To Sheril przybyła po nas, a przecież powinno być odwrotnie, bo to my
mieliśmy być jej eskortą. Nadobna dama z płowym warkoczem, w sukni
barwy omszałych głazów, wyglądała na wzorcowy obiekt, ktory należy
ochraniać, ale jestem pewna, że w krytycznej sytuacji okazałaby się
samowystarczalna i że propozycja Lexa miała swoje drugie dno. Zresztą my
też tworzyliśmy zabawny zestaw – niefrasobliwa parka z demoniątkiem,
lotofenkiem i dwójką nieznośnych wierzchowców pasowała może do tego
drugiego dna, ale z pewnością nie do pierwszego. Ja na taki widok
parsknęłabym śmiechem (omal zresztą tego nie zrobiłam), ale Dama z
Eskalotu chyba zwykła przyjmować pomysły Lexa bez słów sprzeciwu, a może
i w ogóle bez słów. Pytania i wnioski miały nadejść dopiero później,
ale na razie nie ubiegajmy zdarzeń.
Podróżowaliśmy złotą kulą, w której zmieściłoby się niewielkie
mieszkanie, a którą pilotowało dwóch umundurowanych panów o obojętnych
twarzach. Czasem zastanawiam się, skąd Sheril takich bierze. Może są w
światach jakieś biura wynajmu statystów do usługiwania VIP-om? W każdym
razie płynęliśmy międzysferą ku Północy, co trochę zachwiało moim
poczuciem czasu. Wiedziałam, że na Północy powinna w tej chwili
przychodzić zima – co z tego mogłoby wyniknąć? Że będziemy świadkami
kolejnego Zimowego Przesilenia? A jaka pora roku będzie, kiedy wrócimy
na Zachód? Nie lubię podróżować między różnymi stronami domeny, bo to
jest gorsze niż jet-lag. Dziwne, ale kiedy całkiem zmieniam domenę,
jakoś tego nie odczuwam.
No dobrze, to było trochę nudne. W końcu jednak kula zatrzymała się w
świecie, którego istnienia nie byłam wcześniej świadoma, i musieliśmy
zamienić ją na mniej rzucający się środek transportu, czyli nasze
rumaki.
- Czy tutaj nie ma techniki? – zapytałam Sheril. – Nie uważasz, że zrobiłabyś piorunujące wrażenie, przylatując czymś takim?
- Już miałam swoje pięć minut na robienie wrażenia – odpowiedziała
spokojnie i wyładowała z kuli własnego konia, który wyglądał jak wykuty z
kamienia, a jednak poruszał się całkiem normalnie. – Dawno temu, kiedy
stąd odeszłam. Nie sądzę, by mi to zapomnieli.
- O? – niesformułowane pytanie zawisło w powietrzu.
- Wybacz, ale nie jestem przyzywczajona do opowiadania historii mego
życia – uśmiechnęła się jakoś dziwnie. – Zwłaszcza, że straciłabym wtedy
nad tobą przewagę.
- A to my ze sobą konkurujemy? – zdziwiłam się. – Miałam nadzieję, że
dawno wybiłaś to sobie z głowy, zwłaszcza, że tak długo nie było mnie
ani widu, ani słychu.
Zabawne, ale nawet nie przyszło mi do głowy zastanowić się, ile w takim
razie ona o mnie wie. Może powinnam przywyknąć, że zawsze w którymś
momencie i tak zejdzie na ten konkretny temat? Ale dla Sheril było to na
porządku dziennym.
- Masz rację – skinęła głową po namyśle. – Bo czy można kochać Sorilexa i opuścić go na tak długi czas?
Ciekawe, czy była świadoma, jaką szpilę mi w tym momencie wsadziła.
Kraina, do której trafiliśmy, nazywała się Arked. Trwała w niej zima,
ale nie było (jeszcze?) śniegu, tylko twarda, ogołocona ziemia pod
szarymi chmurami. Jechaliśmy kamienistą drogą między bezlistnymi
drzewami, które zwieszały smętnie gałęzie. W górze jakieś ptaki
nawoływały się przenikliwie, a Sheril krzywiła się na ich odgłosy.
Zatrzymaliśmy się na rozstajach, gdzie stał wbity w ziemię pusty słup,
bez żadnych drogowskazów. Dopiero Aeiran zwrócił mi na to uwagę, bo
byłam zbyt przybita dotychczasowymi widoczkami.
- Wskazuje drogę w górę? – odezwał się z lekkim rozbawieniem. – Jak
jedyna droga do nieba dla grzeszników? Czy to nie powinno być w Punkcie
Przemian?
- Może jest? Nikt dotąd nie stwierdził, gdzie on się znajduje –
odpowiedziałam nieprzytomnie, zastanawiając się, czy duchy żywiołów
Północy opuściły to miejsce. Ciekawe, co powiedziałaby na to Maeve. Albo
Clayd.
- Ten słup niczego nie wskazuje. To pozostałość po szubienicy – ucięła
nasze dywagacje Sheril, która wyraźnie pragnęła oddalić się stąd;
pozwalała jednak, by jej kamienny koń stał w miejscu.
– Czekamy tu na
coś? – zapytałam.
- Na kogoś… Mam nadzieję – westchnęła, próbując wypatrzyć coś w oddali. – Godzina jest właściwa, a on nigdy się nie spóźniał.
Udzieliło mi się trochę jej niepokoju, jakbym nie miała dość własnego.
Jednak po kilku minutach tętent kopyt zagłuszył niewesołe myśli,
rozbudził nową ciekawość. Wielki biały koń, równie imponujący jak No
Doubt, wybiegł jakby z nicości, niosąc na grzbiecie jeźdźca w szarym
płaszczu. Dość nisko nad nimi frunął piękny drapieżny ptak. Sheril
zsiadła ze swojego wierzchowca, ale nie zrobiła ani kroku naprzód, tylko
czekała aż przybysz się zbliży. Po chwili i on stanął na ziemi; okazał
się starszym mężczyzną o siwych włosach i starannie przystrzyżonej
brodzie. Na szyi nosił wisior w kształcie półksiężyca zwróconego rogami w
dół.
- Na Matkę Świata, dziewczyno, dlaczego nalegałaś na spotkanie tak
daleko? – zaczął od wyrzutów, dzięki temu miałam okazję usłyszeć, jak
ktoś nazywa Damę z Eskalotu „dziewczyną”. – Miałem tak niewiele czasu, że
musiałem się przenieść, by zdążyć w porę.
- Wasz widok raduje me oczy, mistrzu Belinusie – przemówiła Sheril formalnie, ale jej głos brzmiał serdecznie.
- No, dziecko, tylko mi się nie kłaniaj – machnął ręką; uśmiechał się, ale ten uśmiech nie sięgał oczu.
- Powinnam raczej paść na kolana – stwierdziła, ale zaraz zmieniła
temat, spoglądając na kołującego w powietrzu ptaka: – A gdzie Strzała?
- Zginęła. Napotkała silniejszego przeciwnika.
Nie znalazłszy na to odpowiedzi, zamilkła. Tymczasem stary człowiek
podszedł przywitać się z nami, a w każdym razie nas obejrzeć. Najdłużej
przyglądał się Tenariemu, aż wreszcie wyciągnął rękę i wymówił kilka
słów. Nagle mój wychowanek zaczął wyglądać bardziej ludzko, a przede
wszystkim zniknęły skrzydła.
- Co zrobiłeś? – wykrztusiłam. – To iluzja czy przemiana?!
- Ciągle mam skrzydła – przekazał Tenari ubawiony, oglądając się ze wszystkich stron. Na dowód uniósł się na chwilę w powietrze.
- Tam, dokąd się udamy, okrzyknięto by go pomiotem piekieł – dopiero
teraz wyjaśnił Belinus. Kiedy skinęłam głową, przyjmując to do
iwadomości, znów zwrócił się do Sheril:
- Ryzykowałaś, przywożąc ich. To dla nich za wcześnie.
- To byłaby odpowiednia pora, gdyby śnieg pokrywał ziemię, a gwiazdy były jasne.
- Zbyt dużo poznałaś światów – stwierdził z dezaprobatą. – Mogłaś
przywieźć tego chłopca, którego masz pod opieką. Gilbert ucieszyłby się z
towarzystwa.
Na te słowa Sheril parsknęła niewesołym śmiechem, po czym przygryzła
wargę i nic nie powiedziała. – Jaki czas byłby odpowiedni? – nie mogłam
nie zapytać.
- Pewnie wtedy, kiedy płomień ognisk strzela iskrami ponad drzewa –
uznał Aeiran; niby zwrócony w stronę tamtych dwojga, ale mówił tylko do
mnie. – I gwiazdy są jasne.
- To może i dobra pora, ale nie tutaj. Tu jest Arked – pokręcił głową
Belinus. – To byłoby możliwe w Driscoll albo w Kerndii. Tu nawet Zimowego
Przesilenia nie warto świętować.
- W takim razie dlaczego przyjechaliśmy właśnie tu? – nie mogła
zrozumieć Sheril. – Dlaczego do Kamelliardu? To nigdy nie było dobre
miejsce.
- Ponieważ tylko na tych ziemiach panuje już spokój – brzmiała gorzka
odpowiedź. – Dalej, ruszajmy stąd. Przecież to samobójstwo stać tu dłużej
niż kwadrans.
- Dlaczego samobójstwo? – zapytałam jak ciekawe świata dziecko, kiedy z powrotem wsiadaliśmy na konie.
- Zabobon – rzuciła Sheril i zacisnęła wargi.
17 III
Zbudziłam się dzisiaj wyjątkowo późno, choć nadal wcześniej od
Aeirana; z jednej strony wciąż było mi sennie i nierealnie, a z drugiej
miałam wrażenie, że kiedy tylko wyjdę z pokoju, za drzwiami znajdę
przedwiosenny ogród, budzący się do życia. Chociaż czy gdybym spała na
świeżym powietrzu, kręciłoby mi się tak w głowie? Ciągle jest dość
chłodno, a drzewa jeszcze nie kwitną, w każdym razie w większości
miejsc, jakie przychodzą mi teraz na myśl.
Oczywiście przeszłam przez łazienkę, wylewając sobie przy okazji strumień wody na głowę, i „wchwiałam się” do herbaciarni, żeby zobaczyć, czy Tenari też jest takim śpiochem. Wczoraj tak się zapamiętał w przetrząsaniu Szafy, że aż zasnął na stosie szmatek, z pudełkiem na biżuterię w roli poduszki… Tymczasem czekało mnie zaskoczenie. Chmurka i Obłoczek uwijały się, przynosząc to herbatę, to ciasteczka, tak Tenariemu, jak i niespodziewanemu gościowi. Mój wychowanek siedział na podłodze z ciągle jeszcze śpiącym lotofenkiem na kolanach i trzymał w łapkach małą skrzyneczkę z guziczkami, coraz to zmieniając piosenki; niestety z powodu słuchawek w uszach nie mogłam stwierdzić, jakie. Gość natomiast usadowił się plecami do niego, wręcz zasypany abstrakcyjnie zarysowanymi kartkami i niezmiernie bezradny z tego powodu.
- Choćbym się znał na sztuce, to co mi da twoja wyobraźnia? – mówił, przeglądając rysunki. – W muzyce przynajmniej wiem, o co chodzi.
Nawet jeśli do Tenariego dotarło coś z tych słów, nie odpowiedział w sposób dla mnie słyszalny; nawet jeśli do Lexa dotarła jakaś odpowiedź, tylko westchnął z rezygnacją. Siedzieli tak, stanowiąc uroczy kontrast – jeden w nieśmiertelnej piżamce w gwiazdki, drugi w równie nieśmiertelnej czerni, z jakimś mrocznym nadrukiem na koszulce – i na ich widok wezbrała we mnie fala rozczulenia, jednakowego wobec nich obu. Siedzieli, nie zwracając na nic uwagi. Nie zauważyli nawet, kiedy Obłoczek upuścił czwarty talerzyk z ciastkami i pomknął do kuchni, jakby się wstydził własnej szefowej.
- No tak, obsługa się stara, a wy nawet „dziękuję” nie powiecie – odezwałam się wreszcie, omiatając wzrokiem bałagan.
- Ja tego wszystkiego nie zamawiałem – obruszył się Lex. – Na pewno nie zjem tych… Miya?
Nieporadnie podniósł się na nogi, rozwiewając rysunki dokoła.
- Pewnie, że ja – powiedziałam serdecznie. – Cześć, Lex.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz go takim widziałam – pomijając fakt, że w ogóle nie widziałam go piekielnie długo – tak zaskoczonego, nie wiedzącego, co zrobić. Jakby na chwilę opadły wszystkie mury, wszystkie maski, którymi zwykle się osłaniał. Oczy miał fioletowe jak niebo, kiedy słońce zachodzi. Niewiele myśląc podeszłam i uścisnęłam go, na co pozwolił bez słowa. Stał sztywno jak kij, ale się nie odsunął.
- No, cześć – powiedział wreszcie ledwo słyszalnie.
Puściłam go wreszcie, żeby już nie czuł się bardziej skompromitowany. Usłyszałam jakiś szmer i spojrzałam w stronę wejścia do łazienki. Aeiran stał na pół w iluzorycznej ścianie – makabryczny widok, słowo daję – i patrzył na nas uważnie. Nic jednak nie powiedział, skinął tylko głową na przywitanie (?! – może też jeszcze się nie do końca zbudził) i z powrotem zniknął za ścianą.
- Czekałem na ciebie – Lex odwrócił wzrok. – Czekałem, aż w końcu ten maluch zaproponował „wymianę inspiracji”, a potem zaczął wołać mentalnie o te wszystkie słodycze. Słowo daję, nie miałem tu nic do gadania.
- Czekałeś na mnie – powtórzyłam. – A mimo to jesteś taki zaskoczony?
- Mimo wszystko chwilę cię nie było. Mogło się okazać, że będziesz kimś zupełnie innym.
- Dotąd mało kto rozumował w ten sposób – skrzywiłam się. – Skąd w takim razie wiedziałeś, że wróciłam?
Podniósł z podłogi swoją filiżankę rumowej i minąwszy zasłuchanego Tenariego usiadł przy stoliku. Zauważyłam, że od razu zaczął czuć się pewniej.
- Spotkałem jednego faceta, kiedy trochę szpiegowałem po światach – zaraportował. – Jakoś tak się zgadaliśmy, że obaj cię znamy, no i on powiedział: „Skoro ja tu jestem, to ona tym bardziej”. Cokolwiek przez to rozumiał, miał rację.
- Kogo? – zapytałam prędko.
- A może sama zgadniesz? Kogoś, kto miał o tobie ciekawe spostrzeżenia – Lexowi zdążył już wrócić ten lekki, kpiarsko-rozmarzony uśmieszek. – Czyżby kolejny, którego zbałamuciłaś podczas swoich dalekich podróży?
- Nie narzekałam na powodzenie – stwierdziłam z kamienną twarzą. – Czy raczej może właśnie narzekałam. Co u ciebie?
- W sumie po staremu. Ciągle nie rozmówiłem się z Kiyonê na temat dawnych… spraw rodzinnych, nie schwytałem Ducha w Maszynerii ani nie pogodziłem się czule z Ai-sama i paroma innymi – wzruszył ramionami. – Za to zacząłem mieć sny. Na razie rzadko, ale własne. Tylko moje.
- A miłe chociaż?
- Nie skarżę się – odpowiedział. – No, ale powiem ci, jak chcę uczcić twój powrót. Otóż, jak zwykła mawiać Xella-Medina, mam dla ciebie nową tajemnicę.
- I zawsze cię wzdrygało, kiedy tak mówiła.
- No. Bo ja chciałem, a zwykle mnie uprzedzała.
- I odwiedzasz mnie pierwszy raz od tak dawna, żeby tak od razu przystąpić do rzeczy?
- A jak dawno już tu jesteś? – odbił piłeczkę (czy też „pałeczkę”, jak powiedziałaby Ivy). – Trochę cię jednak znam i wiem, że nie zechcesz się zbyt długo obijać.
- Taa… To właśnie jest moje przekleństwo. Co w takim razie proponujesz?
- Wkrótce moja Pani ma odwiedzić swoje rodzinne strony – Lex uśmiechnął się znad filiżanki. – Chciałbym, żebyś jej towarzyszyła.
- Jakbym to już kiedyś słyszała… Następna tajemnicza wyprawa, której sensu nigdy nie poznam? – prychnęłam. – Czy naprawdę muszę towarzyszyć właśnie jej? Może miała nadzieję, że już nie wrócę, a ja ją rozwieję?
- Pomyśl raczej, że proponuję to właśnie tobie – udał zamyślenie, a tak naprawdę jego wzrok gdzieś błądził. – Zresztą nie musisz jechać sama. Mojej Pani bardzo będzie potrzebne towarzystwo. Sprzymierzeńcy.
- Czy ona wie, że będzie miała takie towarzystwo?
- Wie. Nic na to nie powiedziała, ale wie – rzekł, podłamując mnie tym odrobinkę. Ot, zostałam postawiona przed faktem dokonanym… – Poza tym jest jedna taka rzecz, która kazała mi od razu pomyśleć o tobie.
- Tak?…
- Przechwyciłem tę wiadomość do mojej Pani – Lex podał mi kopertę ze złamaną pieczęcią. – Nawet jej nie pokazałem, bo pochodziła z podejrzanego źródła, ale pomyślałem, że tobie mogłoby to przypaść do gustu.
- Jasne, nie ma to jak listy z podejrzanych źródeł, coś w sam raz dla mnie – włożyłam w tę wypowiedź całą ironię, na jaką mnie było stać, i z ociąganiem wyjęłam z koperty zapisany skrawek papieru. Prędko przebiegłam po nim wzrokiem, bo niewiele na sobie mieścił.
Potem przeczytałam jeszcze raz… I jeszcze raz, starając się nie zwracać uwagi na to, jaką Lex miał uciechę na widok mojej miny.
