6 V

Nie bardzo mogłam zrozumieć, dlaczego ktoś pozbawił życia wszystkie żywe istoty w mieście, a potem postawił barierę i się ulotnił – a inny przebieg zdarzeń nie przychodził mi do głowy, zwłaszcza, że bariera pozostała dziurawa, nikt jej nie naprawił. Z kolei Pokrzywa snuła domysły, że to może być pułapka, tylko panowie byli za głupi, żeby się w nią złapać. Po co ktoś miałby zastawiać pułapkę i dlaczego właśnie na nas, tego już nie umiała wyjaśnić. Nie widząc sensu w dalszych sporach wyszliśmy na ulicę, a im bardziej zbliżaliśmy się do ludzkich siedzib, tym mniejszą mieliśmy na to ochotę. Jakby ktoś w naszych głowach szeptał: Zawróćcie. Ettard wyglądała na najbardziej tym przestraszoną, ale to Marius spanikował pierwszy.
- Idźcie dalej. Ja… Będę pilnował tyłów – powiedział ze słyszalnym wysiłkiem.
- Co się stało, że nagle stchórzyłeś? – oczywiście Kaede od razu na to zareagował. – Byłeś już tam. Widok śmierci to dla ciebie nie pierwszyzna, wojowniku.
- Byłem wojownikiem, tak – wycedził tamten. – Ale nikt z tego miasta nie zginął na wojnie. Nikt.
- Jesteś pewien? – zapytałam cicho. – Wojny mają różne oblicza. Również takie niespodziewane.
Nie zwrócił uwagi na moje słowa, a może nie chciał ich słyszeć.
- Jeśli odbyła się tam walka, to nie oni ją stoczyli – ciągnął. – Dlaczego więc na ich widok przypominam sobie wszystkie wojny, w których się… Zasłużyłem? Wszystkie, które coś wyjęło mi z głowy i pokazało w koszmarze? Nie pójdę tam drugi raz.
- Nie do wiary – szepnęła Ettard w zadziwieniu. Podeszła do Mariusa, wpatrując się w niego urzeczona.
- To było najdłuższe przemówienie, jakie słyszałam z twoich ust – oświadczyła i ujęła go pod rękę. – Nie musisz wchodzić do miasta, ale nie powinieneś być teraz sam. Zostanę z tobą.
Kaede zmełł w ustach jakieś nieprzychylne słowa i poszedł dalej, pokazując drogę. Podążałam w ślad za nim, a tamci dwoje na końcu, jak najwolniejszym krokiem. Szliśmy wzdłuż siatki, za którą stały domki wypoczynkowe i którą porastały grube zielone pnącza. Mogłabym przysiąc, że rosły i rozwijały się w oczach, ale nie przyglądaliśmy się bliżej, dopóki nie minęliśmy kawiarenki… W której ktoś siedział.
- Widziałaś? – Kaede błyskawicznie chwycił mnie za ramię.
- Owszem – mruknęłam. – Jak wy szukaliście?
Człowiek za ogrodzeniem również nas zauważył. Podniósł się od stolika, pokiwał nam ręką i ruszył w kierunku, w którym my także zmierzaliśmy. Chcąc nie chcąc, my też udaliśmy się przed siebie, aż ukazała się nam brama wejściowa, otwarta i zapraszająca. Zawieszona na niej tabliczka oferowała wypoczynek przez całą wiosnę.
- Słowo daję, kto wyjeżdża na wakacje w maju? – mruknęłam, nie spodziewając się od nikogo odpowiedzi. Tymczasem nieznajomy właśnie stanął w bramie i uśmiechnął się lekko. Wyszedł nam na spotkanie, ale jednocześnie zasłaniał sobą wejście…
- Lato w tym świecie jest pełne deszczu i burz. Trudno wtedy o porządne wakacje – wyjaśnił jak gdyby nigdy nic. – Zastanawiałem się, kiedy przyjdziecie.
Był dość wysoki i dobrze zbudowany, a ciemne, wijące się włosy sięgały mu do ramion. Krótkie rękawy czarnej koszulki odsłaniały tatuaże, oplatające ramiona jak kolczaste pędy. Na pierwszy rzut oka wyglądał na groźnego typa, na drugi miałam ochotę odwzajemnić uśmiech.
- Byliśmy tu już wczoraj – zauważył Kaede – Gdybyś się nam pokazał, to…
- Nie chciałem zostać znaleziony. Nie wydawaliście się rozsądnymi rozmówcami – przerwał tamten. – Ale ty raczej nie przyszłaś tu, by rozmawiać o klimacie, prawda?
- Raczej nie – przyznałam. – Szukamy przyjaciela.
- Szukacie Haéda – to nie było pytanie.
Wzdrygnęłam się lekko – haéd to po elfiemu „opętany” – ale nie przypuszczałam, by chodziło nam o tę samą osobę. Nieznajomy zauważył moją reakcję i skrzywił się.
- Tak nazywali go moi współpracownicy i moim zdaniem było w tym trochę prawdy, ale on sam tego nie cierpiał – przyznał. – Tu go nie znajdziecie. Powinniście iść w drugą stronę.
Kaede już miał się odezwać, ale pomachałam mu ręką przed twarzą, żeby milczał. Miałam przeczucie, że ta opowieść nie do mnie należy, ale i tak mnie interesowała.
- Duch wody zabrał go w głąb morza – ciągnął nieznajomy. – Był z nim cały czas… A także ta druga potężna osoba… Dlatego nie udało nam się niczego zdziałać. – Pokręcił głową i uśmiechnął się znowu, jakby przepraszająco.
- Komu: wam? – nie wytrzymał Kaede.
- Siły Chaosu stoczyły tu walkę – brzmiała odpowiedź. – Zwiększały swą moc, czerpiąc siły życiowe z postronnych istot. Tylko ja tu zostałem, bo było mi wstyd.
Kiedy mówił, jak wyciągałam szyję jak mogłam najmocniej, żeby zobaczyć skutki tej bitwy. W oddali leżało kilka ciał, ale nie było żadnych zniszczeń – jakiej magii mogły użyć owe siły Chaosu?
- Po co zostałeś? – zapytała Ettard, słuchając naszej rozmowy uważnie. Marius stał za nią – i za końmi – a wzrok miał spuszczony.
- Aby pogrzebać to miasto potęgą Natury i zatrzeć o nim wspomnienia – mężczyzna dotknął dłonią kwiatu, który nagle rozkwitł obok niego; pędy porastające ogrodzenie zaczynały kwitnąć. – Nie stanie się to szybko: jeśli przyśpieszyć cykl przyrody, wszystko rośnie kosztem swych sił, muszę więc działać ostrożnie.
- To głupie. Prędzej czy później ktoś tu przyjedzie – Kaede wzruszył ramionami.
- Nie, dopóki nie zdejmę bariery – sprostował tamten. – Ale to prawda, pewnego dnia przybędzie ludziom nowa zagadka do rozwiązania… – Zamyślił się nad czymś, a potem roześmiał się cicho, gorzko.
- Wiem, co będzie wam potrzebne – powiedział nagle i wyciągnął przed siebie wytatuowane ręce. Przez chwilę szeptał coś w na poły zapomnianym języku, a my poczuliśmy, jak przepływa przez nas moc – nieznana, ale na pewno nieszkodliwa.
- Teraz możecie iść w głąb morza – oznajmił, kiedy skończył. – Gdy pójdziecie, załatam wyrwę w barierze. Czekałem z tym tylko na wasze przyjście.
- Dlaczego nam pomagasz? – spytałam z nagle obudzoną podejrzliwością. Zastanawianie się, kim jest ten pan, nie przynosiło zbyt optymistycznych wniosków. – Taki jesteś bezinteresowny?
- Nigdy nie byliśmy bezinteresowni – stwierdził z uśmiechem i były to jego ostatnie słowa. Odwrócił się, pomachał nam na pożegnanie i poszedł w swoją stronę, chociaż Ettard za nim wołała, chcąc się dowiedzieć, jakie zaklęcie rzucił. Ja też chętnie zadałabym mu jeszcze parę pytań, ale cóż, to najwyraźniej był ten moment, kiedy należało się wycofać.
W drodze powrotnej pytałam Kaede, jak się prezentowało miasto, nie licząc zwłok tu i tam. Czy było widać ślady jakiejkolwiek walki? Czekałam na odpowiedź, ale to nie od niego ją usłyszałam.
- Był tylko jeden budynek w gruzach, w samym sercu miasta – odezwał się Marius, nie patrząc w moją stronę.
Nie tłukliśmy się tam jednak, tylko grzecznie wyszliśmy za barierę.

