*

- Kobieta. Elf - powtórzył ze zniecierpliwieniem mój rozmówca, wystawiając rozdwojony język (aż zdziwiłam się, że nie syczał). - Jasna sierść, długa włócznia, ostry język. Ty widzisz?
Chwilę trwało, zanim zarejestrowałam, że nie chodzi mu o Disandriel. Za bardzo byłam zaskoczona widokiem jaszczuropodobnego osobnika w miasteczku, w którym za dnia spotkaliśmy tylko ludzi. Ale cóż, teraz wszystko tu wyglądało inaczej.
- Nie, nie widziałam - pokręciłam w końcu głową. - Ja też szukam swoich towarzyszy.
- Ty nie człowiek, ale i nie zjawa - zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. - Co ty robisz tutaj?
- To chyba jasne, Thaixyss, że ta dama zgubiła się tutaj, podobnie jak my - dobiegł nas wyniosły, choć trochę zachrypnięty tenor i z obłoku dymu wynurzył się rudobrody mag, który chwilę wcześniej uwędził na węgielek jednego z tych groteskowych stworów, przy okazji uwalniając mnie z pułapki. Przyznaję, że nie powinnam była tak blisko podchodzić, ale jak miałam oprzeć się ciekawości, kiedy przeciwnik wydawał się tak podobny do mojej Szafy? Do chwili, kiedy z jednej z szuflad wystrzeliły cztery grube liny i pochwyciły moje ręce i nogi. Oczywiście mogłabym je przeciąć. Mogłabym. Gdybym tylko w zaskoczeniu nie upuściła miecza.
Ostatni z trójki nieznajomych odwrócił głowę, przerywając strzelanie do kręcących się w pobliżu nakręcanych myszy na ośmiu łapach. Zaraz zresztą pouciekały, szczękając kluczykami.
- Nareszcie przyznałeś, że się zgubiliśmy? - rzucił w stronę maga. - Nie sądziłem, że tego doczekam.
- Nadal uważam, że to właściwa droga, po prostu powinniśmy byli zjawić się tu o dogodniejszej porze - sarknął tamten. - Jednak jeśli Thebesi znajdzie tę zjawę... Jeśli nie miała przywidzeń, może jednak warto było zmarudzić!
- Nie tłumacz się - strzelec posłał mu pogardliwe spojrzenie, którym obrzucił też swój rewolwer, zanim go schował. - To chyba twoje - podniósł z ziemi Grievance i podał mi.
- Dzięki - przyjęłam miecz, nie odrywając wzroku od szczątków szafy, które właśnie rozlały się w maź. - A właściwie co was tu sprowadziło?
- Jesteśmy w trakcie wyprawy przeciw groźnemu demonowi - odrzekł rudobrody dramatycznie. - Nasza elfia przyjaciółka jest w posiadaniu artefaktu, który ma go zwabić, jednak... Zniknęła nam z oczu. Pobiegła szukać sprawczyni tego wszystkiego - przy tych słowach zatoczył koło swoją magiczną różdżką. - Teraz musimy ją znaleźć.
- A nie widzieliście po drodze dwojga innych nietutejszych? Też chcę ich znaleźć i nie obrażę się za towarzystwo.
- Opuścili cię? - mężczyzna z rewolwerem zmarszczył brwi. - Nie wyglądali na takich, zwłaszcza on.
- O, czyli ich spotkałeś? - ucieszyłam się. - Na pewno chętnie wam pomogą w szukaniu tej Thebesi. - Zwłaszcza on, dodałam w myślach, bo ona pewnie będzie narzekać.
- Skoro mamy sobie pomagać, przywitajmy się jak należy - mag ukłonił się zamaszyście. - Ten niezrównany strzelec zwie się Edge Cal Garamond, nasz zielony przyjaciel to Thaixyss Łamignat, a ja jestem Quetharis Llaul Selray!
Przedstawiłam się, rada, że mam równie imponujące miano i nie wypadam przy nich blado, po czym przyjrzałam się im bliżej, próbując wydedukować, z jakiego świata pochodzą. Każdy z przedstawicieli rodzaju ludzkiego nosił elegancki choć przykurzony surdut (brakowało tylko cylindrów, ale w ferworze walki mogliby je pogubić) i podróżną torbę na ramieniu, za to jaszczur miał na sobie skórzaną zbroję i wymachiwał wielkim młotem bojowym.
I chcieli walczyć z jakimś demonem. Dlaczego to zawsze muszą być demony?
- Gdzie my idziemy? - zapytał Thaixyss, rozglądając się w poszukiwaniu nowych przeciwników. - My obchodzimy całe miasto i nie spotykamy nikogo odkąd Thebesi idzie za zjawą. Tylko teraz.
- Tędy - wskazałam drogę wiodącą do rynku. Tam właśnie wyczuwałam Cuana i Disandriel.
- Tam już byliśmy - zdziwił się Quetharis. - Właściwie wszędzie już byliśmy. Thebesi musi krążyć tak jak my albo... Już jej tu nie ma.
- Może wy nie wiecie, gdzie jest wasza towarzyszka, ale ja wiem, gdzie są moi.
- Nie protestuj, Quetharis - znalazłam nieoczekiwanego sprzymierzeńca w Edge'u. - Jeśli sam nie masz pomysłu, możesz zdać się na jej przeczucia, mają sens.
Patrzcie go, mówi jakby mnie znał, a w jego głosie dźwięczy absolutna pewność. Mag już-już chciał zripostować, ale powstrzymał się i zadumał na chwilę, aż wreszcie skinął głową. A już obstawiałam, że to on jest przywódcą tej grupy...

Jednak musieliśmy wejść w krwistoczerwoną nicość - wcześniej wzbraniałam się przed tym, ale przyciąganie geas dochodziło z czegoś, co za dnia było ratuszem, więc nie było innej rady. Wejście jak wejście, kiedy tylko zrobiliśmy krok za próg, wytrzęsło, wywróciło do góry nogami i przyprawiło o mdłości, ale nie połknęło i nie strawiło. Kiedy już stanęliśmy na nogi - na takiej miękkiej, gąbczastej powierzchni, wolę nie dociekać, czym była - nad głowami mieliśmy czarny sufit (albo pustkę), a dokoła czerwone ściany i mnóstwo manekinów. Takich odzieżowych, tyle że nieubranych. Na szczęście nie atakowały nas, w ogóle się zresztą nie ruszały, ustawione w najróżniejszych pozach i patrzące pustym wzrokiem. I głosy, tyle głosów rozmawiających ze sobą w nieznanym mi języku; może zresztą był to zwykły bełkot, grunt, że wwiercał się w uszy.
Stąpając cicho i ostrożnie, znaleźliśmy schody, równie miękkie jak podłoga, i przeszliśmy przez cztery piętra - z zewnątrz ratusz nie wydawał się taki wysoki - zanim udało nam się dotrzeć do Cuana i Disandriel. Tym razem opowieść poszła nam na rękę i za jednym zamachem znaleźliśmy też Thebesi, wściekłą i przygwożdżoną do ściany zaklęciem. Zaklęciem zadowolonej z siebie Disandriel, dodam. Cuan przykucnął pod przeciwległą ścianą i z zainteresowaniem przysłuchiwał się obu elfkom, wymyślającym sobie nawzajem.
Quetharis już wyjął różdżkę, gotów do ataku, ale powstrzymałam go gestem i zapytałam czarodziejkę konkretnie, co to za heca.
- Ta tutaj węszyła za czymś, ale kiedy chcieliśmy wejść na samą górę, próbowała nas powstrzymać - wzruszyła ramionami. - Ewidentnie wie o tym miejscu więcej niż my. To chyba jasne, że jest podejrzana.
- A pewnie, że próbowałam was powstrzymać, kretynko! - syknęła Thebesi, jeżąc się jak kotka. - Bo chwilę wcześniej uciekłam z najwyższego piętra! Wierz mi, wcale nie chcecie tam leźć!
- Niezły patent na traktowanie jedynych istot w pobliżu, które nie chcą cię zabić - wymierzyłam Disandriel kuksańca, którego zwinnie uniknęła, po czym zwróciłam się do Edge'a: - Ciebie też tak urządziła?
- Ja jego? - czarodziejka spojrzała na niego ze zdumieniem. - Co to ma znaczyć?
Na to pytanie uniósł tylko brwi i uśmiechnął się, tyleż uprzejmie, co chłodno.
- Nic. Nie znam ich. Musiało zajść nieporozumienie - stwierdził spokojnie i poszedł zbadać schody na ostatnie piętro.
- Ty widzisz zjawę, Thebesi? - wyskrzeczał Thaixyss, kiedy jego towarzyszka została już uwolniona od zaklęcia. - Ona śni to miasto? Czy ona sen?
Kobieta nie odpowiedziała od razu, z grymasem bólu dotykając sporego sińca na skroni.
- Przydałby mi się hełm - mruknęła przeczesując palcami włosy równie jasne jak u Edge'a i niewiele dłuższe. Podobnie jak jaszczur nosiła skórzaną zbroję, a do tego cztery sztylety za pasem. - Spuściłabym ci lanie, na jakie zasługujesz, smarkulo, gdybym nie była cała obolała - rzuciła w stronę Disandriel, która pokazała jej język jak prawdziwa smarkula.
- Kto cię tak urządził? - Edge zakończył inspekcję i podszedł do nas. - Chwaliłaś się przecież, że potrafisz przemknąć między kroplami deszczu.
- Oberwałam manekinem.
- To one jednak atakują?! - zakrzyknął Quetharis.
- Same z siebie nie. Tam na górze jest ktoś... coś. Siedzi na wielkiej dupie, w czerwonej kiecce, która zakrywa całą podłogę, a łba jej nie widać, taka jest wysoka. U palców ma sznurki, a do każdego przywiązane jest jedno takie cholerstwo...
- Zaraz, czyli porusza palcami i manekiny się ruszają? Jak marionetki?
- Nie, wymachuje nimi jak kiścieniem - fuknęła Thebesi. - Miałam szczęście, że nic mi nie złamała zanim uciekłam.
- I nie mogłaś przeciąć tych sznurków?
- Próbowałam, ale było ich za dużo... Zresztą i tak nie miałam tam czego szukać, ona zniknęła na dobre.
- I niczego się nie dowiedziałaś? - w głosie maga słychać było dezaprobatę.
- Tylko tego, że to nie jej sen, sama przyszła go tylko obejrzeć.
- Szkoda... Zyskalibyśmy potężnego sprzymierzeńca. Ale skoro to nie jej sen, to czyj?
Thebesi posłała mu upiorny uśmiech, w którym brakowało jednego zęba.
- Miasta - odpowiedziała. - Nie jej, nie mieszkańców, ale samego miasta. I powinniśmy się stąd wynosić, zanim się obudzi.
- My uciekamy jak tchórze?! - zaprotestował Thaixyss. - My nie możemy uciekać, póki ta stwora na górze nie jest zabita! My tu przychodzimy na próżno?!
- O, bardzo przepraszam, ale ja się na żadne zabijanie nie piszę - rozległ się melodyjny głos Disandriel, teraz lekko podenerwowany. Napięta jak struna schodziła z wyższego piętra, a za nią dreptał Cuan. Czemu wcale nie byłam zaskoczona?
- Oczywiście musieliście tam pójść i spróbować swoich sił, tak? - plasnęłam się dłonią w czoło.
- Niczego nie próbowaliśmy - Cuan uśmiechnął się uspokajająco. - Tylko rzuciliśmy okiem, a potem Disa zarządziła odwrót.
- Przez ciebie wypadam na tchórza, a byłam po prostu ostrożna - czarodziejka błyskawicznie wzięła się w garść.
- Skoro nie możemy tu zostać, nie powinniśmy tracić czasu - zarządził Edge, a Thebesi skwapliwie pokiwała głową. Dwaj pozostali zgodzili się z ociąganiem - nie wyglądali na przekonanych.
- Wciąż przed nami zabicie demona - pocieszył zielonego kumpla Quetharis.
- Bo akurat na to pozwolimy - Disandriel zdecydowanym ruchem chwyciła mnie pod rękę i odciągnęła od tamtej gromadki. No proszę, kto by pomyślał, że tak się zatroszczy?...
- Jak zamierzacie wyjść z tego snu, jeśli to faktycznie sen? - zdążyłam jeszcze zapytać, na co Edge spojrzał na mnie z ironią.
- Tak samo, jak przyszliśmy - wyjaśnił, jakby to było oczywiste.