- A nie mówiłem?
Oczywiście przeszłam przez łazienkę, wylewając sobie przy okazji strumień wody na głowę, i „wchwiałam się” do herbaciarni, żeby zobaczyć, czy Tenari też jest takim śpiochem. Wczoraj tak się zapamiętał w przetrząsaniu Szafy, że aż zasnął na stosie szmatek, z pudełkiem na biżuterię w roli poduszki… Tymczasem czekało mnie zaskoczenie. Chmurka i Obłoczek uwijały się, przynosząc to herbatę, to ciasteczka, tak Tenariemu, jak i niespodziewanemu gościowi. Mój wychowanek siedział na podłodze z ciągle jeszcze śpiącym lotofenkiem na kolanach i trzymał w łapkach małą skrzyneczkę z guziczkami, coraz to zmieniając piosenki; niestety z powodu słuchawek w uszach nie mogłam stwierdzić, jakie. Gość natomiast usadowił się plecami do niego, wręcz zasypany abstrakcyjnie zarysowanymi kartkami i niezmiernie bezradny z tego powodu.
- Choćbym się znał na sztuce, to co mi da twoja wyobraźnia? – mówił, przeglądając rysunki. – W muzyce przynajmniej wiem, o co chodzi.
Nawet jeśli do Tenariego dotarło coś z tych słów, nie odpowiedział w sposób dla mnie słyszalny; nawet jeśli do Lexa dotarła jakaś odpowiedź, tylko westchnął z rezygnacją. Siedzieli tak, stanowiąc uroczy kontrast – jeden w nieśmiertelnej piżamce w gwiazdki, drugi w równie nieśmiertelnej czerni, z jakimś mrocznym nadrukiem na koszulce – i na ich widok wezbrała we mnie fala rozczulenia, jednakowego wobec nich obu. Siedzieli, nie zwracając na nic uwagi. Nie zauważyli nawet, kiedy Obłoczek upuścił czwarty talerzyk z ciastkami i pomknął do kuchni, jakby się wstydził własnej szefowej.
- No tak, obsługa się stara, a wy nawet „dziękuję” nie powiecie – odezwałam się wreszcie, omiatając wzrokiem bałagan.
- Ja tego wszystkiego nie zamawiałem – obruszył się Lex. – Na pewno nie zjem tych… Miya?
Nieporadnie podniósł się na nogi, rozwiewając rysunki dokoła.
- Pewnie, że ja – powiedziałam serdecznie. – Cześć, Lex.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz go takim widziałam – pomijając fakt, że w ogóle nie widziałam go piekielnie długo – tak zaskoczonego, nie wiedzącego, co zrobić. Jakby na chwilę opadły wszystkie mury, wszystkie maski, którymi zwykle się osłaniał. Oczy miał fioletowe jak niebo, kiedy słońce zachodzi. Niewiele myśląc podeszłam i uścisnęłam go, na co pozwolił bez słowa. Stał sztywno jak kij, ale się nie odsunął.
- No, cześć – powiedział wreszcie ledwo słyszalnie.
Puściłam go wreszcie, żeby już nie czuł się bardziej skompromitowany. Usłyszałam jakiś szmer i spojrzałam w stronę wejścia do łazienki. Aeiran stał na pół w iluzorycznej ścianie – makabryczny widok, słowo daję – i patrzył na nas uważnie. Nic jednak nie powiedział, skinął tylko głową na przywitanie (?! – może też jeszcze się nie do końca zbudził) i z powrotem zniknął za ścianą.
- Czekałem na ciebie – Lex odwrócił wzrok. – Czekałem, aż w końcu ten maluch zaproponował „wymianę inspiracji”, a potem zaczął wołać mentalnie o te wszystkie słodycze. Słowo daję, nie miałem tu nic do gadania.
- Czekałeś na mnie – powtórzyłam. – A mimo to jesteś taki zaskoczony?
- Mimo wszystko chwilę cię nie było. Mogło się okazać, że będziesz kimś zupełnie innym.
- Dotąd mało kto rozumował w ten sposób – skrzywiłam się. – Skąd w takim razie wiedziałeś, że wróciłam?
Podniósł z podłogi swoją filiżankę rumowej i minąwszy zasłuchanego Tenariego usiadł przy stoliku. Zauważyłam, że od razu zaczął czuć się pewniej.
- Spotkałem jednego faceta, kiedy trochę szpiegowałem po światach – zaraportował. – Jakoś tak się zgadaliśmy, że obaj cię znamy, no i on powiedział: „Skoro ja tu jestem, to ona tym bardziej”. Cokolwiek przez to rozumiał, miał rację.
- Kogo? – zapytałam prędko.
- A może sama zgadniesz? Kogoś, kto miał o tobie ciekawe spostrzeżenia – Lexowi zdążył już wrócić ten lekki, kpiarsko-rozmarzony uśmieszek. – Czyżby kolejny, którego zbałamuciłaś podczas swoich dalekich podróży?
- Nie narzekałam na powodzenie – stwierdziłam z kamienną twarzą. – Czy raczej może właśnie narzekałam. Co u ciebie?
- W sumie po staremu. Ciągle nie rozmówiłem się z Kiyonê na temat dawnych… spraw rodzinnych, nie schwytałem Ducha w Maszynerii ani nie pogodziłem się czule z Ai-sama i paroma innymi – wzruszył ramionami. – Za to zacząłem mieć sny. Na razie rzadko, ale własne. Tylko moje.
- A miłe chociaż?
- Nie skarżę się – odpowiedział. – No, ale powiem ci, jak chcę uczcić twój powrót. Otóż, jak zwykła mawiać Xella-Medina, mam dla ciebie nową tajemnicę.
- I zawsze cię wzdrygało, kiedy tak mówiła.
- No. Bo ja chciałem, a zwykle mnie uprzedzała.
- I odwiedzasz mnie pierwszy raz od tak dawna, żeby tak od razu przystąpić do rzeczy?
- A jak dawno już tu jesteś? – odbił piłeczkę (czy też „pałeczkę”, jak powiedziałaby Ivy). – Trochę cię jednak znam i wiem, że nie zechcesz się zbyt długo obijać.
- Taa… To właśnie jest moje przekleństwo. Co w takim razie proponujesz?
- Wkrótce moja Pani ma odwiedzić swoje rodzinne strony – Lex uśmiechnął się znad filiżanki. – Chciałbym, żebyś jej towarzyszyła.
- Jakbym to już kiedyś słyszała… Następna tajemnicza wyprawa, której sensu nigdy nie poznam? – prychnęłam. – Czy naprawdę muszę towarzyszyć właśnie jej? Może miała nadzieję, że już nie wrócę, a ja ją rozwieję?
- Pomyśl raczej, że proponuję to właśnie tobie – udał zamyślenie, a tak naprawdę jego wzrok gdzieś błądził. – Zresztą nie musisz jechać sama. Mojej Pani bardzo będzie potrzebne towarzystwo. Sprzymierzeńcy.
- Czy ona wie, że będzie miała takie towarzystwo?
- Wie. Nic na to nie powiedziała, ale wie – rzekł, podłamując mnie tym odrobinkę. Ot, zostałam postawiona przed faktem dokonanym… – Poza tym jest jedna taka rzecz, która kazała mi od razu pomyśleć o tobie.
- Tak?…
- Przechwyciłem tę wiadomość do mojej Pani – Lex podał mi kopertę ze złamaną pieczęcią. – Nawet jej nie pokazałem, bo pochodziła z podejrzanego źródła, ale pomyślałem, że tobie mogłoby to przypaść do gustu.
- Jasne, nie ma to jak listy z podejrzanych źródeł, coś w sam raz dla mnie – włożyłam w tę wypowiedź całą ironię, na jaką mnie było stać, i z ociąganiem wyjęłam z koperty zapisany skrawek papieru. Prędko przebiegłam po nim wzrokiem, bo niewiele na sobie mieścił.
Potem przeczytałam jeszcze raz… I jeszcze raz, starając się nie zwracać uwagi na to, jaką Lex miał uciechę na widok mojej miny.
16 III
Wróciliśmy wczoraj… I natychmiast wyskoczyliśmy do DeNaNi, na łono
natury. Rozgwieżdżone noce są najpiękniejsze, to prawda, ale jednak
błękitne, słoneczne niebo stanowi miłą odmianę. Wybraliśmy się do
Lee’Lath, do tych uroczych, teggickich lasów, które wyglądają jak
marzenie każdego dziecka – zakamarków, w których może kryć się wszystko,
tajemnych przejść między chaszczami i świetnych drzew do włażenia. W
dziupli jednego z nich Tenari znalazł pojemnik z sokiem i worek
cukierków, ale udało mi się wyperswadować mu ich zjedzenie. Najpewniej
ktoś też uznał, że to świetne miejsce do zabawy i zostawił tam prowiant
na później…
Nawdychawszy się świeżego powietrza przenieśliśmy się do Tarahieny, z nadzieją, że zobaczymy Galę Niezwykłych Myśli, ale niestety – zjazd wynalazców, artystów i innych zwariowanych indywiduów z jakiegoś powodu został przesunięty na lipiec. Na lipiec! Komu będzie się chciało myśleć w takim upale? No cóż, trudno. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem – znowu tylko na chwilę, bo zachciało się nam pójść potańczyć we dwoje, a Tenari grzecznie położył się spać. Wprost niewiarygodne, jakie to dziecko jest bezproblemowe; przypuszczam, że każda inna matka uznałaby to za podejrzane. Pamiętam, jakie zamieszanie robił, kiedy był młodszy – z dziwnymi porami chodzenia spać, chwytaniem wszystkiego, co popadło, no i z początku trudno było wymyślić, jak toto wychowywać… Jednak od kiedy nauczył się telepatii, zaczął najpierw zadawać pytania, a dopiero potem pchać się do czegoś z łapami, co mocno ułatwiło sprawę. I może to dziwne, ale to przechowywanie go u rozmaitych ciotek wydaje się… Dobrze na niego wpływać, naprawdę.
Dopiero dzisiaj rozejrzałam się porządnie po mieszkaniu i herbaciarni, i doszłam do wniosku, że należałoby trochę posprzątać. Wezwałam więc Chmurkę i Obłoczka, które co prawda najpierw robią większy bałagan, a dopiero potem wszystko sprzątają, ale ja też tak robię, nie ma co ukrywać.
- Co widzisz? – Aeiran usiadł obok mnie na kanapie, kiedy przyglądałam się miniaturce światów. Nieopodal Tenari przeglądał zawartość Szafy, a w mieszkaniu trwał tajfun, zwany dla niepoznaki „sprzątaniem”.
- Chyba powinnam przestać się zastanawiać nad zmianami w światach, jak radziła Renê – westchnęłam. – Tylko kręci mi się w głowie, kiedy próbuję rozróżnić, co było już wcześniej, a co przyszło dopiero niedawno.
Podałam mu puzderko, a sama sięgnęłam po herbatę, którą zaparzyła nam Chmurka. Była przeraźliwie mocna.
- Zerknij na górę, na Północ – powiedziałam niby to obojętnie.
- Na tę czarną plamę na samej granicy? – od razu zauważył. – Co to jest?
- To Wędrująca Ciemność – powiedziałam powoli. – Alternatywna, o zupełnie innych dziejach niż twoja. Miałam nadzieję, że tu nie dotrze.
- Nie potrafię wyobrazić sobie i n n e j Ciemności – pokręcił głową i zamknął puzderko. – Jeśli zamierzałaś mnie ostrzec, żebym się tam nie zbliżał, nie musisz się trudzić.
Parsknęłam śmiechem, w którym było trochę ulgi i trochę histerii, i przez to zakrztusiłam się herbatą. Tymczasem Ten-chan dorwał jakieś ocieplane pudełeczko, z którego wyciągnął naszyjnik z wielkim czerwonym motylem. Złapawszy go za tasiemkę, zaczął przyglądać mu się ciekawie, a po chwili wołać do nas mentalnie, że ta rzecz macha skrzydłami… Zanim podeszłam, dmuchnął na tego motyla – i nastąpiło zwarcie.
To było trochę jakby w herbaciarnię uderzył piorun, rozszedł się po ścianach i kablach – na szczęście nielicznych – a potem równie szybko wrócił do chmury… Znaczy, do naszyjnika. Tenari siedział w oszołomieniu, z włosami jeszcze bardziej sterczącymi, ale raczej nic mu się nie stało. Za to wszystkie lampy przestały nadawać się do użytku, podobnie jak moja nieszczęsna wieża i zapewne sprzęt kuchenny, ale to będę musiała jeszcze sprawdzić. Dopiero po sprzątnięciu mieszkania moja obsługa ma zamiar poszaleć w kuchni, więc nie ma co tam na razie wchodzić.
Nawdychawszy się świeżego powietrza przenieśliśmy się do Tarahieny, z nadzieją, że zobaczymy Galę Niezwykłych Myśli, ale niestety – zjazd wynalazców, artystów i innych zwariowanych indywiduów z jakiegoś powodu został przesunięty na lipiec. Na lipiec! Komu będzie się chciało myśleć w takim upale? No cóż, trudno. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem – znowu tylko na chwilę, bo zachciało się nam pójść potańczyć we dwoje, a Tenari grzecznie położył się spać. Wprost niewiarygodne, jakie to dziecko jest bezproblemowe; przypuszczam, że każda inna matka uznałaby to za podejrzane. Pamiętam, jakie zamieszanie robił, kiedy był młodszy – z dziwnymi porami chodzenia spać, chwytaniem wszystkiego, co popadło, no i z początku trudno było wymyślić, jak toto wychowywać… Jednak od kiedy nauczył się telepatii, zaczął najpierw zadawać pytania, a dopiero potem pchać się do czegoś z łapami, co mocno ułatwiło sprawę. I może to dziwne, ale to przechowywanie go u rozmaitych ciotek wydaje się… Dobrze na niego wpływać, naprawdę.
Dopiero dzisiaj rozejrzałam się porządnie po mieszkaniu i herbaciarni, i doszłam do wniosku, że należałoby trochę posprzątać. Wezwałam więc Chmurkę i Obłoczka, które co prawda najpierw robią większy bałagan, a dopiero potem wszystko sprzątają, ale ja też tak robię, nie ma co ukrywać.
- Co widzisz? – Aeiran usiadł obok mnie na kanapie, kiedy przyglądałam się miniaturce światów. Nieopodal Tenari przeglądał zawartość Szafy, a w mieszkaniu trwał tajfun, zwany dla niepoznaki „sprzątaniem”.
- Chyba powinnam przestać się zastanawiać nad zmianami w światach, jak radziła Renê – westchnęłam. – Tylko kręci mi się w głowie, kiedy próbuję rozróżnić, co było już wcześniej, a co przyszło dopiero niedawno.
Podałam mu puzderko, a sama sięgnęłam po herbatę, którą zaparzyła nam Chmurka. Była przeraźliwie mocna.
- Zerknij na górę, na Północ – powiedziałam niby to obojętnie.
- Na tę czarną plamę na samej granicy? – od razu zauważył. – Co to jest?
- To Wędrująca Ciemność – powiedziałam powoli. – Alternatywna, o zupełnie innych dziejach niż twoja. Miałam nadzieję, że tu nie dotrze.
- Nie potrafię wyobrazić sobie i n n e j Ciemności – pokręcił głową i zamknął puzderko. – Jeśli zamierzałaś mnie ostrzec, żebym się tam nie zbliżał, nie musisz się trudzić.
Parsknęłam śmiechem, w którym było trochę ulgi i trochę histerii, i przez to zakrztusiłam się herbatą. Tymczasem Ten-chan dorwał jakieś ocieplane pudełeczko, z którego wyciągnął naszyjnik z wielkim czerwonym motylem. Złapawszy go za tasiemkę, zaczął przyglądać mu się ciekawie, a po chwili wołać do nas mentalnie, że ta rzecz macha skrzydłami… Zanim podeszłam, dmuchnął na tego motyla – i nastąpiło zwarcie.
To było trochę jakby w herbaciarnię uderzył piorun, rozszedł się po ścianach i kablach – na szczęście nielicznych – a potem równie szybko wrócił do chmury… Znaczy, do naszyjnika. Tenari siedział w oszołomieniu, z włosami jeszcze bardziej sterczącymi, ale raczej nic mu się nie stało. Za to wszystkie lampy przestały nadawać się do użytku, podobnie jak moja nieszczęsna wieża i zapewne sprzęt kuchenny, ale to będę musiała jeszcze sprawdzić. Dopiero po sprzątnięciu mieszkania moja obsługa ma zamiar poszaleć w kuchni, więc nie ma co tam na razie wchodzić.
14 III
I owszem, to Kay jako pierwszy zaczął wyrażać swe wątpliwości, choć jednak odwrotnie niż się spodziewałam.
- A co, jeśli tak właśnie powinno być? – zapytał, kiedy znów zebraliśmy się razem w przytulnej komnatce, a Ciarán grał na pianinie. – Może światy właśnie powinny się zmieniać i nie należy tego kontrolować?
- Gdyby to było normalne, nikt by nawet nie pomyślał, by coś z tym robić – ucięłam z nadzieją, że temat nie zostanie jednak pociągnięty dalej. Renê też wyglądała na zirytowaną. – Nie byłoby tych narad.
- Ale są – nie zrezygnował. – I oni… Oni wszyscy może i panują na swych ziemiach, ale czy mają władzę zdolną wpływać na światy? Swoim postępowaniem mogą tylko jeszcze bardziej namieszać.
- Komu to mówisz – prychnęła jego matka. – Dobrze wiem, jak łatwo można namieszać; pamiętam, co wynikło z walki o moje królestwo.
- A przy okazji moje – dodał Ciarán, który słuchał nas uważnie, a mimo to nie przestał koncentrować się na swojej muzyce.