5 V

Było już dobrze po południu, kiedy Marius uznał, że jest na tyle wypoczęty po wczorajszej akcji ogrodniczej, by wybrać się dla odmiany do ludzkich siedzib. Ściślej mówiąc, użył słów: „rozpoznanie terenu”.
- Nie ma mowy, nigdzie nie idę – ziewnęłam, wywołując cichą radość Ettard. Ona zresztą też nie czuła się najlepiej, po tym jak odrobiła swoją część zadania.
- I dobrze, bo i tak byśmy was nie zabrali – rzucił Kaede, podnosząc się z piasku.
- Od kiedy to „my” tam idziemy? – zapytał Marius ostro.
- Od kiedy ty nie znasz światów – rudzielec uśmiechnął się wrednie.
- Nie potrzebuję niańki i nie zamierzam współpracować z… – bez wątpienia chciał powiedzieć „z wrogiem”, ale zaciął się i odwrócił wzrok. Kaede chętnie powiedziałby mu coś do słuchu, gdyby nagle nie zamyślił się, jakby coś wspominając. Po tej chwili refleksji machnął ręką i poszedł przygotować Ayomide do drogi. Marius także wziął swojego konia; nie zamierzał dawać za wygraną i chyba chciał udowodnić, że nie jest kimś, na kogo nie warto marnować słów. Wkrótce potem odjechali, a ja mogłam tylko mieć nadzieję, że się nie pozabijają.

Słońce grzało dość mocno, piasek był miękki i ciepły. Siedziałam w towarzystwie Ettard i obserwowałyśmy łagodne fale, iskrzące w świetle dnia. Minstrelka znajdowała wielką przyjemność w patrzeniu na morze, najwyraźniej jego szum przynosił jej nowe melodie.
- Każda woda szumi inaczej… I wygląda inaczej – westchnęła nostalgicznie. – Oczywiście widziałam morze w swoim świecie, ale zwykle było ciemne i spienione, a fale uderzały o białe klify jakby chciały je obalić. Lepiej znam wody jeziora otaczającego moją wyspę.
- Może kiedyś zabiorę cię do Kezonii – uśmiechnęłam się. – To piękne miejsce w DeNaNi, kraj morskich ludzi.
- Nie jestem pewna, czy zwykły człowiek powinien wchodzić w ten obraz potęgi – pokręciła głową, choć mój pomysł wyraźnie przypadł jej do gustu.
Przykłusowały do nas nasze klacze, trzepiąc grzywy od wilgotnego powietrza.
- Ruszyłybyśmy się gdzieś – naburmuszona Pokrzywa trąciła mnie pyskiem. – Tamci sobie teraz biegają, gdzie chcą, a my mamy tak siedzieć? Żadna z nas przecież nie jest aż tak padnięta.
- Nie dąsaj się tak, nie dąsaj – parsknęła Violet Shadow z rozbawieniem. – Jesteś po prostu zazdrosna, że nasz nowy znajomy zjadł dwa razy więcej kwiatów niż my, a wcale go to nie położyło. – Też coś. Miałabym zazdrościć jakiemuś przybłędzie?
- Jak to? – wtrąciłam. – To nie jest koń z Rozdroża? Myślałam, że to jakiś wasz nowy nabytek.
Obie spojrzały na siebie zakłopotane.
- Tak naprawdę to nie – Shadow spuściła uszy. – To dość zabawne: wzięłyśmy dzieciaki na przejażdżkę na jakąś łąkę i on się tam pasł. A potem przyszedł i stwierdził, że chce się pościgać…
- Nie mówił po ludzku – zaznaczyła Pokrzywa. – W każdym razie, jak już przyszedł, to potem nie dał się spławić. Przeniosłyśmy się do domu, patrzymy, a on znowu za nami…
- Nie może być Przenoszącym – dodała druga klacz. – W Orienre nigdy nie było koni o tak dziwnym umaszczeniu.
Westchnęłam i pokręciłam głową, bo cóż innego mogłam zrobić? Przybłęda czy nie, pozwalał na sobie jeździć i był użyteczny.

