się w tak niefortunnym momencie, czy że tak długo był w terenie, zamiast poświęcić uwagę gościom; w każdym razie sama chyba nie wpadłabym na to, by za coś takiego przepraszać. Powiedziałam mu to, dodając, że właściwie sam tu jest gościem, więc niech się trochę rozgości, zamiast brać na siebie całą odpowiedzialność.
- Nie pora teraz, by przed nią uciekać i zapominać! - zaprotestował od razu, a potem dodał niepewnie: - Jak myślisz, pani, czy mój brat zapomni?
- Skoro zniknął ze światów i pozwolił na zniszczenie waszego domu, pewnie już dawno zapomniał - orzekłam bezlitośnie. Czasem myślę, że gdybyśmy się spotkali w innych okolicznościach, nie irytowałby mnie aż tak; z drugiej strony nie bardzo mam pomysł, jakie to mogłyby być okoliczności.
- Może to naturalna kolej rzeczy - westchnął. - Razem z naszym światem zniknęło nasze przeznaczenie.
Od razu pomyślałam o kilku osobach, które zabrałam z ich światów, a wyszło im to na dobre. Co prawda zakłuło mnie przy okazji wspomnienie o Tarquinie, którego straciłam z oczu; do tego opowieść mieszkańców Sativoli pozostała niedokończona... To im zabrano świat, nie odwrotnie.
- To nie może być aż takie ostateczne - wtrącił Laderic, który właśnie przyszedł i usłyszał naszą rozmowę. - Siła zdolna wymazywać światy z rzeczywistości może równie dobrze nakreślić nam nowe przeznaczenie. Nowe miejsce.
Czy powinnam powiedzieć im o przedziwnej białej konstrukcji, którą kiedyś nazwą Zamkiem Nadzieja, a którą zobaczyłam niedawno w przebłysku natchnienia? Nie zrobiłam tego, bo za bardzo kojarzyło mi się z przesądzaniem losu, ale mogłoby ich to pocieszyć. Wizja była jednak tak słabo określona, że lepiej niczego nie zapeszać.

- Ty tutaj wierzysz w takie wariactwa jak to - zagadnęła mnie dzisiaj J, która widziała, a nie dowierzała. - Jak sądzisz, jeśli zdejmę osłonę, ten skrawek też zniknie?
- Nie mam pojęcia - mruknęłam. - Ale bez obaw, my się pewnie ostaniemy. Nie jesteśmy częścią tego świata.
- Nie o to chodzi! - prychnęła. - Po prostu słyszałam jak Djellia dzieliła się z Leesą i Kulfonem planami przeniesienia gdzieś tych gór, żeby tak nie dryfowały w próżni. Ale oni ją zakrzyczeli.
- To może być ciekawe - uśmiechnęłam się szeroko. - Raz już udało mi się przenieść całą gromadę smoków z jednej domeny do drugiej, ale nigdy nie próbowałam tego z miejscem...
- Ej, a zapomniałaś już, że miałyśmy stąd prysnąć? - obruszyła się J. - Ja nie jestem zbawczynią cudzych światów! Ja chcę tylko wpaść do własnego i sprawdzić, co tam słychać, a potem zapolować na elfy! No, w międzyczasie mogłabym też podbić Wędrującą Ciemność - dodała po namyśle. - To znaczy, pobawić się w niej.
- Ciekawe, jak byś to zrobiła...
- A co, nie ufasz moim umiejętnościom? Czy może przewidujesz, że ci paskudni bogowie mają do odegrania jeszcze jakąś ważną rolę? - zainteresowała się. Nie pytałam, ale nie ulegało wątpliwościom, że jakoś obserwowała mój pobyt w Wędrującej Ciemności. A przynajmniej podpatrywała przez dziurkę od klucza.
- Mam nadzieję, że jednak nie - skrzywiłam się. - Jeśli w światach ma istnieć jakaś Ciemność, wolałabym, żeby to była ta, którą znałam wcześniej.
- A czemu?
- Bo tam jest ładniej - wzruszyłam ramionami. - A tamtejsze bóstwa mają może zwichrowaną osobowość, ale lepsza taka niż żadna.