- No, jakimś cudem jednak Andromeda pozostała w jednym kawałku, ale to tylko kwastia szczęścia…
- Są światy, których mieszkańcy decydują o nich własną siłą ducha – wtrącił Tenari, leżący z głową na moich kolanach i z nosem w książce. – Ale chyba nie każdy świat taki jest?
- Szczerze mówiąc, są w mniejszości – zmierzwiłam mu włosy. – Ale istnieją inne sposoby, aby utrzymać równowagę. Tylko trzeba je znaleźć, bo mogą być różne dla różnych miejsc…
- Nie ma jednej wielkiej siły, zdolnej ogarnąć wiele światów? – zapytał Kay, nieprzekonany. – Czy Stwórca siedzi bezczynnie i się przygląda, jak Jego dzieła wariują?
- Nie wiem – westchnęłam. – Ale mówię, trzeba znaleźć pasujący sposób i może odpowiednie osoby… Tak jak było z Pieśnią.
- Pieśniarka z pewnością powiedziałaby, że wystarczy zaśpiewać, by uratować sytuację – stwierdził Aeiran nie bez racji. – Jak myślisz, jakie byłyby światy, gdyby wszystkie trzymały się na muzyce?
- Dziwne i mistyczne – roześmiałam się. – Chociaż niekoniecznie… Nawet Vaneshka używa wielkich i skomplikowanych pieśni raczej do opisywania tego, co już jest, niż odwrotnie. Zwłaszcza, jeśli jest z nią Ketris.
- Gdyby zebrali się wszyscy dźwiękmistrzowie światów i wyśpiewali je po swojemu, czy wciąż byłaby to Domena Promienistych? – zamyślił się Ciarán, stukając wciąż w jeden klawisz, zawieszając swoją myśl na jednym dźwięku. – Czy raczej jedna wielka Pieśń?
- A czy byłoby to gorsze niż użycie wielkiej, potężnej magii? – odparowała Renê. – Może im to powiemy, jeśli nas jeszcze kiedyś zaproszą. Choć wczoraj okazaliśmy się tak bezużyteczni, że wątpię.
Wieczorem przyszedł list, którego spodziewałam się w Przesilenie. To znaczy, nie spodziewałam się akurat czegoś takiego; po prostu byłam świadoma, że coś jeszcze miało do mnie trafić oprócz tamtych czterech, które tak mnie zaintrygowały. Jednak te kilka linijek, nakreślonych starannym, równym pismem, zakasowało je z kretesem:
Po pięciu latach przychodzą rycerze
do dam wybranych wyrokiem przedziwnym,
aby ich losy na zawsze związane
trwały wbrew przygód najsroższej powodzi.
Wreszcie więc panny w innej stronie światów
siadły przy oknie, haftując welony,
wierząc, że ślubnych czas to, nie żałobnych,
że i w legendach miejsce jest na szczęście.
Tragedii bowiem było tam bez liku,
choć wszystkie znaki mówiły inaczej.
I łez niewieścich wiele popłynęło
wprost z serc nieszczęsnych, uczuciem rozdartych.
Sypnij więc szczęściem, losu biała tkaczko!
Samotność karą jest, lecz niechże w końcu
Tu tekst się urywał i dalej szedł już innym tonem, w pewnym odstępie:
Ten list trafił do nas przez pomyłkę, bo ktoś zaadresował go: „Gdziekolwiek”. Przyszedł w okolicach Przesilenia, ale dopiero teraz udało mi się dostać go w swoje ręce, a ponieważ był już podarty i pomięty, wypadało go przepisać na nowo. Oryginał był maszynopisem, nie wiem, czy podpisanym – te bałwany oderwały zakończenie, a ja niestety nie wiem, co w nim było. Miłego dnia.
Rozbroiło mnie to „miłego dnia” i przez chwilę zanosiłam się śmiechem; potem przyglądałam się temu dziwnemu wierszydłu i jedyny wniosek, do jakiego doszłam, to taki, że napisałabym lepsze, gdybym się postarała. Szkoda tylko, że uczynna osoba, która dostarczyła mi ten list, nie chciała zostać rozpoznana – o ile w ogóle ją znam, bo charakteru pisma nie kojarzę.
Kiedy tak czytam o tych pięciu latach i sięgam wstecz pamięcią… Chętnie pokazałabym to Vanny i Sao, i Irian, i Satsuki… Au. Przygryzanie wargi w celu stłumienia śmiechu to jednak niebezpieczna metoda.
- Podróż? – zdziwił się Tenari. – Następna podróż?
- Jaka następna? – prychnęłam. – Sam zobacz, ile już siedzimy w jednym miejscu. Wyobrażam sobie, co będzie, kiedy wrócimy do herbaciarni.
- Mówisz jakby twój własny dom nie mógł cię przed niczym uchronić – zwrócił mi uwagę Aeiran.
- Bo właściwie tak jest – przyznałam po namyśle. – Taka Andromeda jest chyba bardziej odciętym od wszystkiego azylem niż moja błękitna przystań. Ale nie jest mi z tym źle, bo już trochę tęsknię za wyrwaniem się gdzieś.
Tenari popatrzył na mnie badawczo, a potem ze zmarszczonymi brewkami znów zaczął coś rysować. Ostatnio kiedy tylko proszę, żeby mi pokazał, co tam natworzył, zawsze się wymawia, twierdząc, że „to jeszcze nie to”.
- To ma jakiś związek z tym listem? – zapytał Aeiran z ciekawością. – Przewidujesz nam jakąś konkretną podróż?
- Jeszcze nie wiem, ale coś na pewno wyciąga już po mnie łapki – pokręciłam głową niepewnie. – I zaraz, jak to „nam”?
- To chyba oczywiste – uniósł brwi. – Tym razem muszę wreszcie nadrobić.
- Nadrobić? A co z Pieśnią, hm?
- Przez lata radzili sobie beze mnie, poradzą sobie i teraz.
- Nie zarzekaj się, póki nie będziesz wiedział, co właściwie się szykuje – roześmiałam się, choć moje przeczucia nie były wcale takie radosne. Z drugiej strony… Nie, złe też nie były.
- A co, jeśli tak właśnie powinno być? – zapytał, kiedy znów zebraliśmy się razem w przytulnej komnatce, a Ciarán grał na pianinie. – Może światy właśnie powinny się zmieniać i nie należy tego kontrolować?
- Gdyby to było normalne, nikt by nawet nie pomyślał, by coś z tym robić – ucięłam z nadzieją, że temat nie zostanie jednak pociągnięty dalej. Renê też wyglądała na zirytowaną. – Nie byłoby tych narad.
- Ale są – nie zrezygnował. – I oni… Oni wszyscy może i panują na swych ziemiach, ale czy mają władzę zdolną wpływać na światy? Swoim postępowaniem mogą tylko jeszcze bardziej namieszać.
- Komu to mówisz – prychnęła jego matka. – Dobrze wiem, jak łatwo można namieszać; pamiętam, co wynikło z walki o moje królestwo.
- A przy okazji moje – dodał Ciarán, który słuchał nas uważnie, a mimo to nie przestał koncentrować się na swojej muzyce.
- No, jakimś cudem jednak Andromeda pozostała w jednym kawałku, ale to tylko kwastia szczęścia…
- Są światy, których mieszkańcy decydują o nich własną siłą ducha – wtrącił Tenari, leżący z głową na moich kolanach i z nosem w książce. – Ale chyba nie każdy świat taki jest?
- Szczerze mówiąc, są w mniejszości – zmierzwiłam mu włosy. – Ale istnieją inne sposoby, aby utrzymać równowagę. Tylko trzeba je znaleźć, bo mogą być różne dla różnych miejsc…
- Nie ma jednej wielkiej siły, zdolnej ogarnąć wiele światów? – zapytał Kay, nieprzekonany. – Czy Stwórca siedzi bezczynnie i się przygląda, jak Jego dzieła wariują?
- Nie wiem – westchnęłam. – Ale mówię, trzeba znaleźć pasujący sposób i może odpowiednie osoby… Tak jak było z Pieśnią.
- Pieśniarka z pewnością powiedziałaby, że wystarczy zaśpiewać, by uratować sytuację – stwierdził Aeiran nie bez racji. – Jak myślisz, jakie byłyby światy, gdyby wszystkie trzymały się na muzyce?
- Dziwne i mistyczne – roześmiałam się. – Chociaż niekoniecznie… Nawet Vaneshka używa wielkich i skomplikowanych pieśni raczej do opisywania tego, co już jest, niż odwrotnie. Zwłaszcza, jeśli jest z nią Ketris.
- Gdyby zebrali się wszyscy dźwiękmistrzowie światów i wyśpiewali je po swojemu, czy wciąż byłaby to Domena Promienistych? – zamyślił się Ciarán, stukając wciąż w jeden klawisz, zawieszając swoją myśl na jednym dźwięku. – Czy raczej jedna wielka Pieśń?
- A czy byłoby to gorsze niż użycie wielkiej, potężnej magii? – odparowała Renê. – Może im to powiemy, jeśli nas jeszcze kiedyś zaproszą. Choć wczoraj okazaliśmy się tak bezużyteczni, że wątpię.
Wieczorem przyszedł list, którego spodziewałam się w Przesilenie. To znaczy, nie spodziewałam się akurat czegoś takiego; po prostu byłam świadoma, że coś jeszcze miało do mnie trafić oprócz tamtych czterech, które tak mnie zaintrygowały. Jednak te kilka linijek, nakreślonych starannym, równym pismem, zakasowało je z kretesem:
Po pięciu latach przychodzą rycerze
do dam wybranych wyrokiem przedziwnym,
aby ich losy na zawsze związane
trwały wbrew przygód najsroższej powodzi.
Wreszcie więc panny w innej stronie światów
siadły przy oknie, haftując welony,
wierząc, że ślubnych czas to, nie żałobnych,
że i w legendach miejsce jest na szczęście.
Tragedii bowiem było tam bez liku,
choć wszystkie znaki mówiły inaczej.
I łez niewieścich wiele popłynęło
wprost z serc nieszczęsnych, uczuciem rozdartych.
Sypnij więc szczęściem, losu biała tkaczko!
Samotność karą jest, lecz niechże w końcu
Tu tekst się urywał i dalej szedł już innym tonem, w pewnym odstępie:
Ten list trafił do nas przez pomyłkę, bo ktoś zaadresował go: „Gdziekolwiek”. Przyszedł w okolicach Przesilenia, ale dopiero teraz udało mi się dostać go w swoje ręce, a ponieważ był już podarty i pomięty, wypadało go przepisać na nowo. Oryginał był maszynopisem, nie wiem, czy podpisanym – te bałwany oderwały zakończenie, a ja niestety nie wiem, co w nim było. Miłego dnia.
Rozbroiło mnie to „miłego dnia” i przez chwilę zanosiłam się śmiechem; potem przyglądałam się temu dziwnemu wierszydłu i jedyny wniosek, do jakiego doszłam, to taki, że napisałabym lepsze, gdybym się postarała. Szkoda tylko, że uczynna osoba, która dostarczyła mi ten list, nie chciała zostać rozpoznana – o ile w ogóle ją znam, bo charakteru pisma nie kojarzę.
Kiedy tak czytam o tych pięciu latach i sięgam wstecz pamięcią… Chętnie pokazałabym to Vanny i Sao, i Irian, i Satsuki… Au. Przygryzanie wargi w celu stłumienia śmiechu to jednak niebezpieczna metoda.
- Podróż? – zdziwił się Tenari. – Następna podróż?
- Jaka następna? – prychnęłam. – Sam zobacz, ile już siedzimy w jednym miejscu. Wyobrażam sobie, co będzie, kiedy wrócimy do herbaciarni.
- Mówisz jakby twój własny dom nie mógł cię przed niczym uchronić – zwrócił mi uwagę Aeiran.
- Bo właściwie tak jest – przyznałam po namyśle. – Taka Andromeda jest chyba bardziej odciętym od wszystkiego azylem niż moja błękitna przystań. Ale nie jest mi z tym źle, bo już trochę tęsknię za wyrwaniem się gdzieś.
Tenari popatrzył na mnie badawczo, a potem ze zmarszczonymi brewkami znów zaczął coś rysować. Ostatnio kiedy tylko proszę, żeby mi pokazał, co tam natworzył, zawsze się wymawia, twierdząc, że „to jeszcze nie to”.
- To ma jakiś związek z tym listem? – zapytał Aeiran z ciekawością. – Przewidujesz nam jakąś konkretną podróż?
- Jeszcze nie wiem, ale coś na pewno wyciąga już po mnie łapki – pokręciłam głową niepewnie. – I zaraz, jak to „nam”?
- To chyba oczywiste – uniósł brwi. – Tym razem muszę wreszcie nadrobić.
- Nadrobić? A co z Pieśnią, hm?
- Przez lata radzili sobie beze mnie, poradzą sobie i teraz.
- Nie zarzekaj się, póki nie będziesz wiedział, co właściwie się szykuje – roześmiałam się, choć moje przeczucia nie były wcale takie radosne. Z drugiej strony… Nie, złe też nie były.
13 III
Nie przeczę, trochę się na tym spotkaniu dowiedziałam. A przecież tak
naprawdę nie spodziewałam się… Ot, myślałam, że mogę tam zyskać przede
wszystkim możliwość opisania paru „szych” wymieniających konwencjonalne
uprzejmości – albo nieuprzejmości – nawet Renê nie oczekiwała przecież
wiele. Tymczasem jednak trochę mi się ten wypad przydał.
Spotkanie odbyło się w miejscu, którego z całą pewnością nie ma na żadnej mapie – będę musiała napomknąć Aeiranowi, żeby je uwzględnił w kolejnej poprawce do mojego modelu – może dlatego, że wcześniej nie istniało? Prawdę mówiąc, wszyscy zgromadzeni dziwili się, ponieważ byli tam pierwszy raz i ciarki ich przechodziły. Zamkowi najbliżej było do nawiedzonej ruiny, choć zbudowanej – i zrujnowanej? – w największym pośpiechu. Nie wiem, skąd u mnie ta myśl, po prostu nie było tam atmosfery, jaka cechuje stare posiadłości, tego wrażenia, że przeszłość łypie na nas ze wszystkich kątów. Renê nie przebierała w słowach i podsumowała krótko: scenografia. Ja powiedziałabym raczej: dzieło autora, którego gonił termin.
Królewska para z Andromedy i jej „świta” przybyli jako jedni z pierwszych – hura, hura! Mogliśmy sobie usiąść nie zagadywani przez nikogo i spokojnie obserwować kolejnych gości. Wchodzili do potwornie zimnej komnaty z gobelinami na ścianach, anonsowani przez niepozornego człowieczka, który zachowywał się jak wzorcowy lokaj, a jednak, jak się potem dowiedzieliśmy, to on był właścicielem tego zamku. Nie wybudował go jednak, tylko kupił za psie pieniądze.
- Jej wysokość królowa Natsumi z Terionu oraz jej Wojownicy! – ogłosił, kiedy do komnaty weszła śliczna i słoneczna dziewczyna o długich seledynowych włosach, w otoczeniu obstawy, dla kontrastu czarnowłosej i odzianej w ciemne barwy. Dwie kobiety – starsza z nich była surowa i poważna, młodsza zaś eteryczna i uduchowiona. Towarzyszył im rozczochrany młodzieniec o chochlikowatym spojrzeniu, który pomachał do mnie, gdy tylko zajęli swoje miejsca, niedaleko nas. Natsumi wymierzyła mu całkiem niekrólewskiego kuksańca, ale kiedy spojrzała w naszą stronę, wzrok miała nieobecny, niewidzący. Wystraszony, być może? Nie podejrzewałabym jej o świadomą ignorancję – była niegdyś moją bliską znajomą i jednym z ważnych obiektów kronikarskich badań – choć mogłabym to zwalić na zmiany w nieszczęsnej rzeczywistości. Później przyszło mi do głowy pytanie, dlaczego zaproszono tu tylko ją, bez sióstr – ich trzy królestwa były ze sobą połączone nierozrywalnym przymierzem – ale nie miałam okazji go zadać.
Niedługo jednak się tym przejmowałam.
- Jego książęca mość Aethelred Gemedes z Szumu Fal, wraz z małżonką, książną Deivelą! – zaanonsowano kolejnych gości.
- A to niespodzianka – szepnęła Renê, widząc moją minę. – Widzę ich dopiero drugi raz w życiu; po poprzednim spotkaniu odgrażali się, że więcej na żadne nie przyjdą.
Przyglądałam się książęcej parze z zainteresowaniem – choć raczej nienachalnie, bo nie zwrócili uwagi – kiedy zasiedli dokładnie naprzeciwko nas. On w skromnym bladozielonym kaftanie – słowo daję, kolorek stosowny raczej na salę operacyjną – czarnowłosy i zniechęcony. Twarz miał bardziej chłopięcą niż według nadwornego malarza z Sativoli, ale można było zauważyć podobieństwo do portretu. A jeszcze większe do rysunku Geddwyna. U jego boku pani o hardym obliczu i dużych oczach – Deivela? Domena Lustrzana znała ją jako Velxę Ranonkel. Ciekawe, co powiedziałaby na to Lona… Może ona też odbywała nauki na jakiejś tajemnej wyspie i zmieniła imię z „dzikiego fiołka” na „fiołkową (a może fioletową) boginię”? Wysadzany klejnotami diadem w jej kasztanowych włosach migotał, odbijając światło licznych świec.
Siedzieli na swoich miejscach, a ja siedziałam na swoim. W którymś momencie powietrze powinno było nagle zgęstnieć. Powinna była nastąpić wymiana spojrzeń, powinien przejść nas dreszcz rywalizacji, o której zadecydowało Przeznaczenie. Powinniśmy byli stać się przeciwnikami na śmierć i życie… A jednak nic takiego się nie wydarzyło – może dlatego, że żadne z nas nie miało swojej korony, a może po prostu los o nas zapomniał.
