Tym razem Dáevel przyszedł
zobaczyć się ze mną. Nie przypuszczałam, by nagle uświadomił sobie, jaki
mam zniewalający głos, tym bardziej, że jakby zaczęłam łapać katar.
- Mówiłaś, że interesujesz się opowieściami - powiedział od drzwi. Miał
na sobie ciepły płaszcz i wyglądało na to, że dokądś się spieszy.
- Owszem - przytaknęłam niepewnie.
- Idź więc do biblioteki i pomóż temu niezgule - zarządził i wyszedł z pokoju tak prędko jak się pojawił.
Świetnie, nawet nie miałam pojęcia, że w tej posiadłości jest jakaś
biblioteka, nie mówiąc już o tym, gdzie się znajduje. Musiałam się
trochę pouśmiechać do jednego ze strażników, zanim mnie tam
zaprowadził...
No dobrze, nie mam pojęcia, dlaczego spodziewałam się pokoiku z
książkami poukładanymi byle jak i gdziekolwiek, tak jak to było w pałacu
Diarmaida. Nie wiem też, dlaczego tamten pokoik w ogóle przyszedł mi na
myśl. Nie spodziewałam się przecież, że na miejscu zastanę Tarquina,
czującego się tam jak u siebie w sklepie. Nawet się nie zdziwił na mój
widok - w gruncie rzeczy wcale nie zareagował, zajęty wbijaniem w ściany
haczyków i wieszaniem na nich jakichś łapaczy snów, czy co to mogło
być. Oczywiście jeśli znalazł wolny kawałek ściany - regały z książkami
były ciasno poustawiane.
- Sporo czasu ci zajęło dotarcie tutaj - raczył się wreszcie odezwać,
gdy już skończył z tym uroczym zajęciem i stanął obok mnie. Jego
spojrzenie zza szkieł okularów było tak samo badawcze jak zwykle, ale
już mniej podejrzliwe.
- Do tej biblioteki czy do tego świata? - rozejrzałam się wkoło i aż zakręciło mi się w głowie od nieprzebranej ilości książek.
- To drugie. Może powinienem był powiedzieć Dáevelowi, co za ziółka u
siebie gości - doprawdy, ton jego głosu również się zmienił, brzmiał
lekko i swobodnie. Teraz Tarquin bardziej przypominał siebie z czasów
Trójświata i opieki nad księżniczką Aurelią. Nie spytałam jednak, czy
pełna moc też mu wróciła.
- To wzruszające, że nas oczekiwałeś - mruknęłam. - Przysłało cię tu to blade chuchro, Thanderil? To on pracuje dla Dáevela?
- Oczywiście, choć jego pracodawca mógłby się mocno zdziwić... Ech, na
razie nieważne. Chciałbym, żebyś mi pomogła znaleźć coś w tych
książkach.
- W tej masie, taak? - uniosłam brwi. Może powinnam mu wspomnieć, że
Dáevel nazwał go przed chwilą niezgułą? - A przepraszam, coś
konkretnego, czy tak się tylko rozglądamy?
- Szukaj co tylko ci wpadnie w oko na temat przepowiedni, przeznaczeń i
celów istnień - usłyszałam jakże konkretną odpowiedź. Też coś. Taka
robota nadawałaby się dla pewnej panny z różowym beretem i bzikiem na
punkcie przepowiedni, ale ta rzeczywistość nie uwzględniła w sobie END-u,
jaka szkoda. Poza tym, skoro znienacka utknęłam w jednej bibliotece z
Tarquinem, opowieść mogłaby się postarać chociaż o jakieś pozory.
Niezwykłości sytuacji, znaczy. A wręcz niedorzeczności.
- A te wisiorki na ścianach to amulety? - spytałam spokojnie,
przechadzając się i przyglądając dokładniej zawartości półek. - W jakim
celu je wieszałeś?
- Tak naprawdę to w żadnym - uśmiechnął się z nagłym rozbawieniem. - Ten
świat przestanie istnieć najpóźniej za tydzień, więc właściwie nic, co
się teraz dzieje, nie ma sensu.
- Też mi wytłuma... Skąd wiesz?!
- Ze starego pergaminu, który znalazłem w... Po drodze tutaj. Powiedzmy,
że ktoś dawno temu przewidział zniknięcie kilku światów, których brak
będzie zapowiedzią nadejścia Czasu Zmiany.
- Zapowiedzią, doprawdy... - klapnęłam sobie na podłogę, czując się jak
wypompowany balonik. Miałam wrażenie, że wszyscy tutaj wiedzą o
wszystkim, co było, jest i będzie. Wszyscy oprócz mnie. Jak, u licha,
mam pamiętnikować, jeśli... No tak, oto po mistrzowsku dowodzę, że u
mnie wszystko sprowadza się do jednego.
Taak, absurdalność sytuacji była wzorcowa.
- Może mi powiesz, jak to się stało, że tu utknąłeś? Zamiast zmyć się w podskokach, póki świat ciągle stoi?
- Czekałem na was - wyjaśnił zwięźle. - Co będzie potem, to już od was zależy.
Naprawdę, brzmiał i zachowywał się jakby był doskonale wpasowany w
opowieść, a jego obecność z pewnością by nie dziwiła, gdyby... No
właśnie, gdyby nie dziwiła. Wciąż mam wrażenie, że jego historia dopiero
ma się rozegrać. Chyba że, oczywiście, założymy, że już się rozegrała,
ta jedyna, w Trójświecie.
Wieczorem, po bezskutecznym przetrząsaniu książek, miałam ochotę pogadać
z Dáevelem i powiedzieć mu parę rzeczy do słuchu. Tymczasem nie było go
w domu od tamtej chwili, kiedy zapędził mnie do biblioteki. A do tego
dowiedziałam się, że zabrał ze sobą Djellię.
15 IX
Trudno na razie dociec, o co
chodzi Dáevelowi, ale on pewnie tak samo myśli o nas. Cóż, znajduje się
na własnym terenie, jest wysoko postawioną osobą i musi się zajmować
dość dziwnymi gośćmi - jak dla mnie ma pełne prawo być nieodgadniony.
Rozmawia głównie z Loną, chyba że ktoś inny się wtrąci, wtedy mu
odpowiada tyleż uprzejmie, co spławiająco. Co nie znaczy, że nie pozwala
nam słuchać.
Wczoraj na przykład zawiózł nas wielką karetą do ruin wieży na drugim końcu miasta... Hm, nie wiem, czy mam pójść na łatwiznę i napisać skrótową relację, czy jednak spróbować się wysilić. Nastrój jakoś nie chce współpracować i o dziwo nie jest to sprawa tęsknoty, a raczej senności.
Najpierw Dáevel nakazał Kylphowi, by otoczył nas iluzją - skoro mieliśmy się pałętać po mieście, lepiej, byśmy nie rzucali się w oczy. No i wyglądaliśmy jak nierzucające się w oczy elfy. To trochę oksymoron, ale prawdziwy.
Wieża była marmurowa, rażąca w oczy jak śnieg i mocno nadkruszona w górnych partiach. Zdobiona takimi samymi płaskorzeźbami, tylko tym razem poukładanymi według jakiegoś wzoru, który jednak nie został nam wyjaśniony. Od dawna nikt jej nie używał, a mimo to wciąż pulsowała tam magia. Wyczułam ją zanim jeszcze weszłam do środka; zresztą moi towarzysze tak samo, a już Kylph co chwilę podskakiwał jakby miał czkawkę.
- To w tej wieży zginął Keghart - wyjaśnił nam elf, który również wyglądał dość niewyraźnie, kiedy tak tam stał i patrzył w górę, w niebo.
- Przepraszam, kto? - wtrąciła Leesa cichym głosikiem, uśmiechając się przymilnie. Najwyraźniej postawiła sobie za cel, denerwowanie tego pana.
- Małżonek mojej siostry - popatrzył na nią gniewnie. - Mag, który zainteresował nas pracą nad niezwykłymi artefaktami... Séarlan zagarnął ponad połowę naszych eksperymentów, a mnie już niewiele ich zostało. Nie mam teraz czasu, by tworzyć nowe.
- Po co one ci właściwie były? - chciała wiedzieć Lona. Słuchała ze zmarszczonymi brwiami, kiedy Dáevel odpowiadał:
- Po to, bym mógł za ich pomocą badać naturę magii. By dowiedzieć się czy jest ona niezniszczalną, niepokonaną siłą, za jaką ma ją większość istot, czy też można ją unicestwić, unieszkodliwić. By poznać przyczynę jej istnienia...
No proszę, czyżby wyłaził z niego natchniony mag z powołania? A może raczej natchniony naukowiec?
- A czego chciał Séarlan? - zapytałam.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, chyba dlatego, że po raz pierwszy się do niego odezwałam. Nie poświęcał mi dotąd właściwie żadnej uwagi, a teraz próbował mnie jakoś umiejscowić w układance.
- Séarlan chciał zmian - powiedział powoli. - Gruntownych, gwałtownych zmian, na jakie żaden świat nie jest przygotowany. Jakich nikt nigdy by mu nie wybaczył.
- I dlatego szukał sojusznika w Dziecku Chaosu? - nie ustawałam. - Jak bardzo pragnął zmienić światy, jak bardzo był zdesperowany?
- Co ci przyjdzie z tej wiedzy? - spytał ostro Dáevel. - Kim jesteś, że zadajesz takie pytania i łudzisz się, że znam na nie odpowiedź?
- Jestem tylko obserwatorką opowieści, które mogłabym spisać - westchnęłam. - Nie musisz patrzeć na mnie jak na wroga.
Przynajmniej jeszcze nie teraz, dodałam w duchu.
Później wróciliśmy do posiadłości, a nasz szanowny gospodarz zniknął nam z oczu na długo.
Wczoraj na przykład zawiózł nas wielką karetą do ruin wieży na drugim końcu miasta... Hm, nie wiem, czy mam pójść na łatwiznę i napisać skrótową relację, czy jednak spróbować się wysilić. Nastrój jakoś nie chce współpracować i o dziwo nie jest to sprawa tęsknoty, a raczej senności.
Najpierw Dáevel nakazał Kylphowi, by otoczył nas iluzją - skoro mieliśmy się pałętać po mieście, lepiej, byśmy nie rzucali się w oczy. No i wyglądaliśmy jak nierzucające się w oczy elfy. To trochę oksymoron, ale prawdziwy.
