*

- Mówię ci kategorycznie, przestań wtrącać się w jej życie!! - usłyszałam zza drzwi podniesiony głos Vanny.
- Jakoś wcześniej tak na to nie patrzyłaś - odpowiedział lekko Lex. - A szkoda, może gdybyś mi tak powtarzała regularnie...
- Wcześniej najwyraźniej patrzyłam nie tam, gdzie trzeba - burknęła. - Zresztą i tak nie możecie nas tu trzymać właśnie teraz!
- A kiedy indziej tak? Do tej pory nasze problemy zdążą się rozwiązać, a wy będziecie sobie wyrzucać, że uciekła wam taka opowieść...
Ziewnęłam i wstałam, narzucając szlafrok. Nawet pragnienie snu nie mogło mnie powstrzymać przed włączeniem się w tę rozmowę.
- Przykro mi, ale muszę się zgodzić z kuzyneczką - powiedziałam z uśmiechem, wychodząc ze swojej sypialni. - Bo właśnie teraz nam taka opowieść ucieka.
- A nam jest przykro, ale nie możemy was wypuścić - T'Surith też się pojawiła, nadal kompletnie ubrana i z cygaretką w dłoni. Podejrzewałam, że ona w ogóle nie sypia - dwa razy z rzędu odpływałam w sen, wsłuchując się w jej kroki dobiegające z sąsiedniego pokoju.
- No tak, tobie to na pewno jest przykro, ale w moim imieniu nie mów - rzekł Lex bardzo uprzejmym tonem. - I bądź łaskawa to zgasić, bo Miya nie lubi.
Kątem oka dojrzałam jak Vanny spogląda na niego w osłupieniu i zaniosłam się dzikim chichotem.
- Czy ja jestem jakąś świętą krową, czy jak? - wykrztusiłam.
- T'Surith może i nie życzy ci za dobrze, ale ja się o ciebie troszczę - Lex sprawiał wrażenie, że się świetnie bawi. - I w tej chwili nie wiem, co może ci bardziej zaszkodzić... Jej toksyczna obecność tutaj, czy perspektywa kolejnego spotkania z Białym Rycerzem.
- Z Białym... A skąd wiesz, że go spotkałam? - zmarszczyłam brwi. - Ty też biegałeś po tym iluzorycznym mieście, czy jak?
- Niedokładnie iluzorycznym - sprostowała T'Surith. - To była projekcja, wytwór j e j umysłu. Na szczęście dla mnie do złamania, jak i wytwory zwykłej magii.
Nie miałam pojęcia, kim jest "ona", ale miałam ochotę dowiedzieć się więcej.
- I myślicie, że jeśli tylko wyściubię nos za te ściany, ten... Biały Rycerz, tak? Natychmiast mnie dopadnie i będzie gnębił o tę jakąś Koronę?
- Oczywiście zawsze możesz mu ją oddać - podsunęła Vanny. - Tę, którą trzymasz w Szafie. W ten sposób miałabyś dwa problemy z głowy.
- To nie taka korona, o jakiej mógłby marzyć - pokręciłam głową, choć moje myśli też krążyły wokół tego motywu. Nie miałam wątpliwości, że facetowi pasowałaby ta druga korona, ta pasująca do mojej i jednocześnie będąca jej przeciwieństwem... Nadawałby się. Ale chyba przeznaczone (brrr!) mu było coś innego...
- A co zyska posiadacz tej waszej Korony? - zainteresowałam się.
- Oficjalnie mówi się, że władzę nad całym Kontynentem i wszystkimi Ogrodami - wzruszyła ramionami T'Surith. - Ale to by było zbyt banalne.
Za taki punkt widzenia mogłabym ją uściskać, gdyby tylko nie utrzymywała tego chłodnego dystansu wokół siebie.
- Ogrody? - moja kuzynka nie ustawała w pytaniach. Widocznie z czymś jej się skojarzyło.
- Na Wyspie Saphany, Wyspie Hayido, Wyspie Kheeraq... - zaczęła wyliczać agentka - Wyspie Kaine i Wyspie Tipharos, gdzie właśnie gościmy.
- Wszystkie te Wyspy, nota bene, krążą w powietrzu - dodał Lex i zwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem: - Również dlatego nie możemy was wypuścić. Jeszcze byś spadła, i co?
Nie odpowiedziałam, nie mogąc z siebie wydonyć głosu. Bo przecież Wyspa Kheeraq - teraz już nie dam rady zapomnieć tej nazwy - była właśnie tym miejscem, gdzie przebywał Tenari...
- Skończ tę komedię, Diss Gyse - westchnęła T'Surith. - Wcale nie jesteś lepszy ode mnie.
- Ale przynajmniej jestem złem, które te panie już znają - nie przestawał się uśmiechać. - Wiedzą, czego się po mnie spodziewać.
- Co wcale nie sprawia, że się tym nie martwią - stwierdziła Vanny z pociemniałą nagle twarzą. Zauważył to i przesiadł się obok niej.
- A nie przyszło ci do głowy, że ja nie odpowiadam za twoje sny? - zapytał miękko. - Do czegokolwiek byłem w nich zdolny, może być tylko tworem twoich skrytych pragnień...
- Niedoczekanie twoje!! - zawołała, odskakując.
- ...Choć trzeba przyznać, że chętnie porozmawiałbym sobie z tobą o tych snach - ciągnął, nie przejmując się jej reakcją. - Zwłaszcza, że od kiedy zaginął nasz najlepszy Śniący, mamy w Omedze poważne braki w tej dziedzinie.
- Do... Do czego zmierzasz? - zobaczyłam jak Vanny coraz bardziej blednie. Lex też to zauważył i roześmiał się w głos.
- No nie, nie proponuję ci jeszcze angażu - powiedział, a jego oczy pojaśniały. - Choć nie wątpię, że świetnie by się nam razem pracowało...