Po niepozbawionym zawirowań wyjściu z ratusza rozdzieliliśmy się i nasi nowi znajomi udali się w swoją stronę. Ciekawość nie przestała mnie zżerać, ale mówi się trudno. Ponieważ nie mieliśmy lepszego pomysłu, jakoś przemknęliśmy z powrotem do gospody, która nadal wyglądała zupełnie zwyczajnie, i poszliśmy spać. Co nie było łatwe po takich przeżyciach. Jakoś jednak resztę nocy spędziliśmy spokojnie, a rano wstaliśmy rześcy i radośni jak skowronki - oprócz Disandriel, która długo nie pozwalała otworzyć drzwi do swojego pokoju, zanim się nie ogarnęła.
Oczywiście pytaliśmy gospodynię, jak się jej mieszka w mieście, które śni koszmary. To znaczy, Cuan spytał. Wcale go nie podpuściłam - nie musiałam.
- My tu co noc śpimy kamiennym snem - wzruszyła ramionami i ziewnęła. - Nic nam się nie śni.
Czwórki poszukiwaczy przygód już nie spotkaliśmy i nawet nie wiem, czy mieli tyle szczęścia, co my.

*

Nie wiem, jak tutaj płynie czas w stosunku do znanych mi światów... Nie wiedziałam tego również podczas pobytu w świecie Nemhathir, ale gdy go opuszczaliśmy, księżyc był w nowiu. Tymczasem teraz wisi nad miasteczkiem w postaci wielkiej białej kuli z czerwonymi szczelinami tu i ówdzie - wyglądają jak żyłki i tylko czekam, aż księżyc obróci się i na nas łypnie (Przymrużył jedno ślipie, a drugim groźnie łypie...).
A przed udaniem się na spoczynek narzekałam, że niebo zasnuwają gęste chmury i nie widać gwiazd! I proszę, mam teraz za swoje!
Nie żebym teraz dostrzegała jakieś gwiazdy, nie...
A skąd nagle jakieś miasteczko w tym zapisku? Cóż, doszliśmy do niego ścieżką, którą ignorowało drzewo kompasowe. Okazała się zaskakująco długa i zawiła, ale doprowadziła nas w miejsce... cokolwiek interesujące, a na to właśnie miałam nadzieję.
Zjawiliśmy się tam wieczorem, kiedy zbierało się na deszcz i wokół panowała senna atmosfera, toteż niewielu ludzi snuło się ulicami. Cuan zapytał kogoś o najbliższą gospodę i dowiedział się, że w ogóle jest tylko jedna, i to wcale nie tak blisko, więc nasza przechadzka się przedłużyła. Rozejrzeliśmy się trochę po drodze - ot, zwyczajne senne miasteczko, trochę bezbarwne, choć może przyczyniły się do tego szare chmury. Disandriel fukała, że marnujemy tu tylko czas, ale widać było po niej zmęczenie, a może wpływ atmosfery tego miejsca - przy wejściu do gospody ziewała już szeroko.
Wnętrze okazało się niespodziewanie kolorowe, ale jeszcze bardziej puste i ciche niż reszta miasta. Przyjęła nas właścicielka (?) o sennym uśmiechu, ubrana w białą suknię i czepek, w których wyglądała, jakbyśmy ją wyrwali z łóżka. Nie miała nic przeciwko zapłacie klejnotami i goszczeniu użytkowników magii (o demonach na wszelki wypadek nie było mowy) i zaproponowała kolację, którą jednak sobie darowaliśmy. Na co nasza gospodyni zareagowała trochę mniej sennym uśmiechem i trochę bardziej przenikliwym spojrzeniem, ale nie poświęciłam temu tyle uwagi, ile może powinnam...
Obudził mnie blask wspomnianego wyżej księżyca i uczucie, że moi towarzysze podróży oddalili się ciut za bardzo. Tylko po co i dlaczego w środku nocy? Na te pytania częściowo sama sobie odpowiedziałam po wyjściu na zewnątrz - z ciekawości. Chociaż zaraz, może to był m ó j powód?
Jeśli za dnia miasteczko było przesiąkniete senną atmosferą, to teraz jest ona jak z koszmaru... No dobrze, budynki w żywych i fosforyzujących barwach mogłyby sprawiać całkiem wesołe wrażenie. Gdzie indziej. I kiedy indziej. Bo w tym wypadku przywodzą mi na myśl paradę klaunów, ale takich potwornych, zjadających dzieci. Okna budynków są jak czarne dziury, a pozbawione drzwi wejścia zieją wściekle czerwoną pustką. Jak rozdziawione paszcze albo portale do piekła. Sama przez żadne nie przechodziłam (wyjście z gospody wyglądało zupełnie zwyczajnie), za to miałam okazję zobaczyć wychodzące z nich groteskowe stwory. Niektóre przypominają ludzi, a w każdym razie mają w sobie jakąś sugestię człowieczeństwa, ale spotkałam też coś w rodzaju stojaka na kapelusze (taaakiego wysokiego!) oraz wielkie lustro na sześciu lalczynych nogach, które odbijało mnie - obecną mnie, a nie tę paskudę, co zwykle. Udało mi się je zgubić, ale po nich przyszły inne, bardziej natrętne. Na szczęście magiczny miecz na nie działa... Poniekąd. Nie giną ani nie znikają, a jedynie rozpuszczają się w czarną maź i odpełzają tam, skąd przyszły.
A teraz, jak to ja, kulę się w kącie i spisuję swoje wrażenia, zamiast szukać Cuana i Disandriel.
Ale wciąż ich wyczuwam i nie będzie trudno ich znaleźć.