Chciałabym.
- Pragnę wiedzieć, po co właściwie nas tu wezwano – głos zabrał elfi władca z jakiegoś najdalszego zakątka Północy, noszący szereg wymyślnych imion. – Wszak poprzednim razem doszliśmy do wniosku, że sami niczego nie zdziałamy!
Kilkoro innych członków zgromadzenia kiwnęło z aprobatą głowami, w tym również książę Aethelred.
– Kto doszedł, ten doszedł – mruknął rodzynek ze świty Natsumi przez zaciśniete zęby, a ta nawet go nie uciszyła. Zaraz też zaczęto szeptać, że to nie miejsce na takie szczeniackie… Przepraszam, infantylne komentarze.
- Wiele światów przechodzi zmiany… Nie nasz wprawdzie, ale i tak jesteśmy zaszczyceni, że nas uwzględniono – tym razem odezwał się Ciarán, z nienaganną uprzejmością. – Rzecz w tym, że wielu z was zna się na magii i czarach, można by więc wspólnie spróbować poszukać odpowiedzi: skąd te zmiany się biorą? Czy może koronowane głowy są od tego, żeby siedzieć na stołkach, podczas gdy poddani odwalają całą czarną robotę?!
Tej nagłej zmiany tonu nikt się nie spodziewał. Niektórzy popatrzyli po sobie z zawstydzeniem, choć pewnie z różnych powodów. Renê chichotała w kułak.
- Zacznijmy zatem od wymienienia zmian, jakie nastąpiły od ostatniego spotkania – zaproponował nasz gospodarz, który siedział na środku komnaty i popijał herbatkę przy własnym stoliku. Niesprawiedliwość, nam żadnej nie podano!
Jako pierwsza podniosła się lady Oglamar z Caer Lyon, bez wątpienia jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam w tym życiu. Jej delikatna blada twarz wyrażała niepokój i niepewność, a palce zaciskały się na białym materiale sukni. Co dziwniejsze, wyraźnie spodziewała się dziecka, a zamiast zostać na własnych włościach i szyć ubranka, przybyła tu, by wystąpić osobiście.
- Nasz świat poszerzył się o nowe tereny – zaczęła. – Zjawiły się… Tam, gdzie przedtem szalało spienione morze. Mój małżonek wyprawił się tam ze swymi rycerzami i zajął dla nas część tych ziem. A potem…
Urwała, bo zbierało jej się na płacz. Siedzący po jej lewej ręce młodzieniec w czarnej tunice i wieńcu z liści prędko ją podtrzymał i posadził z powrotem, szepcząc coś, aż się uspokoiła. Ten zaś po prawej, uroczy blondynek ubrany po rycersku, wstał i dokończył jej wywód:
- Potem zaczęły stamtąd przychodzić istoty, które bez wątpienia zesłały demony. Przyszły i zamieszkały na ziemiach Caer Lyon, a niektóre nawet trafiły na zamek, dzięki przebiegłości i gładkim słówkom. Przyszły z pragnieniem zagarnięcia naszej krainy dla siebie.
- A czy to nie jest naturalne? – prychnął jakiś inny władca z głębi komnaty. – Wy robicie najazd na nich, oni robią najazd na was. Czy naprawdę musimy tego wysłuchiwać?
Znowu zaczęły się szmery i utyskiwania. Zauważyłam, że Aeiran, siedzący przy Renê, mówi coś cicho a z niechęcią, na co ona przyciągnęła go ku sobie za włosy i szepnęła coś do ucha. Ciarán tylko pokręcił głową z westchnieniem, ale ja nie zwracałam już na nich uwagi, przyglądając się pozostałym zebranym. Wyglądało na to, że tworzyły się dwie strony konfliktu – jedni mieli wszystko w głębokim poważaniu, inni zaś uważali się za poszkodowanych. Wszyscy zaczęli patrzeć na siebie nieufnie, a największą ilością podejrzliwych spojrzeń oberwał Aethelred, choć dotąd nawet się nie odezwał. Jakieś idiotyczne szczegóły dostrzegałam i mogłabym zapełnić nimi całą następną stronę, w miejsce rzeczy naprawdę istotnych. Szczekliwy głos jedynej niehumanoidalnej osoby w tym gronie, skomplikowane sploty jasnorudych włosów Oglamar, błyszczące guziki u marynarki jakiegoś arystokraty, który poza tym nie zwracał na siebie żadnej uwagi… A raz wydawało mi się, że widzę znaną skądś postać w eleganckim płaszczu, której na pewno nikt nie anonsował.
Potem była mowa o jeszcze kilku podobnych sprawach, ale dotyczyły raczej ubytków w światach niż nabytków. Zdecydowanie byłoby weselej, gdyby w spotkaniu brał udział ktoś z Nadziei. Albo ze świata J. Albo jedno i drugie, ooo tak…
A jednak niektórzy – w tym reprezentacja Andromedy – nie dopatrzyli się w swoich światach niczego dziwnego, a nawet się nie przejmowali całą tą sytuacją. Prawdę mówiąc, niczego to spotkanie nie rozstrzygnęło, a jednak…
- Mam nieodparte wrażenie, że nie ostatni raz byłam świadkiem takiej narady – mruknęłam, kiedy już zdaliśmy relację San i Kayowi; ta pierwsza co chwilę przerywała nam dość złośliwymi komentarzami na temat koronowanych głów. Czasem trzeba jej przypominać, w jaką rodzinę się wżeniła…
- Mam nadzieję, że to nie ja będę zwoływać następną – skwitowała Renê. – W swoim czasie obskoczyłam całe mnóstwo światów, ale nigdy nie zastanawiałam się nad ich naturą. Teraz widzę, że dobrze robiłam. Tylko głowa od tego boli, a problem i tak się nie rozwiąże.
- Medina byłaby zachwycona – skrzywił się Kay. – Postępujący Chaos i coraz więcej tajemnic do rozwiązywania…
- A ty znowu o jednym – San pokręciła głową z westchnieniem. – To nie tak, że jej zniknięcie ma tu coś do rzeczy, nawet ona nie jest aż taka wszechmocna! Poza tym odeszła dwa lata temu, a zmiany zachodzą dopiero teraz.
- Dopiero teraz zachodzą czy dopiero teraz je widać? – zadumałam się. To pytanie nie dawało mi przecież spokoju od… No tak, od blisko dwóch lat. – Już dawniej miałam wrażenie… A może byłam przewrażliwiona.
- Światy nigdy nie pozostają jednakowe – stwierdził Aeiran. – Chyba że zostaną przez kogoś sztucznie stworzone.
- Myślisz, że ktoś na siłę dokłada im nowe elementy? – San spojrzała na niego sceptycznie.
- Chyba skręciłaś gdzieś myślami – zaczął łagodnie Kay, ale widać było, że ta idea będzie go później gnębić. Mnie też by gnębiła, gdybym nie miała własnej.
Spotkanie odbyło się w miejscu, którego z całą pewnością nie ma na żadnej mapie – będę musiała napomknąć Aeiranowi, żeby je uwzględnił w kolejnej poprawce do mojego modelu – może dlatego, że wcześniej nie istniało? Prawdę mówiąc, wszyscy zgromadzeni dziwili się, ponieważ byli tam pierwszy raz i ciarki ich przechodziły. Zamkowi najbliżej było do nawiedzonej ruiny, choć zbudowanej – i zrujnowanej? – w największym pośpiechu. Nie wiem, skąd u mnie ta myśl, po prostu nie było tam atmosfery, jaka cechuje stare posiadłości, tego wrażenia, że przeszłość łypie na nas ze wszystkich kątów. Renê nie przebierała w słowach i podsumowała krótko: scenografia. Ja powiedziałabym raczej: dzieło autora, którego gonił termin.
Królewska para z Andromedy i jej „świta” przybyli jako jedni z pierwszych – hura, hura! Mogliśmy sobie usiąść nie zagadywani przez nikogo i spokojnie obserwować kolejnych gości. Wchodzili do potwornie zimnej komnaty z gobelinami na ścianach, anonsowani przez niepozornego człowieczka, który zachowywał się jak wzorcowy lokaj, a jednak, jak się potem dowiedzieliśmy, to on był właścicielem tego zamku. Nie wybudował go jednak, tylko kupił za psie pieniądze.
- Jej wysokość królowa Natsumi z Terionu oraz jej Wojownicy! – ogłosił, kiedy do komnaty weszła śliczna i słoneczna dziewczyna o długich seledynowych włosach, w otoczeniu obstawy, dla kontrastu czarnowłosej i odzianej w ciemne barwy. Dwie kobiety – starsza z nich była surowa i poważna, młodsza zaś eteryczna i uduchowiona. Towarzyszył im rozczochrany młodzieniec o chochlikowatym spojrzeniu, który pomachał do mnie, gdy tylko zajęli swoje miejsca, niedaleko nas. Natsumi wymierzyła mu całkiem niekrólewskiego kuksańca, ale kiedy spojrzała w naszą stronę, wzrok miała nieobecny, niewidzący. Wystraszony, być może? Nie podejrzewałabym jej o świadomą ignorancję – była niegdyś moją bliską znajomą i jednym z ważnych obiektów kronikarskich badań – choć mogłabym to zwalić na zmiany w nieszczęsnej rzeczywistości. Później przyszło mi do głowy pytanie, dlaczego zaproszono tu tylko ją, bez sióstr – ich trzy królestwa były ze sobą połączone nierozrywalnym przymierzem – ale nie miałam okazji go zadać.
Niedługo jednak się tym przejmowałam.
- Jego książęca mość Aethelred Gemedes z Szumu Fal, wraz z małżonką, książną Deivelą! – zaanonsowano kolejnych gości.
- A to niespodzianka – szepnęła Renê, widząc moją minę. – Widzę ich dopiero drugi raz w życiu; po poprzednim spotkaniu odgrażali się, że więcej na żadne nie przyjdą.
Przyglądałam się książęcej parze z zainteresowaniem – choć raczej nienachalnie, bo nie zwrócili uwagi – kiedy zasiedli dokładnie naprzeciwko nas. On w skromnym bladozielonym kaftanie – słowo daję, kolorek stosowny raczej na salę operacyjną – czarnowłosy i zniechęcony. Twarz miał bardziej chłopięcą niż według nadwornego malarza z Sativoli, ale można było zauważyć podobieństwo do portretu. A jeszcze większe do rysunku Geddwyna. U jego boku pani o hardym obliczu i dużych oczach – Deivela? Domena Lustrzana znała ją jako Velxę Ranonkel. Ciekawe, co powiedziałaby na to Lona… Może ona też odbywała nauki na jakiejś tajemnej wyspie i zmieniła imię z „dzikiego fiołka” na „fiołkową (a może fioletową) boginię”? Wysadzany klejnotami diadem w jej kasztanowych włosach migotał, odbijając światło licznych świec.
Siedzieli na swoich miejscach, a ja siedziałam na swoim. W którymś momencie powietrze powinno było nagle zgęstnieć. Powinna była nastąpić wymiana spojrzeń, powinien przejść nas dreszcz rywalizacji, o której zadecydowało Przeznaczenie. Powinniśmy byli stać się przeciwnikami na śmierć i życie… A jednak nic takiego się nie wydarzyło – może dlatego, że żadne z nas nie miało swojej korony, a może po prostu los o nas zapomniał.
Chciałabym.
- Pragnę wiedzieć, po co właściwie nas tu wezwano – głos zabrał elfi władca z jakiegoś najdalszego zakątka Północy, noszący szereg wymyślnych imion. – Wszak poprzednim razem doszliśmy do wniosku, że sami niczego nie zdziałamy!
Kilkoro innych członków zgromadzenia kiwnęło z aprobatą głowami, w tym również książę Aethelred.
– Kto doszedł, ten doszedł – mruknął rodzynek ze świty Natsumi przez zaciśniete zęby, a ta nawet go nie uciszyła. Zaraz też zaczęto szeptać, że to nie miejsce na takie szczeniackie… Przepraszam, infantylne komentarze.
- Wiele światów przechodzi zmiany… Nie nasz wprawdzie, ale i tak jesteśmy zaszczyceni, że nas uwzględniono – tym razem odezwał się Ciarán, z nienaganną uprzejmością. – Rzecz w tym, że wielu z was zna się na magii i czarach, można by więc wspólnie spróbować poszukać odpowiedzi: skąd te zmiany się biorą? Czy może koronowane głowy są od tego, żeby siedzieć na stołkach, podczas gdy poddani odwalają całą czarną robotę?!
Tej nagłej zmiany tonu nikt się nie spodziewał. Niektórzy popatrzyli po sobie z zawstydzeniem, choć pewnie z różnych powodów. Renê chichotała w kułak.
- Zacznijmy zatem od wymienienia zmian, jakie nastąpiły od ostatniego spotkania – zaproponował nasz gospodarz, który siedział na środku komnaty i popijał herbatkę przy własnym stoliku. Niesprawiedliwość, nam żadnej nie podano!
Jako pierwsza podniosła się lady Oglamar z Caer Lyon, bez wątpienia jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam w tym życiu. Jej delikatna blada twarz wyrażała niepokój i niepewność, a palce zaciskały się na białym materiale sukni. Co dziwniejsze, wyraźnie spodziewała się dziecka, a zamiast zostać na własnych włościach i szyć ubranka, przybyła tu, by wystąpić osobiście.
- Nasz świat poszerzył się o nowe tereny – zaczęła. – Zjawiły się… Tam, gdzie przedtem szalało spienione morze. Mój małżonek wyprawił się tam ze swymi rycerzami i zajął dla nas część tych ziem. A potem…
Urwała, bo zbierało jej się na płacz. Siedzący po jej lewej ręce młodzieniec w czarnej tunice i wieńcu z liści prędko ją podtrzymał i posadził z powrotem, szepcząc coś, aż się uspokoiła. Ten zaś po prawej, uroczy blondynek ubrany po rycersku, wstał i dokończył jej wywód:
- Potem zaczęły stamtąd przychodzić istoty, które bez wątpienia zesłały demony. Przyszły i zamieszkały na ziemiach Caer Lyon, a niektóre nawet trafiły na zamek, dzięki przebiegłości i gładkim słówkom. Przyszły z pragnieniem zagarnięcia naszej krainy dla siebie.
- A czy to nie jest naturalne? – prychnął jakiś inny władca z głębi komnaty. – Wy robicie najazd na nich, oni robią najazd na was. Czy naprawdę musimy tego wysłuchiwać?
Znowu zaczęły się szmery i utyskiwania. Zauważyłam, że Aeiran, siedzący przy Renê, mówi coś cicho a z niechęcią, na co ona przyciągnęła go ku sobie za włosy i szepnęła coś do ucha. Ciarán tylko pokręcił głową z westchnieniem, ale ja nie zwracałam już na nich uwagi, przyglądając się pozostałym zebranym. Wyglądało na to, że tworzyły się dwie strony konfliktu – jedni mieli wszystko w głębokim poważaniu, inni zaś uważali się za poszkodowanych. Wszyscy zaczęli patrzeć na siebie nieufnie, a największą ilością podejrzliwych spojrzeń oberwał Aethelred, choć dotąd nawet się nie odezwał. Jakieś idiotyczne szczegóły dostrzegałam i mogłabym zapełnić nimi całą następną stronę, w miejsce rzeczy naprawdę istotnych. Szczekliwy głos jedynej niehumanoidalnej osoby w tym gronie, skomplikowane sploty jasnorudych włosów Oglamar, błyszczące guziki u marynarki jakiegoś arystokraty, który poza tym nie zwracał na siebie żadnej uwagi… A raz wydawało mi się, że widzę znaną skądś postać w eleganckim płaszczu, której na pewno nikt nie anonsował.
Potem była mowa o jeszcze kilku podobnych sprawach, ale dotyczyły raczej ubytków w światach niż nabytków. Zdecydowanie byłoby weselej, gdyby w spotkaniu brał udział ktoś z Nadziei. Albo ze świata J. Albo jedno i drugie, ooo tak…
A jednak niektórzy – w tym reprezentacja Andromedy – nie dopatrzyli się w swoich światach niczego dziwnego, a nawet się nie przejmowali całą tą sytuacją. Prawdę mówiąc, niczego to spotkanie nie rozstrzygnęło, a jednak…
- Mam nieodparte wrażenie, że nie ostatni raz byłam świadkiem takiej narady – mruknęłam, kiedy już zdaliśmy relację San i Kayowi; ta pierwsza co chwilę przerywała nam dość złośliwymi komentarzami na temat koronowanych głów. Czasem trzeba jej przypominać, w jaką rodzinę się wżeniła…
- Mam nadzieję, że to nie ja będę zwoływać następną – skwitowała Renê. – W swoim czasie obskoczyłam całe mnóstwo światów, ale nigdy nie zastanawiałam się nad ich naturą. Teraz widzę, że dobrze robiłam. Tylko głowa od tego boli, a problem i tak się nie rozwiąże.
- Medina byłaby zachwycona – skrzywił się Kay. – Postępujący Chaos i coraz więcej tajemnic do rozwiązywania…
- A ty znowu o jednym – San pokręciła głową z westchnieniem. – To nie tak, że jej zniknięcie ma tu coś do rzeczy, nawet ona nie jest aż taka wszechmocna! Poza tym odeszła dwa lata temu, a zmiany zachodzą dopiero teraz.
- Dopiero teraz zachodzą czy dopiero teraz je widać? – zadumałam się. To pytanie nie dawało mi przecież spokoju od… No tak, od blisko dwóch lat. – Już dawniej miałam wrażenie… A może byłam przewrażliwiona.
- Światy nigdy nie pozostają jednakowe – stwierdził Aeiran. – Chyba że zostaną przez kogoś sztucznie stworzone.
- Myślisz, że ktoś na siłę dokłada im nowe elementy? – San spojrzała na niego sceptycznie.