13 VIII

Krwawili z wielu ran - co prawda płytkich, bo oboje byli jednakowo zwinni i łatwo szły im uniki. Nie wyglądało na to, by w najbliższym czasie któreś z nich miało paść trupem. Sporo smoków okazywało znudzenie; tak naprawdę zdenerwowana była tylko Calene, która a to przyciskała dłonie do obfitego biustu, a to chowała w nich twarz. Dziwne, że nie podrapała się tymi czarnymi pazurkami... I że w ogóle była w ludzkiej postaci.
Dziwniejsze było jednak, że na ten właśnie kształt zdecydowali się Caranilla i Jaleel. Nie używali nawet skrzydeł by wzbić się w powietrze, a zamiast kłów, pazurów i mocy stosowali jakieś długie, ostre dziabaki. To przewodniczka wyznaczyła sposób walki, miała do tego pełne prawo. Może uważała, że przeciwnikowi będzie trudniej w "nieswojej" postaci? Srebrne smoki shael'leth nie miały w zwyczaju grać czysto.
Moi towarzysze podróży i dawni mieszkańcy pałacu też tam byli i przyglądali się walce z napięciem, a przynajmniej (w przypadku J i Kylpha) z wesołym zaciekawieniem. Nie próbowali się wtrącać - gdyby interweniowali, zostaliby w najlepszym razie wykopani ze smoczej siedziby. Najgorszy raz raczej nie miał racji bytu, skoro po swojej stronie mieliśmy J czy choćby Muirenn. Stali zatem i patrzyli. Już od dwóch godzin, jak się dowiedziałam zaraz po powrocie. I jeszcze nic się nie rozstrzygnęło...
- Takie pojedynki potrafią trwać i kilka dni - wyjaśniła Calene drżącym głosem. Zdecydowanie trzymała stronę Caranilli - szanowała ją, poza tym nie chciała zostać uległą samiczką Jaleela, który od dawna miał na nią oko. Przy obecnej przewodniczce czuła się pewniej i bezpieczniej - uczucie raczej nieznane takim istotom jak ona.
Może i trwałoby to nieprzerwanie przez następne kilka dni, gdyby nie tętent kopyt, zapowiadający zmiany (ach, jak to dramatycznie brzmi)... Bo w pewnej chwili między smoki wjechał na koniu jego wysokość Diarmaid Gemedes w otoczeniu trzech elfów i nie oznajmił wszem i wobec, że świat znika.
No dobrze, może nie zabrzmiało to aż tak dramatycznie...