*

Wróciło do mnie to dziwne uczucie, że rzeczywistość się zmienia, a może bardzo pragnie się zmienić. Samoistnie, niezależnie od osób mających na nią jakikolwiek wpływ. I oczywiście od tych, którzy po prostu żyją swoim życiem, nie zadają pytań i nieświadomie równieź ulegają zmianom.
A może to wrażenie nigdy nie odchodziło, a jedynie czekało na dogodny moment, by uderzyć znowu? Ileż to opowieści już mi umknęło? Teraz być może właśnie jedną tracę, ale zarazem schwytała mnie inna... Nie o to mi jednak w tej chwili chodzi, lecz o rzeczywistość otaczającą mnie i bliskie mi osoby. Jak bliskie? Większość z nich jest bardzo daleko, odległością, której nie mierzy się kilometrami. Nazywam je moją rodziną, ale jak bardzo oddaliły się od siebie nasze opowieści? Sao, Alath, nawet Satsuki, którą przecież widziałam ostatnio ponad dwa miesiące temu. Istnieją równolegle, może wiedzą, że była kiedyś jakaś Miya, ale to było w innym życiu, w innej historii? Ciekawe, czy jeszcze kiedyś spotkamy się w takim składzie jak podczas oblewania domu na Rozdrożu, całą wieczność temu.
Właśnie, a Vanny? Jak zakrzywia się rzeczywistość dokoła niej? Niby nie dzieje się nic bardzo widocznego, ale nie ma już białych rąk i znaku na czole - i mam ochotę spytać czy nosi narzuconą iluzję, czy może jej historia układa się od nowa. Ale chyba nie muszę tego wiedzieć póki nie przestała być sobą, czego raczej nie muszę się obawiać.
A ja? Wciąż jem dla przyjemności smaku, nie dla zaspokajania głodu, wciąż się strzępię zamiast krwawić, ale chyba łatwiej mnie zranić zwykłą bronią. Wciąż mam pentagram na policzku - dowód mojej smoczej krwi - ale nie jestem pewna, czy udałoby mi się choćby rozwinąć skrzydła, na czym zresztą bynajmniej mi nie zależy.
Czy rzeczywistość zmienia się od dawna, lecz tak powoli, że trudno to zauważyć, czy raczej nagle, a szybko? Wiem, jak by to wytłumaczył Raely Kay albo Kilmeny... Wiem też, jak ich argumenty wyśmiałaby Renê, stwierdzając, że rzeczywistości, światy i opowieści rządzą się własnymi prawami, których my, zwykłe pionki, nie możemy ogarnąć ani przewidzieć...
A właściwie dlaczego zebrało mi się na takie rozważania? Dlaczego akurat teraz, kiedy znalazłam się w złotej klatce wyściełanej atłasem, między dwójką agentów wrogich organizacji? Może chcę w ten sposób zapomnieć o swojej obecnej sytuacji... A może jak zwykle siedzenie w wannie nastraja mnie do pisania, choć muszę uważać, żeby nie zamoczyć zeszytu.

*

Nie do końca tego się spodziewałam, zanim wyszłyśmy z hali, aby zobaczyć, co jest na zewnątrz. Miasto okazało się ogromne, a jednocześnie... Dziwnie łatwe do ogarnięcia, może przez tę nierzeczywistość? Budynki miały ślimakowate dachy, inne zaś przypominały chińskie pagody - wszystkie zaś miały nieco zaokrąglone krawędzie, które świeciły. Nie takim natrętnym neonowym światłem, raczej jakby sfrunęły na nie tysiące świetlików. Dobrze to pasowało do ciemnych barw i zapadającej nocy...
Zapadającej nocy. Która to noc wyraźnie nie zamierzała zapaść na dobre, przez co miasto trwało w przyjemnym półmroku.
- Nikt nie jest w stanie stworzyć tak doskonałej iluzji - zawyrokowałam.
- Najlepiej chodźmy przed siebie - zaproponowała Vaneshka. - To miasto gdzieś się musi kończyć.
- Ale co jest poza nim? - westchnęłam. - Pustka?
- Czy musisz się tym przejmować? - pieśniarka najwyraźniej poczuła klimat tego miejsca - tej przygody. - Właśnie wpadłaś w opowieść, a się martwisz... Chodź, przejdźmy się, a potem zobaczymy.
Poszłam, ale w przeciwieństwie do niej nie byłam w stanie wczuć się w tę opowieść w pełni. Coś mi przeszkadzało, jakieś natrętne myśli... Po prostu szłam przed siebie, nie do końca zwracając uwagę na niezwykłość miasta... A szkoda.
Dopóki nie zorientowałam się, że cały czas podążamy za jedną konkretną osobą. Za dziewczyną o białych włosach, splecionych w warkocz i związanych kokardą. Pasowała do otoczenia, a jednocześnie jakoś się wyróżniała. Ubrana w prostą różową sukienkę, w ręce trzymała koszyk z kwiatami i co chwilę zatrzymywała się, sprzedając je ludziom. Odpowiadali na jej uśmiech, kupowali kwiaty, więc najpierw myślałam, że to zwykły zbieg okoliczności... Dopóki nie spojrzała prosto na nas i nie mrugnęła szelmowsko.
- Jesteś tu naprawdę? - zapytałam głupio, podchodząc bliżej.
- Jestem tu we śnie - na twarzy Vanny pojawił się lekki uśmiech, jakby miała jakąś własną tajemnicę związaną z tym snem. - Dobrze, że udało mi się was znaleźć.
- Czyli to miejsce również jest wyśnione - wywnioskowała Vaneshka - Ludzie tutaj przechodzą przez nas jak duchy, ale na ciebie zwracają uwagę!
- Nie wiem, czy to jest senna wizja - moja kuzynka pokręciła głową. - Kojarzy mi się z czymś, ale... Nie wiem.
- W takim razie dlaczego tu trafiłaś? - zdziwiła się pieśniarka.
- No, Pokrzywa przygalopowała na Rozdroże, spanikowana i musiałam was jakoś poszukać...
- Niedokładnie to miałam na myśli. Dlaczego właśnie tu? Skąd wiedziałaś, że coś takiego istnieje?
- Intuicja? - roześmiała się. - A naprawdę to mam ochotę powiedzieć, że coś mnie tu przyprowadziło. Tak jakby... Jakiś głos w mojej głowie.
- To jednak niespecjalnie zmienia nasze położenie - mruknęłam. - Ty możesz się w każdej chwili obudzić, a my... Facet w bieli powiedział, że same stąd nie wyjdziemy.
- Może blefował - Vanny nie okazała zdziwienia, nie zadawała pytań. - Jestem pewna, że razem znajdziemy jakiś...
Nie dokończyła, zamierając nagle jak żona Lota, zamieniona w słup soli. Jej oczy stały się puste, a za nią stanęła jakaś niewyraźna postać... Nie, nie za nią. Nałożyła się na nią - a potem jeszcze jedna. Wtedy wszystko dokoła znieruchomiało i zadrgało, jak obraz w telewizorze, kiedy anteną targa wiatr...