- Chyba skręciłaś gdzieś myślami – zaczął łagodnie Kay, ale widać było, że ta idea będzie go później gnębić. Mnie też by gnębiła, gdybym nie miała własnej.
12 III
Nasze miłe grono zdążyło się powiększyć od ostatniego zapisku,
ponieważ przyjechał Raely Kay, wioząc San-Q z małą Neid – obie nic się
nie zmieniły. San szurnięta, zwłaszcza na punkcie kosmetyków, a Neid
chyba wcale nie urosła. Za to główkę ma najwyraźniej pełną kolorowych
myśli, bo prędko dała się namówić Tenariemu na wspólne rysowanie. Ten
widok coś mi przywiódł na myśl, ale jak zwykle zbyt prędko uciekło.
San natychmiast rzuciła mi się na szyję z piskiem: „Maaad!!” i rozpoczęła relacjonować ostatnie miesiące swego życia. Jako kolejna znana mi rodzina z więcej niż jedną przystanią, przezimowali w starym domu San; jednak ostatnie tygodnie Kay spędził na jakiejś misji w imieniu Ładu, a jego posłuszna małżonka udała się wraz z przychówkiem do elfów. Opornie, bo opornie – w końcu ów przychówek jest Dzieckiem, o Którym Mówi Przepowiednia – ale ostatecznie nie narzekała. Nie można narzekać, kiedy ma się dokoła Deidre, Thaedriona, Pacolyn i jeszcze paru przystojniaków na dokładkę, tak właśnie wynikało z jej relacji.
Tak jak w przypadku Lilly, moja nieobecność była sobie gdzieś na skraju jej świadomości. Inaczej niż to było ze zniknięciem Xelli-Mediny, którym przecież tak się przejmowała. Ale może dlatego, że Poszukiwaczka Tajemnic odeszła tak efektownie i z hukiem, nie darując sobie piorunującego ostatniego wrażenia? No i – tak mi się wydaje – w jej przypadku nie da się przewidzieć, że wróci.
- Nie chcielibyście się z nami jutro wybrać? – Renê naszła nas bez pukania późnym wieczorem. – Masz tu swoją zgubę, Miya.
Wepchnęła lekko do środka Tenariego, który trzymał w łapkach inną zgubę – moją pustą książkę, tak bezczelnie gwizdniętą z pewnej biblioteki. Dopiero ostatnio sobie o niej przypomniałam, ale kiedy przyjechała San, zostawiłam ją na wierzchu i najwyraźniej została już dokładnie obejrzana przez inne, ciekawskie oczęta.
Oderwaliśmy się od pasjonującego zajęcia naszą miniaturką światów i wyszukiwania drobnych, ale być może ważnych zmian.
- O, to jest coś pięknego – oceniła Renê i usiadła przy nas na mięciutkim dywanie. – Dawno temu widziałam taki model w czyjejś pracowni, ale był dużo większy i bardziej… Hmm, toporny. Czy nadal próbujecie dociec, co było, a czego nie ma?
- Albo odwrotnie – uśmiechnęłam się. – A gdzie mielibyśmy się wybrać?
- Właśnie dostaliśmy kolejne zaproszenie na m a ł ą międzyświatową naradę – szkoda, że nie mogę zapisać tonu, z jakim wymówiła słowo „małą”, był zabójczy. – Całe szczęście, że mój doskonały syn już wrócił i będzie tu kogo zostawić, bo owa narada ma miejsce jutro. Będą tam rozmaite ważne osobistości, udające, że obchodzi je coś poza nimi samymi.
- A wy będziecie bohaterami, robiącymi dobre wrażenie? Do tego chyba nie jesteśmy wam potrzebni?
– Nie żartuj, przecież widzę, że akurat was pewne rzeczy obchodzą. Poza tym sami byśmy się tam zanudzili. Już poprzednim razem ledwo wyszliśmy stamtąd żywi.
- Zawsze jest ryzyko, że tym razem zanudzą się cztery osoby – zauważyłam. – Ale właściwie co nam szkodzi…
- Mam tylko nadzieję, że zostaniemy zapowiedzeni jako „i inni” – dodał Aeiran z jakimś takim wisielczym humorkiem, na co Renê bezceremonialnie dała mu prztyczka w nos.
- Gdzieś ty się podziewał pół mojego życia temu, co? – zapytała ze śmiechem.
- Przypuszczam, że nie było mnie jeszcze na świecie – odparł niewzruszony.
Usłyszawszy to roześmiała się w głos i wstała, gotowa do wyjścia.
- Czekaj, czekaj – zatrzymałam ją. – To znaczy, że takie spotkania już się wcześniej odbywały?
- Tylko jedno – wyjaśniła. – Jakiś miesiąc temu. Szybko reagują, nie?
San natychmiast rzuciła mi się na szyję z piskiem: „Maaad!!” i rozpoczęła relacjonować ostatnie miesiące swego życia. Jako kolejna znana mi rodzina z więcej niż jedną przystanią, przezimowali w starym domu San; jednak ostatnie tygodnie Kay spędził na jakiejś misji w imieniu Ładu, a jego posłuszna małżonka udała się wraz z przychówkiem do elfów. Opornie, bo opornie – w końcu ów przychówek jest Dzieckiem, o Którym Mówi Przepowiednia – ale ostatecznie nie narzekała. Nie można narzekać, kiedy ma się dokoła Deidre, Thaedriona, Pacolyn i jeszcze paru przystojniaków na dokładkę, tak właśnie wynikało z jej relacji.
Tak jak w przypadku Lilly, moja nieobecność była sobie gdzieś na skraju jej świadomości. Inaczej niż to było ze zniknięciem Xelli-Mediny, którym przecież tak się przejmowała. Ale może dlatego, że Poszukiwaczka Tajemnic odeszła tak efektownie i z hukiem, nie darując sobie piorunującego ostatniego wrażenia? No i – tak mi się wydaje – w jej przypadku nie da się przewidzieć, że wróci.
- Nie chcielibyście się z nami jutro wybrać? – Renê naszła nas bez pukania późnym wieczorem. – Masz tu swoją zgubę, Miya.
Wepchnęła lekko do środka Tenariego, który trzymał w łapkach inną zgubę – moją pustą książkę, tak bezczelnie gwizdniętą z pewnej biblioteki. Dopiero ostatnio sobie o niej przypomniałam, ale kiedy przyjechała San, zostawiłam ją na wierzchu i najwyraźniej została już dokładnie obejrzana przez inne, ciekawskie oczęta.
Oderwaliśmy się od pasjonującego zajęcia naszą miniaturką światów i wyszukiwania drobnych, ale być może ważnych zmian.
- O, to jest coś pięknego – oceniła Renê i usiadła przy nas na mięciutkim dywanie. – Dawno temu widziałam taki model w czyjejś pracowni, ale był dużo większy i bardziej… Hmm, toporny. Czy nadal próbujecie dociec, co było, a czego nie ma?
- Albo odwrotnie – uśmiechnęłam się. – A gdzie mielibyśmy się wybrać?
- Właśnie dostaliśmy kolejne zaproszenie na m a ł ą międzyświatową naradę – szkoda, że nie mogę zapisać tonu, z jakim wymówiła słowo „małą”, był zabójczy. – Całe szczęście, że mój doskonały syn już wrócił i będzie tu kogo zostawić, bo owa narada ma miejsce jutro. Będą tam rozmaite ważne osobistości, udające, że obchodzi je coś poza nimi samymi.
- A wy będziecie bohaterami, robiącymi dobre wrażenie? Do tego chyba nie jesteśmy wam potrzebni?
– Nie żartuj, przecież widzę, że akurat was pewne rzeczy obchodzą. Poza tym sami byśmy się tam zanudzili. Już poprzednim razem ledwo wyszliśmy stamtąd żywi.
- Zawsze jest ryzyko, że tym razem zanudzą się cztery osoby – zauważyłam. – Ale właściwie co nam szkodzi…
- Mam tylko nadzieję, że zostaniemy zapowiedzeni jako „i inni” – dodał Aeiran z jakimś takim wisielczym humorkiem, na co Renê bezceremonialnie dała mu prztyczka w nos.
- Gdzieś ty się podziewał pół mojego życia temu, co? – zapytała ze śmiechem.
- Przypuszczam, że nie było mnie jeszcze na świecie – odparł niewzruszony.
Usłyszawszy to roześmiała się w głos i wstała, gotowa do wyjścia.
- Czekaj, czekaj – zatrzymałam ją. – To znaczy, że takie spotkania już się wcześniej odbywały?
- Tylko jedno – wyjaśniła. – Jakiś miesiąc temu. Szybko reagują, nie?
7 III
Z zainteresowaniem przeglądam rozgrzebane wątki, rozdmuchane opowieści.
Nawet nie takie, do których się osobiście wtrąciłam, bo i tak jest już
ich zbyt wiele. Oczywiście, pewne sprawy muszą być załatwione, bitwy
stoczone, przygody przeżyte i tak dalej – ale to przecież niekoniecznie
przeze mnie. Muszę zostawić trochę dla innych, zamiast wszystko robić za
nich. O, wiem, że są tacy – nie będę pokazywać palcem, bo i tak są za
daleko – którzy widzą we mnie dopełnienie przeznaczenia czy istotę
kierującą rzeczywistością i chętnie wynieśliby mnie wysoko albo
przeciwnie – zamknęli gdzieś głęboko. Czy jest teraz sens tłumaczyć im,
że dzięki, ale nie trzeba?
Nie, żebym nie była ciekawa, co słychać u niektórych osób. U Ellila i Djellii, którzy najwyraźniej nie znaleźli jeszcze swojej wymarzonej Liry, inaczej na pewno przysłaliby wiadomość z żądaniem pochwały. U Aislinn – przywiezionej przez J z wizytą do Shaitha, tak, żeby się jeszcze więcej sił nadprzyrodzonych tam plątało – i u Shyama, o którym myśl ciągle mnie poszturchuje mentalnie (może to dziwnie brzmieć, ale właśnie tak to odczuwam). U Tarquina – o ile tutaj zaistniał – bo tak. W krainie Faërie, bo brak mi tamtej książki do porządnego rozbaśnienia. A także u Ketrisa i Vaneshki, którzy pewnie siedzą teraz w D’athúil, niekoniecznie z tego radzi… Przyznam, że podpytywałam Aeirana, czy nie sądzi, że powinien już tam wracać, ale stwierdził, że Pieśń – kiedy jeszcze nie była Pieśnią – radziła sobie świetnie zanim się tam rozpanoszył, więc teraz też powinna.
No i oczywiście u rozmaitych krewnych-i-znajomych Królika, wywodzących się z tej i tylko z tej rzeczywistości i wrośniętych w nią, żyjąc mniej lub bardziej statycznie (co nie znaczy, że nudno). Nie mogę stracić z nimi kontaktu, bo jeszcze zapomnę, że wróciłam do domu, jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało. Poza wszystkim innym, co obecnie robię, piszę więc listy. Może i mało mam cierpliwości, przez co każdy kolejny jest coraz krótszy, ale za to jak miło potem dostać odpowiedź! Nic nie przyszło tylko od Geddwyna ani od Brangien i zdecydowanie powinnam się tym martwić, ale herbatka zamiast wyostrzać umysł, troszkę go przytępia. Akurat taką zabrałam z Blue Haven, nie bardzo patrząc, co chwytam.
No tak, bo nie ma nas w domu od jakiegoś miesiąca. Wpadłam tam tylko na chwilę – po rozwiezieniu towarzystwa do miejsc ich przeznaczenia – żeby pozabierać parę rzeczy i wyprysnąć jak strzała. Postanowiliśmy się zaszyć w bezpiecznym miejscu z dala od wszystkiego, a takim miejscem wydała się nam Andromeda. Renê nie była wcale zaskoczona naszym pojawieniem się na drodze pośród gwiazd, za to bardzo ucieszona – w zwój zwykły, uszczypliwy sposób – ponieważ tęskniła do towarzystwa jakiejś przyjaznej duszy spoza dworu. Mąż to mąż, powiedziała, ale on też jest „koronowaną głową”, a my jesteśmy normalni. Nie mogłam się powstrzymać i zadałam pytanie, czy miała jakieś wieści o Xelli-Medinie, na co ona pokręciła głową i stwierdziła, że nie, ale ja na pewno mam sporo do powiedzenia. No owszem, miałam – a trzeba przyznać, że Renê zawsze była jedną z tych osób, którym można powiedzieć najdziwniejsze rzeczy, a wszystko rozumieją.
Nie traktuję tego siedzenia tutaj jako ucieczki od spraw doczesnych, bo gdybym tylko zechciała, mogłabym nie mieć żadnych spraw doczesnych; to jednak wiązałoby się z wyrzeczeniem się przynajmniej części mojej natury, czego oczywiście nie mam zamiaru robić i w ogóle nie o to chodzi. Siedzimy na Andromedzie dość długo i niby moglibyśmy już wracać w światy, ale Tenari chyba by nam tego nie wybaczył. Już od paru tygodni pozwala (znowu, jak to brzmi – może jeszcze łaskawie?), by Ciarán szkolił go w… Bo ja wiem? Sztuce walki? Sztuce przetrwania? Argumentuje to twierdzeniem, że dziecko umysł ma aż nadmiernie sprawny, więc teraz trzeba się zająć jego kondycją, najlepiej bez używania skrzydeł. Co jest trochę trudne, bo skrzydła same w sobie mogą być niewygodnym balastem, ale Ten-chan chyba potraktował to jako wyzwanie. Pozwala się nawet ciągnąć na lodową planetkę, będącą jeszcze dalej od tutejszego słońca niż królewski pałac. Mam nadzieję, że nie zacznie chodzić (a tym bardziej latać) z zamkniętymi oczami; wystarczy, że głosu nie chce używać.
Doprawdy, jeden królewicz z niezwykłą przeszłością trenuje drugiego… Jeszcze trochę, a gotowam uznać teorię, że to dziecko jest baśniowe.
Może kiedy ruszę znowu w światy, okaże się, że nie są tak spokojne, jak ja teraz? Wczoraj Vanny napisała mi w liście, że stęskniła się za Lexem. Ha, to takie dwie oderwane myśli, ale zestawione w jednym rządku wydają się do siebie pasować.
Nie, żebym nie była ciekawa, co słychać u niektórych osób. U Ellila i Djellii, którzy najwyraźniej nie znaleźli jeszcze swojej wymarzonej Liry, inaczej na pewno przysłaliby wiadomość z żądaniem pochwały. U Aislinn – przywiezionej przez J z wizytą do Shaitha, tak, żeby się jeszcze więcej sił nadprzyrodzonych tam plątało – i u Shyama, o którym myśl ciągle mnie poszturchuje mentalnie (może to dziwnie brzmieć, ale właśnie tak to odczuwam). U Tarquina – o ile tutaj zaistniał – bo tak. W krainie Faërie, bo brak mi tamtej książki do porządnego rozbaśnienia. A także u Ketrisa i Vaneshki, którzy pewnie siedzą teraz w D’athúil, niekoniecznie z tego radzi… Przyznam, że podpytywałam Aeirana, czy nie sądzi, że powinien już tam wracać, ale stwierdził, że Pieśń – kiedy jeszcze nie była Pieśnią – radziła sobie świetnie zanim się tam rozpanoszył, więc teraz też powinna.
No i oczywiście u rozmaitych krewnych-i-znajomych Królika, wywodzących się z tej i tylko z tej rzeczywistości i wrośniętych w nią, żyjąc mniej lub bardziej statycznie (co nie znaczy, że nudno). Nie mogę stracić z nimi kontaktu, bo jeszcze zapomnę, że wróciłam do domu, jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało. Poza wszystkim innym, co obecnie robię, piszę więc listy. Może i mało mam cierpliwości, przez co każdy kolejny jest coraz krótszy, ale za to jak miło potem dostać odpowiedź! Nic nie przyszło tylko od Geddwyna ani od Brangien i zdecydowanie powinnam się tym martwić, ale herbatka zamiast wyostrzać umysł, troszkę go przytępia. Akurat taką zabrałam z Blue Haven, nie bardzo patrząc, co chwytam.
No tak, bo nie ma nas w domu od jakiegoś miesiąca. Wpadłam tam tylko na chwilę – po rozwiezieniu towarzystwa do miejsc ich przeznaczenia – żeby pozabierać parę rzeczy i wyprysnąć jak strzała. Postanowiliśmy się zaszyć w bezpiecznym miejscu z dala od wszystkiego, a takim miejscem wydała się nam Andromeda. Renê nie była wcale zaskoczona naszym pojawieniem się na drodze pośród gwiazd, za to bardzo ucieszona – w zwój zwykły, uszczypliwy sposób – ponieważ tęskniła do towarzystwa jakiejś przyjaznej duszy spoza dworu. Mąż to mąż, powiedziała, ale on też jest „koronowaną głową”, a my jesteśmy normalni. Nie mogłam się powstrzymać i zadałam pytanie, czy miała jakieś wieści o Xelli-Medinie, na co ona pokręciła głową i stwierdziła, że nie, ale ja na pewno mam sporo do powiedzenia. No owszem, miałam – a trzeba przyznać, że Renê zawsze była jedną z tych osób, którym można powiedzieć najdziwniejsze rzeczy, a wszystko rozumieją.