Wieża była marmurowa, rażąca w oczy jak śnieg i mocno nadkruszona w górnych partiach. Zdobiona takimi samymi płaskorzeźbami, tylko tym razem poukładanymi według jakiegoś wzoru, który jednak nie został nam wyjaśniony. Od dawna nikt jej nie używał, a mimo to wciąż pulsowała tam magia. Wyczułam ją zanim jeszcze weszłam do środka; zresztą moi towarzysze tak samo, a już Kylph co chwilę podskakiwał jakby miał czkawkę.
- To w tej wieży zginął Keghart - wyjaśnił nam elf, który również wyglądał dość niewyraźnie, kiedy tak tam stał i patrzył w górę, w niebo.
- Przepraszam, kto? - wtrąciła Leesa cichym głosikiem, uśmiechając się przymilnie. Najwyraźniej postawiła sobie za cel, denerwowanie tego pana.
- Małżonek mojej siostry - popatrzył na nią gniewnie. - Mag, który zainteresował nas pracą nad niezwykłymi artefaktami... Séarlan zagarnął ponad połowę naszych eksperymentów, a mnie już niewiele ich zostało. Nie mam teraz czasu, by tworzyć nowe.
- Po co one ci właściwie były? - chciała wiedzieć Lona. Słuchała ze zmarszczonymi brwiami, kiedy Dáevel odpowiadał:
- Po to, bym mógł za ich pomocą badać naturę magii. By dowiedzieć się czy jest ona niezniszczalną, niepokonaną siłą, za jaką ma ją większość istot, czy też można ją unicestwić, unieszkodliwić. By poznać przyczynę jej istnienia...
No proszę, czyżby wyłaził z niego natchniony mag z powołania? A może raczej natchniony naukowiec?
- A czego chciał Séarlan? - zapytałam.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, chyba dlatego, że po raz pierwszy się do niego odezwałam. Nie poświęcał mi dotąd właściwie żadnej uwagi, a teraz próbował mnie jakoś umiejscowić w układance.
- Séarlan chciał zmian - powiedział powoli. - Gruntownych, gwałtownych zmian, na jakie żaden świat nie jest przygotowany. Jakich nikt nigdy by mu nie wybaczył.
- I dlatego szukał sojusznika w Dziecku Chaosu? - nie ustawałam. - Jak bardzo pragnął zmienić światy, jak bardzo był zdesperowany?
- Co ci przyjdzie z tej wiedzy? - spytał ostro Dáevel. - Kim jesteś, że zadajesz takie pytania i łudzisz się, że znam na nie odpowiedź?
- Jestem tylko obserwatorką opowieści, które mogłabym spisać - westchnęłam. - Nie musisz patrzeć na mnie jak na wroga.
Przynajmniej jeszcze nie teraz, dodałam w duchu.
Później wróciliśmy do posiadłości, a nasz szanowny gospodarz zniknął nam z oczu na długo.
13 IX
Ach, cóż to za efektowny
obrazek z potencjałem! Oto stoimy w przestronnej komnacie, pełnej
fikuśnie zdobionych kolumn i płaskorzeźb przedstawiających ludzi i
nieludzi w dość karkołomnych pozach. Chętnie przyjrzałabym się bliżej,
ale siedzący za wielkim biurkiem gospodarz posiadłości wbija w nas
badawczy wzrok.
- Macie godzinę na przekonanie mnie - mówi wreszcie. Poprawia przy tym kołnierz bordowej szaty, już na nas nie patrząc; wygląda na to, że nieszczególnie się nas obawia, choć nie towarzyszą mu strażnicy. Właściwie mnie to nie dziwi - może i jest nas sześcioro na jednego, ale nie chcemy wszczynać żadnych awantur i on o tym dobrze wie. Elfy potrafią świetnie odczytywać intencje innych, oczywiście pod warunkiem, że własne emocje nie zacierają im rozsądnego osądu sytuacji. Niewątpliwie jest inaczej niż pięć dni temu, kiedy to miotał się z gniewu, aż mu ten czarny warkocz fruwał na wszystkie strony. Uśmiechnęłabym się szeroko na ten widok, ale jednak nie wypadało.
- Ciekawe, co też mogłoby szanownego pana przekonać - mówi z przekąsem Kylph. - Nasza koleżanka Djellia wykopała potencjalne zagrożenia z tego świata, a za to się nas łapie i zamyka... Au - kończy po solidnym kuksańcu od Leesy.
Wzdycham cicho, podejrzewając, że tak naprawdę będziemy mieć się z pyszna dopiero kiedy J nas na powrót odnajdzie...
To naprawdę nie był najlepszy rezultat. Nie, żeby obiecywała, że będzie grzeczna czy coś w tym rodzaju, ale uzgodniliśmy, że jeśli któreś z nas wymyśli jak znaleźć Séarlana, skonsultuje swój plan z resztą. Tymczasem J najpierw zgodziła się ochoczo z opinią Lony, że to właściwy świat - tym razem bardziej murowany niż zadrzewiony, ale ciągle wiosenny - a potem postanowiła rozpętać małe piekiełko. I to ona, która przez całą drogę i jeszcze wcześniej powtarzała, że najlepsze i najmilsze jej sercu są podstępy! Równie dobrze można by wystawić wielki neonowy billboard - jestem pewna, że zgromadziłby całe miasto w jednym miejscu nawet skuteczniej i szybciej... Szaleństwa Dziecka Chaosu służą jednak raczej do odstraszania publiczności.
I to szczera prawda, że kres tej burzy mocy położyła Djellia, używając magii zaklętego w jej umyśle artefaktu. Podziwiam ją za odwagę - gdyby J spodziewała się, że w pewnej chwili coś otworzy pod nią portal i ją przez niego przerzuci, z pewnością nie dałaby się podejść i doświadczylibyśmy jeszcze potężniejszego ataku. Tymczasem schwytano nas i zaprowadzono przed oblicze elfa, który, jak się zdaje, rządzi tym miastem. Po tym, jak zrobił nam awanturę, daliśmy się grzecznie zamknąć, ciekawi, co będzie dalejl zresztą żadne z nas nie miało ochoty uciekać portalem i wracać na tę karuzelę. Nie było nam źle przez te kilka dni, teraz zaś, jak napisałam na początku, mamy szansę porozmawiać na spokojnie i wytłumaczyć się.
- Wiem, o jakim zagrożeniu mówicie - zabiera głos elf. - Wystarczająco dobrze znam ten rodzaj mocy. Jaką mam gwarancję, że nie przywołacie jej tutaj z powrotem? - dodaje, kiedy już Ellil otwiera usta i zadaje pytanie. Ciche, słyszalne, ale niewyraźne.
- Skąd? - powtarza już głośniej. - Skąd znasz taką moc?
- Jak to skąd - mruczy pod nosem Leesa. - Toż nie od dziś wiadomo, że elfy mają dziwne tendencje do trzymania z Dziećmi Chaosu, nie?
- A więc miałem rację! - czarnowłosy podnosi się gwałtownie i uderza dłonią o biurko. - On tu był. Był tutaj, a wy chcieliście ukryć jego obecność!
- Czy ja coś mówiłam o nas? - na twarzy dziewczyny widać urażoną niewinność.
- Daj już spokój, Lee - ucisza ją Lona, występując do przodu. - Niczego nie ukrywamy, a jedynie staraliśmy się ochronić to miasto, jeśli nie świat. I nic nie mamy wspólnego z żadnym "nim". Nie musisz nam wierzyć, możemy tylko dać słowo, że odejdziemy stąd i już o nas nie usłyszysz.
Słuchając jej, mam tylko nadzieję, że J nie wpadnie nagle i nie zniweczy tych prób ugody. Elf zaś kiwa głową z namysłem - albo nabiera zaufania do Lony, albo po prostu nie chce się w nic mieszać.
- Jeśli niczego nie wiecie, skąd pomysł, że ktoś z mojej rasy miałby towarzyszyć Dziecięciu Chaosu? - pyta po chwili.
- Cóż, przyznajemy, że chętnie powstrzymalibyśmy dzieciaka, cokolwiek zamierza, o ile to w ogóle możliwe - pada natychmiast odpowiedź. - Poza tym towarzyszyła im moja siostra, przynajmniej przez jakiś czas. Chcę się dowiedzieć, gdzie ona jest.
- Moja też.
Wszyscy spoglądamy na niego z zaskoczeniem, niepewni czy się nie przesłyszeliśmy. Odwzajemnia spojrzenie i posyła nam nieprzyjemny uśmiech, który jeszcze bardziej wyostrza jego rysy..
- Elf, o którym mowa, dopuścił się kiedyś zabójstwa i porwania - wyjaśnia, mierząc nas wzrokiem, jakby szukał słabych punktów. - Wybrawszy życie pod rozkazami uosobienia Chaosu, zabrał ze sobą moją siostrę Dáenes.
Po tych słowach o mało nie przewracam się na podłogę. Oj, jak chętnie spytałabym tego pana czy przypadkiem nie pracował kiedyś nad lilijkami... Odsłonięcie wszystkich kart wzbudziłoby jednak tylko więcej podejrzeń.
- Od dawna jej szukam; nie wiem nawet, czy jeszcze żyje - kontynuuje. - Wysłałem za nią najlepszego z moich podwładnych, ale od paru miesięcy nie daje znaku życia... W każdym razie nie osobiście.
- Rozumiem twoją stratę - kiwa głową Lona. - Chcieliśmy znaleźć Séarlana, możemy przy okazji rozejrzeć się za Dáenes.
- Dużo wiecie - mówi czarnowłosy po chwili namysłu, nie przestając się uśmiechać. - Więcej niż wyjawiliście, prawda? Nie opuścicie tego domu, dopóki się wam porządnie nie przyjrzę.
- Moglibyśmy stąd zniknąć w każdej chwili - informuje Djellia, która również się uśmiecha, ale ładnie i miło. - Nie zniknęliśmy tylko dlatego, że też nas gryzie ciekawość.
W zamian otrzymujemy tylko skinięcie i machnięcie ręką. Na korytarzu nie czeka żadna eskorta. Tak, oczywiście, sami trafimy do naszych pokoików. I z pewnością jeszcze tu wrócimy. A kiedyś może nawet mu powiemy, że jesteśmy dobrymi znajomymi pewnego młodzieńca, który go niedawno okradł. Wiem, pobożne życzenie. Ale chciałabym zobaczyć jego reakcję.