...i nagle znajdowałyśmy się na ośnieżonej drodze, mrużąc oczy, bo odbijające się od zasp słońce skutecznie uniemożliwiało nam widzenie.
- Co jest?! - zawołałam. - Miasto zniknęło czy my z niego zniknęłyśmy?
- Vanille też nie ma - Vaneshka osłoniła oczy dłonią i rozejrzała się. - Jak myślisz, zbudziła się... Czy może tam została?
- Skoro myśmy się wydostały, to ona tym bardziej powinna - stwierdziłam, mając nadzieję, że nie mówię na wyrost.
Na szczęście moja nadzieja została spełniona - po paru minutach w powietrzu - w przestrzeni - rozległ się trzask i na śniegu wylądowała Nindë z Vanny na grzbiecie. Moja kuzynka trzymała się tylko nogami, bo dłonie przyciskała do skroni - aż dziw, że nie spadła.
- A jednak! Całe szczęście, całe szczęście... - na nasz widok zeskoczyła z konia i rzuciła mi się na szyję. - Jesteście całe?
- Chyba widzisz, skoro nad nami czuwałaś - roześmiałam się, na co westchnęła. Oczy miała zaspane, ale na twarzy wciąż jeszcze ślady lęku.
- Jasne, i to jak czuwałam! - rzuciła, a ja dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, jak roztrzęsiony jest jej głos. - Nie poczułyście niczego? Coś... Ktoś przeze mnie wszedł do tego miasta!
- Jak to przez ciebie? - pieśniarka podeszła i położyła jej troskliwie dłoń na ramieniu.
- Przez mój umysł, nie mam pojęcia jak - Vanny pokręciła głową. - I rozwalił tę całą iluzję, projekcję, czy co to było... Scenografię, w każdym razie. W drobny mak.
- Jak to możliwe? - teraz już poważnie się zaniepokoiłam.
- Po prostu, w jednej chwili spała sobie na Rozdrożu, aż tu nagle wypada z wrzaskiem i dalejże, ruszamy - wtrąciła się Nindë, szczerząc zęby. - Ciekawe, co Roy powie na to, że o nim zapomniała...
- Ale... Chyba nic ci się nie stało złego? - zapytała Vaneshka. - Ktokolwiek wtargnął do twojego umysłu, powinien dostać nauczkę!
- Nic a nic mi nie jest! - Vanny nagle uśmiechnęła się szeroko i wyzwoliła z naszych opiekuńczych objęć. - Skoro wszystko się dobrze skończyło i wreszcie do was dołączyłam, możemy wreszcie ruszyć na poszukiwanie zaginionej opowieści! Tak bym się chętnie dla odmiany spotkała znów z tamtymi uroczymi piratami...
- Skoro tak, należy ruszać jak najszybciej - pieśniarka odetchnęła z ulgą i stanęła obok Pokrzywy, czochrając jej grzywę. Najwyraźniej wzięła wybuch entuzjazmu mojej kuzynki za dobrą monetę, ja jednak martwiłam się, co też usiłuje w ten sposób zamaskować.
- Obawiam się, że nigdzie nie pojedziecie, dopóki o tym nie zadecydujemy - usłyszałyśmy naraz nieznany, gardłowy głos, któremu towarzyszył szczęk odbezpieczanej broni.
Co za dobijający motyw, prawda? Zwłaszcza, jeśli występuje za często. Tajemnicza postać pojawia się znienacka - najczęściej za twoimi plecami - i mierzy w ciebie z pistoletu...
- Czy to rozsądne, n a m grozić zwykłą bronią? - Vanny uśmiechnęła się krzywo, zaciskając dłonie w pięści.
- Owszem, zwłaszcza, że nie wiecie, czym jest naładowana - powiedziała nieznajoma, jeszcze bardziej zniżając głos - Żadnych gwałtownych ruchów, a nie będziecie miały potem czego żałować.
Coś w tym głosie było takiego, że od razu zesztywniałam, a Vanny wciągnęła powietrze ze świstem - choć na jej twarzy wciąż dało się zobaczyć wyraz ekscytacji....
Za to Vaneshka, która cały czas stała twarzą do napastniczki, zrobiła coś zupełnie nieoczekiwanego. Uśmiechnęła się, dziwnie wyzywająco, następnie z głośnym okrzykiem wskoczyła na Pokrzywę, która wtedy zarżała i stanęła dęba - po czym obie zniknęły.
- Co, do... - zaczęła nieznajoma, podczas gdy Vanny okręciła się na pięcie, z wyraźnym zamiarem unieszkodliwienia jej. Jednak w tym momencie ze wszystkich stron otoczyła nas ciemnofioletowa bariera i znów zostałyśmy odcięte od rzeczywistości.
- Jak mówiłam, żadnych gwałtownych ruchów - kobieta odzyskała rezon, a moja kuzynka natychmiast oklapła jak przekłuty balonik.
Wreszcie zdecydowałam się powoli odwrócić i spojrzeć napastniczce w oczy. Nie zrobiła niczego, żeby mnie powstrzymać, pewna swego. Co więcej, opuściła pistolet - choć nie wyzbyła się swojej czujności.
Miała ciemną karnację i krótkie, rozwichrzone czarne włosy. Z twardym spojrzeniem i nienaganną sylwetką w bordowym kombinezonie, emanowała świadomą i nieco drapieżną urodą. Jedno tylko nie pasowało do ogólnego wrażenia - jaskrawozielona opaska na prawym oku, ozdobiona figlarnym, różowym serduszkiem. A może właśnie jak najbardziej pasowała? Zależy od punktu widzenia...
- Następny przystanek - Tipharos - kiedy to powiedziała, przeszedł mnie dreszcz, choć nic mi ta nazwa nie mówiła. Podejrzewam, że ta kobieta potrafiłaby każdy banał wypowiedzieć tak, by wszyscy wysłuchali go z rozkoszą. Już zdążyła wylądować obok Évearda en Dárce w moim prywatnym rankingu głosów. I obok Vaneshki w rankingu urody, choć przecież różniły się od siebie jak noc i dzień. Geddwyna by pewnie zachwyciła...
...Tak, nie ma to jak myślenie o dziwnych rzeczach w samym środku sceny akcji. Choć prawdę mówiąc, scena akcji już się zakończyła.
Elegancki pokój, w którym się znalazłyśmy, skojarzył mi się z apartamentem hotelowym - jak się później okazało, miałam rację. Na samym początku rzuciło mi się w oczy kilkoro drzwi, ale żadne nie wyglądały na wyjście; prowadziły raczej do jakiejś potwornej liczby sypialni i łazienek. Takich z okrągłymi wannami, w których pływają płatki róż.
- Tylko dwie z nich - odezwała się nieznajoma i dopiero wtedy odkryłam, że nie jesteśmy tu same.
- To nic, T'Surith, to nic - postać w czarnej koszulce z napisem Century Child zbliżyła się do nas z tacą w rękach. - Możesz ode mnie wziąć tę herbatę? Do różnych usług jestem przyzwyczajony, a do kelnerowania jakoś nie.
- W twoich ustach, Diss Gyse, te słowa brzmią zdecydowanie nie tak, jak powinny - stwierdziła czarnowłosa i ostentacyjnie nie ruszyła się z miejsca. Za to Vanny tak - odruchowo podeszła do Lexa i wyjęła mu z rąk tacę z filiżankami, nie spuszczając z niego badawczego wzroku.
- Zapomniałem, że mamy tu profesjonalistkę - uśmiechnął się do niej miło. - Ale przecież jesteś tu gościem, Vanille. Powinnaś się raczej... rozgościć.
- Jestem przyzwyczajona - powiedziała słabym głosem.
- Już rozumiem, dlaczego tak się paliłeś do tego zadania - w głosie kobiety nazwanej T'Surith słychać było sarkazm. - Czyżbyś trafił na swoje wielbicielki?
- Chyba pomylili ci się rozmówcy - rozłożył ręce z udaną bezradnością. - Wielbić to ja, a nie mnie. Poza tym, skoro tobie się zadanie nie podoba, możesz wracać, skąd przyjechałaś.
- Ktoś tu musi być do sensu - prychnęła, piorunując go wzrokiem i obstawiałam, że prędzej okaże się agentką END-u niż Omegi. Nie z racji tego, jak się zachowywała w stosunku do Lexa, ale raczej tego, co powiedziała. Choć właściwie...
- To wy wydostaliście nas z tego dziwnego miasta? - zdołałam wreszcie wtrącić.
- T'Surith to zrobiła, jej podziękujcie - chłopak nie przestał się uśmiechać. - Jest łamaczką iluzji... Między innymi.
- Psioniczką też jest? - Vanny spojrzała na nią spode łba.
- Jak dotąd nie - nasza "wybawicielka" pokręciła głową. - Miałam sprzymierzeńca, choć tu go nie spotkacie.
- No to świetnie. Włazicie mi w umysł, grozicie nam bronią i z jednego więzienia lądujemy w drugim. Na dodatek w miłym towarzystwie - posłała Lexowi sardoniczny uśmiech. - Co teraz, posadzicie nas przed ekranem i będziecie pokazywać jak nasi bliscy umierają?!
- Skąd w ogóle taki pomysł? - autentycznie się zdziwił, na co moja kuzynka jakby zmalała w sobie i wzięła głęboki wdech, a jej dłonie zaczęły niebezpiecznie drżeć.
- To się zmienia w jakąś farsę - skomentowała T'Surith.
- A czy od początku nią nie było? - Lex z westchnieniem odebrał od Vanny tacę i postawił ją na stoliku. - Nie, nie jesteście naszymi zakładniczkami. Wbrew pozorom jesteśmy tu, żeby was chronić.
- Omega nikogo by nie ochroniła - prychnęła czarnowłosa.
- A ty jesteś ostatnią osobą, która powinna strzec Miyi - chłopak od razu znalazł się obok mnie, oczywiście unikając mojego dotyku. Zdziwiły mnie jego słowa, spodziewałam się więc, że gdy napotkam wzrok T'Surith, spiorunuje nim również mnie. Ale nie, w jej oczach zobaczyłam... Rezygnację? I jeszcze coś nieuchwytnego.
- Dlaczego niby stałam się obiektem chronionym? - zapytałam ostrożnie, nie będąc pewna, czy rzeczywiście powinnam wiedzieć.
I rzeczywiście, wyjaśnienie Lexa ani trochę nie rozjaśniło mi w głowie.
- To chyba oczywiste - odpowiedział. - Korona.