Słońce już prawie zaszło, kiedy doczekałyśmy się powrotu chłopaków. Kaede był jakiś podminowany, podczas gdy Marius przeciwnie, przygaszony i skrzywiony, jakby odczuwał mdłości. Nie zastanawiałam się nad tym długo, bardziej mnie zaskoczyło, kiedy odciągnął Ettard na bok i wręczył jej niewielki kwiat. Zareagowało na to podejrzliwie, ale kiedy zobaczyła, że nie jest to jeden z „tych” kwiatów, przyjęła go z miłym uśmiechem. Przez chwilę rozmawiali o czymś cicho, w wyniku czego Marius najeżył się i oddalił, żeby posiedzieć w samotności. Kaede patrzył za nim z groźną miną, ale nie skomentował.
- Mam nadzieję, że tyle czasu zajął wam rekonesans, a nie kolejna bójka – podeszłam do niego zaciekawiona.
- I słusznie – odpowiedział sucho. – Tam jest kilka ośrodków wypoczynkowych, a dopiero za nimi właściwe miasto. Oblecieliśmy całe. Właziliśmy do tylu domów, że trudno zliczyć, ale wszędzie jest tak samo.
- Co masz na myśli? – Ettard dołączyła do nas, bawiąc się trzymanym w dłoni kwiatem. – Czy tam też dzieją się czary?
- Nie znam się na czarach ani nie chcę się znać – fuknął. – Ale nie znaleźliśmy tam nikogo żywego.
– Miasto jest niezamieszkane? – zdziwiła się.
Kaede obdarzył ją uśmiechem, który do najmilszych nie należał.
- Kiedyś na pewno było zamieszkane – wycedził. – Dopóki coś nie pozabijało wszystkich mieszkańców, bo wątpię, żeby umarli sami z siebie. Nie radzę wam tam iść, chyba że zamkniecie oczy i zatkacie nosy. Choć wtedy na nic wam nie przyjdzie, że pójdziecie – dodał przytomnie.
Wzdrygnęłyśmy się obie. Wizja, którą roztoczył, była paskudna, ale ciekawość pozostała.
- I nie znaleźliście nikogo żywego? – upewniłam się.
- Jeśli ktoś przeżył, to pewnie już dawno stamtąd uciekł – Kaede wzruszył ramionami. – Sporo czasu musiało minąć od tamtej pory, teraz już trudno stwierdzić, co ich wszystkich zabiło.
- No cóż – westchnęłam. – Wypada się rozejrzeć przynajmniej pobieżnie. Skoro wróciliście cali i zdrowi, cokolwiek to było, musiało już odejść.
- Rozumiem, że ci tego nie wyperswaduję – skrzywił się, choć przecież nawet porządnie nie zaczął. – Może ty wyczujesz coś, co umknęło mojej uwadze. Bo na tamtego nie można liczyć – wskazał ruchem głowy na siedzącego w oddali Mariusa.
- Po prostu nie dajesz mu szansy – zaprotestowała Ettard, machając i tak już przywiędłym kwiatem.
– A ty go bronisz, bo uważa cię za swoją wybawicielkę? – zaśmiał się ostro.
- Wcale nie! Zresztą powiedziałam mu, że to nie ode mnie powinien zacząć podziękowania.
- Właśnie widzę, jak go to obeszło – burknął i znowu zwrócił się do mnie: – Nie łapię, po co zawracasz sobie głowę takim śmieciem. Naprawdę, sprawiał wrażenie, jakby to miasto było wymarłe z jego winy. A z tego, co zrozumiałem, ma na sumieniu więcej…

4 V

Jaka szkoda, że moi towarzysze nie odznaczają się należytą cierpliwością… Ani Marius, ani Kaede nie doceniają możliwości wypoczynku na łonie natury i wsłuchiwania się w szum fal. Co prawda tylko ten ostatni ma porządną motywację, by iść dalej, ale obaj jednogłośnie nalegali, by rozejrzeć się po lesie. A potem przez długą, długą chwilę patrzyli na siebie wilkiem – wygląda na to, że każdy z nich postawił sobie za punkt honoru pilnowanie tego drugiego, nie ufając mu za żadne skarby.
Sama nie miałam specjalnej ochoty opuszczać plaży; czułam, a może tylko wierzyłam, że skoro nasza wyprawa zaczęła się od morza, to w morzu należy szukać śladów, o ile nie bierze się słowa „ślady” zbyt dosłownie. Chociaż taki Geddwyn pewnie mógłby zostawić zauważalne ślady na powierzchni wody… Byłam pewna, że nie zmierzamy we właściwą stronę, ale zgodziłam się, byśmy poszli wszyscy razem. Nie mogłam ryzykować, że panowie pozabijają się, kiedy nikt nie będzie patrzył, zwłaszcza jeśli jeden z nich postrzega las jako coś, co się dobrze pali.
Krążyliśmy tak nie wiadomo, jak długo, a las wydawał się nie mieć końca; może cały świat skupiał się wokół tego morza? Co, jeśli było okrągłe i mieliśmy iść przed siebie, a tak naprawdę to w kółko, by wreszcie dojść do punktu wyjścia jako zmęczeni życiem staruszkowie z końskimi szkieletami, które idą siłą rozpędu? Miałam szczerą ochotę uprzyjemnić pozostałym czas takimi dywagacjami, ale jakoś nie mogłam się zmusić do odezwania się choć słowem. Wszyscy milczeliśmy jak zaklęci; może sprawiła to cisza panująca wokół? Z pewnością jednak nie działała na konie, idące spokojnie za nami i toczące cichą rozmowę – a w każdym razie rozmawiały klacze, podczas gdy granatowy ogier nadal milczał, potrząsając tylko białą grzywą. Zabawnie wyglądały, ustawione od najjaśniejszej do najciemniejszej i plotkujące jak nie przymierzając San-Q i Lilly ze mną pośrodku. Pogodna i rozszczebiotana Violet Shadow, Nindë, która chętnie poszłaby w jej ślady, gdyby zapomniała, że ma być mroczna i wredna, a między nimi, w roli rozjemcy, Ayomide o mnóstwie warkoczyków i flegmatycznym tonie głosu. Rozmawiały na tyle cicho, że nie dało się rozróżnić słów, ale z tego, jak często na nas spoglądały (równie często się do nich odwracałam), wynikało jasno, że uważają się za jedyne rozsądne w tym gronie. Nawet jeśli poza tym ich zdania się różniły.
Niby wybraliśmy się na rekonesans, a jednak ja starałam się nie patrzeć w górę ani nawet na boki. Od widoku ciągle takich samych drzew, w dodatku zdecydowanie za wysokich, kręciło mi się w głowie. Słowo daję, nigdy nie zrozumiem lasów sosnowych. Są takie zatłoczone, a jednocześnie takie puste. Za to zapach unoszący się w powietrzu jest niezwykle orzeźwiający.