*

Z Kelthaki powrócili zwiadowcy; z ich raportu wynika, że w mieście panuje zamęt. Książęcy pałac jest mocno przysmażony, kolczaste zbroje poprzetrącały gnaty większości żołnierzy i części magów, zanim wyczerpała się ożywiająca je moc, a z samego Boudeina pozostała tylko głowa, malowniczo umieszczona na czubku posągu na dziedzińcu (jakby już wcześniej nie wyglądał paskudnie). Najgrożniejsza po nim (jeśli nie wręcz p r z e d nim) osoba, czyli jego elfia metresa, przepadła bez wieści - może porwał ją demon, a może zabrała swoje lilijki i uciekła, nie zważając na nic.
Nemhathir wysłuchała raportu, pokiwała z zadowoleniem głową i orzekła, że w takim razie pora wrócić do miasta i zaprowadzić tam porządek, ale nie oznacza to zaprzestania pracy nad odbudową ruin.
Najpierw jednak przeszła do tego, co uważała za priorytet - do wyprawienia nas w drogę.
Disandriel oprócz pierścienia tajemniczej Damy dostała małą flaszeczkę z podejrzanie zielonym płynem, a Cuan - niewielką skrzynkę z narzędziami (oba dary zdawały się cieszyć ich bardziej niż wyprawa); poza tym przytroczył do pasa miecz, który nie rdzewieje ani się nie tępi, by później przekazać go trzeciemu z bohaterów. Oczywiście czarodziejka nie kryła rozżalenia, że to nie jej dostała się broń, bo jeśli po drodze rzucę urok na Cuana, to przecież o n a będzie musiała ze mną walczyć. A sukkub z własnym mieczem to już w ogóle dopust boży! Mam wrażenie, że powoduje nią bardziej niechęć do konkurencji niż troska - jako utalentowana iluzjonistka nie życzy sobie, by ktoś oprócz niej mieszał ludziom w głowach.
Ciekawe, czy miecz i skrzynka są, podobnie jak pierścień, spuścizną po poprzedniej serii bohaterów. Na ile poznałam Nemhathir, nie zdziwiłoby mnie to.
Ja nie zostałam w nic zaopatrzona, sama niejako będąc darem dla bohaterów (uch!), ale zatrzymałam zdobyczne berło z perłami, tak na wszelki wypadek.
A później zażyczyli sobie, żebym ich poprowadziła, więc na chybił-trafił otworzyłam pod nami portal. Szanowni pasażerowie, proszę zapiąć pasy, przed nami nieznane...

Ha! A to ci nieznane - wokół tylko łąki, tu i ówdzie drzewko, a w oddali las i wzgórza. Wylądowaliśmy na drodze prowadzącej właśnie w stronę jednego z takich wzgórz. Nie wyglądało to na Szare Światy, ale umówmy się, nawet gdybym wiedziała, jak do nich wejść, i tak nie zrobiłabym tego z własnej woli.
Disandriel prychnęła pogardliwie, jakby tego się właśnie spodziewała, po czym skierowała się do drzewa rosnącego na drugim końcu drogi. Najwyższego i zupełnie pozbawionego liści. Skierowała się, dodam, nagle rozpromieniona. I biegiem.
- Jakiś interes masz do tego drzewa? - roześmiał się Cuan, gdy już ją dopędziliśmy i okazało się, że od drzewa odchodzi jeszcze kilka ścieżek w różnych kierunkach. - Nie wiszą na nim klatki z opętanymi, nikogo nie spytasz o drogę.
- Gdzieś ty się zetknął z takim makabrycznym pomysłem? - wzdrygnęła się Disandriel. - To drzewo kompasowe, nie trzeba nic na nim wieszać. Samo wskaże  nam właściwy kierunek.
- Skąd wiesz? Nigdy dotąd takiego nie widziałem, a byłem już w wielu miejscach.
- Ja widziałam... Raz - czarodziejka uniosła głowę, krzywiąc się. - Ale tamto pokazało mi jeden konkretny kierunek, kiedy do niego podeszłam.
Po jej słowach my też spojrzeliśmy w górę - choć nie było wiatru, gałęzie wyginały się to w jedną stronę, to w drugą... Te grubsze i mocniejsze też.
- Może to dlatego, że przyszliśmy tu we troje? - zapytał Cuan elfkę. Ja tymczasem wybrałam się na spacer dokoła drzewa, wciąż przyglądając się gałęziom. - Może każde z nas powinno iść w innym kierunku?
- Nie możemy się rozdzielić, póki jesteśmy związani z sukkubem - na te słowa po prostu nie mogłam powstrzymać wrednego uśmiechu. - Można by wejść na drzewo albo podlecieć i rozejrzeć się z góry, ale czy dzięki temu dowiemy się, który kierunek jest właściwy?
- Ha... Ewentualnie mógłbym ściąć to drzewo i zbudować z niego powóz, żeby zawiózł nas tam, gdzie trzeba, ale nie mamy do niego zaprzęgu...
- Nie musicie się dłużej zastanawiać - przerwałam, podchodząc do nich. - Znalazłam jedną drogę, którą możemy pójść.
- A niby jak ją wybrałaś spośród tylu możliwych? - spytała podejrzliwie Disandriel. - Wyliczanką?
- A właśnie, że jest jedna, która różni się od pozostałych. Przyjrzyjcie się dobrze gałęziom.
Przyjrzeli się dobrze. I zrozumieli.
- Ścieżka, na której wylądowaliśmy?...
- Ani mi się śni! Mam iść w kierunku, którego żadna z gałęzi n i e pokazuje? To najbardziej podejrzany ze wszystkich twoich pomysłów! - fuknęła czarodziejka, jakbym do tej pory sypała podejrzanymi pomysłami jak z rękawa.
- Nie ma sprawy - zamachałam rękami. - Po prostu myślałam, że skoro mam was prowadzić, to dacie się prowadzić. Chyba że twój pierścień?...
- Właśnie, w końcu Nem mówiła, że on nam wskaże drogę.
- Tak, ale jak działa, tego już nie potrafiła powiedzieć. Pewnie uznała, że jako koleżanka po fachu Damy będę go używać instynktownie, ale - niespodzianka! - nie ma tak łatwo! Muszę go porządnie zbadać, zanim będzie z niego jakiś pożytek.
- Czyli równie dobrze możemy przynajmniej zobaczyć, co jest za tym wzgórzem - zdecydował Cuan. - Jeśli coś... podejrzanego, wtedy dopiero będziemy się martwić.

*

Wcześniej zapomniałam chyba nadmienić, że z rozpędu zabrałam ze sobą to berło z komnaty z demonem. Wygląda podejrzanie znajomo - zwieńczone taką czarną kulą z siedmioma perłami. Co prawda perły mienią się błękitem, a nie złotem, ale i tak chętnie zawiozłabym je do Dekilonii albo do Terionu, albo do Seiô'Amy i pokazała tamtejszym królowym. Może jeszcze będzie okazja, tylko niech najpierw dadzą mi stąd odejść.

A skoro już mowa o zabranych z Kelthaki fantach...
- Proszę, przyniosłam ci tę twoją pamiątkę - Disandriel z westchnieniem wręczyła Nemhathir niewielki przedmiot. Ta jednak go nie przyjęła, tylko zacisnęła na nim palce elfki:
- Nie, nie. Od teraz to jest w a s z a pamiątka. To nie ja będę jej potrzebować.
Rozmawiały w komnacie kapłanki; czekała na powrót i raport zwiadowców, ale wyglądało na to, że spodziewała się też tej rozmowy. Może nawet bardziej. Cuan wyszedł cieszyć się dniem, który wreszcie wyglądał jak dzień, a ja przyszłam podsłuchiwać, po części z nudów, ale nie tylko. O ile większość mieszkańców kotliny gotowa była urządzić wielkie święto pod gołym niebem, o tyle ja tęskniłam za ciemnymi okularami. Jasne, to już późna jesień, a nie lato, ale na niebie ani chmurki, a ja odwykłam.
Disandriel uniosła zdobyczny pierścień w dwóch palcach, jakby niechętna samemu dotykaniu go. Nie wyglądał szczególnie imponująco - cały zaśniedziały i bez oczka, które wypadło na oko sto lat temu.
- Jesteś pewna, że to nie pomyłka? - zapytała.
- Absolutnie - Nemhathir skinęła głową, a na jej twarzy malował się zachwyt. - Sama  jestem za młoda, by pamiętać Damę, ale mój starszy brat zaklinał się, że to jedyna rzecz, jaką przywiozła z Szarych Światów. Ten pierścień was poprowadzi.
- Myślałam, że ona - elfka wskazała moją bardzo zdezorientowaną osobę. - Zresztą nie pytałam tylko o pierścień, ale... ogólnie. Skąd ta pewność, że to o nas chodzi?
- Ponieważ znam się na swoim fachu i zawsze dobrze odczytuję znaki.
- Ale nadal jest nas tylko dwoje. Jeśli nawet jestem mistrzynią tworzenia, a Cuan ścigającym własne miraże - zauważyłam, że te słowa wywołały krzywy uśmiech kapłanki, tylko na moment - to gdzie jest wojownik? To wszystko jakaś parodia...
- Poprzedni wędrowcy także nie zaczynali od razu we troje - Nemhathir mówiła powoli i cierpliwie, jak do dziecka. - Mistrz tworzenia dołączył do nich na ostatku.
- Ale oni nie mieli ze sobą żadnego demona.
- Nie. Nie byli skłonni żadnemu zaufać i dlatego właśnie nie dotarli do samego końca.
Disnadriel prychnęła tylko i odmaszerowała, ściskając w dłoni pierścień tak mocno, jakby chciała go zgnieść.
Ja zaś jeszcze nie wyniosłam się z komnaty i przez chwilę przyglądałam się jak Nemhathir zapala jakieś kadzidełka, szepcząc coś do siebie. Przyglądałam się i próbowałam rozszyfrować tę rozmowę.
- Wyzwolenie miasta spod jarzma księcia nigdy nie było twoim celem - odezwałam się wreszcie.
Kapłanka drgnęła z zaskoczeniem; chyba zapomniała o mojej obecności.
- Skąd ten pomysł? - spytała nie odwracając się. - Kelthaca to kolebka mojego ludu. Jak mogłabym ją tak zostawić?
- Bardziej przejęłaś się pierścieniem. I nie zmartwiło cię, że nie walczyłam z demonem - przypomniałam. - Ale do Szarych Światów się nie wybieram.
- Oczywiście, że tak.
- Oczywiście, do diabła, że nie! Bo poszłam tam raz i rozsypałam się na strzępy, i nie zamierzam tego powtarzać!
- Znajdziesz sposób - Nemhathir wzruszyła ramionami. - Albo oni go znajdą. Gdyby ta podróż nie była ci pisana, nie zdołałabym przywołać właśnie ciebie.
- Nie biorę udziału w żadnych legendach ani przepowiedniach - warknęłam. - Najwyżej je spisuję. A tego akurat spisywać nie chcę.
Nareszcie odwróciła się twarzą do mnie i uważnie spojrzała mi w oczy, myśląc, oceniając. Aż wreszcie zaczęła cicho nucić znajomą mi melodię, do której dołączyły słowa:
Tak długo, długo pod ich gwiazdami
Nikogo nie było
Z duszą równie jasną
I z marzeniami
By noc otulić dniem
Wypełnić przestrzeń
By życie się nie stało snem
Powiedzieli, że łatwo
Przy sprzyjającym wietrze
Odnajdzie drogę swą
Pomiędzy światami
Niczym pieśń
Co nawet gwiazdy rozkołysze
...
...I nie wiem, jaką miałam minę słuchając tej pieśni, ale Nemhathir urwała i uśmiechnęła się triumfalnie.
- A widzisz - powiedziała tylko, na co ja pokręciłam głową.
- To nie te słowa - szepnęłam, ale ona już przestała zwracać na mnie uwagę.