- Jakie to dziwne - szepnęła zamyślona J. - Kiedy mój własny świat miał kłopoty, musiałam szukać pomocy z zewnątrz. A teraz nagle ratuję cudzy.
- Nie ratujesz - sprostowała kwaśno Muirenn. - Powstrzymujesz nieuniknione.
Jakkolwiek to nazwać, mieliśmy nadzieję, że osłona rozsnuta wokół smoczych gór okaże się skuteczna. Według Diarmaida i jego świty świat znikał w błyskawicznym tempie i zostali w jednym kawałku tylko dzięki elfiej magii.
- Wasza wysokość uciekał jak tchórz, kiedy jego królestwo się rozpadało?! - rozsierdził się kapłan, który dotąd tylko czekał, by móc komuś ciosać kołki na głowie. - Kiedy jego poddani ginęli?!
- Nikt nie ginął - uciął Diarmaid. - To było... Jak antykreacja. Nicość. Wszystko nagle przestawało istnieć, jakby nigdy tego nie było.
- Jakby nigdy nie było - zadumał się Laderic. - Czy to znaczy, że jeśli przeżyjemy, zniknie nam z umysłu pamięć o tym świecie?
- Kto wie - szepnęła Caranilla. - Ale kim wtedy będziemy?
- Ty i tak będziesz ciągle miała wspomnienia sprzed przybycia tutaj - przypomniała jej Calene, mimo wszystko zadowolona, że pojedynek został przerwany. Podobnie jak większość smoków - nawet nie dlatego, że popierały Caranillę, po prostu nie uśmiechało im się patrzenie na zmagania dwóch małych ludzików.
- Już sama idea ratowania przeze mnie jakiegokolwiek świata jest... Dziwna - ciągnęła dalej J - I nawet nie wiem, co mam o tym sądzić! Na taki głupi sposób niszczenia światów nie wpadłoby nawet Dziecię Chaosu!
- Martwisz się, bo opóźni się nasze polowanie na elfy - domyśliłam się.
- Wcale nie! Mogłabym tę osłonę tak zostawić... I sprawdzić czy ta nicość się przez nią przedrze. Ale pewnie skończymy przerzucając wszystkich ocalałych w bezpieczne miejsce... Twoimi portalami.
- Światy bezustannie zaczynają się i kończą - zauważyła Lona. - Nie powinno być w tym nic dziwnego.
- Ale na pewno nie w taki g ł u p i sposób!
- Może to dlatego, że w historii światów zabrakło jednak dla nas miejsca? - odezwał się Laderic. - I teraz Wielki Pisarz Dziejów wymazuje nas gumką?
- Nas nie wymaże - prychnęła Muirenn. - Pozostaniemy nie do usunięcia, jak taki wredny kleks.
Doszłam do wniosku, że nasze przypuszczenia bardzo się zgadzały. Nie zdziwiłabym się, gdyby cała ta niedorzeczna sprawa wynikła z zaledwie przewidywanych przeze mnie zmian rzeczywistości? Pewne rzeczy powinny ustąpić innym a srebrne smoki Chaosu pozostać wymarłe?
Naprawdę, to zbyt niedorzeczne nawet jak dla mnie. I w dodatku przynosi mi całe stado skotłowanych w głowie wizji, co też mogłoby istnieć z a m i a s t tego świata. Może się jeszcze obudzimy i okaże się to snem?

12 VIII

Nawiedziło mnie szalone marzenie, by zaszyć się gdzieś w samotności, a opowieść zostawić, by biegła swoim własnym torem. To jednak nie jest wykonalne - jakoś nie do końca świadomie obiecałam J, że wybierzemy się wkrótce na wyprawę w celu poobserwowania świata elfów, z którego pochodzą obiekty naszego zainteresowania. Nie pytałam jej, skąd wie, że to będzie ten właściwy świat - pewnie ma swoje własne wizje i sugestie opowieści, tak jak ja miewam swoje. Zresztą ja też mam zamiar rozpocząć wtedy swoje własne poszukiwanie, tylko jeszcze nie do końca mam ideę, co lub kogo chcę znaleźć. Wszystko chyba przez to wrażenie, że pusta książka woła, bym ją zapełniła.
Postanowiłam przynajmniej wyrwać się na chwilę i dowiedzieć się o nadawcę ostatniego rysunku. Skorzystałam z okazji, kiedy całe towarzystwo rozpierzchło się we wszystkie zakamarki gór i grot... A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie dołączyła do mnie Djellia - żeby pokazać mi kierunek do Biura Rzeczy Znalezionych - oraz Ellil - bo tak. Zniknęliśmy niezauważeni, choć wiedziałam, że w końcu ktoś to odkryje i może nawet się domyśli powodów.