Gdy minęła już trzecia z rzędu wieczność, zaczęłam dochodzić do wniosku, że może jednak idziemy we właściwym kierunku – choć przecież tylko w kierunku morza byłoby właściwie! – a las nie ma zamiaru się kończyć, ponieważ ja tego nie chcę. Gdybym wypowiedziała to na głos, wszyscy pewnie by mnie sklęli, choć niekoniecznie zrozumieli to w taki sposób, co ja. W końcu jednak znaleźliśmy wykładaną płytami drogę, świadczącą o istnieniu cywilizacji gdzieś niedaleko. Tą drogą doszliśmy na skraj lasu… I dalej nie, choćby nie wiem, co.
- Co jest, ktoś tu postawił niewidzialną ścianę?! – zdenerwował się Kaede po tym, jak uderzył się w nos. – To przecież nie jest koniec świata, zza drzew widać ulicę!
- Byłeś kiedyś na końcu świata? – zainteresowała się Ettard, która do tej pory jeszcze boczyła się na niego.
- Nawet dwóch – burknął i skrzywił się, jakby to nie były miłe wspomnienia. Zwykle zresztą mówił, że jego podróże z Geddwynem nie należą do miłych wspomnień, ale kto by w to wierzył tak do końca?
Zbliżyłam się do owej przeszkody i dotknęłam jej dłonią. Była wyczuwalna, niemalże materialna, ale też nie sprawiała wrażenia czegoś sztucznego. Jakby wyrosła z tej ziemi razem z drzewami. Nawet w dotyku była chropowata niczym kora drzewa.
Również Ettard przeprowadziła dokładne oględziny, grzebiąc przy tym w ziemi, po czym podeszła do mnie.
- To czary – osądziła. – Druidzkie czary.
- Skąd wiesz?
- Stąd – uśmiechnęła się i wskazała pod nasze nogi. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, ale ze ściółki wyrastały małe kwiatuszki, żółte i pomarańczowe. Nie rzucały się w oczy, ale kiedy już się je dostrzegło, wywoływały radosny uśmiech, rozjaśniały ten ciemny las swoją obecnością. Pochyliłam się i zobaczyłam, że płatki mają zielone obwódki.
- Dotknij.
Musnęłam palcem jeden z kwiatków i nagle zakręciło mi się w głowie. Wstałam powoli, z uczuciem jakby coś wyciągnęło ze mnie siły. Minimalnie, ale jednak.
- Czary wymagające naruszenia Równowagi czasem tak działają – minstrelka pokiwała głową z mądrą miną. – Tak tłumaczył mi mistrz Belinus. Widocznie ktoś tu włada podobną mocą.
- Jeśli w ogóle jest tu ktoś oprócz nas – mruknęłam, patrząc poza zasłonę drzew. Po drugiej stronie ulicy, za kolejnym rządkiem sosen, dojrzałam druciany płot i drewaniane dachy. Czyżbyśmy trafili do jakiejś miejscowości wypoczynkowej? Jeszcze chwila, a przyjdzie pan w zielonym mundurku, domagając się mandatu za palenie ognisk w miejscu niedozwolonym… O ile ktoś może przejść przez niewidzialną druidzką barierę.
- Jak myślisz, dałabyś radę zdjąć to zaklęcie? – rzuciłam od niechcenia.
- Ja?! – wystraszyła się. – Ja przecież nie dysponuję taką potęgą… Nie używam magii w taki sposób…
- Daj spokój, przecież nasze konie mogłyby nas tam przenieść – burknął na mnie Kaede. – Ty sama mogłabyś to zrobić.
- Nie wiem, jak Miya, ale ja bym nie mogła – przemówiła Pokrzywa cicho i bardzo, bardzo niechętnie. – Zdaje się, że ta osłona rozpościera się ze wszystkich stron. Na górze i na dole też.
- Ktoś bardzo nie chce, żeby inni tam wchodzili – dodała Ayomide i potrząsnęła grzywą. – I ma na to skuteczne sposoby.
- No widzisz – zwróciłam się do Ettard przepraszająco. I od razu wszystkie spojrzenia skierowały się w jej stronę. Tylko że zamiast dalej się krygować, nagle uśmiechnęła się – uroczo i złośliwie.
- Jeśli mam zdjąć to zaklęcie – powiedziała powoli. – Musicie oczyścić ziemię z tych wszystkich kwiatów. One czerpią siłę potrzebną do utrzymania bariery.
- Ze wszystkich…? – wykrztusił Marius, nota bene chyba pierwszy raz tego dnia.
- Skąd możemy wiedzieć, jak daleko one się ciągną?! – warknął w tej samej chwili Kaede, a potem obaj spojrzeli na siebie spode łba.
- Co jakiś czas będę próbować i powiadamiać was, jeśli zaklęcie nadal będzie zbyt silne – podsunęła minstrelka, nadal z tym samym uroczym uśmiechem.
W rezultacie przez następne kilka wieczności siedziała sobie spokojnie i brzdąkała na harfie, podczas gdy my w pocie czoła zrywaliśmy te przeklęte kwiatki. Było ich dużo więcej niż się spodziewaliśmy – niż mieliśmy nadzieję – a każde dotknięcie takiego rosnącego jeszcze w ziemi wysysało siły, toteż kiedy Ettard radośnie zdecydowała, że wystarczy, byliśmy skrajnie wyczerpani. Cała szóstka, bo również nasze konie włączyły się do akcji i zjadały zielsko z apetytem; kiedy jednak klacze omal nie padły ze zmęczenia, granatowy pasł się dalej, jak gdyby nigdy nic i chyba zeżarł tego draństwa najwięcej. Gdybyż można było to przewidzieć!