Nie traktuję tego siedzenia tutaj jako ucieczki od spraw doczesnych, bo gdybym tylko zechciała, mogłabym nie mieć żadnych spraw doczesnych; to jednak wiązałoby się z wyrzeczeniem się przynajmniej części mojej natury, czego oczywiście nie mam zamiaru robić i w ogóle nie o to chodzi. Siedzimy na Andromedzie dość długo i niby moglibyśmy już wracać w światy, ale Tenari chyba by nam tego nie wybaczył. Już od paru tygodni pozwala (znowu, jak to brzmi – może jeszcze łaskawie?), by Ciarán szkolił go w… Bo ja wiem? Sztuce walki? Sztuce przetrwania? Argumentuje to twierdzeniem, że dziecko umysł ma aż nadmiernie sprawny, więc teraz trzeba się zająć jego kondycją, najlepiej bez używania skrzydeł. Co jest trochę trudne, bo skrzydła same w sobie mogą być niewygodnym balastem, ale Ten-chan chyba potraktował to jako wyzwanie. Pozwala się nawet ciągnąć na lodową planetkę, będącą jeszcze dalej od tutejszego słońca niż królewski pałac. Mam nadzieję, że nie zacznie chodzić (a tym bardziej latać) z zamkniętymi oczami; wystarczy, że głosu nie chce używać.
Doprawdy, jeden królewicz z niezwykłą przeszłością trenuje drugiego… Jeszcze trochę, a gotowam uznać teorię, że to dziecko jest baśniowe.
Może kiedy ruszę znowu w światy, okaże się, że nie są tak spokojne, jak ja teraz? Wczoraj Vanny napisała mi w liście, że stęskniła się za Lexem. Ha, to takie dwie oderwane myśli, ale zestawione w jednym rządku wydają się do siebie pasować.
24 I
Pod koniec podrózy nasza droga wiodła wzdłuż torów, po których raz
czy dwa przemknął parowy pociąg. Dało nam to pewne wyobrażenie, jak
będzie się prezentował cel naszej wyprawy. I rzeczywiście, trafiliśmy do
ładnego miasta o brukowanych ulicach, którymi jeździły powozy, wożące
dżentelmenów w cylindrach i damy w powłóczystych sukniach, dla których
pokazanie się bez kapelusza stanowiło największy skandal. Do miasta, w
którym nie wiedziano nic o zamku Nadzieja i nie wierzono w smoki.
Przyznam, że czegoś takiego się nie spodziewałam.
Później zrozumiałam, że to miejsce było taką małą enklawą Shaitha, w której zawsze mógł się zatrzymać i na spokojnie pozbierać myśli. Na swój sposób też do niego pasowało – choć chyba jednak nie należy ubiegać zdarzeń, tylko zacząć od początku.
Okazało się, że spotkanie wyznaczył w hotelu. W żadnym tajemnym miejscu kutu – w hotelu. To też było zaskoczenie, a oznaczało, że Shaith chodzi sobie między śmiertelnikami. I rzeczywiście, czekał na nas w recepcji, niedbale elegancki i pewny siebie, po czym prędko zabrał nas na śniadanie. Gdyby J go nam nie pokazała, nie zwróciłabym na niego uwagi w tłumie. Nie, źle – uwagę bym na pewno zwróciła, ale nie przyszłoby mi do głowy, że może być bogiem, w dodatku ognia, choć mógłby być bohaterem opowieści przygodowej. Młody z wyglądu – choć chyba starszy od takiego Ellila – poruszał się energicznym krokiem i patrzył na nas badawczo, przenikliwie, spod nierówno przyciętej brązowej grzywki. I wydawał się zadowolony, kiedy nas zobaczył.
– Co to za okazja? – nie dowierzała J. – Elegancki hotel i może jeszcze eleganckie śniadanko na twój koszt?
– Eleganckie bo eleganckie, ważne, żeby było smaczne – wtrąciła Lilly, zamówiwszy sobie porządną porcję naleśników. Chętnie poszliśmy w jej ślady, bo wybór był spory i, hmm… Ciekawy.
– Teraz widzę, że lepszego miejsca nie mogłem wybrać – stwierdził Shaith z cierpkim uśmiechem. – Tutaj nie odważycie się zrobić żadnej sceny.
– A jesteś pewien, że już jej nie robimy? – zapytałam ostrożnie. – Jednak trochę rzucamy się w oczy.
– Przyjeżdżają tu dziwniejsi turyści z zagranicy. Miałem na myśli… Inny rodzaj sceny.
Przyjrzał się nam ponownie – nadal badawczo, ale na szczęście jeszcze nie wrogo – i ponownie zwrócił się do J:
– Po co ściągnęłaś tu tę całą delegację? Żeby mi dodać panteon czy wysadzić z interesu?
– Że co? Nie, no coś ty! – zachichotała, omal nie krztusząc się naleśnikiem. – Przecież to też są zagraniczni turyści! Co ty, własnych demonów nie masz?
– Sam już nie jestem pewien – burknął. – Do niedawna myślałem, że znam ten świat. A potem zaczął się robić… Baśniowy?
– Jeśli zamek Nadzieja nazwiesz baśniowym, to jesteś dziwniejszy niż chcesz sprawiać wrażenie – uznała Lilly w przerwie między jednym kęsem a drugim. – Może te smoki już bardziej…
– Nawet nie to. Jakieś jednorożce w lasach, takie nienaturalnie kolorowe ptaki na niebie… – Shaith westchnął i oparł głowę na dłoniach. – Nie, żeby nie istniała tu magia, ale baśniowość tkwiła jednak w książkach. A teraz przestaję czuć, że jestem w domu.
– Miałam ci tu przywieźć Ellila, ale mi uciekł po drodze, skubaniec – skrzywiła się J. – Miałbyś chociaż towarzystwo. Z domu.
– Wyprysnąłem stamtąd, pamiętasz?
– Pamiętam. Przecież sama znalazłam ci ten świat – żachnęła się. – Ale zrobiłeś to tylko po to, żeby mi coś udowodnić. Nie wmówisz mi, że nie brak ci niczego stamtąd. Ani nikogo – uśmiechnęła się jakoś tak zaczepnie.
– Poprzednim razem mówiłaś, że twój… Nasz świat miał kłopoty – przypomniał sobie i zamyślił się. – Może mógłbym wpaść na chwilę i się rozejrzeć, o ile go znów nie zamkniesz… Zaraz, zaraz – nagle spojrzał na nią przytomniej. – Jak to miałaś przywieźć Ellila? Co ty wyprawiasz, pozbawiasz świat jego bogów i ot tak ich sobie przesadzasz? Masowo?
– Od kiedy to cię tak bulwersuje? Poza tym akurat Ellilowi nic bym nie dała, takie z niego latajło, że już w jednym świecie długo nie usiedzi.
– Akurat jemu – spojrzał na nią spode łba. – Nie kręć. Przyznaj się, kto jeszcze dostał od ciebie świat.
Miałam ochotę bić brawo z podziwu, że oto trafiła kosa na kamień. Nie wątpiłam, że akurat on z całego tamtejszego panteonu był zdolny ją rozgryźć i zaszantażować…
– Biorąc pod uwagę, jaki świat miałam prawo oddać, to tylko Shyam – powiedziała słodko J i tym razem to ja omal się nie udławiłam. – Właśnie, prosił, żeby przekazać, że chętnie by się ciebie poradził. Jako starszego stażem Jedynego Boga, wiesz…
– Shyam – tym razem bóg ognia uśmiechnął się z aprobatą. – Trzeba ci przyznać, że trochę rozsądku masz.
Teraz obie prędko przełknęłyśmy, by nic nam nie przeszkadzało w parsknięciu śmiechem. Ubawione spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.
– Zresztą nie on jedyny się za tobą stęsknił – podjęła J po chwili.
– …Nie? – zapytał jakby od niechcenia. – Ktoś jeszcze? I przede wszystkim: kto tam jeszcze istnieje? Bo o Shyamie to myślałem, że już nigdy nie usłyszę.
– No, jest Taranis, który w tej chwili pewnie tęskni za Ellilem – J wyszczerzyła ząbki. – Jest ta wariatka od wiosny, do której zaczęły się przyczepiać właściwości innych pór roku, przez co klimat nam czasem wariuje. Jest Aislinn, która świetnie sobie daje radę w archeologii. A ogólnie to coraz mniej was, ale ci, którzy zostali, wzięli się wreszcie w garść – zakończyła.
– Daj spokój, nie mów tak ogólnikowo – zirytował się. – Co jak co, ale nie mogę sobie wyobrazić Aislinn pracującej z zabytkami antyku. Przecież one… Na słońcu powinny się rozsypywać, nie?
– Wiesz, jak ci się świat zatrzymał na maszynach parowych, to nie dziwota, że nie doceniasz nowoczesnej technologii – zaczęła, gotowa zaserwować mu długi wykład.
– Nie odchodź od tematu, z łaski swojej.
– No przecież nie odchodzę, tylko właśnie wchodzę na temat – zaprotestowała, z pewnością chichocząc w duchu. No dobrze, może i trafiła kosa na kamień, ale też i J z pewnością miała na Shaitha jakiegoś haka. I miałam wrażenie, że należałoby ich teraz zostawić samych, żeby sobie trochę poszeptali i poprzekomarzali się. Shaith nie wyglądał mi na takiego, co to chciałby, żeby jego „hak” wyszedł na jaw. Albo może inaczej – chciał o coś konkretnego zapytać, a bał się usłyszeć odpowiedź (przy innych?). Jeśli o Aislinn, to czy odpowiedź byłaby taka straszna? No, może tak.
– Słuchajcie, a czy zakwaterowanie też jest na jego koszt? – rzuciła Vanny, najedzona i beztroska.
– Tak! – potwierdziła J, w tym samym momencie, kiedy bóg ognia powiedział „nie”.
– Nie słuchajcie go. Skoro już zaczął, to niech i skończy, jest za dokładny na co innego.
– Trzeba było o siebie zadbać – uśmiechnął się ironicznie Shaith. – Ja nie jestem Ellil. Jestem bogiem, a nie instytucją charytatywną.
– A jednak, tak jak kiedyś Ellil, łazisz po świecie i udajesz śmiertelnika, zamiast być niematerialnym bytem w jakiejś świątyni!
– Cóż – mruknął. – Niektóre jego pomysły były sensowne.
– Słuchaj, jak to Shyam dostał świat?! – szepnęłam do J na stronie, kiedy po śniadaniu rozpierzchliśmy się wszyscy po mieście. Wiadomo, powrót do cywilizacji i możliwość połażenia po sklepach, nawet jeśli się nie ma waluty… Choć ciągle nie mogłam odgonić myśli, że powinna to być raczej pielgrzymka za słupem ognia.
– No, dostał, dostał – pokiwała w zamyśleniu głową; wyraźnie coś knuła. – Pozamieniałam paru niemiłych osobników w żaby i dałam mu świat. Nie mógł tak zostać bez opieki, światom też się coś należy.
– Ale powiedz coś więcej, no, powiedz! – niecierpliwiłam się. – Chcę wiedzieć na przyszłość, gdzie mam się wybrać, żeby mu pogratulować!
– Nie, nie chcesz – odpowiedziała spokojnie i kategorycznie.
– Jasne, że chcę – nie dałam za wygraną, ale ona tylko pokręciła głową.
– Nie będziesz mi tu mówić, że wiesz lepiej ode mnie – powiedziała mentorskim tonem. – Zresztą ja już postanowiłam: zrywam się stąd na krótki czas.
– Że co proszę? – jakoś trudno mi było nadążyć za jej tokiem myślenia. Powoli zaczynała mnie boleć głowa.
– Przekaż Shaithowi, że wróciłam do swojego świata – przykazała tak powoli i wyraźnie, że zrobiłam się jeszcze bardziej podejrzliwa. A może było po mnie widać, że zaczęłam się wyłączać? – Żeby sprawdzić, czy mi się przypadkiem nie rozpadł. Jednak lepiej ich nie zostawiać samych… Wszystkich razem.
– I dlatego tak ich rozsadzasz?
– Też – roześmiała się. – Ale za żadne skarby nie mów mu, że tu wrócę. Z niespodzianką.
– Theaię ze sobą weź – nie mogłam sobie darować.
– A idź ty – prychnęła. – Aż tak mi się do Szarych Światów nie spieszy.
Chyba i ja dojrzałam do stwierdzenia, że „wrócić do domu” do całkiem przyjemny zwrot.
Przyznam, że czegoś takiego się nie spodziewałam.
Później zrozumiałam, że to miejsce było taką małą enklawą Shaitha, w której zawsze mógł się zatrzymać i na spokojnie pozbierać myśli. Na swój sposób też do niego pasowało – choć chyba jednak nie należy ubiegać zdarzeń, tylko zacząć od początku.
Okazało się, że spotkanie wyznaczył w hotelu. W żadnym tajemnym miejscu kutu – w hotelu. To też było zaskoczenie, a oznaczało, że Shaith chodzi sobie między śmiertelnikami. I rzeczywiście, czekał na nas w recepcji, niedbale elegancki i pewny siebie, po czym prędko zabrał nas na śniadanie. Gdyby J go nam nie pokazała, nie zwróciłabym na niego uwagi w tłumie. Nie, źle – uwagę bym na pewno zwróciła, ale nie przyszłoby mi do głowy, że może być bogiem, w dodatku ognia, choć mógłby być bohaterem opowieści przygodowej. Młody z wyglądu – choć chyba starszy od takiego Ellila – poruszał się energicznym krokiem i patrzył na nas badawczo, przenikliwie, spod nierówno przyciętej brązowej grzywki. I wydawał się zadowolony, kiedy nas zobaczył.
– Co to za okazja? – nie dowierzała J. – Elegancki hotel i może jeszcze eleganckie śniadanko na twój koszt?
– Eleganckie bo eleganckie, ważne, żeby było smaczne – wtrąciła Lilly, zamówiwszy sobie porządną porcję naleśników. Chętnie poszliśmy w jej ślady, bo wybór był spory i, hmm… Ciekawy.
– Teraz widzę, że lepszego miejsca nie mogłem wybrać – stwierdził Shaith z cierpkim uśmiechem. – Tutaj nie odważycie się zrobić żadnej sceny.
– A jesteś pewien, że już jej nie robimy? – zapytałam ostrożnie. – Jednak trochę rzucamy się w oczy.
– Przyjeżdżają tu dziwniejsi turyści z zagranicy. Miałem na myśli… Inny rodzaj sceny.
Przyjrzał się nam ponownie – nadal badawczo, ale na szczęście jeszcze nie wrogo – i ponownie zwrócił się do J:
– Po co ściągnęłaś tu tę całą delegację? Żeby mi dodać panteon czy wysadzić z interesu?
– Że co? Nie, no coś ty! – zachichotała, omal nie krztusząc się naleśnikiem. – Przecież to też są zagraniczni turyści! Co ty, własnych demonów nie masz?
– Sam już nie jestem pewien – burknął. – Do niedawna myślałem, że znam ten świat. A potem zaczął się robić… Baśniowy?
– Jeśli zamek Nadzieja nazwiesz baśniowym, to jesteś dziwniejszy niż chcesz sprawiać wrażenie – uznała Lilly w przerwie między jednym kęsem a drugim. – Może te smoki już bardziej…
– Nawet nie to. Jakieś jednorożce w lasach, takie nienaturalnie kolorowe ptaki na niebie… – Shaith westchnął i oparł głowę na dłoniach. – Nie, żeby nie istniała tu magia, ale baśniowość tkwiła jednak w książkach. A teraz przestaję czuć, że jestem w domu.
– Miałam ci tu przywieźć Ellila, ale mi uciekł po drodze, skubaniec – skrzywiła się J. – Miałbyś chociaż towarzystwo. Z domu.
– Wyprysnąłem stamtąd, pamiętasz?
– Pamiętam. Przecież sama znalazłam ci ten świat – żachnęła się. – Ale zrobiłeś to tylko po to, żeby mi coś udowodnić. Nie wmówisz mi, że nie brak ci niczego stamtąd. Ani nikogo – uśmiechnęła się jakoś tak zaczepnie.
– Poprzednim razem mówiłaś, że twój… Nasz świat miał kłopoty – przypomniał sobie i zamyślił się. – Może mógłbym wpaść na chwilę i się rozejrzeć, o ile go znów nie zamkniesz… Zaraz, zaraz – nagle spojrzał na nią przytomniej. – Jak to miałaś przywieźć Ellila? Co ty wyprawiasz, pozbawiasz świat jego bogów i ot tak ich sobie przesadzasz? Masowo?
– Od kiedy to cię tak bulwersuje? Poza tym akurat Ellilowi nic bym nie dała, takie z niego latajło, że już w jednym świecie długo nie usiedzi.
– Akurat jemu – spojrzał na nią spode łba. – Nie kręć. Przyznaj się, kto jeszcze dostał od ciebie świat.
Miałam ochotę bić brawo z podziwu, że oto trafiła kosa na kamień. Nie wątpiłam, że akurat on z całego tamtejszego panteonu był zdolny ją rozgryźć i zaszantażować…
– Biorąc pod uwagę, jaki świat miałam prawo oddać, to tylko Shyam – powiedziała słodko J i tym razem to ja omal się nie udławiłam. – Właśnie, prosił, żeby przekazać, że chętnie by się ciebie poradził. Jako starszego stażem Jedynego Boga, wiesz…
– Shyam – tym razem bóg ognia uśmiechnął się z aprobatą. – Trzeba ci przyznać, że trochę rozsądku masz.
Teraz obie prędko przełknęłyśmy, by nic nam nie przeszkadzało w parsknięciu śmiechem. Ubawione spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo.
– Zresztą nie on jedyny się za tobą stęsknił – podjęła J po chwili.
– …Nie? – zapytał jakby od niechcenia. – Ktoś jeszcze? I przede wszystkim: kto tam jeszcze istnieje? Bo o Shyamie to myślałem, że już nigdy nie usłyszę.
– No, jest Taranis, który w tej chwili pewnie tęskni za Ellilem – J wyszczerzyła ząbki. – Jest ta wariatka od wiosny, do której zaczęły się przyczepiać właściwości innych pór roku, przez co klimat nam czasem wariuje. Jest Aislinn, która świetnie sobie daje radę w archeologii. A ogólnie to coraz mniej was, ale ci, którzy zostali, wzięli się wreszcie w garść – zakończyła.