*

To nie w porządku włazić do trwającej opowieści tak... nawet nie kuchennymi drzwiami. Oknem. Szczeliną w ścianie. A potem zabrać co potrzeba i wynieść się możliwie cicho, zostawiając co najmniej taki sam, jeśli nie większy, bałagan. Niby podczas ostatniej podróży było podobnie, ale teraz czuję się zupełnie nie na miejscu. Może dlatego, że to już druga taka sytuacja z rzędu albo dlatego, że nie mam nad nią żadnej kontroli. Choćbym potem miała zostać pociągnięta do odpowiedzialności za konsekwencje, wolałabym jednak wiedzieć, co robię.

Zanim przenieśliśmy się do Kelthaki, Nemhathir utkała dla nas błogosławieństwo dające odporność na rany, Disandriel zaś trzymała dodatkowo w pogotowiu zaklęcie niewidzialności. Równocześnie twierdziła, że nie musimy obawiać się magów, póki nie wejdziemy do ich kwater; zresztą o tej porze i tak powinni spać. Zanim Boudein kazał swojemu demonowi zakryć słońce, zwykli odprawiać swe magiczne rytuały głównie wieczorami i nocą, ale teraz między porami doby praktycznie nie ma różnicy, prawda?...
Zresztą i tak wszystko od początku szło inaczej, niż moi państwo planowali. Zażyczyli sobie, abym przeniosła ich w pobliże jednego z tych tajnych przejść pod ziemią i... owszem, wylądowaliśmy w pobliżu, tyle że nie w samym mieście. Dokładniej mówiąc, pod miastem. W podziemnym korytarzu, który raczej nie powstał naturalnie... i był tu zanim jeszcze zbudowano miasto. Tak przynajmniej twierdził Cuan, a gdy - przy świetle wyczarowanym przez Disandriel - rozwinął zabraną ze sobą mapę, byłam skłonna mu uwierzyć. Mapa została nakreślona na pergaminie tak starym, że bałam się go dotknąć, by się nie rozpadł, i bardzo słabo widoczna. Sama w sobie stanowiła ważny relikt przeszłości, tymczasem tu i tam widniały - o wiele wyraźniejsze - notatki wykonane wcześniej przez Cuana. Musiał się spodziewać, że tu trafimy, choć właściwy plan miasta również wziął ze sobą.
- Jesteśmy tutaj - wskazał palcem korytarz kończący się z jednej strony "zablokowanym wejściem", a z drugiej wychodzący na jakąś rozległą przestrzeń. - Nic tu nie zdziałamy, trzeba będzie przejść na drugą stronę kopalni.
- Skąd ta pewność? - zirytowała się Disandriel; wyraźnie nie czuła się tu swobodnie. - I jak w ogóle odróżniłeś ten korytarz od innych, skoro na mapie wszystkie wyglądają tak samo?
- Tylko wyglądają. Widzisz? - wyciągnął z kieszeni jakiś płaski czarny kamień i pokazał nam. - Wcale nie reaguje. A to właściwe wejście jest magicznie chronione i będzie dla nas wyczuwalne.
- Jeśli jest wyczuwalne, tutejsi magowie mogli je już dawno odnaleźć i zniszczyć albo obstawić strażą...? - wtrąciłam niepewnie.
- Raczej nie - Cuan pokręcił głową. - To magia ludu Nem, który mieszkał tu zanim przyszły elfy, a potem ludzie. Bez tego kamyka jest dla nas niewyczuwalna.
- I byłaby niewyczuwalna nawet gdybyśmy wleźli prosto w magiczną pułapkę. Nawet nie wiedzielibyśmy, co nas trafiło - dodała Disandriel. - A ty oczywiście musisz nosić tak ważny przedmiot w kieszni, skąd w każdej chwili może wypaść!
- O to się nie bój - uśmiech Cuana był zaraźliwy, ale niespecjalnie ją pocieszył. - Straże powinny być tylko w okolicach więzienia, zresztą mamy czar niewidzialności.
- A kto go będzie rzucał, hmm? - gderała elfka, ale poszła za nim prędziutko, gdy prowadził nas w kierunku, który uważał za właściwy. A po znalezieniu się w rozległej jaskini, którą widzieliśmy wcześniej na mapie, obie po prostu musiałyśmy złapać go pod ręce... Nie wiem czy Disandriel bała się ewentualnego upadku, czy tylko chciała w ten sposób chronić kolegę przed sukkubem, ale mnie naprawdę ściskało w gardle. Kamienne podłoże, po którym szliśmy, było podziurawione jak ser, a wszystkie te dziury wydawały się nie mieć dna. Otaczały je dziwne, robiące dość przytłaczające wrażenie maszyny z przeżartego rdzą metalu; cokolwiek wydobywano przy ich pomocy, nie było chyba takie ważne, skoro tak ewidentnie nie dbano o sprzęt. Według słów Cuana obsługą owego sprzętu zajmowali się więźniowie z pobliskich lochów, do których wrota zamknięte były na mnóstwo zamków i rygli. Jeśli faktycznie strzegła ich jakaś straż, to tylko od wewnątrz - całe szczęście, bo nie musieliśmy się ukrywać, póki nie nadejdzie pora rozpoczęcia pracy.
- Tu się zaczyna moje zadanie - Cuan podprowadził nas do wylotu innego tunelu. Zauważyłam, że kamień lekko wibrował w jego dłoni - a może było to tylko złudzenie, wywołane drgającym światłem Disandriel?
- Potrzebny ci ten sukkub czy poradzisz sobie sam? - zapytała rzeczowo czarodziejka.
- Raczej sam, ale niewidzialność mi się przyda.
- Dobrze. W takim razie pokaż nam drogę na powierzchnię. Spłatamy parę figli magom Boudeina.
- Proszę bardzo - Cuan wskazał nam na mapie długi, rozgałęziający się korytarz. - Idźcie ciągle środkową drogą, nie zbaczajcie z niej, bo dalej mogą już być potwory.
- Czemu mamy się bać potworów, skoro sukkub ma miecz? - Disandriel parsknęła złośliwym śmiechem, po czym rzuciła zaklęcie niewidzialności i odmaszerowała. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko pomachać pustej przestrzeni na pożegnanie i podreptać za elfką.
Droga okazała się długa i, mimo ostrzeżeń, nudna. Aż wreszcie doszłyśmy do... ściany. Żadnych drzwi, żadnych strażników, którym można zrobić kuku, żadnych zaklęć ochro... A nie, zaraz. Disandriel spróbowała dotkąć ściany, ale jej ręka przeniknęła na drugą stronę, jak przez powietrze.
- Iluzja. Zwykła iluzja - prychnęła elfka. - Też coś, spodziewałam się po tych magach czegoś bardziej zaawansowanego.
- Po co im w ogóle zejście do podziemi? - zastanawiałam się na głos.
- Może na wypadek, gdyby jakiś więzień spróbował ucieczki? - wzruszyła ramionami. - Miałby do wyboru przejście do magów albo do garnizonu, obie możliwości dość niefortunne. A może w kopalni wydobywa się jakieś magiczne minerały... Aż szkoda, że nie będę miała okazji sprawdzić.
Wytknęła głowę za iluzję ściany, co wyglądało ździebko makabrycznie.
- Horyzont czysty - usłyszałam - ale i tak przyda nam się mały kamuflaż.
Powiedziawszy to utkała dla nas zaklęcia. Musiałam uwierzyć jej na słowo, że jestem niewidzialna, bowiem sama siebie wciąż widziałam na tyle dobrze, na ile pozwalał półmrok. Disandriel tymczasem zmieniła wygląd na młodszy i o wiele bardziej ludzki, i przyoblekła się w workowatą brązową szatę. Skoro miała buszować po kwaterach magów, zamierzała uchodzić za uczennicę.
W końcu przeszłyśmy na drugą stronę i trafiłyśmy na schody w górę. Były wąskie i strome, dokładnie takie, jakich boję się najbardziej, za to ściany okazały się... hm, miękkie i ciepłe, i na poły spodziewałam się, że pod moim dotykiem wklęsną, choć nic takiego się nie stało. A potem koniec wspinaczki - i drzwi, za którymi była wolność.
- Jaka wolność? - Disandriel popukała się w czoło. - Wyższe piętra czekają, nie waż się uciekać!
Ale skoro już dostałyśmy się do miasta, miałam chyba prawo obejrzeć przynajmniej pałac książęcy, prawda? Zwłaszcza, że znajdował się naprzeciwko siedziby magów, po drugiej stronie placu, na środku którego stał jakiś koszmarny posąg. I na pewno było tam jakieś kuchenne wejście, z którego mogłam skorzystać. Wyjaśniłam to czarodziejce, dodając, że przecież znajdziemy się nawzajem dzięki geas, i czym prędzej pobiegłam. Nie zatrzymywała mnie, nie chcąc zwracać niczyjej uwagi, przynajmniej na razie. I dobrze, mnie też należało się coś od życia, a ona niech się pomartwi.