*

Obudziłam się, kiedy promienie słońca połaskotały mnie w nos. Kichnęłam, otworzyłam oczy i napotkałam zdziwione spojrzenie Vaneshki.
Dokoła nas były kwiaty. Barwne, piękne kwiaty i soczyście zielona trawa. Ale to, co wzięłam za słońce, było zwieszającą się z sufitu lampą w kryształowym kloszu.
No dobrze, ja wiem, że można urządzać takie sztuczne parki czy łąki w centrach handlowych - bo za coś takiego uznałam miejsce, w którym się obudziłyśmy... Gdy już oderwałam wzrok od kwiatów i rozejrzałam się uważniej. Nie to mnie dziwiło. Problem w tym, że nie miałyśmy prawa się w takim miejscu zbudzić - poprzedniego wieczoru położyłyśmy się spać w najzwyklejszej gospodzie. Takiej drewnianej, staroświeckiej, w której podaje się miód do picia. W zaśnieżonej wiosce po drodze do najbliższego portowego miasta. Jakim więc prawem zbudziłyśmy się pod zupełnie innym dachem?!
Na szczęście nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby nas przyłapać i wlepić mandat czy zawołać ochronę. W ogóle nikogo nie było.
Po namyśle ruszyłyśmy czymś, co wyglądało nam na promenadę - tyle, że pod dachem. Wystrój tego wnętrza był raczej futurystyczny (choć raczej z soleńskim rozmachem niż z altheńską sterylnością), za to stoiska, które mijałyśmy, były zapełnione drewnianą biżuterią i pierzastymi amuletami. Rzecz w tym, że nikt ich nie kupował. Ani tym bardziej sprzedawał... Było zupełnie pusto.
Ale naraz hala wypełniła się ludźmi. Nie weszli tam, po prostu - nagle byli. W jednej chwili cisza i pustka, a w następnej gwar i barwne stroje, migające nam przed oczami. Rozmawiali, handlowali... I przechodzili przez nas jak przez powietrze. Zupełnie nie zwracali na to uwagi, o ile w ogóle nas widzieli... Przypuszczam, że jednak nie.
- Czy to jest iluzja? - szepnęła do mnie Vaneshka, choć myślę, że i tak nikt poza mną by jej nie usłyszał.
- Sama nie wiem - mruknęłam. - Mam wrażenie, jakbym trafiła do wirtualnej rzeczywistości. Może gdzieś na zewnątrz jest ktoś, kto się tym bawi?
- A może nam się to po prostu śni?
- Masz wrażenie, że śnisz? - zapytałam, a ona po namyśle pokręciła głową. Tego się spodziewałam, a jednak... A jednak im dłużej byłam w tym miejscu, tym bardziej nierzeczywiste mi się wydawało. Tak jakbym weszła do czyjegoś snu - cieleśnie.
- Może ta iluzja, czy cokolwiek to jest, opadnie sama, jeśli przestaniemy w nią wierzyć, nawet podświadomie? - pieśniarka chyba myślała mniej więcej podobnie jak ja.
- Nie liczyłbym na to - usłyszałyśmy niespodziewanie i ktoś pojawił się obok mnie. Nie tak jak ci nierzeczywiści ludzie, ale jakby... Portalem?
Vaneshka zatrzymała się gwałtownie, ja też zaryłam piętami w podłogę, kiedy zobaczyłam przybysza. Miał srebrne włosy, białą pelerynę i lodowato błękitne oczy...
- Tym razem żadnej maski, nadobna pani? - skierował na mnie ironiczne spojrzenie. - Żadnego przebrania, by móc się bezpiecznie schronić w tym świecie ułudy?
- Już sama realność wystarczy, bym się czuła bezpiecznie - te słowa same wypłynęły z moich ust. Natomiast Vaneshka podeszła i śmiało zajrzała mu w oczy. Z jakiegoś powodu uciekł spojrzeniem w bok.
- Prędzej czy później zechcecie stamtąd wyjść - stwierdził. - A ja mogę wam w tym pomóc... Pod jednym warunkiem.
Przemyślałam naprędce wszystkie możliwości, łącznie z tymi, które przyprawiły mnie o ból zębów, wreszcie doszłam do wniosku, że żadna do niego nie pasuje. Zapytałam więc, o co mu chodzi.
- Korona - rzucił twardo. Jedno słowo, a zabrzmiało dość złowieszczo... Brakowało tylko pioruna w tle.
- Proszę, sprecyzuj - odezwałam się po jeszcze dłuższym namyśle.
- Jeśli nie wiesz, co mam na myśli, dlaczego zamilkłaś na tak długo?
- Mam opóźniony zapłon - mruknęłam. - A jedyna korona, jaką posiadam, na pewno nie przypadłaby ci do gustu. Pomijając fakt, że by nie pasowała.
- Dlaczego jesteś taka pewna? - uśmiechnął się znowu. Z reguły takie uśmiechy wywołują u mnie dreszcze, ale ten był jakiś... Bardzo odległy.
- A dlaczego ty jesteś pewien, że zwracasz się do właściwej osoby? - odparowałam.
- Bo nie wierzę w zbiegi okoliczności - wyjaśnił. - Najpierw spotykamy się na balu w Ogrodzie Saphany, a zaraz potem trafiasz tu... To nie przypadek.
Saphana, Saphana... Gdzie ja już to imię...?