- Macie godzinę na przekonanie mnie - mówi wreszcie. Poprawia przy tym kołnierz bordowej szaty, już na nas nie patrząc; wygląda na to, że nieszczególnie się nas obawia, choć nie towarzyszą mu strażnicy. Właściwie mnie to nie dziwi - może i jest nas sześcioro na jednego, ale nie chcemy wszczynać żadnych awantur i on o tym dobrze wie. Elfy potrafią świetnie odczytywać intencje innych, oczywiście pod warunkiem, że własne emocje nie zacierają im rozsądnego osądu sytuacji. Niewątpliwie jest inaczej niż pięć dni temu, kiedy to miotał się z gniewu, aż mu ten czarny warkocz fruwał na wszystkie strony. Uśmiechnęłabym się szeroko na ten widok, ale jednak nie wypadało.
- Ciekawe, co też mogłoby szanownego pana przekonać - mówi z przekąsem Kylph. - Nasza koleżanka Djellia wykopała potencjalne zagrożenia z tego świata, a za to się nas łapie i zamyka... Au - kończy po solidnym kuksańcu od Leesy.
Wzdycham cicho, podejrzewając, że tak naprawdę będziemy mieć się z pyszna dopiero kiedy J nas na powrót odnajdzie...
To naprawdę nie był najlepszy rezultat. Nie, żeby obiecywała, że będzie grzeczna czy coś w tym rodzaju, ale uzgodniliśmy, że jeśli któreś z nas wymyśli jak znaleźć Séarlana, skonsultuje swój plan z resztą. Tymczasem J najpierw zgodziła się ochoczo z opinią Lony, że to właściwy świat - tym razem bardziej murowany niż zadrzewiony, ale ciągle wiosenny - a potem postanowiła rozpętać małe piekiełko. I to ona, która przez całą drogę i jeszcze wcześniej powtarzała, że najlepsze i najmilsze jej sercu są podstępy! Równie dobrze można by wystawić wielki neonowy billboard - jestem pewna, że zgromadziłby całe miasto w jednym miejscu nawet skuteczniej i szybciej... Szaleństwa Dziecka Chaosu służą jednak raczej do odstraszania publiczności.
I to szczera prawda, że kres tej burzy mocy położyła Djellia, używając magii zaklętego w jej umyśle artefaktu. Podziwiam ją za odwagę - gdyby J spodziewała się, że w pewnej chwili coś otworzy pod nią portal i ją przez niego przerzuci, z pewnością nie dałaby się podejść i doświadczylibyśmy jeszcze potężniejszego ataku. Tymczasem schwytano nas i zaprowadzono przed oblicze elfa, który, jak się zdaje, rządzi tym miastem. Po tym, jak zrobił nam awanturę, daliśmy się grzecznie zamknąć, ciekawi, co będzie dalejl zresztą żadne z nas nie miało ochoty uciekać portalem i wracać na tę karuzelę. Nie było nam źle przez te kilka dni, teraz zaś, jak napisałam na początku, mamy szansę porozmawiać na spokojnie i wytłumaczyć się.
- Wiem, o jakim zagrożeniu mówicie - zabiera głos elf. - Wystarczająco dobrze znam ten rodzaj mocy. Jaką mam gwarancję, że nie przywołacie jej tutaj z powrotem? - dodaje, kiedy już Ellil otwiera usta i zadaje pytanie. Ciche, słyszalne, ale niewyraźne.
- Skąd? - powtarza już głośniej. - Skąd znasz taką moc?
- Jak to skąd - mruczy pod nosem Leesa. - Toż nie od dziś wiadomo, że elfy mają dziwne tendencje do trzymania z Dziećmi Chaosu, nie?
- A więc miałem rację! - czarnowłosy podnosi się gwałtownie i uderza dłonią o biurko. - On tu był. Był tutaj, a wy chcieliście ukryć jego obecność!
- Czy ja coś mówiłam o nas? - na twarzy dziewczyny widać urażoną niewinność.
- Daj już spokój, Lee - ucisza ją Lona, występując do przodu. - Niczego nie ukrywamy, a jedynie staraliśmy się ochronić to miasto, jeśli nie świat. I nic nie mamy wspólnego z żadnym "nim". Nie musisz nam wierzyć, możemy tylko dać słowo, że odejdziemy stąd i już o nas nie usłyszysz.
Słuchając jej, mam tylko nadzieję, że J nie wpadnie nagle i nie zniweczy tych prób ugody. Elf zaś kiwa głową z namysłem - albo nabiera zaufania do Lony, albo po prostu nie chce się w nic mieszać.
- Jeśli niczego nie wiecie, skąd pomysł, że ktoś z mojej rasy miałby towarzyszyć Dziecięciu Chaosu? - pyta po chwili.
- Cóż, przyznajemy, że chętnie powstrzymalibyśmy dzieciaka, cokolwiek zamierza, o ile to w ogóle możliwe - pada natychmiast odpowiedź. - Poza tym towarzyszyła im moja siostra, przynajmniej przez jakiś czas. Chcę się dowiedzieć, gdzie ona jest.
- Moja też.
Wszyscy spoglądamy na niego z zaskoczeniem, niepewni czy się nie przesłyszeliśmy. Odwzajemnia spojrzenie i posyła nam nieprzyjemny uśmiech, który jeszcze bardziej wyostrza jego rysy..
- Elf, o którym mowa, dopuścił się kiedyś zabójstwa i porwania - wyjaśnia, mierząc nas wzrokiem, jakby szukał słabych punktów. - Wybrawszy życie pod rozkazami uosobienia Chaosu, zabrał ze sobą moją siostrę Dáenes.
Po tych słowach o mało nie przewracam się na podłogę. Oj, jak chętnie spytałabym tego pana czy przypadkiem nie pracował kiedyś nad lilijkami... Odsłonięcie wszystkich kart wzbudziłoby jednak tylko więcej podejrzeń.
- Od dawna jej szukam; nie wiem nawet, czy jeszcze żyje - kontynuuje. - Wysłałem za nią najlepszego z moich podwładnych, ale od paru miesięcy nie daje znaku życia... W każdym razie nie osobiście.
- Rozumiem twoją stratę - kiwa głową Lona. - Chcieliśmy znaleźć Séarlana, możemy przy okazji rozejrzeć się za Dáenes.
- Dużo wiecie - mówi czarnowłosy po chwili namysłu, nie przestając się uśmiechać. - Więcej niż wyjawiliście, prawda? Nie opuścicie tego domu, dopóki się wam porządnie nie przyjrzę.
- Moglibyśmy stąd zniknąć w każdej chwili - informuje Djellia, która również się uśmiecha, ale ładnie i miło. - Nie zniknęliśmy tylko dlatego, że też nas gryzie ciekawość.
W zamian otrzymujemy tylko skinięcie i machnięcie ręką. Na korytarzu nie czeka żadna eskorta. Tak, oczywiście, sami trafimy do naszych pokoików. I z pewnością jeszcze tu wrócimy. A kiedyś może nawet mu powiemy, że jesteśmy dobrymi znajomymi pewnego młodzieńca, który go niedawno okradł. Wiem, pobożne życzenie. Ale chciałabym zobaczyć jego reakcję.
6 IX
J chyba nie tak to sobie
wyobrażała, a Ellil już na pewno nie... Za to dla Lony i jej załogi coś
takiego było wyraźnie na porządku dziennym. Mam na myśli podróż do
światów zdominowanych przez elfy (jakkolwiek by to nie brzmiało... Elfy wpadają do świata i go dominują. Czyjkolwiek by przedtem nie był). Kiedy tylko dotarliśmy międzysferą w
ich okolice, sferolot został porwany przez swego rodzaju karuzelę,
prędką i nieustanną, nie dającą możliwości wysiadki. Za to w którymś
momencie sama nas wyrzuciła. Gwałtownie i niespodziewanie. Do zupełnie
losowego świata, który na szczęście znajdował się w obrębie pierścienia -
przynajmniej tyle... Tylko że po dokładnych oględzinach okazał się
mały, porośnięty lasami i obstawiony skrajnymi elfimi ekologami, których
przebić mogłyby tylko driady i bardzo stereotypowi druidzi. W takim
świecie nie moglibyśmy znaleźć Séarlana, co do tego byliśmy zgodni. W
przeciwieństwie do innych rzeczy, jak na przykład czy można tu chwilę
zostać i pobawić się wiatrem. J nawet by pozwoliła, ale za mocno męczyła
ją ciekawość, co dalej. Mnie tym bardziej.
Z jednego świata do drugiego - i znowu karuzela. I znowu. I...
I tam była normalna, regularna wiosna. W tamtym pierwszym świecie. Musiałam o tym wspomnieć.
Z jednego świata do drugiego - i znowu karuzela. I znowu. I...
I tam była normalna, regularna wiosna. W tamtym pierwszym świecie. Musiałam o tym wspomnieć.
28 VIII
- Pobudka, ale już! - J i Ellil wisieli mi nad głową.
- I bardzo dobrze - spojrzałam na nich w miarę przytomnie. - Bo miałam straszny sen, w którym wręczałam Arkii zaproszenie na swoje wesele.
- To faktycznie straszny sen - stwierdził bóg wiatru z przekąsem. - A teraz wstawaj, bo załoga się pokazała i Arkia się na nich boczy, że przybyli sferolotem, a nie dorożką.
- A to takie istotne? - wymruczałam, na co oboje spojrzeli na mnie zdegustowani.
- A kto mi mówił, bym się wczuł w baśń? - wytknął mi Ellil.
- Kto się obruszał, że nie patrzę po dziecięcemu? - dołączyła J.
Zakryłam oczy ramieniem, choć tak naprawdę miałam ochotę schować głowę pod poduszkę.
- Dobra, to mam tam iść i boczyć się na nich z Arkią, czy raczej ich przed nią ochronić?! - jęknęłam. - Wypad, jak się dobudzę, to zdecyduję.
Wszyscy czworo byli cali, zdrowi i zadowoleni z życia. Zwłaszcza Djellia.
- No to pewnemu światu dojdzie nowa legenda - oznajmiła. - A raczej już dochodzi. Czuję się współtwórczynią legendy.
- Na pewno masz prawo się tak czuć? - mruknęła sceptycznie Leesa. - W końcu ta moc... Jest w tobie tylko tymczasowo.
- Do tej pory ani Deuce tego ze mnie nie wyjął, ani nikt mnie przez to nie ścigał.