3 V

Way up there in the poison glen
The sun’s going down on the misty mountain
And I’m watching
And wondering
Feeling something from long ago


Haunted echo that surrounds the glen
The heather creeping through the burned out ruins
And I’m watching
And wondering
Feeling spirits of long ago

Who in the valley shed the poison tear?
No one knows an old legend of a mythical hero
And I’m watching
And wondering
Feeling something from long ago

May this vale be my silver lining
Pleasing nature with a heart’s desire
And I’m watching
And wondering
Feeling everything from long ago…

Clannad
 
Nie jestem pewna, czy słowa „na dobrą wróżbę” tu pasują, ale gdyby nasza podróż odbyła się w nastroju tej piosenki, byłabym bardziej niż zadowolona.
Jako pisarka, w każdym razie.

Wyruszyliśmy z pewnym opóźnieniem, jeśli można mówić o opóźnieniach w odniesieniu do wyprawy, podczas której nie trzeba dbać o czas. Nie tylko dlatego, że Marius twardo odmawiał stawienia czoła rzeczywistości (nie mówiąc już o tym, że był obrażony na cały świat i myślał, że tego nie widać); w międzyczasie mieliśmy w herbaciarni jeszcze jednego gościa. Tym razem w osobie Brangien, która jest w domu już od miesiąca, tylko ja, wiecznie rozkojarzona, tego nie zauważyłam. Wróciła do Teevine po pół roku włóczenia się z Artenem… przepraszam, ważnych podróży służbowych. Niechętnie i jak najoględniej wspomniała, jak składali wizyty innym duchom żywiołów w pozostałych stronach światów – wiązało się to z jakimiś zawiłymi procedurami i poselstwami od Władczyni Żywiołów – za to opowieść o tym, jak wyciągali z tarapatów najmłodszą siostrę Artena byłaby nawet warta spisania… O ile najpierw namówię Brangien, by wyjaśniła mi bliżej nieznane nazewnictwo, którym sypała opowiadając. Mówiła szybko, jakby pilnie chciała przejść do czegoś innego, a na moje własne opowieści reagowała takim uśmiechem, jakby już o nich wiedziała, ale nie miałam wrażenia, że się spieszy do wyjścia, że nie chce zostać dłużej. Na koniec wyraziła chęć odwiedzenia pozostałych dziewczyn z naszej szóstki, po czym ja napomknęłam o moich planach „dłuższej podróży bez większego celu”. I wtedy Brangien cała się rozświetliła.
- Cudownie! – wykrzyknęła z radością. – Ty go odnajdziesz!
- Znaczy… Kogo? – zapytałam tępo.
- Geddwyna, oczywiście! – prychnęła. – Przecież opuścił Teevine jeszcze przede mną, nikomu nic nie mówiąc, i do tej pory nie wrócił! Z pewnością włóczy się bez większego celu… Bo wiedziałabym, gdyby coś mu groziło, a gdyby coś nabroił, wiedziałaby o tym Tara… Ale są pewne granice!
- A nie próbowałaś go wywołać? – podsunęłam. – Albo chociaż… Bo ja wiem? Wysłać wiadomość?
- Nie odezwał się od przełomu roku – pokręciła głową. – Parę dni temu specjalnie prosiłam Kaede, żeby zadzwonił dzwonkami, wiesz? Maeve i Tiley się stawili, a Geddwyna jak nie ma, tak nie ma.
- I myślisz, że jadąc ot tak, przed siebie, uda mi się na niego wpaść?
- A co ci szkodzi?…

Dzień później zjawiła się Nindë, gotowa do drogi, a przy okazji z niespodzianką. Oprócz Violet Shadow i nie znanego mi jeszcze ogiera o granatowej maści towarzyszył jej Kaede na swojej wyfiokowanej kasztance. Nie miał najlepszego humoru, pewnie dlatego, że i jemu Brangien zleciła rozejrzenie się za bratem-włóczykijem. Nie miał ochoty jej słuchać, ale także nie umiał odmówić, więc ucieszył się przynajmniej z towarzystwa kogoś, kto „wie, co robić”. Dokładnie jego słowa! Że niby ja wiem, co robić, skoro nawet nie wymyśliłam, od czego zacząć?
A od czegoś powinnam – może to przeczucie, a może tylko fanaberia, przyzwyczajenie. Ale jak się zorientować, która droga jest właściwa? Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z Geddwynem, który potrafi dobrze wsiąknąć w skrajnie różne środowiska. Sama muszę sobie z tym poradzić, bo przecież kogo mam pytać? Jedna Ettard może by coś podpowiedziała, ale jeszcze tak dobrze nie zna światów. Opowieści owszem, ale nie światy.
Nie widząc innego wyjścia, pozwoliłam koniom galopować przez międzysferę, jak przez dzikie pola pełne wiatru – i nawet wydawało mi się, że czuję ten wiatr. Aż nie miałam ochoty stamtąd wyjść, bo co mogło nas tam czekać? Kolejna droga wśród kwitnącej przyrody? No, dla pozostałych to raczej nie byłaby „kolejna”, ale ja mam alergię na wtórność, nawet mimo zachęcającej wiosny. Pewnie jestem pod tym względem egoistką. I się czepiam.
Wreszcie otworzyłam portal w losowym miejscu i chwili, by po jego przekroczeniu znaleźć się pod wodą. Tak, zupełnie zwyczajnie, nagle chlusnęło, otoczyło nas chłodem i w dodatku przepłoszyliśmy ławicę kolorowych rybek – uroczy widok, jak pływająca tęcza. Byliśmy ni mniej, ni więcej, tylko na dnie morza. Ja tam na to nie narzekałam, ale nie uśmiechało mi się mieć kogoś na zumieniu. Na szczęście nie było to dno zbyt głęboko, a nasze wierzchowce nie takie drogi już przemierzały, zdołaliśmy się więc wydostać zanim ktoś się utopił… Za to było dużo prychania, otrzepywania się i wymyślania, na czym świat stoi.
Wyszliśmy na plażę, która wydaje się – bo ciągle tam jesteśmy – nie mieć końca z obu stron. Przed nami słońce zanurzało się powoli w morzu, z tyłu zaś zobaczyliśmy sosnowy las za wydmami. Oszołomieni i przemoczeni, trudno, byśmy jechali gdziekolwiek; Kaede rozpalił dwa porządne ogniska, żeby wszyscy mogli się wysuszyć. We własnym imieniu mogę napisać, że miło się oglądało zachód słońca i nocowało pod gołym niebem, zwłaszcza że Ettard zaśpiewała parę pieśni do snu. Rzadko kiedy udaje mi się zasnąć przy muzyce, ale ta wydawała się po prostu do tego stworzona.
Teraz mamy piękny poranek, wschód słońca też obejrzany i właśnie zastanawiamy się, co dalej. To znaczy, oni zastanawiają się, kiedy skończę pisać i zdecyduję, co dalej. Łatwo się domyślić, że nie chce mi się tego momentu przyspieszać, prawda? Zwłaszcza, że krajobraz jest dość monotonny i właściwie wszystko jedno, w którą stronę pójdziemy… Jeśli trafiliśmy na porządną i grzeczną opowieść, każda droga powinna być odpowiednia. Mam tylko nadzieję, że nasza podróż nie okaże się równie monotonna jak ów krajobraz, bo nie będzie wtedy czego opisywać, a nie mam czym wypełniać luk.