Biuro okazało się prywatnym wymiarem, jak Biblioteka na Pograniczu czy choćby moja herbaciarnia. Niby nie miało drzwi, a jednak kiedy znaleźliśmy się w środku, Ellil o mało nie przewrócił się o grubą, kolczastą wycieraczkę. Zirytowany uznał, że dalej będzie szedł w powietrzu - co jednak też było niebezpieczne, bo z sufitu zwieszały się rozmaite dzwoneczki, żyrandole i patelnia. Dlaczego nie wykorzystano jej w jakimś sensownym celu, tego nie wiedziałam, ale powróciło do mnie tamto miłe poczucie absurdu i uznałam, że to tylko lepiej.
Przyjęła nas sekretarka, czerwonoskóra demonica w schludnym kostiumiku i z grymasem sygnalizującym, że nie bardzo lubi swoją pracę. Wyjaśniła nam prosto z mostu, że ona sama nie ma głowy by pamiętać, kto, kiedy i po co się tu zgłasza, więc powinniśmy porozmawiać z jej przełożonym. Zaprowadziła nas do niego długą drogą przez mnóstwo schodów i przestrzennych magazynów, wyglądających jak większe wersje rupieciarni Jyoti. Uwijali się tam pracownicy z wszelkich możliwych ras, to zapakowując, to wypakowując nowe rzeczy.
Znaleźliśmy się w końcu w ciasnej klitce, na wyposażenie której składał się czajnik i zawalone papierzyskami biurko. Za biurkiem tym, na obrotowym krześle, siedział gnom w okularach i wypełniał dokumenty z taką prędkością, że ledwo widziałam pióro.
Djellia dyskretnie chrząknęła, a wtedy gnom zauważył naszą obecność i uśmiechnął się z roztargnieniem.
- Dawno tu pani nie było - odezwał się jak do starej znajomej. - Po co tym razem się pani zgłasza? Co prawda nie jesteśmy firmą kurierską, ale w nagłych przypadkach zawsze...
- Tym razem to nie ja mam sprawę - przerwała Djellia, popychając mnie lekko do przodu. Zaskoczona byłam, że na mój widok gnom ucieszył się równie mocno.
- No no, jak miło znowu panią widzieć! Chociaż... Czyżby przesyłka nie dotarła?
- Ależ dotarła - zaprzeczyłam słabo. - Jednak bardzo chciałabym dowiedzieć, kto ją nadał. Nie spodziewałam się jej.
- Był tu jeden z naszych stałych gości, taki, który co chwilę coś gubi... Ale tym razem przyprowadził znajomą i to ona chciała oddać pani zgubę. Dobrze panią opisała, szczęście, że od razu wiedziałem, o kogo chodzi. Mówiła, że trzyma ten obrazek od paru miesięcy i wypadałoby go jakoś zwrócić...
- Zaraz, bo nie nadążam - skrzywiłam się. - S k ą d pan wiedział, o kogo chodzi?
- Jak to skąd?! - gnom omal się nie obraził. - Była już tu pani przecież w poszukiwaniu jakiegoś... Klejnotu? Tak, to chyba o to chodziło. Dobrze zapadła pani w pamięć sekretarce, oj tak...
- Miya ma chyba na myśli, że nigdy wcześniej tu nie była - wtrącił Ellil. - Nawet nie wiedziała o takim miejscu, póki Djel jej nie pokazała drogi.
- Nie? A, to przepraszam. Może w takim razie dopiero tu pani przybędzie. Mamy ciągle takie urwanie głowy, że już nawet czas nie jest tym, czym powinien.
- Jak wyglądała ta znajoma? - zapytałam. Poświęciłam wcześniej trochę czasu by przemyśleć poszlaki. - Miała kasztanowe włosy i okulary? I taką belferską prezencję?
- Ogólnie się zgadza - potwierdził gnom. - Tyle że zamiast belferskiej prezencji miała raczej tremę. Trzymała biednego pana Heitwarta pod rękę tak mocno, że omal mu jej nie urwała.
- Gdzie mogę ich znaleźć?
- Och, on obraca się to tu, to tam. Nigdzie długo nie zagrzewa miejsca. Co do owej pani, tego już nie wiem.
Skinęłam głową z rezygnacją. Właściwie nie spodziewałam się niczego więcej, zwłaszcza przy obecnym nagromadzeniu wątków byłoby to niewygodne. Mogło jednak definiować obiekt moich przyszłych poszukiwań - albo wręcz przeciwnie, wykluczyć...