- Jasne, poza Wędrującą Ciemnością...
- W każdym razie znaleźliśmy tam wyspę, sporą, ale wyraźnie bezludną - podjęła Lona z westchnieniem, ale minę miała nawet pogodną. - Nawet miała własne góry, a parę więcej w tę czy w tamtą nie zrobiło różnicy.
Arkia tymczasem stała w pewnym oddaleniu, niby to wpatrując się w okno, a jednak czujnie nas słuchając. Byłam pewna, że kiedy wyjedziemy, pójdzie do teleskopu i dokładnie obejrzy sobie tamten świat.
- Proszę, zwracam - Djellia podała mi pudełeczko z miniaturą. - Inaczej chyba bym się uzależniła od ciągłego wpatrywania się.
Uśmiechnęłam się, dobrze ją rozumiejąc.
- Jakie teraz macie plany? - zagaił Ellil, szczerząc zęby.
- Noo... - Kylph udał, że się zamyśla. - Moglibyśmy potowarzyszyć wam do świata pełnego elfów. I tak nie mamy nic lepszego do roboty...
- A może zaczniesz od Wenden, co, Kulfon? - zapytała Leesa, uśmiechając się uszczypliwie. - Masz pełno elfów tuż pod nosem.
- Ani słowa o tym mieście - ucięła ni stąd, ni z owąd Arkia. - Nie po to wygoniłam Riena, który godzinami tam zaglądał przez teleskop...
- Ładnie to tak wyganiać swojego asystenta, a potem się oburzać, że nie przyjechaliśmy bryczką? - wtrąciła Djellia, ale nie dostała odpowiedzi.
- Dlaczego chcecie się tam z nami udać? - zainteresowała się J, lekko zawiedziona, że nie usłyszała jeszcze o szczegółach przeprowadzki.
- Bo Lona zna trochę tamte tereny, odkąd się tam szwendała z Ellilem wiosną - wyjaśnił jej ochoczo Kylph. - No a my też chcemy je wreszcie poznać.
- Że co?! - po usłyszeniu takiej rewelacji natychmiast złapała boga wiatru za fraki. - To ty już tam byłeś i ani słowa nie powiedziałeś?!
- No jak to ani słowa? - bronił się. - Przecież wygadałem wszystko, czego się dowiedziałem o tych wysysaczach magii, nie?
- Ale ta relacja była tak nieskładna, jakbyś usłyszał z trzeciej ręki!
- Z trzecich ust - poprawiłam, a Ellil popatrzył na mnie z wyrzutem.
- Poprzednim razem Lona nie chciała nas zabrać - powiedziała Leesa. - Ale teraz to sobie odbijemy.
- Dlaczego nie chciałaś? - zapytałam.
- Wędrująca Ciemność często podlatuje za blisko - odpowiedziała Lona. - Nie mogłam narażać Djellii.
- A teraz możesz?
- Nie, no daj spokój - roześmiała się sama zainteresowana. - Byłam tam już dwa razy. Myślisz, że to jeszcze mnie ruszy?
- I bardzo dobrze - spojrzałam na nich w miarę przytomnie. - Bo miałam straszny sen, w którym wręczałam Arkii zaproszenie na swoje wesele.
- To faktycznie straszny sen - stwierdził bóg wiatru z przekąsem. - A teraz wstawaj, bo załoga się pokazała i Arkia się na nich boczy, że przybyli sferolotem, a nie dorożką.
- A to takie istotne? - wymruczałam, na co oboje spojrzeli na mnie zdegustowani.
- A kto mi mówił, bym się wczuł w baśń? - wytknął mi Ellil.
- Kto się obruszał, że nie patrzę po dziecięcemu? - dołączyła J.
Zakryłam oczy ramieniem, choć tak naprawdę miałam ochotę schować głowę pod poduszkę.
- Dobra, to mam tam iść i boczyć się na nich z Arkią, czy raczej ich przed nią ochronić?! - jęknęłam. - Wypad, jak się dobudzę, to zdecyduję.
Wszyscy czworo byli cali, zdrowi i zadowoleni z życia. Zwłaszcza Djellia.
- No to pewnemu światu dojdzie nowa legenda - oznajmiła. - A raczej już dochodzi. Czuję się współtwórczynią legendy.
- Na pewno masz prawo się tak czuć? - mruknęła sceptycznie Leesa. - W końcu ta moc... Jest w tobie tylko tymczasowo.
- Do tej pory ani Deuce tego ze mnie nie wyjął, ani nikt mnie przez to nie ścigał.
- Jasne, poza Wędrującą Ciemnością...
- W każdym razie znaleźliśmy tam wyspę, sporą, ale wyraźnie bezludną - podjęła Lona z westchnieniem, ale minę miała nawet pogodną. - Nawet miała własne góry, a parę więcej w tę czy w tamtą nie zrobiło różnicy.
Arkia tymczasem stała w pewnym oddaleniu, niby to wpatrując się w okno, a jednak czujnie nas słuchając. Byłam pewna, że kiedy wyjedziemy, pójdzie do teleskopu i dokładnie obejrzy sobie tamten świat.
- Proszę, zwracam - Djellia podała mi pudełeczko z miniaturą. - Inaczej chyba bym się uzależniła od ciągłego wpatrywania się.
Uśmiechnęłam się, dobrze ją rozumiejąc.
- Jakie teraz macie plany? - zagaił Ellil, szczerząc zęby.
- Noo... - Kylph udał, że się zamyśla. - Moglibyśmy potowarzyszyć wam do świata pełnego elfów. I tak nie mamy nic lepszego do roboty...
- A może zaczniesz od Wenden, co, Kulfon? - zapytała Leesa, uśmiechając się uszczypliwie. - Masz pełno elfów tuż pod nosem.
- Ani słowa o tym mieście - ucięła ni stąd, ni z owąd Arkia. - Nie po to wygoniłam Riena, który godzinami tam zaglądał przez teleskop...
- Ładnie to tak wyganiać swojego asystenta, a potem się oburzać, że nie przyjechaliśmy bryczką? - wtrąciła Djellia, ale nie dostała odpowiedzi.
- Dlaczego chcecie się tam z nami udać? - zainteresowała się J, lekko zawiedziona, że nie usłyszała jeszcze o szczegółach przeprowadzki.
- Bo Lona zna trochę tamte tereny, odkąd się tam szwendała z Ellilem wiosną - wyjaśnił jej ochoczo Kylph. - No a my też chcemy je wreszcie poznać.
- Że co?! - po usłyszeniu takiej rewelacji natychmiast złapała boga wiatru za fraki. - To ty już tam byłeś i ani słowa nie powiedziałeś?!
- No jak to ani słowa? - bronił się. - Przecież wygadałem wszystko, czego się dowiedziałem o tych wysysaczach magii, nie?
- Ale ta relacja była tak nieskładna, jakbyś usłyszał z trzeciej ręki!
- Z trzecich ust - poprawiłam, a Ellil popatrzył na mnie z wyrzutem.
- Poprzednim razem Lona nie chciała nas zabrać - powiedziała Leesa. - Ale teraz to sobie odbijemy.
- Dlaczego nie chciałaś? - zapytałam.
- Wędrująca Ciemność często podlatuje za blisko - odpowiedziała Lona. - Nie mogłam narażać Djellii.
- A teraz możesz?
- Nie, no daj spokój - roześmiała się sama zainteresowana. - Byłam tam już dwa razy. Myślisz, że to jeszcze mnie ruszy?
27 VIII
Dotarliśmy do wieży, którą
porastają powoje, choć ciągle trwa zima. Do której ciągle można dojechać
dorożką po zaczarowanej drodze, nawet jeśli woźnica patrzy na nas spode
łba. W świecie, który nadal istnieje - bo nie przypuszczam, by
kiedykolwiek miało go zabraknąć. W drodze Rien, asystent Arkii,
poinformował mnie, że widział przez swój teleskop - najwyraźniej o
większym zasięgu niż mi się wydawało - jak kilka okolicznych światów
zniknęło i nikogo to nawet nie obeszło. J sprawiała wrażenie, że ją ten
fakt osobiście obraził, natomiast Ellil, który faktycznie się do nas
doczepił, zadumał się głęboko i już tak został. Dotąd snuje się cicho i
udaje, że go nie ma - widocznie nie chce jeszcze raz podpaść tutejszym
siłom Natury.
Zawiedziona byłam, że nie zastaliśmy jeszcze Lony i reszty, ale być może zgubią oni po drodze parę dni, tak jak my. Spytałam Arkię, co się dzieje z takimi zagubionymi dniami, ale wtedy wciął się Rien i burknął nieuprzejmie, że idą do Wędrującej Ciemności, na użytek bogów bawiących się czasem. Na to czarodziejka prychnęła i wyprosiła go z komnaty.
- Jest zły, bo burmistrz Wenden się niedługo żeni - skwitowała, ale ani nie wytłumaczyła, ani nie sprostowała jego słów.
Wbrew pozorom okazała się bardziej rozmowna niż poprzednim razem, choć oczywiście kiedy schodziło na tematy ratowania światów, zaraz milkła. Można z nią za to było pogawędzić o ciuchach i technice. Serio piszę, niech zostanie to odnotowane dla potomności. Ach, i o jej siostrach. To znaczy, opowiedziała nam wszystko, co już wiedziałam o Jyoti i Yae oraz wszystko, czego się domyślałam odnośnie jesiennej siostry, Nineveh.
Że nie opowiedziała niczego, czego sama nie wiem, to dość oczywiste, prawda?
- Jak myślisz, co to może być? - zapytałam, pokazując czarodziejce Światło Przewodnie.
Delikatnie ujęła je w dłonie - rozbłysło na moment - i oddała mi, uśmiechając się z rozbawieniem.
- Dlaczego sądzisz, że znam odpowiedź na to pytanie? - zwróciła się do mnie.
- Bo pewnie wiesz więcej niż mogłabym przypuszczać - odpowiedziałam. - Bo to oczywiste, że sporo w życiu widziałaś.
- Dlaczego nie zapytasz tej, która najpewniej stoi teraz za drzwiami i podsłuchuje? - Arkia nie przestawała się uśmiechać. - Ona jest starsza niż większość światów, mogła nawet widzieć więcej niż ja.
- Ale kiedy mowa o rzeczywistościach, ona wypiera się, że coś wie - roześmiałam się. - A ty tylko milczysz.