Kuchenne wejście było, na szczęście nie zamknięte na klucz, dzięki czemu mogłam się wślizgnąć do środka, udając podmuch wiatru. A potem rozejrzeć się po pałacu, w miarę niesłyszalnie.
Nawet jeśli panowała noc, spodziewałam się wartowników, tymczasem nie było nikogo... a przynajmniej nikogo żywego. Rozstawione po korytarzach kolczaste zbroje z rogatymi hełmami - każda trzymała po wielkim mieczu, zębatym jak piła - emanowały pulsującym czerwonawym blaskiem. Nie reagowały jednak na mnie... OK, byłam niewidzialna, ale przecież spacerowałam po pałacu opleciona zaklęciem. Skoro księciunio był takim paranoikiem i miał gromadkę magów w zasięgu ręki, dlaczego nie kazał poinstalować żadnych wykrywaczy obcych czarów?... Chyba że zbroje były dziełem demona. I że ów demon był albo mało przewidujący, albo równie mało posłuszny.
W pewnym momencie moją uwagę przyciągnęły głosy dochodzące zza ściany. Dość przytłumione - jakiś jegomość przemawiał gniewnie, ale słabo rozróżniałam słowa. Obstawiałam, że kogoś karze albo przesłuchuje, bowiem jego mowę przerywały krzyki - najpierw złości, potem lęku, wreszcie cierpienia. Jak długo tam stałam? Gdybym była panią własnego losu, weszłabym do tamtej komnaty i przerwała cokolwiek się w niej działo... I może właśnie to powinnam była zrobić. Tymczasem jednak krzyki ucichły i rozbrzmiał perlisty kobiecy śmiech, przerwany jednym ostrym słowem przez rozgniewanego oprawcę. Następnie drzwi otworzyły się i dwaj uzbrojeni po zęby gwardziści wywlekli na zewnątrz ciało obleczone w bardziej elegancką wersję szaty Disandriel. Ergo, skazaniec musiał być magiem. Nieudolnym raczej, skoro dał się tak pognębić. Czy jego książęca mość zaczął już eliminować własnych podwładnych?... Przyczaiłam się przy najbliższej jaśniejącej zbroi, żeby się z kimś nie zderzyć, i słuchałam.
- Czy to na pewno był dobry pomysł? - tym razem oprawca odezwał się jakby niepewnie, odczekawszy aż jego straż odejdzie. Wyszedł na korytarz, zwracając się do kogoś jeszcze niewidocznego. - Może trzeba było pozwolić demonowi uwarunkować tego żałosnego łajdaka, wyprać mu mózg...
- Demon nie jest od tego, by dawać ci rady, najdroższy - odpowiedziała czarnowłosa elfka, która wcześniej się śmiała. Stanęła blisko niego i zaklęciem zapaliła trzymaną w dłoni lampę. - Ma okazywać ci posłuszeństwo i spełniać rozkazy. Nie chcesz chyba, by próbował cię przechytrzyć tak, jak tamten podżegacz? Jego los będzie przestrogą dla innych.
- A twoje rady? Czy są szczere? - mężczyzna, który musiał być Boudeinem, spróbował chwycić jej rękę, ale odsunęła się z wdziękiem, unikając jego dotyku. - Czy mam wierzyć, że ty jedna nie spiskujesz przeciwko mnie?
Elfka (czy nie wyglądała znajomo?) uniosła lampę i zobaczyłam, że przewraca oczami, śmiejąc się cicho; być może słyszała to pytanie regularnie. Książę patrzył na nią bez prawdziwej niechęci, za to z żarem w oczach - a może to tylko światło lampy? Niestary jeszcze, ale białowłosy i białobrody, nosił błękitno-złocisty strój i gruby łańcuch z medalionem; tymczasem jego towarzyszka miała na sobie obcisłą czarną suknię i żadnej biżuterii.
- Zdejmij tylko ten medalion, mój panie, a przekonasz się, jak o ciebie dbam - szepnęła zalotnie i udała się w przeciwną stronę niż gwardziści. Boudein poszedł za nią, ale, zaintrygowana, zdążyłam jeszcze rzucić okiem na rzeczony medalion. I albo podświadomość podsuwała mi to, czego się spodziewałam, albo miał kształt lilijki...
Dobra, nie ma co dłużej marnować czasu - kto wie, kiedy Disandriel albo Cuan zawoła mnie z powrotem? Cicho weszłam do komnaty, na środku której wyrysowano krąg z... nie, nie z pentagramem, ale z innym tajemnym symbolem, nie znanym mi. A w kręgu, otoczona radośnie różowym polem siłowym, stała groźna postać prosto z klasyki gatunku. Postać w pancerzu - jeśli był to faktycznie pancerz, a nie ciało - przypominającym te z korytarzy, tyle że większym i najeżonym nie tylko kolcami, ale i sporymi ostrzami. I w hełmie, który odsłaniał tylko jarzące się ślepia. Wpatrzone we mnie, dodam. Śledzące każdy mój ruch, kiedy obchodziłam komnatę wkoło. I mimo że ewidentnie  nie miał problemu z przejrzeniem iluzji, nie odezwał się ani nie podniósł alarmu. Czekał?...
Czułam się trochę nieswojo, ale bez słowa kontynuowałam oględziny komnaty. Poza magiczną klatką z demonem zawierała głównie półki - zarówno z księgami, jak i z tajemniczymi artefaktami. Oczywiście zawsze istniała możliwość, że to zwykłe bibeloty przywiezione z wakacji, ale i tak spodziewałam się, że Disandriel będzie żałować nieodwiedzenia tego miejsca. Ja na pewno nie żałowałam, bowiem na jednej z półek... Ooo, tym razem wyobraźnia na pewno nie płatała mi figli! Kula z brązu z wygrawerowaną lilijką! Nemhathir na pewno chętnie by ją przeanalizowała jako element taktyki wroga, ale ja z pewnością nie zamierzałam brać tego draństwa do ręki. Nie zapomniałam, co w podobnych okolicznościach spotkało Shyama. Pozostawało więc jedno wyjście (oprócz pozostawienia kuli na swoim miejscu, czego robić nie zamierzałam). Rozejrzałam się w poszukiwaniu czegoś o odpowiednim kształcie i po chwili trafiłam na wysadzane perłami berło, które nie zrobiło niczego podejrzanego po znalezieniu się w moich rękach. No, kiedy lekko trąciłam nim kulę, wywołało niewielkie wyładowanie, które odrzuciło mnie na ścianę, ale to tyle. Grunt, że kula spadła z hukiem i grzecznie poturlała się w stronę demona, zatrzymując się na linii kręgu. Różowiutka (jakoś nie mogę się pogodzić z tym kolorem) osłona jej nie zatrzymała. Powinno to dać demonowi do myślenia, ale oczywiście dalej stał jak słup. Jego strata. Nie miałam ochoty na ewentualną walkę z nim, ale też nie podobało mi się, że jest uwięziony i nawet bardziej ubezwłasnowolniony niż ja (choć pewnie był w jakimś stopniu zdolny do używania mocy, inaczej nie zdałby się na nic Boudeinowi). No nic, zrobiłam co mogłam, nadeszła pora wyjść z pałacu i znaleźć Disandriel...
...Na którą wpadłam na placu, ściganą przez alarm.
Z początku nie podejrzewałam, że to właśnie alarm, bo przypominał zegarowe kuranty; zwielokrotniony i słyszalny wszędzie, ale melodyjny i raczej uspokajający niż stawiający na baczność. Wywołał jednak poruszenie - młodzi ludzie w uczniowskich szatach wylegli na plac - i sprowadził strażników zakutych w potężne płytowe zbroje. Trzymali w pogotowiu miecze i halabardy, ale ponieważ nas nie widzieli, jęli wypytywać najbliżej stojących chłopców i dziewczęta. Rzekłabym, że wręcz przesłuchiwać, bo chociaż nie słyszałam słów, tamci wystraszyli się jeszcze bardziej niż kiedy usłyszeli alarm i protestowali z gorączkową gestykulacją. Słyszałam jak Disandriel chichocze cicho.
- Lepiej się gdzieś schowaj - poradziłam jej szeptem - zanim dojdą do ciebie i odkryją źródło tego alarmu.
- Nie wiadomo, czy zareagował konkretnie na mnie, czy na użycie magii samo w sobie - zaprotestowała. - Zresztą nieważne. Ja swoje zadanie wykonałam, przerzuć nas do Cuana.
Tak więc przeskoczyłyśmy z do Cuana, który zdążył już otworzyć podziemne przejście i wynudzić się porządnie, a później z powrotem do kotliny. Nie budziliśmy Nemhathir - każde z nas za bardzo tęskniło za snem.

A rankiem, jak przystało na tę porę doby, wzeszło słońce.