Cały czas nie opuszczało mnie uczucie, że byliśmy tam za krótko. Że mogłabym jeszcze chwilę pobyć gdziekolwiek poza Sativolą. Nie to, żebym miała coś przeciwko tej nowej podróży czy nawet wpadaniu co chwilę na Muirenn i Laderica w wersji "Para Sezonu". Nie miałam jednak ochoty wracać w góry i dowiadywać się, że Jaleel wreszcie wyzwał Caranillę na wyczekiwany pojedynek o tytuł przewodnika. Czy raczej do ostrej walki bez żadnych zasad...

11 VIII

Wczesnym rankiem zbudziła mnie przesyłka, spadając mi na twarz jak jakiś przerośnięty liść. Zerwałam się z wrażeniem, że Tenari przeprowadza na mnie zamach moim własnym jaśkiem, ale oczywiście nadal nie byłam w domu, tylko w siedzibie smoków. I obudziłam dziewczyny, spadając ze swojego posłania.
Przesyłkę obejrzałam dokładniej dopiero, gdy się jako tako doprowadziłam do ładu. Była w szarej (czytaj: brązowej) kopercie, zaadresowanej do "tajemniczej wędrowniczki po koszmarach"... W dodatku ze wściekle żółtą pieczątką biura rzeczy znalezionych. Powiało mi absurdem rodem z mojego ulubionego świata, który jednak tutaj nie istnieje. Co nie znaczy, że nie istnieją jakieś inne miejsca zbudowane z dziwnego poczucia humoru. Dwie i pół dodatkowej pary oczu patrzyły z zaciekawieniem jak otwieram kopertę, sama jednak nie czułam specjalnej ekscytacji, mimo (a może właśnie dlatego) że byłam pewna, co znajdę w środku. Kolejne dzieło Geddwyna. Naprawdę nie ma co się dziwić takimi rzeczami - one po prostu się zdarzają.
Rysunek wysunął się z koperty "twarzą" w dół, ale zamiast tytułu zobaczyłam na odwrocie słowa skierowane bezpośrednio do mnie. Oj, teraz to już mogłam zacząć się przejmować - to był dla mnie dowód, że nadal istnieję. Znajome bazgroły układały się w taki oto optymistyczny tekst:
Może to Cię porządnie zmotywuje do realizacji niecnych planów uduszenia mnie? T. N. I. Geddwyn.
Po takim wstępie nie spieszyłam się z odwracaniem kartki, ale kiedyś w końcu trzeba było. A co było na drugiej stronie? Przede wszystkim kamienna ściana i ciężkie czarne drzwi, i schody, a w oddali kamienista plaża. Czy raczej sugestia kamienistej plaży. Pod drzwiami nie rzucająca się w pierwszej chwili w oczy postać, zwinięta w kłębek jak pies na wycieraczce. Chyba śpiąca.
- To twój dom? - zapytała Leesa, nie wiedzieć dlaczego szeptem.
- Coś ty - prychnęła jej siostra. - Siedziałaby tak pod własnymi drzwiami?
- Do mojego kochanego gniazdka nie prowadzą żadne drzwi - westchnęłam. - A na tym rysunku najwyraźniej czekam aż właściciel domu zlituje się i mi otworzy. Skoro tak długo mnie nie było, to równie dobrze mogę jeszcze chwilę poczekać, nie?
- Chciałabym go poznać - wyznała nagle Djellia. - Tego Geddwyna. Taką artystyczną duszę ma.
- Nieźle byście razem wyglądali - nie mogłam się nie uśmiechnąć. - Oboje kolorowi aż do przesady, on wykolczykowany, ty wywisiorkowana...
- Jaki on jest? - spytała Lona. - Wygląda na to, że zna cię na wylot.
- Oj, zna - westchnęłam. - Wyczuwa moje nastroje jeszcze przede mną, przez co nawet nie zdążę się porządnie wyżalić. I ma artystyczną duszę, ale podobno potrafi też być sadystycznym despotą. I można z nim poplotkować o facetach.
- Fajnie! - ucieszyła się Djellia
- ...Co? - Leesa zrobiła minę jak po cytrynie. - Zresztą, Djel, nie masz co marzyć o spotkaniu tego pana. Jak tylko Miya stąd odejdzie, pewnie przestaniemy istnieć.
- A to dlaczego? - zdziwiłam się. - Macie jakieś poczucie, że ziściłyście się dopiero rok temu?
- No... Nie - mruknęła. - Ale skąd mam wiedzieć, może właśnie ziściłyśmy się już z kompletem wspomnień?
- I cała rzeczywistość z wami? - zadrwiłam. - Nie ma mowy, nie jestem taką stwórczynią. Nawet moja wyobraźnia nie przewidziałaby Dzieci Chaosu, a instynkt samozachowawczy nie pozwoliłby mi wymyślić typa z tą przeklętą koroną.
- Za to z pewnością wymyśliłabyś mi odnalezienie Taenena i Vissyi - Lona mrugnęła do mnie z szelmowskim uśmiechem, co mnie zaskoczyło. Jeśli już mówiła o swojej rodzinie, to nigdy w tak dobrym humorze.
- Swoją drogą, macie pomysł, skąd to mogło przyjść? - jeszcze raz obejrzałam sobie kopertę. - Tym razem mogłabym sprawdzić, kto mi to wysłał... Dziwne, że dotarło.
- Dziwne? - podchwyciła Djellia. - Nigdy nie wspominałaś o swoim wędrowaniu po koszmarach. Będziesz musiała to nadrobić.
- Wielkie dzięki...