26 IV

Po tamtym spotkaniu z kuzynką dużo rozmawiałam z Ettard o czarach i Śnieniu, a ona zaskakująco wiele z tego pojmowała. Później napisała długi list i poprosiła mnie o pomoc w wysłaniu go do Belinusa, bo ptaki raczej po międzysferze nie latają. A potem, jak już wspomniałam, w Melrin wybuchło święto niczym fajerwerk i trwało trzy dni. Wielka, głośna – na szczęście ładnie głośna – i barwna impreza pod przykrywką tańców obrzędowych oraz proszenia duchów i bogów (taka hierarchia obowiązuje w Solen) o pomyślność. Miałam nadzieję, że przyjedzie Clayd, on jednak przysłał mi wiadomość, że Melgrade też świętuje na swój własny sposób i że będzie miał po tym święcie dużo do sprzątania. Musiał to pisać w kiepskim humorze, bo o mało nie wydrapał długopisem dziur w kartce – zdaje się, że presja i nawał zajęć spadły nie tylko na Vanny. Szkoda. Za to miałam niezły ubaw obserwując Mariusa, kiedy został wciągnięty do roztańczonego korowodu, choć chyba nie bardzo zdawał sobie sprawę, co robi i co się tu w ogóle dzieje. Jest trochę tak, jakby zaczął traktować swoją sytuację jak przejście z jednego snu do drugiego – dla odmiany całkiem miłego – ale i z tą odmianą trudno mu sobie poradzić. Zawiłe…
W końcu jednak trzeba było wrócić do domu, a nazajutrz po powrocie – czyli dzisiaj – zgarnęłam Tenariego i uradowaną Pokrzywę i korzystając z tego, że pozostała dwójka odsypia, wybraliśmy się na Rozdroże. Wyskoczyliśmy z portalu prosto na jedną z wielu zawieszonych w niebycie ścieżek; przez chwilę świat wirował mi przed oczami, przez co Ten-chan zatroszczył się i zaczął mi fruwać dokoła głowy, żebym patrzyła na niego, a nie w dół. Zabawna metoda, ale pomogła. Kiedy już pewnie stanęłam na własnych nogach, dostałam jednak kolejnego zawrotu głowy, ponieważ magia tego świata stworzyła najpiękniejszą wiosnę, jaka mogłaby przydarzyć się naturze gdziekolwiek indziej. A może i jeszcze piękniejszą… A gwiaździste jezioro lśniło tak, jakby z góry pospadały wszystkie gwiazdy – ale nie, parę tam jednak zostało.
Pierwszą osobą, która powitała nas w progu, była Ivy, przysłana tu przez swoich zabieganych opiekunów. Ucieszyło mnie to – Tenari od razu wyraził życzenie pozostania na Rozdrożu na dłużej, skoro ta mała duszyczka tam siedzi. Duszyczka wyściskała nas z całej siły i zaciągnęła do salonu, gdzie mimo ładnej pogody w kominku palił się ogień. Zastaliśmy tam panią Steryard i panią… no, panią z Hany, zajmujące się dwójką zakatarzonych niemowlaków.
- Lepiej tam nie podchodzić – poinformowała mnie Ivy scenicznym szeptem. – Bo zaraz będzie pisk, że zarazki.
- Nie będzie, nie będzie – roześmiała się Noelle, która to świetnie słyszała. – To już końcówka choroby, ale woleliśmy przywieźć ich tutaj, zanim Kaede i Tomine skoczą sobie do gardeł.
- Na litość, ta kobieta skacze nad nimi jak nad bezcennymi artefaktami, które mają ocalić świat! – przewróciła oczami Andrea. – Zdecydowanie lepiej dla nich, że mogą być u nas…
Czarnowłosa posłała szwagierce przeciągłe spojrzenie spod uniesionych brwi.
- A tak naprawdę to jest podstęp – zwróciła się do mnie tonem wyjaśnienia. – Wiesz, zgromadzenie całego stadka dzieci, żeby mój nieszczęsny brat się wreszcie przyzwyczaił i dał się urobić…
- Wcale nie! – obruszyła się Andrea, ale w jej oczach migotały wesołe iskierki.
- Może i nie, ale Rick tak uważa. Dlatego zaszył się gdzieś na strychu – Noelle zachichotała jak mała dziewczynka. Niebieskookie niemowlę, które trzymała na kolanach, odpowiedziało radosnym uśmiechem, więc połaskotała je pod brodą.
- Nadal nie jestem pewna, które jest które – przyznałam, przyglądając się sielankowej scence.
- Zobaczysz, jak urosną, okażą się unikatowymi osobowościami – zapewniła Noelle. – Na razie nie zamierzamy ubierać Rei na niebiesko, a Yukiego na różowo tylko dlatego, że jest to ogólnie przyjęte.
- Odwrotnie – poprawiła ją Andrea. – I mówisz tak, jakby już sami wybierali sobie ciuchy.
- Nie… Mam na myśli, że ty im szyjesz, a lepiej już się nie da.
- A, chyba że tak.
- Co słychać? – w drzwiach stanął Rick z kubkiem kawy. Wyglądał na niewyspanego. – O, cześć. Vanny dała znać, że przyjedziesz, jakbyś była królową, którą trzeba zapowiadać. Masz jakąś sprawę?
- A, racja – pacnęłam się dłonią w czoło. – Wybieram się w dłuższą podróż i chciałam pożyczyć dwa konie. Znajomych zabieram…
- A zamiast tego siedzisz wśród tych cieknących nosów? – spojrzał na mnie z politowaniem. – Chcesz brać konie, to gadaj z końmi. Nawet im się nie chce wyleźć ze stajni, tylko by się leniły.
- Mogę zostawić Pokrzywę, żeby je urabiała – zaproponowałam, na co Andrea zareagowała z jakiegoś powodu wybuchem śmiechu. Kiedy dołączyła do niej Noelle, Rick tylko westchnął ciężko i poczłapał na górę.
- I tyle mamy z niego pociechy – skwitowała jego siostra, wzruszając ramionami.
- W ogóle macie tu deficyt facetów – zauważyłam. – Blue na przykład nie widzę…
- A zgadnij, gdzie może być Blue – prychnęła Andrea. – Może by tak wystosować do Marzenia podanie o uziemienie Carnetii na jakiś czas? Niby nie trzeba nas tu strzec dwadzieścia cztery na dobę, ale jednak…
- Nie wiem, gdzie by to pismo trafiło – mruknęłam. – Vaneshki, z tego, co wiem, też nie ma. No a Kaede? – zwróciłam się do Noelle. – Zostawił dzieciaki na twojej głowie i prysnął?
- Uznał, że wypada złożyć wizytę tu i tam – odpowiedziała niezrażona. – Miał zacząć od Teevine.
- No to długo tam nie pobędzie, bo Geddwyna nie ma…
- Słodcy bogowie, czy to jakiś sezon na puste domy? – wykrzyknęła Andrea, przesadnie załamując ręce.
- Skoro tak, może już być u ciebie w herbaciarni – stwierdziła Noelle spokojnie, a ja, tknięta dziwnym przeczuciem, uznałam, że w takim razie również powinnam tam szybko wrócić…