*

Zwróciłam uwagę, że pomieszkiwanie w górskich jaskiniach zdarza mi się nadzwyczaj często. Może mój wewnętrzny shael'leth do nich lgnie? Nawet jeśli smoki nie przebierają swoich siedzib za ludzkie - mniej więcej - miasta, to i tak otoczenie przywodzi mi na myśl góy, w jakich mieszka gromada Caranilli albo Ka'Shet. Pewnego dnia być może (brońcie bogowie!) wrócę do domu, rozejrzę się z niesmakiem i zapytam samą siebie, co właściwie robię w takim dziwnym miejscu.

- Nie da rady - pokręciłam głową, powtarzając po raz czwarty to, czego żadna ze stojących przede mną osób nie chciała przyjąc do wiadomości. Disandriel patrzyła na mnie podejrzliwie, tylko czekając, aż ujawnię swój podstęp (oczywiście niczego takiego nie uknułam), Cuan nie wydawał się specjalnie zaskoczony, w przeciwieństwie do Nemhathir, zawiedzionej niepowodzeniem eksperymentu, w którym przed chwilą wzięła udział. A przynajmniej chciała wziąć, tymczasem nawet przeskoczenie z jej komnaty do mojej sypialni okazało się niemożliwe.
- To przecież nie ma sensu - po raz pierwszy, odkąd ją spotkałam, jej głos lekko stracił na władczości. - Skoro stoję tuż przy was, obszar portalu powinien mnie objąć, nieprawdaż? A tymczasem... Jakby mnie nie zauważał.
- Zgadzam się, że to nie ma sensu - dodała Disandriel. - Podróżowałam już portalami i nigdy nie widziałam, żeby same z siebie kogoś ignorowały. Nie są przecież rozumne... W przeciwieństwie do osoby, która je otwiera.
No, dziękuję bardzo. Może jeszcze szanowna kapłanka wskoczy mi na plecy, żeby sprawdzić, czy ją portal wpuści? Musiałam jednak przyznać, że nigdy dotąd nie zdarzyło mi się nic takiego. Do licha, po to otwieram przejście, żeby przez nie p r z e j ś ć!
- Nawet gdyby udało jej się przenieść ciebie, Nem - Cuan na szczęście przemówił głosem rozsądku - co by nam to dało? Nie stłoczysz wokół niej całego naszego wojska, nie wejdzie tak do Kelthaki. Pozostaje ten drugi sposób...
- Jeśli chcecie napaść na miasto z zaskoczenia, mogłabym to załatwić bez większych problemów - wzruszyłam ramionami. - Tylko zdejmijcie ze mnie tę smycz.
- Nie ma głupich! - Disandriel prychnęła z tą swoją wyższością. - My cię uwolnimy, a ty nam uciekniesz? Już lepiej niech Nemhathir rozszerzy geas na więcej osób.
Ten pomysł jednak zupełnie zszokował kapłankę.
- Przecież nie mogę zrobić nic takiego - spojrzała na elfkę ze zdumieniem i dodała belferskim tonem: - Ten rodzaj geas zadziała tylko na osoby, których sprawa dotyczy. Na nikogo postronnego. To już nie ode mnie zależy.
- Sprawa... - przez chwilę Disandriel wyglądała na skonfundowaną. - Ach, t a m t a sprawa - mruknęła po chwili zamyślenia, a na jej oblicze ponownie wypłynął wyraz niedowierzania. - Uwierzę, kiedy zobaczę dowód.
Powiedziawszy to wyszła z komnaty, a Cuan rozwinął przyniesiony przez siebie arkusz papieru - był wielki i przedstawiał plan całej Kelthaki - i zaczął z uwagą słuchać objaśnień Nemhathir. Nie wiedziałam jeszcze, na czym ma polegać "drugi sposób", ale wiadomo już było, że moje portale przydadzą się tylko dzierżycielom geas. Nie mogłam nimi podróżować ani samotnie, ani też z nikim innym. Moja własna moc oszalała - oto, czego się doczekałam.

Chociaż... Teraz zastanawiam się nad tym na spokojnie i dochodzę do wniosku, że nie tylko moja moc oszalała - Nemhathir też chyba nie do końca wiedziała, co robi. Nawet nie to, że ze wszystkich dostępnych demonów w światach musiała przywołać akurat mnie, ale że nałożyła zaklęcie nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Albo po prostu od początku nie planowała ataku na Boudeina przy pomocy portalu... No, na pewno nie, bo natchnęły ją dopiero plany Disandriel. Pierwotny plan jest taki, że Cuan odnajdzie jakieś sekretne przejścia pod Kelthacą i... sama nie wiem, co dalej. Nie mam być wtajemniczona, mam być posłuszna. Tylko że jeśli mam zostać wysłana do walki z demonem - tym innym demonem - to dlaczego zostałam na tę okoliczność związana z dwiema, było nie było, przypadkowymi osobami?...
Chciałabym przynajmniej mieć przy sobie mój model światów, by zlokalizować, gdzie jestem. O ile nie zmieniłam domeny. Wręcz prawie na pewno zmieniłam domenę.

Za oknem szum deszczu. Chciałabym być teraz na Krawędzi. Deszcz spotykający się z morzem, to jest dopiero muzyka.

*

Wspominałam, że nie szukałam towarzystwa Disandriel, ale to ona mnie znalazła czwartego dnia mojego pobytu tutaj - jej chyba też się specjalnie nie spieszyło. Aż do teraz.
- Widziałam, że rozmawiałaś z Cuanem - oznajmiła wyniosłym tonem, wspiąwszy się na skałę, z której obserwowałam okolicę. - I z Nemhathir.
A to ciekawe, bo ja jej wcale nie widziałam... Choć wyczuwałam w pobliżu jej obecność. Może to i lepiej, że nie dołączyła wtedy do rozmowy, bo konfrontacja z kapłanką i dodatkowo z czarodziejką byłaby przytłaczająca.
- Owszem, tłumaczyli mi co nieco - przytaknęłam, błądząc myślami, póki nie zauważyłam powracającego do ruin nocnego patrolu.
Disandriel zmierzyła podejrzliwym wzrokiem plik notatek, które trzymałam w rękach (przydałoby się je czymś pospinać), po chwili jednak również zwróciła uwagę na pnących się pod górę wojowników.
- Zamierzali podejść pod Kelthacę, a tymczasem wrócili tak szybko - mruknęła, mając na myśli tamto miasto za rzeką. Skrzyło z oddali mnóstwem barwnych świateł - gdzie ja już słyszałam o podobnie rozświetlonym mieście? A może gdzieś pisałam?...
- Jeszcze trochę, a książę Boudein zacznie wysyłać swoje oddziały tutaj - mruknęła do siebie elfka. - Tylko czy zechce zmusić nas do powrotu, czy walczyć? A jeśli jednak nie zdoła zwerbować wojsk z innych miast, co zrobi? Zrówna je z ziemią?...
- Czy to musi być plan podboju świata? To nudne - westchnęłam, na co spojrzała na mnie z oburzeniem.
- Istota taka jak ty nie zrozumie! - fuknęła. - Przecież my też nie zgadzamy się na jego plany, dlatego opuściliśmy Kelthacę! Ale co będzie, jeśli on nie przywróci słońca? Całą przyrodę trafi szlag, chyba że zgodzimy się na jego panowanie!
- Zasłonił słońce tylko po to, żeby pokazać, że potrafi - zamyśliłam się. - Żeby zastraszyć wrogów. Czy nie ma magii zdolnej to odwrócić?
- Magia to rzadki dar w tym świecie. A obecny stan rzeczy to sprawka demona, którego przywołał Bouden ze swoją świtą. Potężnego demona. - Disandriel odwróciła się zamaszyście i zaczęła schodzić z powrotem do kotliny. - A co nam wezwała Nemhathir? Śmiechu warte! - usłyszałam jeszcze i roześmiałam się sama do siebie. Najwyraźniej ta pani spodziewała się, że oczaruję całą płeć męską w ruinach, a tymczasem nawet tego jeszcze nie zrobiłam. Przyznam, że od czasu do czasu próbowałam przymilać się do tutejszego handlarza egzotycznymi ziołami, ale nie dało rady, nawet zwyczajną miętą nie chciał się podzielić!
Patrol zdążył już wrócić, wszyscy mniej lub bardziej pokiereszowani, a wokół zbierał się tłumek ciekawskich. Najgorszy widok przedstawiało sobą dwoje elfów, których miecze wyglądały na przeżarte kwasem, a także jedyny człowiek bez zbroi - za to w tunice haftowanej w mistyczne symbole - leżący bez przytomności na ziemi. Disandriel przestąpiła nad nim by najpierw zająć się tamtymi dwojgiem - okazała się naprawdę dobrą uzdrowicielką. W pobliżu stała Nemhathir i wysłuchiwała raportu białoskórego wojownika, który poniósł najmniej uszczerbku na zdrowiu.
- ...Nie ludzie księcia. Potwory - mówił. - Z każdym dniem wychodzi ich na powierzchnię coraz więcej. Jeśli wkrótcfe nie wstanie prawdziwy dzień...
- Czy zbliżają się do nas? - zapytała konkretnie kapłanka. Wciąż nazywam ją kapłanką, gdy tymczasem coraz bardziej wygląda mi na dowódcę armii, ale cóż.
- Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że zmierzają pod Kelthacę - pokręcił głową białoskóry. - Całkiem jakby przyciągała je ciemna moc, która tam zapanowała.
- Ciekawe, w jakim sensie je przyciąga - usłyszałam tuż obok znajomy głos. Najwyraźniej Cuan dołączył do grupy ciekawskich prosto z miejsca pracy, skoro za uchem miał zatknięty ołówek. - Czy Boudein uzna je za sprzymierzeńców? Czy kolejnych wrogów?
- Może oswoi je demoniczną mocą - Disandriel słuchała uważnie, choć zajmowała się już uzdrawianiem rannego czarodzieja. Ten zaś odzyskał przytomność i bardzo starał się nie zwracać na nią uwagi.
- Kolejnych? To brzmi, jakby wszystkich wkoło uważał za wrogów - wtrąciłam.
- Bo tak jest - rzuciła elfka. - Z tego, co wiem, zawsze miał tendencje do paranoi, ale odkąd przywołał demona, odbiło mu całkowicie. Nie ufa już nikomu.
- Ależ ufa, ufa - uzdrowiony mag podniósł się ciężko z ziemi, obrzucając ją drwiącym spojrzeniem. - Oszałamiającej damie u swego boku. Czy i ona nie jest przypadkiem z twojej rasy? - Po tych słowach odszedł dość chwiejnie, nie poświęcając uwagi nikomu i niczemu więcej. Tylko Nemhathir obejrzała się za nim z niezadowoleniem, ale na razie dała spokój.
- Nie ma za co, Amalassan, oczywiście, że to nic takiego, wiedziałam, że z twoimi zaklęciami  bojowymi nic ci nie podskoczy - powiedziała Disandriel w przestrzeń słodkim głosikiem. Cuan parsknął śmiechem, a po nim kilku żołnierzy z patrolu. Spróbowała na nich swego wyniosłego spojrzenia, ale chyba nie wzbudzała takiego respektu jak kapłanka.
- Ty nie miałaś ochoty wybrać się powalczyć? - zapytałam z zaciekawieniem.
- Walczę tylko wtedy, kiedy nie mam wyjścia - odpowiedziała. - Nie specjalizuję sie w magii bojowej, ale może i tak potrafiłabym pokazać temu pyszałkowi... - Przerwałą znienacka, jakby tknęła ją jakaś nagła myśl, i ponieważ nie miała już kogo uzdrawiać, stała tak przez chwilę zadumana.
Tymczasem do naszego przemiłego towarzysza podszedł jeden z elfich architektów, pokazując wielką zarysowaną planszę i tłumacząc coś z przejęciem. Cuan uciszył go jednym gestem, spokojnie wyjął ołówek zza ucha i zaczął wprowadzać poprawki. Tamten skrzywił się, ale nie oponował, aż wreszcie odszedł ze zwieszoną głową.
- Głupie elfy - Disandriel zauważyła to i zachichotała jak mała dziewczynka, choć przecież mówiła o swoich współbraciach. - Za nic sobie bez ciebie nie radzą - zwróciła się do Cuana, kiedy na powrót do nas dołączył.
- Podlizują mi się tylko dlatego, że jestem protegowanym Nem - zbył lekko jej słowa. - Ale może dzięki temu uda mi się ich przekonać, że najważniejsze jest uczynienie miasta zdatnym do zamieszkania, a dopiero potem będzie czas na ozdobne dodatki.
- Zdają się uważać, że te dodatki to samo sedno - mruknęłam, przypominając sobie widziane wcześniej projekty.
- One nie przydadzą temu miejscu świętości - Cuan przewrócił oczami. - Jest tu i tak; w powietrzu, w ziemi, w skale... Dawno temu ktoś niezwykły musiał bardzo kochać to miasto.
- Pobłogosławić je albo otoczyć zaklęciem - dodała Disandriel. - Kiedy już będę miała do tego głowę, trzeba będzie załatać dziury w wiedzy historycznej.
- Nie znacie tej historii? - zdziwiłam się. - Skoro mieszkaliście tak niedaleko...
- Mieszkaliśmy przez jakiś czas, odkąd przybyliśmy do tego świata - sprecyzował Cuan, ale tym razem czarodziejka dała mu znak, żeby zamilkł.
- Najpierw przejdźmy do najpilniejszych spraw - zdecydowała wbijając we mnie wzrok. Chłodny i przeszywający, z pewnością robił wrażenie, ale wytrzymywałam już bardziej intensywne spojrzenia. - Możesz przenosić się w międzysferze.
- W tej chwili niespecjalnie - sprecyzowałam.
- Skoro któreś z nas będzie ci towarzyszyć, nie powinnaś mieć problemów - prychnęła. - To nam zaoszczędzi wiele czasu. Przeniesiesz mnie do Kelthaki.
- Jeśli pokażesz drogę... Ale będąc na twojej smyczy mogę jednak m i e ć problemy.
- Bez wykrętów! - jej ton był ostry, ale uśmiech niespodziewanie psotny. - Mam zamiar narobić tym przydupasom Boudeina trochę bałaganu. Może wtedy przemyślą sobie tę głupią wojnę?