– Daj spokój, nie mów tak ogólnikowo – zirytował się. – Co jak co, ale nie mogę sobie wyobrazić Aislinn pracującej z zabytkami antyku. Przecież one… Na słońcu powinny się rozsypywać, nie?
– Wiesz, jak ci się świat zatrzymał na maszynach parowych, to nie dziwota, że nie doceniasz nowoczesnej technologii – zaczęła, gotowa zaserwować mu długi wykład.
– Nie odchodź od tematu, z łaski swojej.
– No przecież nie odchodzę, tylko właśnie wchodzę na temat – zaprotestowała, z pewnością chichocząc w duchu. No dobrze, może i trafiła kosa na kamień, ale też i J z pewnością miała na Shaitha jakiegoś haka. I miałam wrażenie, że należałoby ich teraz zostawić samych, żeby sobie trochę poszeptali i poprzekomarzali się. Shaith nie wyglądał mi na takiego, co to chciałby, żeby jego „hak” wyszedł na jaw. Albo może inaczej – chciał o coś konkretnego zapytać, a bał się usłyszeć odpowiedź (przy innych?). Jeśli o Aislinn, to czy odpowiedź byłaby taka straszna? No, może tak.
– Słuchajcie, a czy zakwaterowanie też jest na jego koszt? – rzuciła Vanny, najedzona i beztroska.
– Tak! – potwierdziła J, w tym samym momencie, kiedy bóg ognia powiedział „nie”.
– Nie słuchajcie go. Skoro już zaczął, to niech i skończy, jest za dokładny na co innego.
– Trzeba było o siebie zadbać – uśmiechnął się ironicznie Shaith. – Ja nie jestem Ellil. Jestem bogiem, a nie instytucją charytatywną.
– A jednak, tak jak kiedyś Ellil, łazisz po świecie i udajesz śmiertelnika, zamiast być niematerialnym bytem w jakiejś świątyni!
– Cóż – mruknął. – Niektóre jego pomysły były sensowne.
– Słuchaj, jak to Shyam dostał świat?! – szepnęłam do J na stronie, kiedy po śniadaniu rozpierzchliśmy się wszyscy po mieście. Wiadomo, powrót do cywilizacji i możliwość połażenia po sklepach, nawet jeśli się nie ma waluty… Choć ciągle nie mogłam odgonić myśli, że powinna to być raczej pielgrzymka za słupem ognia.
– No, dostał, dostał – pokiwała w zamyśleniu głową; wyraźnie coś knuła. – Pozamieniałam paru niemiłych osobników w żaby i dałam mu świat. Nie mógł tak zostać bez opieki, światom też się coś należy.
– Ale powiedz coś więcej, no, powiedz! – niecierpliwiłam się. – Chcę wiedzieć na przyszłość, gdzie mam się wybrać, żeby mu pogratulować!
– Nie, nie chcesz – odpowiedziała spokojnie i kategorycznie.
– Jasne, że chcę – nie dałam za wygraną, ale ona tylko pokręciła głową.
– Nie będziesz mi tu mówić, że wiesz lepiej ode mnie – powiedziała mentorskim tonem. – Zresztą ja już postanowiłam: zrywam się stąd na krótki czas.
– Że co proszę? – jakoś trudno mi było nadążyć za jej tokiem myślenia. Powoli zaczynała mnie boleć głowa.
– Przekaż Shaithowi, że wróciłam do swojego świata – przykazała tak powoli i wyraźnie, że zrobiłam się jeszcze bardziej podejrzliwa. A może było po mnie widać, że zaczęłam się wyłączać? – Żeby sprawdzić, czy mi się przypadkiem nie rozpadł. Jednak lepiej ich nie zostawiać samych… Wszystkich razem.
– I dlatego tak ich rozsadzasz?
– Też – roześmiała się. – Ale za żadne skarby nie mów mu, że tu wrócę. Z niespodzianką.
– Theaię ze sobą weź – nie mogłam sobie darować.
– A idź ty – prychnęła. – Aż tak mi się do Szarych Światów nie spieszy.
Chyba i ja dojrzałam do stwierdzenia, że „wrócić do domu” do całkiem przyjemny zwrot.
22 I
Jesteśmy wreszcie w drodze, co jest naprawdę miłą odmianą, nawet mimo
wizji zamarznięcia w nocy, które z czystą złośliwością serwuje nam
Tenari (strasząc tym głównie Lilly). Nie wiem, co jest przyczyną –
powrót Aeirana czy pieśń Vaneshki, najwygodniej stwierdzić, że jedno i
drugie – ale przestałam czuć się w Nadziei nieswojo. Z drugiej strony
zaś zniknęło wrażenie, że mimo wszystko powinnam tu być, dlatego nie
miałam nic przeciwko wyjazdowi – ku nieskrywanej radości J. Marudziła
tylko, kiedy dotarło do niej, że chcemy całą drogę pokonać zwyczajnie,
konno, zamiast przeteleportować się na miejsce.
– Ty też podróżowałaś bardziej konwencjonalnie – przypomniałam, chociaż kto nazwałby lewitację konwencjonalną metodą?
– Bo ja wodziłam za nos tego tam Jaleela – wlepiła we mnie zmrużone ślepka (Vanny zwróciła mi niedawno uwagę, z jaką pobłażliwością traktuję tę pradawną smarkulę, może i coś w tym jest). – a teraz już wiem, dokąd iść.
– A ja chcę wiedzieć, którędy iść – odparowałam. – Poza tym nie chcesz, żeby Pokrzywa nas pogryzła, nie?
Przypuszczam, że nie tylko moja klacz by nas pogryzła – wszystkie wierzchowce tęskniły za tym, by móc się porządnie wybiegać. Może aż za porządnie, jak stwierdziłam po chwili niespodziewanego galopu. Za to nieziemską satysfakcję miałam na widok Theai jadącej na No Doubcie. Ta bowiem zabrała się z nami, może z przekonaniem, że powinna dalej czuwać nad bezpieczeństwem szaleńców, plączących się po Szarych Światach, a może, że mają u niej dług. Z irytacją, choć nie bez ulgi, przyjęła nagły i cichy wyjazd Vaneshki, a teraz Aeiran wyraźnie stara się ją do siebie zniechęcić… W taki dość przewrotny sposób – pozwalając jej ze sobą jeździć. A ona chyba uważa, że lepsze to niż… Sama nie wiem, czy powinnam wygłaszać już opinie, skoro znam ją zaledwie od dwóch dni, a nie jestem aż taką interpretatorką cudzych zachowań, jak pozwalam myśleć czytelnikom. Może jeszcze później do tego wrócę.
Nie wiem, co będziemy robić później, jak już pogadamy z tym całym Shaithem, ale Lilly wyraża chęć powrotu do Nadziei. Mogłabym mieć dużo do powiedzenia na ten temat, ale jestem jej przyjaciółką, a nie mamuśką; tłumaczyć to się będzie w domu. Dziwne, że nie została tam od razu, zamiast jechać z nami, ale cóż, lubi podróże równie mocno, jak te tajemne rozmowy z Muirenn nad jej grubymi księgami. Rozmowy traktowały o czarach, klątwach i bogowie wiedzą, czym jeszcze; chętnie przyjrzałabym się temu wątkowi trochę bliżej, ale prawdę powiedziawszy, nie mam teraz do tego głowy.
Moja nadzieja legła w gruzach i nie zdołałam uniknąć miłej pogawędki z Diarmaidem zanim wyjechaliśmy. Może i faktycznie byłaby miła, gdybym nie była tak beznadziejnie subiektywna. Niby zasłużył na stosownie – i sprawiedliwie – wzniosłe przedstawienie w opowieści, tymczasem za każdym razem mam ochotę nim potrząsnąć, najchętniej za szyję. Tym razem też. Legendę zamku Nadzieja zdecydowanie najlepiej…
– …zostawić Ladericowi – powiedziałam zatem. – Ja nawet jej nie znam i nie rozumiem, dlaczego to do mnie wasza wysokość się zwraca.
– Opuściłaś nas, pani, na czas trwania pieśni – zaczął. – Czy to znaczy, że przeznaczenie już cię nie uwzględnia? Dlaczego?
Z trudem zdusiłam odpowiedź, że mógłby więcej patrzeć, a mniej zdawać się na opowieść.
– To nie tak… Może to właśnie daje waszej wysokości wolną rękę – spróbowałam wyjaśnić. – Nie wiem, czy gdzieś ktoś miał narzuconą z góry rolę pani na tym zamku, ale po tej pieśni na pewno nie. Zamek jest stabilny, wszystko zalezy wyłącznie od was. Tak powiedziała Vaneshka, a jej należy wierzyć w takich sprawach.
– Ale jeśli Nadzieja ma być pełna, nie powinna być rządzona… Tak w połowie – zaprotestował.
– Jeśli rozumować w ten sposób, to bardziej od przeznaczenia potrzebne są uczucia – podsumowałam. – Czy to nie prostsze niż dociekanie, czy taka Calene jest odpowiednia do tej roli?
Widocznie dla Diarmaida nie było to prostsze, bo momentalnie spochmurniał.
– Nie mogę rozkazywać sercu – uciął.
– Ale możesz go chociaż nie zamykać! – zdenerwowałam się wreszcie. – Na litość, człowieku, gdybym ja myślała o własnych uczuciach w kategorii opowieści, dzisiaj pewnie byłabym nieszczęśliwa, samotna i chora z żalu! Nadzieja nie musi iść w parze z rozsądkiem ani z przeznaczeniem, czy to takie trudne do zrozumienia?!
Chyba zbiłam go z tropu, lecz nie zostałam w komnacie audiencyjnej ani chwili dłużej, by zobaczyć, jakie będą tego skutki. Może powinnam była, ale nie miałam cierpliwości – za to uznałam, że dobrze byłoby jeszcze raz pogadać z Caranillą, tym razem bardziej szczegółowo. Kolejna sprawa na później, jak sądzę.
– Ale ulga! – odetchnęłam, kiedy minęliśmy już smocze góry. – Powoli zaczynałam czuć się pająkiem, który zaplątał się we własną pajęczynę.
– Jeśli kiedyś za tym zatęsknisz, zawsze mogę ci załatwić – zapewniła radośnie J. Zdecydowanie dobrze wpasowywała się w miejsce, które zajmowała kiedyś Xella-Medina, choć z drugiej strony sporo je różniło.
Wolałam nie zastanawiać się nad tym głębiej, bo prowadziłoby to do rozważań nad Dziećmi Chaosu, a to z kolei do pytań o obecną rzeczywistość, z pewnością poplątaną już do granic.
Pociągnęłam ją za warkoczyk, na co odwróciła się do mnie i złapała za grzywkę. Słodko. Już po chwili próbowałyśmy unieruchomić sobie nawzajem ręce i jeszcze trochę, a doszłoby pewnie do łaskotania, gdyby Pokrzywa nie zaczęła skakać i brykać, jakby chciała nas strząsnąć.
– Ej, ale nie musisz zachowywać się tak jak one – upomniał ją Rob Roy, który przykłusował do nas z Vanny i Claydem na grzbiecie.
– Ja nie idę w ich ślady, ja je temperuję – parsknęła niby to z irytacją, próbując ukryć rozbawienie.
– Jakbym ja tak Vanny temperował, byłbym teraz biedniejszy niż jestem…
– No już, pax, istoty rozumne – roześmiał się Clayd, łapiąc oba konie za wodze, po czym mrugnął do mnie. – Patrz na ten obrazek – szepnął, wskazując ruchem głowy w tył.
A tam No Doubt kręcił się niespokojnie, kiedy Theaia kategorycznie domagała się czegoś od Aeirana. Wreszcie dał za wygraną i podprowadził konia do hasającej beztrosko Tequili, niosącej Mezz’Lil i Ivy. Takie nagromadzenie blondynek aż raziło w oczy… W każdym razie przystanęliśmy w miejscu, żeby bezczelnie podsłuchać, kiedy ta średnia blondyneczka złapała tę najmniejszą za rękę i zaczęła wypytywać:
– Powiedz, czym teraz jesteś! Powiedz! Nie zdam nikomu raportu, bo sfera pozamaterialna ma u mnie zbyt wielki dług, ale powiedz, jak się t y m stać!
– Nie jestem „czymś”! – zawołała Ivy dziecinnym głosem, ale wyraz twarzy miała zdecydowanie niedziecięcy. – Jestem mną, puść!
– Daj jej spokój, zachowujesz się jak krnąbrna nauczycielka w przedszkolu – zainterweniowała Lily.
– Nauczycielki nie są krnąbrne, tylko dzieci i ten mój… – zaczęła Theaia, ale nagle głos jej się załamał. – Och, czemu ja w ogóle pozwalam wam sobie towarzyszyć, czemu?
Mówiła coraz ciszej, ale chyba nie przestała narzekać.
– To chciałeś, żebym zobaczyła? – szepnęłam do Clayda. – Histerię tej pannicy?
– Teraz to jej rozchwianie nawet mnie dobiło; szczęście, że nie musiałem się wtrącać – westchnął. – Pannica była ingil’athem i zgubiła swojego podopiecznego. Wkurzał ją jak cholera, nie mogła znieść, że ani jej nie widział, ani nawet w nią nie wierzył, ale jednak…
– I co, chciałaby zrezygnować ze swojej natury? – sama ta myśl mną wstrząsnęła, pamiętałam wszak, przez co przechodziła Ivy przed trzema laty.
– Czy ja wiem – odszepnął. – Czepiła się nas. Nie jestem pewien, czy umiałaby być niezależna, choć ona chyba na to patrzy z drugiej strony.
– Mogę sobie wyobrazić tego jej podopiecznego, skoro doprowadził ją do takich wygłupów – mruknęła J, wykręcając szyję w tył. – Tylko nie łapię, jak coś takiego może być duchem opiekuńczym… Bo o to chodzi, nie? I co ona tu robi, zamiast szukać go dalej?
– Może jest do czegoś potrzebna – zamyśliłam się.
– Nam? – zapytała. – Czy opowieści?
– Nie jestem pewna – przyznałam. – Ale nie sądzę, by nie czekał na nią jakiś wątek. Może to ona zostanie twoją przewodniczką po Szarych Światach, co ty na to?
Moje przewidywania J wzięła sobie może nie tyle do serca, co do głowy.
– Zamienisz się? – zapytała Aeirana w pewnej chwili i od tej pory, nie mając nic do gadania, Theaia jechała z nią na Pokrzywie. Tylko je teraz postawić obok Tequili i ich pasażerek, ale Lilly dobrze pilnuje, a Theaia chyba trochę obawia się J. Może z tej obawy zgodziłaby się zabrać ją na wycieczkę do Szarych Światów, a może wręcz przeciwnie, ja jednak czuję, że nie będzie to jedyny wątek z nią związany. A może po prostu nie chcę, żeby tak było. Skoro już się pojawiła, to niech się wykaże.
Nie zaprzeczam, że trochę czułam się jak przekazywana paczka, ale czy miałabym narzekać na skutki? Kiedy znalazłam się blisko Aeirana, to jakby cały świat wokół się uspokoił. Przez dłuższą chwilę rozmawialiśmy przyciszonymi głosami o naszych odwiedzinach w Szarych Światach, zastanawiając się, dlaczego rozwiałam się tam na oderwane wizje. Aeiran przyznał, że jego podróż była dość monotonna, bo za szybko spotkał to blade stworzenie, twierdzące, że zna te światy jak własną kieszeń. W rezultacie wiodła go głównie pustymi i cienistymi ścieżkami, cichymi jakby pochłaniały wszystkie dźwięki i chyba niezdolnymi wyprowadzić nikogo do zwykłej międzysfery. Potem opowiedział o miejscu, gdzie spotkali Vaneshkę – zielonej górze, którą Theaia nazywała „Szczytem Wszystkiego” i która miała stanowić jedyny punkt w Szarych Światach, gdzie „wszystko jest żywe, ale nie zjada się nawzajem” – innymi słowy, funkcjonuje normalnie. A później już nie rozmawialiśmy, po prostu jadąc przed siebie i udając, że jesteśmy sami na tym świecie. Nieźle nam się to udawało, dopóki nie dotarliśmy do rozstajów.
– Tamta trasa prowadzi do miasta – J wskazała na środkową z trzech dostępnych dróg. – To tam Shaith obiecał na nas poczekać.
– O ile mu się nie odwidziało – westchnęłam.
Gdzieś w oddali rozległ się trzepot skrzydeł.
– O, lecą – powiedziała Lilly, jak gdyby nigdy nic. Jakby widok smoków z przeciwnego bieguna wcale nie wyprowadził jej niedawno z równowagi.
Przylecieli w ludzkich postaciach, ale po wylądowaniu poruszali się jak przyczajone drapieżniki. Oboje młodzi z wyglądu, śliczni jak na obrazku – można by wziąć ich za aniołki, nawet mimo tych czarnych pręg na skórze. Nosili jakieś kuse, niedbale narzucone szmatki – widać było, że nie dbają o strój i nie są ciepłolubni.
– Nie macie jeszcze nas dość? – zapytała Lilly zdumiewająco uprzejmie. – Nie chcecie nas stąd wypuścić?
– Lecieliśmy ile sił – odezwała się wielkooka dziewczyna chropawym, niepasującym do niej głosem. – żeby zdążyć przed wami. Mieliśmy was ostrzec, żebyście nie jechali środkową drogą.
– Dlaczego nie? – zdziwiła się Vanny. – Nie ma tu przecież drogowskazów: Do chwały, Do klęski, Do…
– Może dlatego, że nikt ich tu nie postawił – wysyczał chłopak przez zaciśnięte zęby. Chyba nie miał wyrobionej ludzkiej mimiki. – To zła droga.
– Nie – zaprotestowała J. – Wybrałam ją poprzednim razem i doprowadziła mnie do miasta.
– Wiemy – przyznała dziewczyna. – Er’Jaleel cię śledził. Ale teraz jest was za dużo, żeby tędy jechać.