9 VIII

- Ustalmy jedno: niepotrzebne mi okruchy ostatnich wydarzeń! - marudziła J nie pierwszy raz. - Domagam się epickiej opowieści z batalistycznymi opisami!
- Wiesz, że brzmisz jak dziecko nad wiek rozwinięte, a do tego przemądrzałe? - uśmiechnęłam się. - Nigdy nie myślałaś, by poprawić sobie postać na ciut starszą?
- Po co? Dzieckiem pozostanę tak czy inaczej - prychnęła. - A w ogóle to nie zmieniaj tematu.
- Nie do mnie te reklamacje, tylko do Muirenn i Caranilli - wzruszyłam ramionami. - Zresztą ty też masz mi coś do opowiedzenia, pamiętasz?
- Nie pamiętam - zdziwiła się szczerze.
- Mówiłaś, że poszłaś popatrzeć na tego... Ametystowego smoka, tak? I dopadły cię jakieś wizje.
- A, tamte - przypomniała sobie. - No właśnie... Widziałam ciebie, jak karmisz tego biednego smoka marchewką. A ja sama miałam takiego czerwonego złośliwca. Było jeszcze mnóstwo innych szurniętych ludzi i nieludzi, i smoków. Tworzyliśmy na nowo pewien zniszczony świat...
- Ty też tam byłaś?
- Sama nie wiem. Chyba po prostu patrzyłam czyimiś oczami na to wszystko. Nigdy nie mówiłaś, że miałaś takie fajne przygody w swojej rzeczywistości! - nachmurzyła się dziewczynka.
- Nie miałam - westchnęłam. - W żadnym moim życiu nie brałam udziału w tworzeniu świata. Może widziałaś przyszłość albo co?
- Jeśli tak, to by znaczyło, że zostaniesz tu na dłużej - J uśmiechnęła się słodko i poszła gnębić kogoś innego o relację z heroicznego pojedynku Séarlana z Jeźdźcami Słońca.