Pożegnawszy Tenariego, który z miejsca zdecydował, że zostaje, wróciłam do domu. Pokrzywa wysadziła mnie na parkingu – stała już tam jedna klacz, zupełnie ignorująca nasze przybycie – a sama również wróciła do miłego acz leniwego towarzystwa. Ja natomiast od razu pobiegłam do Blue Haven – i stanęłam jak wryta, z zastygniętym w gardle okrzykiem.
Co mianowicie zastałam? Przede wszystkim dotyk mroźnego powietrza… Na środku herbaciarni wznosiła się lodowa kopuła, niezbyt imponujących rozmiarów, ale dostatecznie duża, by zmieścić człowieka. Może niekoniecznie wyprostowanego, ale jednak człowieka. Kaede stał obok z wściekłą miną, na kanapie zaś siedziała Ettard z okrągłymi ze zdumienia – bynajmniej nie ze strachu – oczami. Na mój widok poderwała się i podbiegła.
- Nie mogliśmy nic zrobić – wyrzuciła z siebie zduszonym głosem. – Nawet Ciemna Pani nie zdołałaby rzucić takiego czaru ot tak, bez przygotowania!
- To nie był czar – pokręciłam głową. Podeszłam do Kaede, tłumiąc chęć złapania go za klapy kurtki: – Co ci przyszło do głowy?! Myślałam, że już wyrosłeś z zamrażania mi herbaciarni!
Tym razem Ettard wydała oburzony pisk, ale na tym poprzestała.
- Ciesz się, że jej nie podpaliłem – warknął rudowłosy i spojrzał ze złością na kopułę. Z jej wnętrza dobiegł głośny łomot. – Tamten też niech się cieszy. Zaraz jak tylko przyszedłem, wyskoczył do mnie z takim tekstem, jakby tu rozkazywał…
- I jak widać, miał powód! – wtrąciła Ettard i została zignorowana.
- …A jak mu odpowiedziałem, ta baba zaraz pobiegła do twojego pokoju i przytachała mu broń. Może mi łaskawie wyjaśnisz, po cholerę trzymasz coś takiego na widoku?
Zamarłam ze zgrozy, bo jedyną bronią, jaką można znaleźć w moim pokoju, jest gwiazdkowy gunblade od Vanny, który wisi sobie nad toaletką jako część umeblowania. Że też Ettard zdołała go zdjąć ze ściany i tu przyciągnąć… Przyjrzałam się Kaede dokładniej – ubranie miał rozdarte w paru miejscach, ale chyba nie zdążył dać się zranić.
- A powiem ci, że walczył zawodowo – chłopak najwyraźniej odgadł moje myśli. – Jakby go zaprogramowano na zwycięstwo za wszelką cenę. Jak chłopaki z oddziałów organizacji, zanim ją rozpirzyliśmy.
- Wypuść go już, co? – westchnęłam.
- Ma dużą i ostrą zabawkę, wyrąbie sobie drogę.
- Wypuść!! – wrzasnęłam, tracąc cierpliwość. Wzdrygnął się i bez słowa uderzył pięścią w lodową ścianę, podgrzewając ją i rozbijając.
- A ty też jesteś dobra! – wycedziłam przez zęby, odwróciwszy się do Ettard. – Nie mówiłam, że tu przychodzą tylko tacy, których zaprosiłam?! Słowo daję, miałam cię za rozsądniejszą!
- Prze… Przepraszam – pisnęła cicho. – Straciłam głowę, kiedy ten… Twój gość wcisnął Mariusowi twarz w poduszkę.
Obejrzałam się na Kaede, który zapatrzył się w przestrzeń, nie mając zamiaru składać bardziej szczegółowych wyjaśnień. Tymczasem Marius wygrzebał się już ze swojego więzienia, zmarznięty i zakaszlany, po czym bez słowa udał się do łazienki. Za nim pobiegła zaniepokojona minstrelka.
- Wiesz, gdzie może być Geddwyn-sensei? – zapytał Kaede obojętnym tonem, kiedy zostaliśmy sami.
- Nie mam pojęcia, nie dał znaku życia chyba od Przesilenia – westchnęłam.
Nie odpowiedział, skrzywił się tylko z irytacją.
- Sprzątasz – oznajmiłam już spokojnie i klapnęłam na kanapę.