- Jak to zaraz? - zdumiałam się. - Przecież już miesiąc minął od tamtego balu!
Teraz to on wyglądał na zaskoczonego.
- Poza tym ja wierzę w zbiegi okoliczności - ciągnęłam. - Będę się zatem kłócić.
- A szkoda. Nie myślisz o tym, że naraziłaś nie tylko siebie, ale i przyjaciółkę na pozostanie tutaj dłużej - westchnął srebrnowłosy. - Bo wygląda na to, że zostaniecie. Dopóki się nie namyślicie.
Po tych słowach ukłonił się i zniknął w obłoku dymu, tak jak się pojawił. Nie zauważony przez nikogo oprócz nas.
- I on myśli, że to jakieś straszne przeżycie? - Vaneshka popatrzyła za nim z wyrazem niezrozumienia na twarzy - Przecież tutaj jest niesamowicie!

24 II

Przez ostatnie kilka dni krążyłam z Vaneshką po światach. Niby to miałyśmy odnaleźć Leo i Milanee, a jednak obu nam się wydawało, że szukamy czegoś innego, że coś nas przyzywa... Aż zaczęłam się zastanawiać, w co też byłyśmy ostatnimi czasy razem wplątane. Morze, piraci, czarownice? To chyba nie aż tak "ostatnie" czasy. Czy tak długo odkładana opowieść się już przypadkiem nie przeterminowała?
Jeśli nie, to brakuje w niej jeszcze Vanny. Ale ona ma nas znaleźć, przysłała mi wiadomość, że dołączy.

To, że ostatecznie wylądowałyśmy na rozstaju dróg, wydawało się mieć sens. Zwłaszcza, że jeden z ustawionych tam drogowskazów pokazywał Saedd Ménn, choć to akurat mnie zaniepokoiło. Jednak moje obawy szybko zostały rozwiane przez Vaneshkę.
- Nie, tam chyba nie musimy się udawać - uspokoiła mnie - Leo powiedział mi kiedyś, że jeśli jeszcze zdarzy mu się zawędrować do tego świata, mam go szukać w Filae'van, nie w Saedd Ménn.
- A cóż to takiego? - zapytałam, nie bez ulgi spoglądając na inny drogowskaz, wycelowany w przeciwnym kierunku.
- Sama nie wiem, w każdym razie ma tam matkę - westchnęła. - Ma więc prawo czasem tam wyskoczyć.
Jej słowa były słowami surowej opiekunki - czy wręcz dozorczyni - ale w głosie pobrzmiewała troska.
Zanim podjęłyśmy podróż, odpoczęłyśmy w pobliskim zajeździe, dość ponurym miejscu... A przynajmniej takim próbowali utrzymać je gospodarze, w myśl zasady, że rozstaje dróg muszą, po prostu muszą emanować złowrogością. Natomiast naszym środkiem transportu do Filae'van miały być sanie, bo dyliżanse zimą nie jeździły... Dziwne, skoro jest mróz i śnieg, to chyba lepiej schować się pod dachem? Ale może nie powinnam się czepiać, najpewniej postawiono na nastrój, a nie na wygodę. Poza tym Pokrzywa się cieszyła, że odpocznie od noszenia nas, a to przesądziło sprawę.

Cel naszej podróży okazał się lasem pełnym specjalnie wyhodowanych drzew. Tak, żeby można w nich było mieszkać. Leśne elfy hodują swoje drzewa w podobny sposób, co teggity i z tego powodu obie rasy mają przechlapane u driad, które uważają, że taka zabawa naturą, to z ich strony hipokryzja... Ale właściwie nie o tym chciałam pisać.
Pani, do której domu trafiłyśmy, była niewysoka, szczuplutka i w ogóle nie wyglądała na czyjąkolwiek matkę. Jednak z Leo łączył ją chochlikowaty błysk w oczach, piegi... I chyba charakter, choć nie zdążyłam się o tym upewnić, bo prędziutko się wycofała, zostawiając nas w pokoju sam na sam ze swoim synem. Ucieszył się na nasz widok, choć bardziej chyba był zdziwiony.
- Już nas szukacie? - zapytał na wstępie. - Przecież jeszcze trochę, a przyjechalibyśmy sami.
- Trzeba było się chociaż skontaktować - Vaneshka zaczęła od wymówek, ale przyjął je z uśmiechem.
- A, bo Mil zabrała komunikator i pewnie go gdzieś posiała albo rozładowała, wiesz, jak z nią jest - machnął ręką. - Wróciła z Saedd Ménn jakieś dwie godziny przed wami, możemy więc już wracać do Marzenia...
- To znaczy, że znaleźliście Haldisa? - przerwałam ten potok wymowy.
- Taa... I omal się nawzajem nie pozjadali - zachichotał Leo. - Gdybyście słyszały, jak się na niego darła, że taki jest zadufany w sobie, bo mu się wydawało, że ona coś do niego czuje... Ale nieważne, lepiej się nie odzywam, bo jeszcze na mnie tak samo nawrzeszczy.
- Ale dlaczego puściłeś ją samą do Saedd Ménn?! - wykrzyknęła pieśniarka.
Na to pytanie elf zareagował nagłym spoważnieniem i grymasem.
- Bo ona mimo wszystko nie ma przechlapane u swojej rodziny - wyjaśnił. - No i obiecała, że odwiedzi moją siostrę... Więc mogłaby w końcu wyjść z tej kąpieli i się tu pokazać.