Nie mogłam oprzeć się pokusie.
Smoczek spał otulony kryształem, a ja miałam wrażenie, że zaraz się obudzi i popatrzy na mnie jak na starą przyjaciółkę. Może się odezwie. Nic takiego jednak się nie stało, zbliżyłam się więc i dotknęłam przejrzystego kamienia. Przytuliłam do niego policzek i zamknęłam oczy...
Przejście.
Podchodzę do kawiarnianego stolika w luksusowej dzielnicy miasta pełnego portali. Siedzi tam jasnowłosy elf, obwieszony błyskotkami, a towarzyszy mu kobieta o wijących się - dosłownie - zielonych włosach i oczach skrytych za maską. Cieszą się na mój widok, pytają o kogoś, kogo znamy wszyscy troje. Rzedną im miny, gdy okazuje się, że chciałam zadać to samo pytanie...
Nagłe przejście.
Ciemnowłosa dziewczyna we fioletowej yukacie siedzi przed telewizorem, z którego dobiegają odgłosy walki. Ma podkrążone oczy barwy nasyconej czerwieni; nerwowo miesza herbatę, trzymaną w drżącej dłoni. Jeszcze chwila, a nie wytrzyma i pobiegnie do telefonu, aby zadzwonić na lotnisko, zamówić bilet.
Skąd ja to wiem?
Przejście...
Znów mój punkt widzenia. Ametystowy smok patrzy na mnie wesoło i telepatycznie domaga się zabawy w berka. Kiedy zajmuję jego uwagę marchewką, słyszę rozbawiony śmiech fioletowookiej blondynki, wyglądającej jak nieco starsza wersja J. Na jej ramieniu siedzi inny smok, ciemnoczerwony, i przygląda się nam z niesmakiem. Dokoła sporo innych osób, które powinnam znać, rozmawia o trzynastu klejnotach...
Kolejne przejście.
Ciemnowłosa dziewczyna w kolczudze stoi u bram miasta, które poprzedniego dnia okrzyknęło ją bohaterką. Nie wygląda jednak na szczęśliwą, w jej spojrzeniu jest sporo goryczy - widocznie wysoką cenę zapłaciła za tę sławę. Podchodzi do niej elf w skórzanej zbroi, z łukiem na ramieniu; życzy jej szczęścia w dalszych przygodach. Ma taki sam wyraz oczu, ale gdyby się go pozbył, przypominałby mi Artena - znowu, skąd to wiem? Z wyglądu przecież nie są podobni. Dziewczyna całuje go w policzek jak starszego brata, wiedząc, że nie ma u niego szans.
Przejście.
Odkładam pióro i zamykam pamiętnik. Podchodzę do wielkiego lustra, poprawiając rękawy bordowej sukni, która podkreśla moje zalety jak tylko może. Mam burzę fioletowo-srebrnych włosów i mały pentagram na prawym policzku. Maluję usta, ostatni raz patrzę na swoje odbicie z zadowoleniem... Pozostaje tylko czekać - aż rozlegnie się pukanie, aż do pokoju wejdzie ten, którego tak oczekuję...
Koniec!!
Nie bez wysiłku oderwałam się od wizji. Czując, że ktoś za mną stoi, odwróciłam się, próbując poradzić sobie z mętlikiem w głowie. Czy to były jakieś inne moje wersje? Te, które nastąpią po obecnej? A może już istnieją, w zupełnie różnych czasoprzestrzeniach, których jest więcej niż mogłabym zliczyć? No, z wyjątkiem tej ostatniej...
- Powoli zaczynałam się o ciebie niepokoić - wyznała Caranilla, uśmiechając się jednak. - Może jednak nie powinnam była pokazywać ci wtedy tego smoka?
- Już wiem, skąd cię pamiętałam - szepnęłam; zaschło mi w gardle jakbym wędrowała przez pustynię. - Caranilla Caloess Al'Deir. Śniłaś mi się dawno temu. Byłam tobą w tych snach.
- Coś takiego - wydawała się zaintrygowana. - I co tam przeżywałam?
- Wojnę i utratę bliskich - mówiłam powoli, starając się sobie przypomnieć i nagle wiedząc więcej niż powinnam. - Rozkochałaś w sobie pewnego mężczyznę, aby doprowadzić do jego upadku. Pisałaś pamiętnik, w którym rozliczałaś się ze swoim sumieniem.
- Nic takiego nigdy się nie wydarzyło - pokręciła głową Caranilla.
- W to akurat wierzę - przyznałam. - Ale mogłoby się zdarzyć, gdybyś na swojej życiowej drodze skręciła w inną stronę.
- No to nie żałuję - stwierdziła. - Nawet mi się podoba tak jak jest teraz.