– I to może on was nasłał? – prychnęłam. – Dlaczego mamy wam ufać?
Smocza wysłanniczka zamilkła i przygryzła wargę tak mocno, że aż syknęła z bólu. Za to jej towarzysz nie stracił rezonu. Wystąpił do przodu, a w świetle słońca jego włosy mieniły się różowawym blaskiem.
– Wysłała nas Ess’Calene – powiedział całkiem przekonującym tonem. – Powinniście jechać w prawo. Ta droga doprowadzi was do tego samego miasta, jest tylko nieco dłuższa i bezpieczniejsza.
– Właśnie! – poparła go gorąco dziewczyna. – Jadąc środkową, ryzykujecie!
Wymieniliśmy spojrzenia, troszkę skonfundowani, wreszcie J to rozstrzygnęła:
– Jakby co, to ja was obronię, wiecie. Możemy równie dobrze skręcić w prawo.
Zdziwiło mnie to, bo komu bardziej niż jej zależało na szybkim dotarciu do Shaitha? Ale może po prostu była ciekawa, czy coś nowego się wydarzy, jeśli ich posłuchamy.
Smocza dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem – a uśmiech też miała niepasujący, dość groźny – i zatrzepotała skrzydłami, gotowa do odlotu. Chłopak zawahał się, na moment zmierzył mnie spojrzeniem.
– Calene powiedziała też – przemówił dość obojętnie – że jeśli jeszcze kiedykolwiek tu wrócisz, możesz równie dobrze od razu pójść środkową drogą.
Nie odpowiedziałam nic, bo nie zabrzmiało to jak pogróżka – choć może powinno – a raczej jak gadanie pesymisty. Nie wiem, co naprawdę Calene miała na myśli, ale Aeiran objął mnie obronnym gestem, jakby to ryzyko czyhające po drodze zaraz miało wypełznąć i dać o sobie znać. Może na ten widok, a może z ulgą, że posłannictwo spełnione, chłopaczek uśmiechnął się równie uroczo jak jego koleżanka. Potem wystartowali w powietrze, by jak najszybciej zniknąć nam z oczu.
– Naprawdę uważasz, że powinniśmy zmienić trasę? – upewniłam się.
– Tym razem możemy – wzruszyła ramionami J. – Na pewno nie będzie tam nic bardziej ryzykownego niż portal schowany w grocie. Może się bali, że zaraz w niego wleziesz, czy co…
– Ty też podróżowałaś bardziej konwencjonalnie – przypomniałam, chociaż kto nazwałby lewitację konwencjonalną metodą?
– Bo ja wodziłam za nos tego tam Jaleela – wlepiła we mnie zmrużone ślepka (Vanny zwróciła mi niedawno uwagę, z jaką pobłażliwością traktuję tę pradawną smarkulę, może i coś w tym jest). – a teraz już wiem, dokąd iść.
– A ja chcę wiedzieć, którędy iść – odparowałam. – Poza tym nie chcesz, żeby Pokrzywa nas pogryzła, nie?
Przypuszczam, że nie tylko moja klacz by nas pogryzła – wszystkie wierzchowce tęskniły za tym, by móc się porządnie wybiegać. Może aż za porządnie, jak stwierdziłam po chwili niespodziewanego galopu. Za to nieziemską satysfakcję miałam na widok Theai jadącej na No Doubcie. Ta bowiem zabrała się z nami, może z przekonaniem, że powinna dalej czuwać nad bezpieczeństwem szaleńców, plączących się po Szarych Światach, a może, że mają u niej dług. Z irytacją, choć nie bez ulgi, przyjęła nagły i cichy wyjazd Vaneshki, a teraz Aeiran wyraźnie stara się ją do siebie zniechęcić… W taki dość przewrotny sposób – pozwalając jej ze sobą jeździć. A ona chyba uważa, że lepsze to niż… Sama nie wiem, czy powinnam wygłaszać już opinie, skoro znam ją zaledwie od dwóch dni, a nie jestem aż taką interpretatorką cudzych zachowań, jak pozwalam myśleć czytelnikom. Może jeszcze później do tego wrócę.
Nie wiem, co będziemy robić później, jak już pogadamy z tym całym Shaithem, ale Lilly wyraża chęć powrotu do Nadziei. Mogłabym mieć dużo do powiedzenia na ten temat, ale jestem jej przyjaciółką, a nie mamuśką; tłumaczyć to się będzie w domu. Dziwne, że nie została tam od razu, zamiast jechać z nami, ale cóż, lubi podróże równie mocno, jak te tajemne rozmowy z Muirenn nad jej grubymi księgami. Rozmowy traktowały o czarach, klątwach i bogowie wiedzą, czym jeszcze; chętnie przyjrzałabym się temu wątkowi trochę bliżej, ale prawdę powiedziawszy, nie mam teraz do tego głowy.
Moja nadzieja legła w gruzach i nie zdołałam uniknąć miłej pogawędki z Diarmaidem zanim wyjechaliśmy. Może i faktycznie byłaby miła, gdybym nie była tak beznadziejnie subiektywna. Niby zasłużył na stosownie – i sprawiedliwie – wzniosłe przedstawienie w opowieści, tymczasem za każdym razem mam ochotę nim potrząsnąć, najchętniej za szyję. Tym razem też. Legendę zamku Nadzieja zdecydowanie najlepiej…
– …zostawić Ladericowi – powiedziałam zatem. – Ja nawet jej nie znam i nie rozumiem, dlaczego to do mnie wasza wysokość się zwraca.
– Opuściłaś nas, pani, na czas trwania pieśni – zaczął. – Czy to znaczy, że przeznaczenie już cię nie uwzględnia? Dlaczego?
Z trudem zdusiłam odpowiedź, że mógłby więcej patrzeć, a mniej zdawać się na opowieść.
– To nie tak… Może to właśnie daje waszej wysokości wolną rękę – spróbowałam wyjaśnić. – Nie wiem, czy gdzieś ktoś miał narzuconą z góry rolę pani na tym zamku, ale po tej pieśni na pewno nie. Zamek jest stabilny, wszystko zalezy wyłącznie od was. Tak powiedziała Vaneshka, a jej należy wierzyć w takich sprawach.
– Ale jeśli Nadzieja ma być pełna, nie powinna być rządzona… Tak w połowie – zaprotestował.
– Jeśli rozumować w ten sposób, to bardziej od przeznaczenia potrzebne są uczucia – podsumowałam. – Czy to nie prostsze niż dociekanie, czy taka Calene jest odpowiednia do tej roli?
Widocznie dla Diarmaida nie było to prostsze, bo momentalnie spochmurniał.
– Nie mogę rozkazywać sercu – uciął.
– Ale możesz go chociaż nie zamykać! – zdenerwowałam się wreszcie. – Na litość, człowieku, gdybym ja myślała o własnych uczuciach w kategorii opowieści, dzisiaj pewnie byłabym nieszczęśliwa, samotna i chora z żalu! Nadzieja nie musi iść w parze z rozsądkiem ani z przeznaczeniem, czy to takie trudne do zrozumienia?!
Chyba zbiłam go z tropu, lecz nie zostałam w komnacie audiencyjnej ani chwili dłużej, by zobaczyć, jakie będą tego skutki. Może powinnam była, ale nie miałam cierpliwości – za to uznałam, że dobrze byłoby jeszcze raz pogadać z Caranillą, tym razem bardziej szczegółowo. Kolejna sprawa na później, jak sądzę.
– Ale ulga! – odetchnęłam, kiedy minęliśmy już smocze góry. – Powoli zaczynałam czuć się pająkiem, który zaplątał się we własną pajęczynę.
– Jeśli kiedyś za tym zatęsknisz, zawsze mogę ci załatwić – zapewniła radośnie J. Zdecydowanie dobrze wpasowywała się w miejsce, które zajmowała kiedyś Xella-Medina, choć z drugiej strony sporo je różniło.
Wolałam nie zastanawiać się nad tym głębiej, bo prowadziłoby to do rozważań nad Dziećmi Chaosu, a to z kolei do pytań o obecną rzeczywistość, z pewnością poplątaną już do granic.
Pociągnęłam ją za warkoczyk, na co odwróciła się do mnie i złapała za grzywkę. Słodko. Już po chwili próbowałyśmy unieruchomić sobie nawzajem ręce i jeszcze trochę, a doszłoby pewnie do łaskotania, gdyby Pokrzywa nie zaczęła skakać i brykać, jakby chciała nas strząsnąć.
– Ej, ale nie musisz zachowywać się tak jak one – upomniał ją Rob Roy, który przykłusował do nas z Vanny i Claydem na grzbiecie.
– Ja nie idę w ich ślady, ja je temperuję – parsknęła niby to z irytacją, próbując ukryć rozbawienie.
– Jakbym ja tak Vanny temperował, byłbym teraz biedniejszy niż jestem…
– No już, pax, istoty rozumne – roześmiał się Clayd, łapiąc oba konie za wodze, po czym mrugnął do mnie. – Patrz na ten obrazek – szepnął, wskazując ruchem głowy w tył.
A tam No Doubt kręcił się niespokojnie, kiedy Theaia kategorycznie domagała się czegoś od Aeirana. Wreszcie dał za wygraną i podprowadził konia do hasającej beztrosko Tequili, niosącej Mezz’Lil i Ivy. Takie nagromadzenie blondynek aż raziło w oczy… W każdym razie przystanęliśmy w miejscu, żeby bezczelnie podsłuchać, kiedy ta średnia blondyneczka złapała tę najmniejszą za rękę i zaczęła wypytywać:
– Powiedz, czym teraz jesteś! Powiedz! Nie zdam nikomu raportu, bo sfera pozamaterialna ma u mnie zbyt wielki dług, ale powiedz, jak się t y m stać!
– Nie jestem „czymś”! – zawołała Ivy dziecinnym głosem, ale wyraz twarzy miała zdecydowanie niedziecięcy. – Jestem mną, puść!
– Daj jej spokój, zachowujesz się jak krnąbrna nauczycielka w przedszkolu – zainterweniowała Lily.
– Nauczycielki nie są krnąbrne, tylko dzieci i ten mój… – zaczęła Theaia, ale nagle głos jej się załamał. – Och, czemu ja w ogóle pozwalam wam sobie towarzyszyć, czemu?
Mówiła coraz ciszej, ale chyba nie przestała narzekać.
– To chciałeś, żebym zobaczyła? – szepnęłam do Clayda. – Histerię tej pannicy?
– Teraz to jej rozchwianie nawet mnie dobiło; szczęście, że nie musiałem się wtrącać – westchnął. – Pannica była ingil’athem i zgubiła swojego podopiecznego. Wkurzał ją jak cholera, nie mogła znieść, że ani jej nie widział, ani nawet w nią nie wierzył, ale jednak…
– I co, chciałaby zrezygnować ze swojej natury? – sama ta myśl mną wstrząsnęła, pamiętałam wszak, przez co przechodziła Ivy przed trzema laty.
– Czy ja wiem – odszepnął. – Czepiła się nas. Nie jestem pewien, czy umiałaby być niezależna, choć ona chyba na to patrzy z drugiej strony.
– Mogę sobie wyobrazić tego jej podopiecznego, skoro doprowadził ją do takich wygłupów – mruknęła J, wykręcając szyję w tył. – Tylko nie łapię, jak coś takiego może być duchem opiekuńczym… Bo o to chodzi, nie? I co ona tu robi, zamiast szukać go dalej?
– Może jest do czegoś potrzebna – zamyśliłam się.
– Nam? – zapytała. – Czy opowieści?
– Nie jestem pewna – przyznałam. – Ale nie sądzę, by nie czekał na nią jakiś wątek. Może to ona zostanie twoją przewodniczką po Szarych Światach, co ty na to?
Moje przewidywania J wzięła sobie może nie tyle do serca, co do głowy.
– Zamienisz się? – zapytała Aeirana w pewnej chwili i od tej pory, nie mając nic do gadania, Theaia jechała z nią na Pokrzywie. Tylko je teraz postawić obok Tequili i ich pasażerek, ale Lilly dobrze pilnuje, a Theaia chyba trochę obawia się J. Może z tej obawy zgodziłaby się zabrać ją na wycieczkę do Szarych Światów, a może wręcz przeciwnie, ja jednak czuję, że nie będzie to jedyny wątek z nią związany. A może po prostu nie chcę, żeby tak było. Skoro już się pojawiła, to niech się wykaże.
Nie zaprzeczam, że trochę czułam się jak przekazywana paczka, ale czy miałabym narzekać na skutki? Kiedy znalazłam się blisko Aeirana, to jakby cały świat wokół się uspokoił. Przez dłuższą chwilę rozmawialiśmy przyciszonymi głosami o naszych odwiedzinach w Szarych Światach, zastanawiając się, dlaczego rozwiałam się tam na oderwane wizje. Aeiran przyznał, że jego podróż była dość monotonna, bo za szybko spotkał to blade stworzenie, twierdzące, że zna te światy jak własną kieszeń. W rezultacie wiodła go głównie pustymi i cienistymi ścieżkami, cichymi jakby pochłaniały wszystkie dźwięki i chyba niezdolnymi wyprowadzić nikogo do zwykłej międzysfery. Potem opowiedział o miejscu, gdzie spotkali Vaneshkę – zielonej górze, którą Theaia nazywała „Szczytem Wszystkiego” i która miała stanowić jedyny punkt w Szarych Światach, gdzie „wszystko jest żywe, ale nie zjada się nawzajem” – innymi słowy, funkcjonuje normalnie. A później już nie rozmawialiśmy, po prostu jadąc przed siebie i udając, że jesteśmy sami na tym świecie. Nieźle nam się to udawało, dopóki nie dotarliśmy do rozstajów.
– Tamta trasa prowadzi do miasta – J wskazała na środkową z trzech dostępnych dróg. – To tam Shaith obiecał na nas poczekać.
– O ile mu się nie odwidziało – westchnęłam.
Gdzieś w oddali rozległ się trzepot skrzydeł.
– O, lecą – powiedziała Lilly, jak gdyby nigdy nic. Jakby widok smoków z przeciwnego bieguna wcale nie wyprowadził jej niedawno z równowagi.
Przylecieli w ludzkich postaciach, ale po wylądowaniu poruszali się jak przyczajone drapieżniki. Oboje młodzi z wyglądu, śliczni jak na obrazku – można by wziąć ich za aniołki, nawet mimo tych czarnych pręg na skórze. Nosili jakieś kuse, niedbale narzucone szmatki – widać było, że nie dbają o strój i nie są ciepłolubni.
– Nie macie jeszcze nas dość? – zapytała Lilly zdumiewająco uprzejmie. – Nie chcecie nas stąd wypuścić?
– Lecieliśmy ile sił – odezwała się wielkooka dziewczyna chropawym, niepasującym do niej głosem. – żeby zdążyć przed wami. Mieliśmy was ostrzec, żebyście nie jechali środkową drogą.
– Dlaczego nie? – zdziwiła się Vanny. – Nie ma tu przecież drogowskazów: Do chwały, Do klęski, Do…
– Może dlatego, że nikt ich tu nie postawił – wysyczał chłopak przez zaciśnięte zęby. Chyba nie miał wyrobionej ludzkiej mimiki. – To zła droga.
– Nie – zaprotestowała J. – Wybrałam ją poprzednim razem i doprowadziła mnie do miasta.
– Wiemy – przyznała dziewczyna. – Er’Jaleel cię śledził. Ale teraz jest was za dużo, żeby tędy jechać.
– I to może on was nasłał? – prychnęłam. – Dlaczego mamy wam ufać?
Smocza wysłanniczka zamilkła i przygryzła wargę tak mocno, że aż syknęła z bólu. Za to jej towarzysz nie stracił rezonu. Wystąpił do przodu, a w świetle słońca jego włosy mieniły się różowawym blaskiem.
– Wysłała nas Ess’Calene – powiedział całkiem przekonującym tonem. – Powinniście jechać w prawo. Ta droga doprowadzi was do tego samego miasta, jest tylko nieco dłuższa i bezpieczniejsza.
– Właśnie! – poparła go gorąco dziewczyna. – Jadąc środkową, ryzykujecie!
Wymieniliśmy spojrzenia, troszkę skonfundowani, wreszcie J to rozstrzygnęła:
– Jakby co, to ja was obronię, wiecie. Możemy równie dobrze skręcić w prawo.
Zdziwiło mnie to, bo komu bardziej niż jej zależało na szybkim dotarciu do Shaitha? Ale może po prostu była ciekawa, czy coś nowego się wydarzy, jeśli ich posłuchamy.
Smocza dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem – a uśmiech też miała niepasujący, dość groźny – i zatrzepotała skrzydłami, gotowa do odlotu. Chłopak zawahał się, na moment zmierzył mnie spojrzeniem.
– Calene powiedziała też – przemówił dość obojętnie – że jeśli jeszcze kiedykolwiek tu wrócisz, możesz równie dobrze od razu pójść środkową drogą.
Nie odpowiedziałam nic, bo nie zabrzmiało to jak pogróżka – choć może powinno – a raczej jak gadanie pesymisty. Nie wiem, co naprawdę Calene miała na myśli, ale Aeiran objął mnie obronnym gestem, jakby to ryzyko czyhające po drodze zaraz miało wypełznąć i dać o sobie znać. Może na ten widok, a może z ulgą, że posłannictwo spełnione, chłopaczek uśmiechnął się równie uroczo jak jego koleżanka. Potem wystartowali w powietrze, by jak najszybciej zniknąć nam z oczu.
– Naprawdę uważasz, że powinniśmy zmienić trasę? – upewniłam się.
– Tym razem możemy – wzruszyła ramionami J. – Na pewno nie będzie tam nic bardziej ryzykownego niż portal schowany w grocie. Może się bali, że zaraz w niego wleziesz, czy co…
Subskrybuj:
Posty (Atom)