- Może wolę milczeć niż przyznać się do niewiedzy? - odparowała. - Wiesz, skąd się wziął ten przedmiot i kto go stworzył. W takim razie wiesz wszystko.
- Tego nie może być tak mało! - zaprotestowałam.
- Może, dopóki nie jesteś u siebie - stwierdziła Arkia i nalała mi jeszcze herbaty. - O czym jeszcze chciałabyś ze mną porozmawiać?
Westchnęłam, wiedząc, że więcej u niej nie wskóram, a przynajmniej nie w tym momencie. O tak, na pewno wiele widziała, ale wyraźnie nie czuła się upoważniona do dzielenia się z innymi tymi widokami. A jednak nie mogłam się powstrzymać.
- Kylph sugerował kiedyś, że byłyście kiedyś porami roku - wypaliłam. - Wiedział, co mówi, czy to tylko takie bajanie?
Uśmiech na twarzy czarodziejki zgasł; teraz już tylko patrzyła na mnie badawczo.
- Nie bardzo - powiedziała po namyśle.
- Wielkie dzięki - prychnęłam. - Nie bardzo wiedział, czy nie bardzo bajanie?
- Jedno i drugie - odpowiedziała. - Raczej będziemy.
Zawiedziona byłam, że nie zastaliśmy jeszcze Lony i reszty, ale być może zgubią oni po drodze parę dni, tak jak my. Spytałam Arkię, co się dzieje z takimi zagubionymi dniami, ale wtedy wciął się Rien i burknął nieuprzejmie, że idą do Wędrującej Ciemności, na użytek bogów bawiących się czasem. Na to czarodziejka prychnęła i wyprosiła go z komnaty.
- Jest zły, bo burmistrz Wenden się niedługo żeni - skwitowała, ale ani nie wytłumaczyła, ani nie sprostowała jego słów.
Wbrew pozorom okazała się bardziej rozmowna niż poprzednim razem, choć oczywiście kiedy schodziło na tematy ratowania światów, zaraz milkła. Można z nią za to było pogawędzić o ciuchach i technice. Serio piszę, niech zostanie to odnotowane dla potomności. Ach, i o jej siostrach. To znaczy, opowiedziała nam wszystko, co już wiedziałam o Jyoti i Yae oraz wszystko, czego się domyślałam odnośnie jesiennej siostry, Nineveh.
Że nie opowiedziała niczego, czego sama nie wiem, to dość oczywiste, prawda?
- Jak myślisz, co to może być? - zapytałam, pokazując czarodziejce Światło Przewodnie.
Delikatnie ujęła je w dłonie - rozbłysło na moment - i oddała mi, uśmiechając się z rozbawieniem.
- Dlaczego sądzisz, że znam odpowiedź na to pytanie? - zwróciła się do mnie.
- Bo pewnie wiesz więcej niż mogłabym przypuszczać - odpowiedziałam. - Bo to oczywiste, że sporo w życiu widziałaś.
- Dlaczego nie zapytasz tej, która najpewniej stoi teraz za drzwiami i podsłuchuje? - Arkia nie przestawała się uśmiechać. - Ona jest starsza niż większość światów, mogła nawet widzieć więcej niż ja.
- Ale kiedy mowa o rzeczywistościach, ona wypiera się, że coś wie - roześmiałam się. - A ty tylko milczysz.
- Może wolę milczeć niż przyznać się do niewiedzy? - odparowała. - Wiesz, skąd się wziął ten przedmiot i kto go stworzył. W takim razie wiesz wszystko.
- Tego nie może być tak mało! - zaprotestowałam.
- Może, dopóki nie jesteś u siebie - stwierdziła Arkia i nalała mi jeszcze herbaty. - O czym jeszcze chciałabyś ze mną porozmawiać?
Westchnęłam, wiedząc, że więcej u niej nie wskóram, a przynajmniej nie w tym momencie. O tak, na pewno wiele widziała, ale wyraźnie nie czuła się upoważniona do dzielenia się z innymi tymi widokami. A jednak nie mogłam się powstrzymać.
- Kylph sugerował kiedyś, że byłyście kiedyś porami roku - wypaliłam. - Wiedział, co mówi, czy to tylko takie bajanie?
Uśmiech na twarzy czarodziejki zgasł; teraz już tylko patrzyła na mnie badawczo.
- Nie bardzo - powiedziała po namyśle.
- Wielkie dzięki - prychnęłam. - Nie bardzo wiedział, czy nie bardzo bajanie?
- Jedno i drugie - odpowiedziała. - Raczej będziemy.
23 VIII
Stukot kopyt zabrzmiał
znienacka, w mieście, po którego ulicach rzadko biegały konie, ale
okoliczni ludzie już się przyzwyczaili i nauczyli spychać na skraj
świadomości. Kara klacz wyłoniła się znikąd, przy akompaniamencie
melodii, nuconej przez piękną amazonkę w koronkowej sukni. Zatrzymała
się pod tym samym domem, co zwykle, po czym anielica zsiadła z gracją.
Nie miała skrzydeł, bo anioły nie zawsze muszą je mieć, zależnie od
wyobrażeń ludzi, którzy kreują ich ziemskie postacie. Zresztą jeśli ma
się do dyspozycji niezwykłego wierzchowca, po co komu skrzydła?
Anielica nie zdążyła nawet dojść do drzwi, kiedy otworzyły się i wypadł przez nie herold. Tym razem nie miał na sobie wielobarwnej kurtki, która wypełniłaby żywymi kolorami szarą dzielnicę; wyglądało na to, że bardzo się spieszył... Albo był czymś wystraszony. Albo jedno i drugie.
- No więc? - zapytała anielica głosem, który nawet najbanalniejszemu zagajeniu mógł nadać niezwykłe znaczenie. Gdyby sytuacja temu sprzyjała, herold natychmiast by się uspokoił i słuchał jej z zachwytem, a może i zagrał na swojej lutni. Jednak to nie był odpowiedni czas.
- Gdzie ostatnio widziałaś Światło Przewodnie? - zapytał z zaniepokojeniem. - Szukam go po całym domu i nie mogę znaleźć.
- Gdzie j a widziałam? - zdumiała się, potrząsając czarnymi lokami. - Tam, gdzie mi je pokazałeś. Potem ci przecież oddałam do rąk własnych.
Herold zmieszał się wyraźnie. Wiedział, że zachowuje się jak ostatni dureń, był też jednak świadom, że jego towarzyszka nie będzie mu tego wypominać.
- Położyłem je wtedy w widocznym miejscu - powiedział żałośliwie. - A dzisiaj patrzę i nie ma.
Ona podeszła i odgarnęła mu rozwichrzone włosy za szpiczaste ucho. Ten czuły gest odrobinę go uspokoił.
- A jesteś pewien, że nie zawiozłeś go z powrotem na Krawędź? Albo że po prostu sam go sobie nie zabrał?
- Dopiero co byłem na Krawędzi - skrzywił się herold. - Streszczając tę długą i przemiłą wizytę: tam Światła nie ma.
Anielica nie zamierzała jednak przejmować się tym zanadto.
- Zrobi sobie nowe - uśmiechnęła się. - Ma przynajmniej absorbujące zajęcia: jak nie szuka artefaktów, to je stwarza...
- Przypuszczam, że niedługo przyjdzie czas na jeszcze ciekawsze zajęcia - powiedział herold ponuro.
- Tym lepiej, tym lepiej. Bezczynność jest dla was obu zabójcza. I brak dystansu do pewnych spraw.
- Zamieszkaj tu na stałe, co? - zaproponował kwaśno. - Wtedy sobie porozmawiamy o stosownym dystansie.
Przypuszczam, że to te wczorajsze insynuacje Shyama mnie podkusiły. Już sam fakt, że to właśnie z nim mogę pogadać o opowiadaniach Moriany, jest zaskakujący, ale żebym miała wędrować między opowieściami równie łatwo jak przez międzysferę, to już lekka przesada. Nigdy tego nie robiłam - choć znam osoby, którym się to w pewnym sensie zdarzało - i nieszczególnie dobrze mi się coś takiego kojarzy. W każdym razie, jak wspomniałam, podkusiło mnie. Wzięłam pióro, odszukałam w pustej książce ilustrację i na następnej stronie popełniłam taki oto ścinek. Nawet bez głębszego namysłu.
Później obudziłam się w środku nocy, a Światło Przewodnie leżało na mojej poduszce. Kiedy biorę je do ręki, kula rozbłyskuje, lecz jej blask nie razi w oczy. Całość ma może z łokieć długości i jest zadziwiająco lekka, ale średnio wygodna w trzymaniu, bo fałdy sukni uwierają w dłoń. Rzeźba jest jeszcze dokładniejsza niż na rysunku - ten okręcony wokół postaci materiał, długie, rozwiane włosy, bransolety zapięte wokół ramion... Dobrze znać rękę, która stworzyła dwa z Symboli i moją miniaturę światów.
A niech to. Trochę za późno pomyślałam, że to moje pisanie może się zemścić, że nie wiem, do czego ta rzecz miała służyć i przede wszystkim, że biedny Ketris. Ale co się stało, już się nie odstanie...
Resztę nocy przespałam dość niespokojnie. Teraz to odreagowuję.
Anielica nie zdążyła nawet dojść do drzwi, kiedy otworzyły się i wypadł przez nie herold. Tym razem nie miał na sobie wielobarwnej kurtki, która wypełniłaby żywymi kolorami szarą dzielnicę; wyglądało na to, że bardzo się spieszył... Albo był czymś wystraszony. Albo jedno i drugie.
- No więc? - zapytała anielica głosem, który nawet najbanalniejszemu zagajeniu mógł nadać niezwykłe znaczenie. Gdyby sytuacja temu sprzyjała, herold natychmiast by się uspokoił i słuchał jej z zachwytem, a może i zagrał na swojej lutni. Jednak to nie był odpowiedni czas.
- Gdzie ostatnio widziałaś Światło Przewodnie? - zapytał z zaniepokojeniem. - Szukam go po całym domu i nie mogę znaleźć.
- Gdzie j a widziałam? - zdumiała się, potrząsając czarnymi lokami. - Tam, gdzie mi je pokazałeś. Potem ci przecież oddałam do rąk własnych.
Herold zmieszał się wyraźnie. Wiedział, że zachowuje się jak ostatni dureń, był też jednak świadom, że jego towarzyszka nie będzie mu tego wypominać.