*

O ile ze skombinowaniem mniej skąpego stroju nie było większych problemów, o tyle z dostaniem gdzieś herbaty... Ale na razie jakoś przeżyję.

Przy pierwszej okazji wymknęłam się moim nowym - prych! - "właścicielom" w nadziei, że znajdę jakieś wyjście i ucieknę. Niech nikt sobie nie myśli, że byłam skłonna tak grzecznie zająć miejsce w jakiejś nieznanej historii, nie po wciągnięciu mnie do niej siłą! Nie myślałam zbyt racjonalnie, nie wzięłam pod uwagę swej niezdolności nawet nie do ucieczki z tego świata, ale do wysłania jakiegokolwiek znaku moim bliskim. Starałam się w ogóle nie myśleć o tym piekielnym geas, byłam wkurzona i nawet nie patrzyłam, dokąd idę. A chodziłam po labiryncie wydrążonych w skale korytarzy - cichych, do pewnego momentu oświetlanych przez pochodnie, ale później zrobiło się ciemno, jakbym zaszła za daleko, tam, gdzie jeszcze nikt nie dotarł. Kilka razy trafiłam na jaskinie, chyba tak duże, jak ta, do której zostałam przywołana, ale tam też panował taki mrok, że mogłam się nim otulić i zasnąć. Zdrzemnęłam się zresztą na chwilę, mimo że twarda skała była, łagodnie mówiąc, niewygodna.
Nie wiem, jak długo krążyłam, ale wyjście z labiryntu nie sprawiło mi najmniejszych trudności... No dobrze, przyznam, że nie miałam pojęcia, dokąd idę; czułam, że coś mnie prowadzi i doskonale zna drogę. Oczywiście geas przyciągało mnie z powrotem do tych dwojga, z którymi zostałam związana, tylko że na to wpadłam już dużo później.
Ku mojemu zdziwieniu nadal trwała noc. Najpierw myślałam, że może źle obliczyłam czas i wycieczka po jaskiniach wcale nie zajęła mi kilku godzin, ale z jego upływem na zewnątrz zaczęło robić się coraz gwarniej - słyszałam szczęk stali, czyjeś pokrzykiwania na jakichś zaspanych obiboków i odgłosy... budowy? Zapalano coraz więcej latarni, aż mogłam się wreszcie porządnie przyjrzeć otoczeniu.
Tak, jak się spodziewałam, wyszłam z wnętrza góry, do jakiejś niewielkiej kotliny, w której stały namioty i mocno prowizoryczne drewniane szopy, które stały chyba tylko dzięki modlitwom (kapłanki?). Cuan powiedział mi później, że nie raz próbował służyć stawiającym je ludziom profesjonalną radą, ale oni machali na to ręką, twierdząc, że to i tak tylko tymczasowo, że przecież czekają na odbudowę miasta... Odbudowę, która nawet przy największym wysiłku i pomocy czarów może potrwać kilka lat.
Miasto - a raczej to, co było kiedyś miastem - jest częściowo wbudowane w otaczające kotlinę góry i podobno dawno temu było świętym miejscem. Cuan stąd nie pochodzi, więc sam dokładnie nie wie, w jaki sposób święte miejsce obróciło się w taką ruinę, ale jak dotąd tylko on zawraca sobie głowę rozmową ze mną. Inni - ludzie, elfy i kilka białoskórych istot podobnych do tamtej władczej kapłanki - nie zwracają na mnie szczególnej uwagi; mogłoby być inaczej, gdyby nie geas, ale wtedy raczej nie skończyłoby się to dobrze. On zaś poświęca mi czas, mimo że wie, czym jestem, a jego nieustająca życzliwość świadczy albo o kompletnej ignorancji, albo... Hmm, że jest kimś zupełnie innym, niż się wydaje. A także mimo braku tegoż czasu - najczęściej można go zobaczyć w towarzystwie kilkorga elfów przeglądających jakieś rysunki, robiących następne szkice, plany... Złączyli razem dwie drewniane ławy, żeby móc pomieścić te wszystkie papiery i przyrządy kreślarskie. Raz udało mi się zejrzeć Cuanowi przez ramię i zobaczyć bardzo szczegółowo narysowany budynek - a raczej frontową część budynku i wejście do niego. I powiem tyle - jeśli te ruiny właśnie tak dawniej wyglądały, odbudowanie ich zajmie nie kilka lat, ale raczej dekad...
Tylko z Cuanem udało mi się porozmawiać (i jestem jego dłużniczką, bo gdyby nie on, nie miałabym czym ani na czym pisać). Jeszcze nie miałam okazji ponownie spotkać ani tamtej elfiej damy - ją również wyczuwam i mogłabym poszukać, ale jakoś mi się nie spieszy - ani kapłanki, którą chętnie spytałabym, co tu się, do diabła dzieje. Siedzę i obserwuję jak wkoło tętni życie. W kotlinie widzę rozstawione kramy handlarzy, bawiące się dzieci; wyżej budowniczowie próbują stosować się do elfich projektów i powoli odtwarzać przeszłość, choć na moje oko trzeba by do tego raczej artystów, takich najbardziej zbzikowanych. A jednak wszyscy poruszają się z czujnością, a w ich oczach maluje się niepokój. Przez ten szczęk stali w tle. Oprócz kramów jest tu też kuźnia, w której powstaje broń, a także wojownicy, którzy z ową bronią ćwiczą.
Gdzieś w tych górach ma swój początek wielka rzeka, a dalej, za tą rzeką, stoi inne miasto. Miasto, które było domem spotkanych przeze mnie ludzi i nieludzi, zanim schronili się tutaj. Miasto, którego władca ma najwyraźniej przerost ambicji.
Tak wielki, że udało mu się zasłonić słońce nad tym światem.