8 VIII

Nie pokazałyśmy Caranilli, ponieważ ma ona teraz inne kłopoty na głowie. Część jej gromady - z Jaleelem, tym paskudnym konkurentem do jej stanowiska, na czele - stała się jeszcze bardziej konfliktowa niż zwykle, od kiedy muszą znosić obcych na swoim terytorium. Zdecydowanie nie powinniśmy się wtrącać, a najlepiej udawać, że nie istniejemy i nas tu nie ma. Ciekawe, co będzie, kiedy z "patrolu" po królestwie powróci Diarmaid z pozostałą trójką Jeźdźców Słońca. Może pomoże sojuszniczce w załagodzeniu niezgody, a może wręcz przeciwnie.
Aż się zdziwiłam, kiedy Muirenn zauważyła znowu, że powinnam brać udział w tym patrolowaniu. Nie wiem, co takiego mogłabym odkryć w drodze albo do czego się przydać, naprawdę. A sądziłam, że czarodziejka jest na tyle zajęta swoim wybrankiem marnotrawnym, by przestać zwracać uwagę na cokolwiek innego. Ja bym przestała. Nawet w punkcie kulminacyjnym opowieści o wojnie.

Urywałam spisywanie ostatnich dni, jakby wyłączając je z kontaktu. Albo inaczej - sama się wyłączałam, pozwalając czasowi płynąć dalej, beze mnie. A tak naprawdę to J ciągała mnie, Ellila i Taranisa po krętych górskich ścieżkach (brrr) i kazała sobie wszyściutko opowiadać. Najciekawiej się jej tłumaczyło, skąd nagle w całej historii elfy i jak zdołały wplątać się w produkcję artefaktów wysysających lub rozpraszających magię... Otóż: jedna, średnio zorientowana tłumaczy drugiej, kompletnie niezorientowanej, a dwaj z tyłu przekrzykują się, dodając swoje poprawki. Najczęściej sprzeczne ze sobą.
No cóż. Wiemy na pewno, że elfy przejęły ową produkcję po śmierci swojego wspólnika/rywala/szwagra/małżonka (niepotrzebne skreślić), a potem pokłóciły się o wykorzystanie jej efektów. Jeden miał siostrę, a drugi do niej wzdychał. Jeden wydał ową siostrę za człowieka, drugi podobno przyczynił się do jego śmierci. Jeden przyłączył się do Dziecka Chaosu, drugi został okradziony przez Deuce'a i wysłał w pościg Drusillę. Jeden ma na imię Séarlan, drugi Daevel. Aha, i któryś wysłał na przeszpiegi Thanderila, Który-Powinien-Jeść-Marchewki. Teraz tylko dopasować fakty do imion, znaleźć delikwentów i nimi potrząsnąć. Proste, prawda?
Wygląda na to, że druga strona konfliktu tworzy ciekawą galerię osobliwości. Uroczy chłopczyk, który chce mieć gdzie się bawić, książę z koroną i przypuszczalnym kompleksem braciszka, jego towarzyszka z zupełnie oczywistym kompleksem siostrzyczki i na koniec elfi mag z przerostem ambicji. Nic tylko brać szkło powiększające i szukać potencjału.

Chyba dobry dziś dzień do podsumowań...