- Położyłem je wtedy w widocznym miejscu - powiedział żałośliwie. - A dzisiaj patrzę i nie ma.
Ona podeszła i odgarnęła mu rozwichrzone włosy za szpiczaste ucho. Ten czuły gest odrobinę go uspokoił.
- A jesteś pewien, że nie zawiozłeś go z powrotem na Krawędź? Albo że po prostu sam go sobie nie zabrał?
- Dopiero co byłem na Krawędzi - skrzywił się herold. - Streszczając tę długą i przemiłą wizytę: tam Światła nie ma.
Anielica nie zamierzała jednak przejmować się tym zanadto.
- Zrobi sobie nowe - uśmiechnęła się. - Ma przynajmniej absorbujące zajęcia: jak nie szuka artefaktów, to je stwarza...
- Przypuszczam, że niedługo przyjdzie czas na jeszcze ciekawsze zajęcia - powiedział herold ponuro.
- Tym lepiej, tym lepiej. Bezczynność jest dla was obu zabójcza. I brak dystansu do pewnych spraw.
- Zamieszkaj tu na stałe, co? - zaproponował kwaśno. - Wtedy sobie porozmawiamy o stosownym dystansie.
Przypuszczam, że to te wczorajsze insynuacje Shyama mnie podkusiły. Już sam fakt, że to właśnie z nim mogę pogadać o opowiadaniach Moriany, jest zaskakujący, ale żebym miała wędrować między opowieściami równie łatwo jak przez międzysferę, to już lekka przesada. Nigdy tego nie robiłam - choć znam osoby, którym się to w pewnym sensie zdarzało - i nieszczególnie dobrze mi się coś takiego kojarzy. W każdym razie, jak wspomniałam, podkusiło mnie. Wzięłam pióro, odszukałam w pustej książce ilustrację i na następnej stronie popełniłam taki oto ścinek. Nawet bez głębszego namysłu.
Później obudziłam się w środku nocy, a Światło Przewodnie leżało na mojej poduszce. Kiedy biorę je do ręki, kula rozbłyskuje, lecz jej blask nie razi w oczy. Całość ma może z łokieć długości i jest zadziwiająco lekka, ale średnio wygodna w trzymaniu, bo fałdy sukni uwierają w dłoń. Rzeźba jest jeszcze dokładniejsza niż na rysunku - ten okręcony wokół postaci materiał, długie, rozwiane włosy, bransolety zapięte wokół ramion... Dobrze znać rękę, która stworzyła dwa z Symboli i moją miniaturę światów.
A niech to. Trochę za późno pomyślałam, że to moje pisanie może się zemścić, że nie wiem, do czego ta rzecz miała służyć i przede wszystkim, że biedny Ketris. Ale co się stało, już się nie odstanie...
Resztę nocy przespałam dość niespokojnie. Teraz to odreagowuję.
22 VIII
Dzisiejszy dzień pełen był rozpaczy.
A przynajmniej jego pierwsza połowa - później J zmęczyła się narzekaniem na nieobecność Xaia i trochę przycichła. Nie żeby nie było powodów do niepokoju... Niby świat jest bezpieczny, nic się w nim nie dzieje, ale gdyby połączyć to z faktem, że demon-przechera nie daje się znaleźć, to jest co najmniej podejrzane. A może to my jesteśmy zbyt podejrzliwe?
- Myślisz, że prysnął gdzieś w światy i może im zagrażać? - zapytałam.
- Kiedyś powiedziałabym, że to światy mogą zagrozić jemu - prychnęła J. - Ale do tej pory zdążył się już nachapać tyle mocy, że pewnie już mógłby nawet stawić im czoło.
- Nachapać się c u d z e j mocy? - uniosłam brwi. - To by go ładnie stawiało w komplecie z tamtym dzieciakem i jego świtą.
Nie skomentowała tego, a ja przypomniałam sobie, że przecież nie chciała o niczym wiedzieć.
Zebraliśmy się we czwórkę w pensjonacie, by ustalić plan działania. Ellil zrobił sobie przerwę od dobroczynności, a Shyama przywiała tu chyba przekora, bo tylko siedział z założonymi rękami i bombardował J morderczymi spojrzeniami. Ciekawe jak by zareagował, gdyby wyznała, że chętnie dałaby mu Wędrującą Ciemność w prezencie.
Na razie stanęło na tym, że przed wyruszeniem do wiadomych światów odwiedzimy Arkię. Lona wspominała, że wpadnie do niej ze swoją załogą, jeśli przeprowadzka smoków się powiedzie, więc może się tam spotkamy...
- Ja chcę z wami - żalił się Ellil. - Czemu znowu muszę się dusić w tej stęchliźnie i spalinach, no?
- Aleś ty dramatyczny - mruknęła J. - Przyznaj się: masz już dość Taranisa, Aislinn czy obojga?
- Obojga - westchnął. - On się ciągle obnosi ze swoją dobroczynnością, a ona warczy, że tylu bogów straciło moc albo że nie może znaleźć Shaitha...
- A co to za jeden? - zainteresowałam się. - I czemu J-chan na wspomnienie o nim robi dziwne miny?
- A, bo sobie dobrze tego pana przypominam - zaśmiała się z zakłopotaniem wywołana. - Takie ambitne, przebojowe ziółko, które strasznie chciało być niezależne.
- No i co tą swoją ambicją zdziałał? - prychnął Ellil. - Wiedzielibyśmy, gdyby zginął, choćby od tych durnych lilijek. Wiedzielibyśmy, gdyby zapadł w wieczny sen. A tymczasem po prostu go nie ma.
- A wiecie, że to słodkie? - uśmiechnęłam się szeroko. - Najpierw Shyam co chwilę wspomina boginię księżyca, potem J-chan piszczy, że gdzie jej Xai, teraz Aislinn...
- Nawet nie kończ - przerwał demon nocy, zdegustowany do cna.
- I co dalej? - litościwie zmieniłam temat. - Kiedy już będziemy u elfów i znajdziemy tego Séarlana, co zamierzasz?
- Zamierzam się dowiedzieć, dlaczego spiknął się z Dzieckiem Chaosu - wyjaśniła J. - Co jak co, ale idea chaotycznych elfów jest po prostu rozbrajająca.
- Mniej niż myślisz - skrzywiłam się. - Ale jak się do tego zabierzemy? Będziemy układać plan na bieżąco?
- Oczywiście! - przytaknęła radośnie. - A co, masz lepszy pomysł?
- Nie, ja w zasadzie... - westchnęłam i odgoniłam myśli o tym, dokąd chciałabym i może mogłabym się udać. - Nie, na razie nie.
- Na razie nie - spojrzała na mnie z ukosa. - Przyznaj się, gnębią cię Szare Światy, tak? Mówiłam, że lepiej się do nich nie zapuszczać!
- Dlatego wciąż tu jestem - wzruszyłam ramionami. - Nie mam ochoty się po nich rozglądać, tylko przez nie przejść. A jeśli stanowią granicę zderzenia dwóch rzeczywistości? Kto wie, co może się za nimi kryć...
- A nie możesz ich po prostu obejść naokoło?
- Jak to obejść naokoło? - wykrztusiłam po tym, jak wrócił mi głos. - Myślisz, że wtedy rezultat byłby taki sam? Czy nie ma różnicy, jeśli wchodzisz do ogrodu otwartą furtką i wybetonowaną ścieżką albo przez dziurę w płocie i gąszcz krzaków? Ile naprawdę jest w tobie z dziecka!?
J słuchała moich wywodów z uwagą, aż wreszcie się uśmiechnęła.
- Dostatecznie dużo - odpowiedziała. - Po prostu czasem zapominam, ile jest w tobie.
- Co myślisz? Że za tą granicą, czymkolwiek jest, może być twój dom? - zabrał głos Shyam. - Równie dobrze mogłabyś przejść przez krainę Faërie.
Musiałam mieć bardzo głupią minę, kiedy na niego spojrzałam, bo tylko uniósł brwi.
- Krainę Faërie - powtórzyłam. - Krainę Czarów z opowieści Moriany? Nawet jeśli istnieje naprawdę, a nie tylko w książce, to skąd pomysł, że akurat tamtędy?
- Mignęła mi na którejś stronie taka czarodziejka - mówił niby beznamiętnie, ale oczy mu błyszczały - która powiedziała, że Kraina Czarów łączy wszystkie rzeczywistości i czasy. Taka z tatuażami na rękach, nie czytałaś o niej?
- Jakoś nie - zaprzeczyłam cicho. - Ale co to za różnica, skoro nie wiem, jak ją odnaleźć poza opowieścią? Czytałam kiedyś o człowieku, który potrafił sprowadzać postacie i rzeczy z książek i odwrotnie, wczytywać do nich innych, ale los aż tak nie będzie mi działał na rękę.
Wstałam na chwilę i sięgnęłam po pustą książkę, leżącą na komodzie.
- Sam wiesz, że nie mam obecnie szczęścia do literatury - przypomniałam, przeglądając białe strony. - Oto dobry przykład, w którym oprócz kawałka piosenki nie...
Urwałam nagle i przestałam przewracać kartki. Prędko powróciłam do miejsca, w którym, jak mi się wydawało, coś mignęło - i rzeczywiście. Nie, nie był to żaden tekst, lecz coś bardziej nieoczekiwanego - ilustracja. Czarno-biała ilustracja. Dłonie w rękawiczkach bez palców przekazywały coś drugiej parze rąk, smukłej i obleczonej w koronkowe rękawy. Trzymany przedmiot miał kształt kobiety w długiej sukni, uformowanej z czarnego kamienia. Bardzo starannie i szczegółowo wyrzeźbio... narysowanej. Wyciągniętymi w górę rękami podtrzymywała jaśniejącą kulę.
- Co tam masz? - ciekawska J zajrzała mi przez ramię. To ona pierwsza wypatrzyła tytuł, Guiding Light, znajomym drobniutkim pismem w prawym dolnym rogu.
- W każdym razie wychodzi na to, że chcesz nam zwiać - podsumowała. - Błyskawicznie przeskoczyliśmy z tematu na temat, prawda?
- To ty zmieniłaś temat - wytknął jej Ellil.
- Szczegóły - machnęła ręką. - Lepsze to niż zastanawianie się, co knuje Xai. Albo co knuje ktoś inny, gdzieś dalej. Przynajmniej na razie.