- Już nas szukacie?! - zdumiała się Milanee, gdy się wreszcie pokazała. - Ale w sumie dobrze, że wpadłyście. Wiecie, że tu mają gorące źródła? Tak normalnie w zimie działające!
- No nie gadaj - mruknął Leo, nadal się krzywiąc.
- Cicho bądź, Teleorin, bo ty zupełnie gościnny nie jesteś - wytknęła mu. - Nic z dżentelmena w tobie nie ma, jakby mi już jednego Haldisa było mało... Dobrze, że chociaż gotować umiesz.
- Chyba nie nadążam za twoimi skrótami myślowymi.
- Bo powoli myślisz - prychnęła. - Mam opowiadać, czy nie? I mogę przy nich? Znaczy, przy Vaneshce, to wiem, że jej mogę ufać, no ale...
- A Miya była ze mną na inicjacji, kretynko - przypomniał elf, kompletnie skołowany. - Co ty się w takie podchody bawisz?
- Sam mi zalecałeś czujność - zauważyła Mil i wreszcie usiadła. - No to tak: masz pozdrowienia od Sei'ana Fáela, bo jak przyjechałam do domu, to akurat u nas był...
- On? A to ciekawe - zdziwił się Leo. - Jakoś zawsze mieliście konszachty z innym... Fáelem.
- Oj, Saedd to Saedd - wzruszyła ramionami. - Zresztą był u nas z czysto towarzyską wizytą. Całkiem fajny gość, powiem ci.
- Właściwie zawsze uważałem, że byłby jednym z tych bardziej sensownych, gdyby... Zaraz, jak to mam od niego pozdrowienia?! - chłopak aż się poderwał z obłożonej poduszkami kapy, omal się przy tym nie przewracając. - Skąd wiedział, że jesteśmy razem?!
- Musisz to tak dwuznacznie mówić?
- A ty musisz tak dwuznacznie słuchać? - odciął się, kiedy już pozbierał szczękę z ziemi.
- Wiedział chyba stąd, że mu powiedziałam - nie zwróciła uwagi na ten docinek. - Wiesz, niektórzy tam się o ciebie troszczą, a nie tylko knują.
- No dobra... Mów dalej - Leo znów usiadł, a jego twarz była zmęczona, ale i napięta. Nie mogłam się nadziwić, jak bardzo potrafi się zmienić, kiedy tylko wypływa temat Saedd Ménn.
- A żebyś wiedział, że mam o czym mówić; nawyciągałam od Sei'ana pełno różnych wieści - dziewczyna od razu poweselała. - Więc tak: był zamach na twoją ciotkę-gotkę, ale go jakoś przewidziała, czy coś... W każdym razie uniknęła i nadal jest głową rodu. A tej Ri-coś tam... No, tej takiej szmacie, bez urazy. Potomek się urodził.
- Ríllith? - Leo wytrzeszczył oczy do granic możliwości. - To wreszcie kogoś zechciała? Znaczy, ktoś ją zechciał?
- No chyba nie zechciał, bo potomek jest tak jakby nieprawy - mruknęła Milanee. - A ona nie chce się przyznać, czyj. Oprócz tego, że jej, oczywiście.
- Powinni się cieszyć, że nowe pokolenie im będzie rosło - Leo posłał jej ten krzywy, niepasujący do niego uśmiech. - Zwłaszcza, że dotąd ciągle kogoś tracili. Najpierw Lierni, potem Callinia... Callinia! - przypomniał sobie w popłochu. - Cholera, przejdź wreszcie do rzeczy! Byłaś u mojej siostry?!
- U Callinii - Milanee spojrzała na niego jakby niepewnie. - A czy to miało jakiś sens ją odwiedzać? Przecież i tak jest roślinką, nawet nie zauważy...
- Do cholery, nie byłaś?!
- A ty, do cholery, nie mogłeś jej odwiedzić?! - nagle wpadła w złość. - Kiedy ostatnio byłeś w klinice, jeszcze przed swoją inicjacją, nie?! Inaczej byś wiedział, że jej tam nie ma od ponad półtora roku!!
- Jak to... Jak to nie ma? - chłopak na chwilę stracił oddech. - Przecież nie odłączyła się od kabli i nie uciekła! Ani się nie wypisała!
- Słuchaj, pytałam mamę, w czym rzecz - Mil przesiadła się obok niego, w jej oczach pojawiła się troska. - Została wypisana, zupełnie legalnie... Nie, nie patrz na mnie w ten sposób, widzę już, co ci chodzi po głowie. A raczej kto.
- A dziwisz się? Sama powiedz. Skoro ją do tego doprowadził, to mógł ją i... Wyprowadzić.
- Nie, czekaj - dziewczyna zamachała rękami. - Mama mówiła, że Callinia została przepisana gdzieś indziej... Na specjalną terapię, czy coś. Do jakiegoś instytutu. A gość, który za tym stał, nazywał się Ze-ni-ga-ta - przesylabizowała. - Widzisz, specjalnie zapamiętałam!
- Co mi z tego, skoro pewnie i tak nie wiesz, g d z i e ona teraz jest?! - Leo wyglądał na komplenie załamanego.
- Ale Miya jest światowa, może znaleźć!
Na dźwięk własnego imienia poderwałam głowę znad zeszytu i zrobiłam kleksa.
- Zobacz, zapisywała wszystko - ucieszyła się Mil. - I na pewno będzie wiedziała, gdzie szukać!
Nagle poczułam się jak detektyw, który właśnie dostał zlecenie stulecia...