Nie rozumiem tylko, co mam mieć z tym wszystkim wspólnego.

*

- I niech... aż... nienia... dania... - rozbrzmiewało dokoła, a może tylko w mojej głowie, echo niskiego kobiecego głosu. Strzępy słów przebijały się przez trzask iskier i szum, jaki mógłby wydawać cały chór wichrów. Ale nie, te inne dźwięki nie miały znaczenia, liczył się tylko ten głos, powtarzający słowa, które musiałam zrozumieć, które wnikały w głąb mojego umysłu i musiałam je złapać, zrozumieć zanim wpuszczę tam coś niemile widzianego...
Ale nie, wszystkie pogubiłam i nie wiedziałam, czy to z niewyspania, czy to jeszcze sen, którego nie zapamiętam po przebudzeniu.
Ziewnęłam szeroko, po czym ostrożnie podniosłam się na nogi i zrobiłam krok do przodu, by wpaść na niewidzialną ścianę. Zderzenie rozbudziło mnie przynajmiej do tego stopnia, bym uświadomiła sobie, że jestem w jakimś zadymionym pomieszczeniu, a nie w jednym z gościnnych pokoi na Rozdrożu.

Vanny zapraszała nas tak serdecznie, że nawet nie zahaczyliśmy o herbaciarnię. Na miejscu jeszcze serdeczniej powitała nas Andrea, uradowana, że wreszcie da upust swojej gościnności, (Blue urwał się gdzieś zeszłego wieczora, a Rick głównie przesiadywał przy komputerze, więc w domu było dość pusto). Pracowicie przygotowywała dom na przyjazd Noelle z rodziną, chociaż Rick dogadywał, że po ich wizycie pozostaną tylko zgliszcza... Później Blue wrócił w towarzystwie Carnetii, więc przestało już być pusto, ale i tak zostaliśmy zatrzymani na noc, a potem na drugą, bo podobno "coś złowieszczego krążyło w międzysferze". Też coś... Po pierwsze wyczułabym, po drugie jeśli coś takiego mówi Strażnik Rozdroża, można się spodziewać, że chce nas postraszyć; było tam jednak zbyt wygodnie i smakowicie, żeby żegnać się tak prędko. Za to Rick, jak tylko usłyszał złowieszcze przestrogi Blue, zaczął nam puszczać tandetne horrory, jeden za drugim, i to pewnie z tego powodu miałam potem jakieś idiotyczne koszmary, bo do listopada jednak trochę czasu zostało.
W idiotycznych koszmarach między innymi wędrowałam przez astral. A potem nastąpiła pobudka przedstawiona powyżej. Dziękuję bardzo i proszę o następny schemat przygód, ileż można?...

- Nie znowu!!! - warknęłam (wbrew pozorom warczenie czasem mi wychodzi), uderzając pięścią w niewidzialną przeszkodę. Uderzyłabym mieczem, ale... Zaraz. Osłona była głównie fizyczna, z międzysferą wciąż miałam więź i mogłam do niej sięgnąć. Co też uczyniłam, zamiast się teleportować, ofiara losu. I gdy tylko dobyłam Grievance, ktoś za zasłoną dymu okazał się na tyle przytomny, by mi tę więź stłumić. Nie odciąć, dzięki bogom, więc przynamniej nie czułam się ślepa, głucha i sparaliżowana duchowo, ale jednak...
- Uspokój się, istoto z otchłani - odezwał się ten sam głos, tym razem ciszej, ale wciąż stanowczo. - Podjęliśmy pewne środki ostrożności przy rytuale, ale nie takie, które mogłyby ci zagrażać.
- Bo akurat bezpieczeństwo przywołanego biesa to nasza najważniejsza troska - dodał z przekąsem inny żeński głos, wyższy i melodyjny. - Dorzućmy jeszcze miękki fotelik i ciepłą posokę w filiżance, co?
- Wolałabym herbatę - zaprotestowałam odruchowo, co spotkało się z prychnięciem niedowierzania. Dym zaczął z wolna opadać, mogłam więc rozejrzeć się wkoło - znajdowałam się w jaskini, będącej raczej dziełem człowieka niż natury. Wszędzie płonęły świece, a pod ścianami stały trzy dość abstrakcyjne posągi. Środkowy trzymał w czymś, co mogło być rękami, matowe zwierciadło, zaś o dwa pozostałe opierali się jacyś ludzie... No, nie do końca ludzie. Kobieta, która prychnęła, okazała się elfką o elegancko utrefionych jasnych włosach; nosiła równie elegancką i dopasowaną suknię, ozdobioną mistycznymi znakami, które aż krzyczały o profesji właścicielki. Mężczyzna stojący na prawo od niej również był blondynem, choć o parę tonów jaśniejszym. Miał na sobie prosty podróżny strój i przyglądał mi się z zaciekawieniem.
Aha, i żeby nie było wątpliwości: stałam w kręgu świec, na wyrysowanym kredą pentagramie. Klasycznie.
- W dodatku wykonałaś straszną fuszerkę, Nemhathir - przemówiła znowu elfka, a jej głos zdawał się młodszy od twarzy. - Zamiast godnego przeciwnika dla Boudeina trafił ci się jakiś sukkub.
- Zdziwiłabyś się, Disandriel, jak udział kogoś takiego w wojnie może przesądzić o jej wyniku - roześmiał się jej towarzysz, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że pojawiłam się tam w koronkowej bordowej haleczce, pożyczonej na noc od Vanny ("Mnie i tak gust się już zmienił").
- Twój miecz nie robi na nas wrażenia, istoto z otchłani - usłyszałam pierwszy głos i prędko odwróciłam się w tamtą stronę. - Podaj mi swoje imię, jeśli chcesz opuścić krąg.
- Miya - rzuciłam bez namysłu, a wtedy stojąca przede mną złoto-biała postać wykonała kilka ruchów dużym i ciężką lagą, a niewidzialna osłona zaczęła się coraz bardziej zbliżać. Po chwili poczułam jej dotyk, by następnie uświadomić sobie, że ułożyła się na mnie jak druga skóra.
- Dzięki mojemu geas jesteś chroniona przed tym światem, a on przed tobą - wyjaśniła białoskóra kobieta, której ogoloną głowę pokrywały czarne faliste linie. Złocisty strój niewiele zasłaniał, ale laga dodawała prezencji (a może grożnego wrażenia). - Od teraz jesteś na rozkazy tych dwojga bohaterów. Wkrótce powiedziesz ich do walki z najeźdźcą, który pustoszy nasze ziemie.
Powiedziawszy to wymaszerowała z jaskini, zanim zdążyłam zapytać, czym miałby mi zagrażać ten świat.
- Ostrożnie, nie chcemy mieć tu pożaru - jeden z rzeczonych bohaterów przytrzymał mnie, kiedy próbowałam pobiec za nią, a w rezultacie zatoczyłam się, przerwacając kilka świeczek. To jednak nie była druga skóra, tylko jakiś idiotyczny kostium!
- Tracisz czas, rozmawiając z tym demonem - stwierdziła wyniośle elfka. - Zwłaszcza, że może próbować na tobie swoich sztuczek.
- Daj spokój... wygląda na zdezorientowaną, a ja nigdy nie zapomnę, jak się czułem po pierwszej rozmowie z Nem. - Jasnowłosy posłał mi uśmiech pełen otuchy, który zapewne załamałby białoskórą. - Skoro już się przedstawiłaś, nie możemy być gorzej wychowani. Nazywam się Cuan, a to Disandriel... - Elfka łypnęła na niego groźnie. - P a n i Disandriel. I też zdaję sobie sprawę, że z żadnej strony nie wyglądamy na bohaterów.
- Mów za siebie z łaski swojej.
- Mówię za nas oboje, bo pamiętam również twoje nastawienie do przepowiedni. Czy może od tamtego czasu się zmieniło?
- Nic się nie zmieniło. Nadal uważam, że to stek bzdur, ale nie neguje to mojego bohaterskiego potencjału. Skąd wiesz, że takiego nie mam?
- Elfy potrafią nawet same sobie przeczyć z wdziękiem - westchnął Cuan, ale uśmiechał się przy tym, a jego spokój zaczął mi się udzielać. W porządku, nie ma się czym martwić, to nie kolejna zmiana rzeczywistości, tylko jakaś przypadkowa opowieść. Zniknęłam nocą z jednego z najbezpieczniejszych miejsc w światach. Jak dobrze pójdzie, zmartwią się i zaczną mnie szukać. I może przy okazji rozpirzą tę jaskinię w drobny mak?
- Cokolwiek knujesz, natychmiast przestań - rozkazała stanowczo Disandriel, rozpraszając moje myśli. Musiałam się chyba jakoś dziwnie uśmiechać.
- Jak sobie życzysz, pani - posłałam jej najniewinniejsze spojrzenie, do jakiego byłam zdolna: - Czy mogłabym się przebrać? Skoro już mam iść na wojnę, to niestety nie jest odpowiedni strój.