A przynajmniej jego pierwsza połowa - później J zmęczyła się narzekaniem na nieobecność Xaia i trochę przycichła. Nie żeby nie było powodów do niepokoju... Niby świat jest bezpieczny, nic się w nim nie dzieje, ale gdyby połączyć to z faktem, że demon-przechera nie daje się znaleźć, to jest co najmniej podejrzane. A może to my jesteśmy zbyt podejrzliwe?
- Myślisz, że prysnął gdzieś w światy i może im zagrażać? - zapytałam.
- Kiedyś powiedziałabym, że to światy mogą zagrozić jemu - prychnęła J. - Ale do tej pory zdążył się już nachapać tyle mocy, że pewnie już mógłby nawet stawić im czoło.
- Nachapać się c u d z e j mocy? - uniosłam brwi. - To by go ładnie stawiało w komplecie z tamtym dzieciakem i jego świtą.
Nie skomentowała tego, a ja przypomniałam sobie, że przecież nie chciała o niczym wiedzieć.
Zebraliśmy się we czwórkę w pensjonacie, by ustalić plan działania. Ellil zrobił sobie przerwę od dobroczynności, a Shyama przywiała tu chyba przekora, bo tylko siedział z założonymi rękami i bombardował J morderczymi spojrzeniami. Ciekawe jak by zareagował, gdyby wyznała, że chętnie dałaby mu Wędrującą Ciemność w prezencie.
Na razie stanęło na tym, że przed wyruszeniem do wiadomych światów odwiedzimy Arkię. Lona wspominała, że wpadnie do niej ze swoją załogą, jeśli przeprowadzka smoków się powiedzie, więc może się tam spotkamy...
- Ja chcę z wami - żalił się Ellil. - Czemu znowu muszę się dusić w tej stęchliźnie i spalinach, no?
- Aleś ty dramatyczny - mruknęła J. - Przyznaj się: masz już dość Taranisa, Aislinn czy obojga?
- Obojga - westchnął. - On się ciągle obnosi ze swoją dobroczynnością, a ona warczy, że tylu bogów straciło moc albo że nie może znaleźć Shaitha...
- A co to za jeden? - zainteresowałam się. - I czemu J-chan na wspomnienie o nim robi dziwne miny?
- A, bo sobie dobrze tego pana przypominam - zaśmiała się z zakłopotaniem wywołana. - Takie ambitne, przebojowe ziółko, które strasznie chciało być niezależne.
- No i co tą swoją ambicją zdziałał? - prychnął Ellil. - Wiedzielibyśmy, gdyby zginął, choćby od tych durnych lilijek. Wiedzielibyśmy, gdyby zapadł w wieczny sen. A tymczasem po prostu go nie ma.
- A wiecie, że to słodkie? - uśmiechnęłam się szeroko. - Najpierw Shyam co chwilę wspomina boginię księżyca, potem J-chan piszczy, że gdzie jej Xai, teraz Aislinn...
- Nawet nie kończ - przerwał demon nocy, zdegustowany do cna.
- I co dalej? - litościwie zmieniłam temat. - Kiedy już będziemy u elfów i znajdziemy tego Séarlana, co zamierzasz?
- Zamierzam się dowiedzieć, dlaczego spiknął się z Dzieckiem Chaosu - wyjaśniła J. - Co jak co, ale idea chaotycznych elfów jest po prostu rozbrajająca.
- Mniej niż myślisz - skrzywiłam się. - Ale jak się do tego zabierzemy? Będziemy układać plan na bieżąco?
- Oczywiście! - przytaknęła radośnie. - A co, masz lepszy pomysł?
- Nie, ja w zasadzie... - westchnęłam i odgoniłam myśli o tym, dokąd chciałabym i może mogłabym się udać. - Nie, na razie nie.
- Na razie nie - spojrzała na mnie z ukosa. - Przyznaj się, gnębią cię Szare Światy, tak? Mówiłam, że lepiej się do nich nie zapuszczać!
- Dlatego wciąż tu jestem - wzruszyłam ramionami. - Nie mam ochoty się po nich rozglądać, tylko przez nie przejść. A jeśli stanowią granicę zderzenia dwóch rzeczywistości? Kto wie, co może się za nimi kryć...
- A nie możesz ich po prostu obejść naokoło?
- Jak to obejść naokoło? - wykrztusiłam po tym, jak wrócił mi głos. - Myślisz, że wtedy rezultat byłby taki sam? Czy nie ma różnicy, jeśli wchodzisz do ogrodu otwartą furtką i wybetonowaną ścieżką albo przez dziurę w płocie i gąszcz krzaków? Ile naprawdę jest w tobie z dziecka!?
J słuchała moich wywodów z uwagą, aż wreszcie się uśmiechnęła.
- Dostatecznie dużo - odpowiedziała. - Po prostu czasem zapominam, ile jest w tobie.
- Co myślisz? Że za tą granicą, czymkolwiek jest, może być twój dom? - zabrał głos Shyam. - Równie dobrze mogłabyś przejść przez krainę Faërie.
Musiałam mieć bardzo głupią minę, kiedy na niego spojrzałam, bo tylko uniósł brwi.
- Krainę Faërie - powtórzyłam. - Krainę Czarów z opowieści Moriany? Nawet jeśli istnieje naprawdę, a nie tylko w książce, to skąd pomysł, że akurat tamtędy?
- Mignęła mi na którejś stronie taka czarodziejka - mówił niby beznamiętnie, ale oczy mu błyszczały - która powiedziała, że Kraina Czarów łączy wszystkie rzeczywistości i czasy. Taka z tatuażami na rękach, nie czytałaś o niej?
- Jakoś nie - zaprzeczyłam cicho. - Ale co to za różnica, skoro nie wiem, jak ją odnaleźć poza opowieścią? Czytałam kiedyś o człowieku, który potrafił sprowadzać postacie i rzeczy z książek i odwrotnie, wczytywać do nich innych, ale los aż tak nie będzie mi działał na rękę.
Wstałam na chwilę i sięgnęłam po pustą książkę, leżącą na komodzie.
- Sam wiesz, że nie mam obecnie szczęścia do literatury - przypomniałam, przeglądając białe strony. - Oto dobry przykład, w którym oprócz kawałka piosenki nie...
Urwałam nagle i przestałam przewracać kartki. Prędko powróciłam do miejsca, w którym, jak mi się wydawało, coś mignęło - i rzeczywiście. Nie, nie był to żaden tekst, lecz coś bardziej nieoczekiwanego - ilustracja. Czarno-biała ilustracja. Dłonie w rękawiczkach bez palców przekazywały coś drugiej parze rąk, smukłej i obleczonej w koronkowe rękawy. Trzymany przedmiot miał kształt kobiety w długiej sukni, uformowanej z czarnego kamienia. Bardzo starannie i szczegółowo wyrzeźbio... narysowanej. Wyciągniętymi w górę rękami podtrzymywała jaśniejącą kulę.
- Co tam masz? - ciekawska J zajrzała mi przez ramię. To ona pierwsza wypatrzyła tytuł, Guiding Light, znajomym drobniutkim pismem w prawym dolnym rogu.
- W każdym razie wychodzi na to, że chcesz nam zwiać - podsumowała. - Błyskawicznie przeskoczyliśmy z tematu na temat, prawda?
- To ty zmieniłaś temat - wytknął jej Ellil.
- Szczegóły - machnęła ręką. - Lepsze to niż zastanawianie się, co knuje Xai. Albo co knuje ktoś inny, gdzieś dalej. Przynajmniej na razie.
21 VIII
Nie, oczywiście, że żaden
pisarz nie powinien pozwalać, by jego nastroje i przeżycia wpływały na
pisanie. Ale nie dotyczy to pamiętników, prawda? Bo akurat mam - i
miałam - nastrój na coś cudownie, niemądrze, romantycznie bajkowego. I
zastanawiam się, jak to, co piszę, może wyglądać z boku.
W takich chwilach n i e m a l wierzę, że mogłabym tu zostać, wiodąc życie zwyczajnego człowieka i po prostu pisząc, pisząc, pisząc. Nota bene, wpadłam wczoraj do wydawnictwa, gdzie zbiorowo świecono do mnie oczętami o jakąś nową twórczość - zdaje się, że mój zbiór opowiadań ma tu całkiem niezłe wzięcie. Doprawdy, czy ci ludzie są aż tak wyposzczeni?
Chyba jeszcze nie wspominałam, że widziałam te opowiadania w jakiejś księgarni. Mają koszmarną szatę graficzną, to mnie jednak nie martwi, bo jeszcze nie widziałam tu książki, która miałaby lepszą. Z drugiej strony jednak, to wygląda na zupełny brak poszanowania dla sztuk plastycznych. Cóż, nie można mieć wszystkiego...
Shyama znalazłam nie w bibliotece, jak się spodziewałam, a w zupełnie pustej Tajnej Bazie Operacyjnej. Siedział w półmroku przed ekranem komputera i zupełnie nie brał pod uwagę, że ktoś mógłby tam spokojnie wejść i wszystko powynosić. No, może trochę przesadzam, ale niedużo. Kiedy przywróciłam go do rzeczywistości klaśnięciem, wcale się nie zdziwił, tylko zaczął się domagać relacji z podróży. Wędrująca Ciemność mocno zajęła jego myśli, podobnie to, co stało się ze światem, w którym bądź co bądź spędził kawałek czasu.
A potem nagle drastycznie zmienił temat.
- Jak tam piosenka? - zapytał niby to od niechcenia.
- Co? - wyjąkałam, nagle wybita z rytmu, zbita z tropu.
- Piosenka - powtórzył cierpliwie. - Pusta książka, strona tytułowa, u dołu. Piosenka.
...Szlag. Oto rezultat prób złapania kilku wątków naraz - nieszczęsna piosenka pozostała w proszku. Ani sama się nie odtworzyła, ani ja jej w tym nie pomogłam. A był przecież moment, w którym uważałam to za kluczowe zadanie... Ale nie, wolałam być altruistką i ratować cudze światy. Nie pierwszy raz zamarzyła mi się podzielność uwagi, taka prawdziwa, a nie powierzchowna.
- Nie mam nastroju do poetyzowania - burknęłam, odwracając wzrok.
- Dlaczego? - zdziwił się Shyam. - Wspominałaś, że masz dla niej odpowiednią melodię i ta melodia cię inspiruje. Czy tak trudno znaleźć słowa?