16 II

Give me release, witness me
I am outside, give me peace
Heaven holds a sense of wonder
And I wanted to believe
That I'd get caught up when the rage in me subsides
Passion chokes the flower
Till she cries no more
Possessing all the beauty
Hungry still for more
Heaven holds a sense of wonder
And I wanted to believe
That I'd get caught up when the rage in me subsides

 In this white wave
I am sinking in this silence
In this white wave
In this silence I believe

I can't help this longing, comfort me
I can't hold it all in, if you won't let me
Heaven holds a sense of wonder
And I wanted to believe
That I'd get caught up when the rage in me subsides
.
In this white wave
I am sinking in this silence
In this white wave
In this silence I believe
I have seen you
In this white wave you are silent
You are breathing
In this white wave I am free
...

Sarah McLachlan

Wybraliśmy się dzisiaj na wycieczkę, wszyscy czworo. Jechaliśmy brzegiem morza, aż w końcu zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym było najmniej śniegu (oczywiście konie się skarżyły, że muszą brnąć w zaspach) i tam Ketris wyjął flet (flet!), a Vaneshka zaczęła śpiewać. Na początku słuchałam z uwagą, jak woda niesie ich pieśń - która jednak bardziej pasowała do wiosny niż do zimy - ale potem odpłynęłam myślami do wszystkich, od których się odcięłam, przyjeżdżając tutaj. Pewnie i tak nikt nie miałby mi tego za złe (o ile zwróciliby uwagę), ale skoro już funkcjonuję według czasu DeNaNi... Nawet Lilly nic nie wysłałam w dzień Annicenty Kochającej. To święto obejmuje każdy rodzaj miłości, tę przyjacielską i rodzinną również, a przecież dnia by mi nie starczyło, żeby obskoczyć i wyściskać wszystkich, na których mi zależy... Tak, wiem, że mogę to robić bez okazji. Ale w ten jeden dzień mam ochotę zrobić sobie rachunek sumienia i wyliczyć, kogo i jak bardzo zaniedbałam.
No i oczywiście Tenari. Nie ma dnia, żebym choć raz nie pomyślała o Tenarim, który w tej chwili jest daleko, w miejscu, o którym nawet ja dotąd nie słyszałam, nazywanym Ogrodem K... Sama nie wiem, jak powinnam pisać tę nazwę. W każdym razie, kiedy padła propozycja wyjazdu, zgodziłam się bez wahania. Mogłabym powiedzieć, że nie chciałam, by Tenari poczuł się zawiedziony - naprawdę się cieszył na tę podróż. Ale czy tak naprawdę nie chciałam po prostu pozbyć się balastu?
A przede wszystkim, czy nie powinnam była przynajmniej przemyśleć sprawy?
Teraz, kiedy już nie ma Xelli-Mediny, mogę się okazać nieodpowiednim towarzystwem, rozbrzmiewają mi w głowie słowa Rigela, słowa ostrzeżenia, którymi odpowiedział na moją zgodę. Oczywiście niespecjalnie się tym przejęłam. Może zbyt wiele wiary pokładam w innych? Ale cóż, Tenari poczułby się zawiedziony również gdybym w niego nie wierzyła.
A konwalie, jeśli dotarły, pewnie zdążyły już zwiędnąć.
Ale nie tylko to mnie martwi, choć ta głębsza przyczyna również leży w mojej wybujałej wyobraźni. Vaneshka też to zauważyła i zanim wróciliśmy do domu, zaaplikowała mi pieśń - tak, właśnie zaaplikowała. Posadziła na wyjątkowo niewygodnym kamieniu i kazała słuchać dopóki nie skończy. I co ciekawsze, utwór nie był jej własną improwizacją, ale dobrze mi znaną i lubianą piosenką - niespokojną i deliryczną w treści. A jednak w jej wykonaniu i bez podkładu muzycznego przyniosła pewne ukojenie...

- Co takiego cię niepokoi? - zapytał Aerian po powrocie na Krawędź.
- Czy i ty zamierzasz mnie jakoś pocieszyć? - uśmiechnęłam się słabo.
- Nie sądzę, żebym potrafił - pokręcił głową i usiadł w fotelu. - Mogę tylko trwać przy tobie, ale nie wiem, czy ci to wystarczy.
Usiadłam mu na kolanach i przytuliłam się mocno. Chyba uznał to za odpowiedź, ale rozwiązał mi się język.
- Albo mam przerost natchnienia, albo coś się zaczyna w światach - mruknęłam. - A jeśli to drugie... Nie wiem, może zniknięcie Xemedi-san to zapoczątkowało. Jest parę osób, które na pewno wzniosły wtedy toast...
- Jak to się ma do ciebie?
- Niestety z opowieściami bywa tak, że czasem mnie wciągają. Zwłaszcza jeśli się opieram.
- Może się nie opieraj - podsunął. - Zawsze potem jesteś taka zmęczona... Może daj się raz ponieść z prądem?
- A jeśli na końcu będzie czekało coś, z czym nie będę chciała mieć do czynienia? - zaprotestowałam - Płynąc z prądem, nie będę mogła się obronić.
- Wtedy przyjadę - odpowiedział, choć wydawało się, że nie mówi do mnie. Zapatrzył się gdzieś przed siebie.
- Skąd będziesz wiedział, zamknięty w Pieśni? - starałam się, żeby nie zabrzmiało to złośliwie.
- Wiedziałem, kiedy zabrałem cię z tej dziwnej historii o krysztale - odparł bez namysłu. - Tak jak ty wiedziałaś, szukając mnie po zakończeniu czasu przysięgi. Teraz znowu moja kolej.
Pozostaje mi trzymać go za słowo. Jutro wracam.

13 II

Chyba nie potrafię dziś pisać bez egzaltacji. Co zrobić, żeby rezultat nie przypominał ckliwego romansu?
Zadziwia mnie. Zadziwia mnie wciąż i wciąż. Zdążyliśmy już nauczyć się siebie na pamięć, a jednak za każdym razem jakby odkrywał mnie na nowo i z taką samą ostrożnością. Dlaczego ostrożnością? Przecież nie jestem kruchą i delikatną istotą, która może się rozsypać w proch pod lekkim dotykiem, którą można urazić byle słowem.
Ach, nie dość, że z ostrożnością, to jeszcze chyba z niedowierzaniem. Że istnieję i jestem właśnie tu, przy nim. Nie, nie będę pytać, co go do mnie ciągnie, bo wyczytałam gdzieś ostatnio takie mądre słowa, że kocha się nie "za", lecz "pomimo". Przyznam przy okazji, że sama mogłabym ze swojej strony znaleźć sporo takich "pomimo", ale to mi wcale nie przeszkadza tęsknić za Aeiranem do granic możliwości.
Choć nawet tęsknocie zdarza się czasem przegrać z natchnieniem, ale może dzisiaj to pomińmy...