- Słowa zawsze mogę znaleźć - pokręciłam głową. - Ale ułożyć je tak, żeby współgrały z melodią, nie tracąc przy tym sensu, to już wyższa sztuka.
- Więc dlaczego nie usiądziesz sobie gdzieś z książką i nie poukładasz? W tym akurat jesteś dobra.
- "Akurat" w tym, tak? - prychnęłam. - A nie zauważyłeś? Tu się odbywa zbieranie pozostałych bogów, by stanęli w gotowości na wypadek ponownego ataku na wasz świat. A ja niedługo stąd wyruszam, nie mam czasu ani głowy do odpływania myślami.
- Chyba pozostałości po bogach - wycedził. - Ani oni się do niczego nie nadają, ani nic nam już nie zagrozi. Oni już tu nie wrócą. Ewentualnie świat może zniknąć, tak jak opowiadałaś, ale wtedy już będzie wszystko jedno, prawda?
- Aż takiej złośliwości losu nie należy oczekiwać. I co to znaczy "oni już tu nie wrócą"?! - spojrzałam na niego z ukosa. - Skąd wiesz?!
Teraz to Shyam odwrócił wzrok, zagryzł wargi i wymamrotał coś, z czego wyłowiłam "powiedział" i "łajdak".
- Co mówiłeś? - nie ustawałam, bo oczywiście mogłam się pomylić.
- Że proszę o inny zestaw pytań - odpowiedział półgębkiem.
- Skoro pragniesz - uśmiechnęłam się szeroko. - Skąd bogini księżyca miała ten kiczowaty medalion, który wam obojgu wysłał moc?
Ach, jak go zażyłam. Co prawda nie musiał patrzeć na mnie jakbym postradała zmysły (dopiero teraz), ale i tak podśmiewałam się w duchu.
- Dlaczego pytasz o to dopiero teraz?! - wykrztusił ze zdumieniem
- A gdybym spytała dawno temu, na początku całej tej afery, odpowiedziałbyś mi? - wzruszyłam ramionami.
- Oczywiście, że nie - zdenerwował się. - Ale nie rozmawiamy teraz o mojej odpowiedzi, tylko o twoim pytaniu. Nie wykręcaj kota ogonem.
- A ty nie próbuj robić mi mętliku w głowie. Powiedz, czy to by coś zmieniło?
- Nie - westchnął. - Bo tak naprawdę nie mam wiele do powiedzenia. Aylin nigdy mi się nie chwaliła, od kogo dostała to paskudztwo. Trzymała to w sekrecie, ale...
Zapatrzył się w ekran monitora, pozwalając wspomnieniom wypłynąć. Może i zawartość witryny internetowej nie nastrajała romantycznie, ale z pewnością oczy wyobraźni widziały swoje.
- Często chichotała, drażniła się ze mną, niby to pragnąc, bym uległ ciekawości - podjął po chwili. - Cóż, ulegałem tylko coraz większej złości. Ale ona nie zwracała na to uwagi, zajmując się tylko własnym zachwytem.
- Jak panna, która przeżywa pierwszą miłość - podsunęłam.
- Co? Nie wiem, być może. Tak czy inaczej wolałem trzymać się od niej z daleka.
Zaśmiałam się w duchu jeszcze głośniej, wyobrażając sobie, jakim mrocznym i skwaszonym stworzeniem musiał wtedy być.
Może się to wydać dziwne u kogoś, kto celuje w dialogach, ale naprawdę marzę, żeby w moje zapiski wkradło się więcej milczenia. Najlepiej i więcej działania, ale przede wszystkim milczenia. Trochę to jednak groźne dla mojego pisania, bo marząc o milczeniu zaczynam dryfować myślami w raczej niebezpieczne strony i przestaję się koncentrować na tym, co się dzieje dokoła... Co zaś się tyczy działania - bardzo, bardzo bym chciała móc opisać akcję stawiania bóstw na nogi. Niestety, nawet dla mnie narracja pierwszoosobowa wszechwiedząca jest czymś niedorzecznym. Niemal żałuję.
W takich chwilach n i e m a l wierzę, że mogłabym tu zostać, wiodąc życie zwyczajnego człowieka i po prostu pisząc, pisząc, pisząc. Nota bene, wpadłam wczoraj do wydawnictwa, gdzie zbiorowo świecono do mnie oczętami o jakąś nową twórczość - zdaje się, że mój zbiór opowiadań ma tu całkiem niezłe wzięcie. Doprawdy, czy ci ludzie są aż tak wyposzczeni?
Chyba jeszcze nie wspominałam, że widziałam te opowiadania w jakiejś księgarni. Mają koszmarną szatę graficzną, to mnie jednak nie martwi, bo jeszcze nie widziałam tu książki, która miałaby lepszą. Z drugiej strony jednak, to wygląda na zupełny brak poszanowania dla sztuk plastycznych. Cóż, nie można mieć wszystkiego...
Shyama znalazłam nie w bibliotece, jak się spodziewałam, a w zupełnie pustej Tajnej Bazie Operacyjnej. Siedział w półmroku przed ekranem komputera i zupełnie nie brał pod uwagę, że ktoś mógłby tam spokojnie wejść i wszystko powynosić. No, może trochę przesadzam, ale niedużo. Kiedy przywróciłam go do rzeczywistości klaśnięciem, wcale się nie zdziwił, tylko zaczął się domagać relacji z podróży. Wędrująca Ciemność mocno zajęła jego myśli, podobnie to, co stało się ze światem, w którym bądź co bądź spędził kawałek czasu.
A potem nagle drastycznie zmienił temat.
- Jak tam piosenka? - zapytał niby to od niechcenia.
- Co? - wyjąkałam, nagle wybita z rytmu, zbita z tropu.
- Piosenka - powtórzył cierpliwie. - Pusta książka, strona tytułowa, u dołu. Piosenka.
...Szlag. Oto rezultat prób złapania kilku wątków naraz - nieszczęsna piosenka pozostała w proszku. Ani sama się nie odtworzyła, ani ja jej w tym nie pomogłam. A był przecież moment, w którym uważałam to za kluczowe zadanie... Ale nie, wolałam być altruistką i ratować cudze światy. Nie pierwszy raz zamarzyła mi się podzielność uwagi, taka prawdziwa, a nie powierzchowna.
- Nie mam nastroju do poetyzowania - burknęłam, odwracając wzrok.
- Dlaczego? - zdziwił się Shyam. - Wspominałaś, że masz dla niej odpowiednią melodię i ta melodia cię inspiruje. Czy tak trudno znaleźć słowa?
- Słowa zawsze mogę znaleźć - pokręciłam głową. - Ale ułożyć je tak, żeby współgrały z melodią, nie tracąc przy tym sensu, to już wyższa sztuka.
- Więc dlaczego nie usiądziesz sobie gdzieś z książką i nie poukładasz? W tym akurat jesteś dobra.
- "Akurat" w tym, tak? - prychnęłam. - A nie zauważyłeś? Tu się odbywa zbieranie pozostałych bogów, by stanęli w gotowości na wypadek ponownego ataku na wasz świat. A ja niedługo stąd wyruszam, nie mam czasu ani głowy do odpływania myślami.
- Chyba pozostałości po bogach - wycedził. - Ani oni się do niczego nie nadają, ani nic nam już nie zagrozi. Oni już tu nie wrócą. Ewentualnie świat może zniknąć, tak jak opowiadałaś, ale wtedy już będzie wszystko jedno, prawda?
- Aż takiej złośliwości losu nie należy oczekiwać. I co to znaczy "oni już tu nie wrócą"?! - spojrzałam na niego z ukosa. - Skąd wiesz?!
Teraz to Shyam odwrócił wzrok, zagryzł wargi i wymamrotał coś, z czego wyłowiłam "powiedział" i "łajdak".
- Co mówiłeś? - nie ustawałam, bo oczywiście mogłam się pomylić.
- Że proszę o inny zestaw pytań - odpowiedział półgębkiem.
- Skoro pragniesz - uśmiechnęłam się szeroko. - Skąd bogini księżyca miała ten kiczowaty medalion, który wam obojgu wysłał moc?
Ach, jak go zażyłam. Co prawda nie musiał patrzeć na mnie jakbym postradała zmysły (dopiero teraz), ale i tak podśmiewałam się w duchu.
- Dlaczego pytasz o to dopiero teraz?! - wykrztusił ze zdumieniem
- A gdybym spytała dawno temu, na początku całej tej afery, odpowiedziałbyś mi? - wzruszyłam ramionami.
- Oczywiście, że nie - zdenerwował się. - Ale nie rozmawiamy teraz o mojej odpowiedzi, tylko o twoim pytaniu. Nie wykręcaj kota ogonem.
- A ty nie próbuj robić mi mętliku w głowie. Powiedz, czy to by coś zmieniło?
- Nie - westchnął. - Bo tak naprawdę nie mam wiele do powiedzenia. Aylin nigdy mi się nie chwaliła, od kogo dostała to paskudztwo. Trzymała to w sekrecie, ale...
Zapatrzył się w ekran monitora, pozwalając wspomnieniom wypłynąć. Może i zawartość witryny internetowej nie nastrajała romantycznie, ale z pewnością oczy wyobraźni widziały swoje.
- Często chichotała, drażniła się ze mną, niby to pragnąc, bym uległ ciekawości - podjął po chwili. - Cóż, ulegałem tylko coraz większej złości. Ale ona nie zwracała na to uwagi, zajmując się tylko własnym zachwytem.
- Jak panna, która przeżywa pierwszą miłość - podsunęłam.
- Co? Nie wiem, być może. Tak czy inaczej wolałem trzymać się od niej z daleka.
Zaśmiałam się w duchu jeszcze głośniej, wyobrażając sobie, jakim mrocznym i skwaszonym stworzeniem musiał wtedy być.
Może się to wydać dziwne u kogoś, kto celuje w dialogach, ale naprawdę marzę, żeby w moje zapiski wkradło się więcej milczenia. Najlepiej i więcej działania, ale przede wszystkim milczenia. Trochę to jednak groźne dla mojego pisania, bo marząc o milczeniu zaczynam dryfować myślami w raczej niebezpieczne strony i przestaję się koncentrować na tym, co się dzieje dokoła... Co zaś się tyczy działania - bardzo, bardzo bym chciała móc opisać akcję stawiania bóstw na nogi. Niestety, nawet dla mnie narracja pierwszoosobowa wszechwiedząca jest czymś niedorzecznym. Niemal żałuję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)