Pędziliśmy dzisiaj przez Melodię, pomiędzy poszczególnymi Zwrotkami - nadal nie mogę się ich doliczyć, ale wiem przynajmniej, że nasza jest ósma. Spotkaliśmy po drodze jednego z bogów Pieśni, tego Aysela w masce (która to maska przypominała tym razem moją z pamiętnego balu karnawałowego) i nie mogliśmy się od niego opędzić. Był bardzo ciekawy, cóż to za okazję mamy, by tak cieszyć się życiem, na co wytknęłam mu, że gdyby mieli w swoim panteonie bóstwo miłości, może by inaczej patrzyli na pewne sprawy.
I co mi odpowiedział? Tak, powinnam była to przewidzieć. Że skoro jest wolne miejsce, to może...
Nie daliśmy mu dokończyć. Tym razem zgubiliśmy go skutecznie.
Swoją drogą, to nawet ciekawie brzmi: "demon miłości" Pod pewnymi względami bardziej pasuje niż bóstwo.

A podróż przez Melodię była jak... Jak... Jak podróż przez melodię. Tak sobie obiecywałam, że jakoś ładnie to opiszę, a tu klops. Wystarczy, jeśli powiem tak: uczucie, że gra człowiekowi w duszy muzyka, jest chyba powszechnie znane, prawda? A jeśli zamienią się rolami i człowiek znajdzie się w muzyce?
Nie mogę się powstrzymać od nucenia romantycznych piosenek. Zaczyna mnie to przerażać...

11 II

- Mam do ciebie pewną prośbę - Vaneshka uśmiechnęła się nieśmiało.
- Mów śmiało - odwzajemniłam uśmiech i postawiłam herbatę na stoliku. Zanim jednak usiadłam, nie omieszkałam podejść do siedzącego na kanapie Tenariego i zaklaskać mu przed oczami. Zamrugał i skrzywił się, ale przestał się pogrążać we własnych i cudzych myślach.
- Podano do stołu, paniczu - powiedziałam dobitnie. - I mógłbyś też go zaprosić na herbatę, zamiast tylko siedzieć wiecznie wyłączony.
Tenari grzecznie podleciał do stolika i wziął swoją cynamonową, ale moje słowa go rozbawiły, jakbym domagała się gwiazdki z nieba.
- To może inaczej - westchnęłam. - Uświadom go, że jutro przychodzi na herbatę.
Mały posłał mi uśmiech pod tytułem "tak lepiej", po czym wrócił na kanapę ze swoją filiżanką. Ja natomiast usiadłam, narzekając w duchu, że oto z własnej woli pogłębiam konszachty... Znaczy, kontakty z Chaosem. Jakbym już i tak nie była z definicji chaotyczna, Tenari zresztą też.
- Niech to, przepraszam cię - zwróciłam się do Vaneshki, otrząsając się z zamyślenia (zaraził mnie?!). - O co chciałaś mnie prosić?
- Chciałabym, żebyś pomogła mi znaleźć Leo i Milanee - pieśniarka spuściła oczy. - Od dwóch tygodni nie mam z nimi kontaktu, a przecież wcześniej odzywali się przynajmniej dwa razy na tydzień...
- Nie jesteś przypadkiem nadopiekuńcza? - zapytałam zaczepnie.
- Cóż poradzę, że mi ich brak - westchnęła. - A Carnetia prawie nie bywa w domu, więc siedzę tylko z drzewkiem.
- Właściwie dokąd ich wywiało? Już dawno miałam o to zapytać, ale jakoś... Zapomniałam.
Kiedy Vaneshka zaczęła wyjaśniać, na jej twarzy pojawił się żal przemieszany z rozbawieniem.
- Milanee uparła się, że odnajdzie Haldisa - powiedziała - Nie wiem, co dokładnie między nimi zaszło, ale gryzła się tym przez naprawdę długi czas. A Leo uznał, że to szaleństwo puszczać ją samą.
- I do tej pory go nie znaleźli? - przewróciłam oczami. - Półtora miesiąca poza Marzeniem?
- Światy są nieogarnięte - pieśniarka spuściła wzrok. - Może nie dla kogoś takiego jak ty, ale dla nich...
- W porządku, mogę pomóc - pokiwałam głową. - Ale zdajesz sobie sprawę, że pojutrze jedziemy do Pieśni?
- Owszem, owszem - roześmiała się. - Dlatego dam im jeszcze tygodniowy kredyt zaufania.

Czasem myślę, że wolałabym, by światy i dla mnie były nieogarnięte...
Ale też przyznam, że mam ochotę skakać z radości. Skoro ruszam na Krawędź w towarzystwie Vaneshki, oznacza to, że po raz pierwszy pojadę przez Melodię! Hura, hura!
I ciekawa jestem, czy w czasie, gdy tam będę, moi tajemniczy korespondenci znów przyślą mi konwalie.

8 II

Śniłam dzisiaj o spadaniu, co już od dawna mi się nie zdarzało. W dodatku w rozmaitych sceneriach - a to z pięćdziesiątego piętra wieżowca, a to z moich ulubionych krętych schodów, a to wreszcie w przepaść... I w zasadzie się nie bałam. Tylko na początku, ale potem uznałam, że skoro tak już długo spadam, nie skończy się to zanim się obudzę. Tak, zdawałam sobie sprawę, że to mi się śni, ale nie zbudziłam się z tego powodu, jak to było do tej pory.
Aż w którymś momencie ktoś powiedział, że mnie uratuje. Nie wiem kto, słyszałam cichy szept w swojej głowie, a może raczej czułam lekkie tchnienie? Wyciągnęłam więc rękę i coś ją kurczowo chwyciło, omal jej nie łamiąc. Zostałam pociągnięta w górę i nagle odkryłam, że stoję na twardym gruncie, lecz otacza mnie ściana płomieni, bez możliwości wyjścia. I coraz bardziej się zbliżały...
Dziwne, ale nawet wtedy się nie bałam. Za to byłam wyjątkowo oburzona o taką "pomoc".
Może bym dla odmiany w nieskończoność stała osaczona przez ogień, ale na szczęście obudził mnie Tenari, który stłukł talerz podczas próby zrobienia śniadania i przyszedł się przyznać. Chwała mu za to.
Ciekawa jestem, co by o tym śnie powiedziała Vanny albo Yori-chan. Bo zwykle jeśli udaje mi się zapamiętać, co mi się przyśniło, okazuje się to później ważne... Ale, jak już ostatnio wspominałam, może mam manię prześladowczą.