21 IV

Mimo wszystko nie spędziliśmy wiele czasu w Cantioli, przede wszystkim dlatego, że Ettard nalegała, by ruszyć dalej, choć po niej ostatniej bym się tego spodziewała. Gdyby została tam dłużej, argumentowała jednak, zechciałaby pewnie od razu tam pozostać, a przecież ma jeszcze sporo czasu i miejsc do odwiedzenia. Zaznaczam to, żeby później nie było, że nie możemy usiedzieć w jednym miejscu przez moje własne niezdecydowanie.
Nie ruszyliśmy się jednak zbyt daleko, tylko do Melrin, które jak zawsze zaskakiwało gości. Jesienne barwy tak w nim dominują, że czasem zapominam, jak wiosenne potrafi być, gdy nadejdzie właściwa pora. Warto byłoby może zostać tu przez kilka dni, bo zbliża się rocznica założenia miasta i zapowiada się sporo atrakcji, ale jeszcze się zobaczy. Na razie mieszkamy sobie w przemiłym domu z pokojami do wynajęcia, a tuż za moim oknem rośnie wielki szumiący jesion. Ettard już trzeci dzień (i trzeci raz) opowiada mi legendę o sir Dylanie, ale chyba mija mi nastrój na tego typu historie, bo nie mogę się skupić na treści. Już prędzej na formie – poetycka jest jak należy, wzniosła też, a do tego przy dźwiękach harfy i doskonale wiem, że sama napiszę tę opowieść zupełnie inaczej. Tymczasem Tenari, widząc jak minstrelka jest pochłonięta sztuką, znalazł sobie nową zabawkę, co oznacza, że ciąga Mariusa gdzie popadnie. Cóż, ufam mojemu wychowankowi może bardziej niż powinno się ufać demonicznemu czterolatkowi o pokręconym dzieciństwie i jestem pewna, że się w stolicy nie zgubią. Mam tylko nadzieję, że Ten-chan nie próbuje włazić Mariusowi do głowy, choć pewnie nie przyznałby się, dopóki bym go nie przycisnęła. Inaczej jest za to z włażeniem na głowę – czasem dosłownie.

Wraz ze snem przyszła wizja wielkich czarnych wrót z pochodniami po obu stronach, a za tymi wrotami stała Vanny. Rozglądała się zdziwiona – nie wiem, czy scenerią, czy samym faktem, że jest w moich snach – podczas gdy z tyłu płomień buchał z głębokiego dołu. Wzdrygnęła się i przeszła przez wrota, które wtedy zniknęły, ustępując kamiennemu murowi, wznoszącemu się aż pod niebo. Stałyśmy sobie na nim, o dziwo bez lęku przed upadkiem. Może dlatego, że z tak wysoka nie widać było ziemi?
Krajobraz zmienił się skrajnie, ale i sama Vanny wydawała się słabo nad sobą panować. A to przyjmowała swoją właściwą postać, białowłosą i czerwonooką, a to wracała do ciała, które z konieczności musiała zajmować, a to wreszcie przybierała swoją formę do projekcji, kasztanowowłosą, w czerwonej czapce z daszkiem. Kiedy zwróciłam jej na to uwagę, skrzywiła się, zerwała czapkę z głowy, by przyjrzeć jej się ze zdziwieniem, a po chwili naciągnąć ją sobie na oczy.
- Może to dlatego, że moje sny nie zawsze są moje – mruknęła i znów zmieniła wygląd – A może po prostu za mało ostatnio sypiam. Ciągle jestem zajęta.
- Praca w tajemniczej organizacji wyczerpuje? – domyśliłam się.
- Ano – kiwnęła głową. – Ale miałyśmy rozmawiać o tobie, a nie o mnie.
- Czy ja wiem? – uśmiechnęłam się. – Potrzebne mi twoje Śnienie, przypominam. Pamiętasz jak byłaś na wyspie czarownic i wyciągałaś Doineanna?
- Pamiętam – odpowiedziała grobowym tonem. – A ty pamiętasz, że kategorycznie nie chciałam o tym mówić?
- No. Ale masz już wprawę w pomaganiu delikwentom uwięzionym cieleśnie w koszmarach.
- Nie chciałabym być złośliwa – przypomniała z absolutnie złośliwym uśmieszkiem. – Ale ty się w to bawiłaś wcześniej niż ja, choć Śniącą nie jesteś. A ja to robiłam na spółkę z Yori.
- Ale ja nie chcę, żebyś kogoś wyciągała! – zamachałam rękami. – Chciałam się poradzić odnośnie kogoś, kto z koszmarów wrócił!
- Tego faceta, o którym mi pisałaś? Który się upiera, że sama jesteś koszmarem? – upewniła się moja kuzynka i nagle zaniosła się chichotem. – No widzisz, za często tak siebie nazywałaś i teraz się to mści! Tylko w czym właściwie problem, skoro już został wyciągnięty?
- Nie wyciągniety, a raczej wykopany przez J, I z tego, co zrozumiałam, przez umysł panienki, która też często miewała koszmary – uściśliłam i zrelacjonowałam z grubsza przebieg wydarzeń. – W tym właśnie rzecz: czy dowolna osoba może być takim przekaźnikiem? Czy musi mieć zadatki na Śniącego?
- Czy ja wiem… Sporo zależy też od tego, kto wykopuje – Vanny zamyśliła się na dłuższą chwilę. – Wtedy, na wyspie czarownic, to ja byłam przekaźnikiem. I co, chodzi ci o to, że trzeba panienkę poduczyć Śnienia? Bo myślałam, że rozmawiamy o facecie… A ja się na nauczycielkę nie nadaję.
- A tymczasem, widzisz, rozjaśniłaś mi w głowie – odpowiedziałam z uśmiechem. – Z Mariusem muszę sobie jakoś poradzić, on teraz powinien porządnie trzymać się jawy.
- I pewnie dlatego ty śpisz po południu?
- Po południu? Z tego, co wiem, powinno być najpóźniej rano…
- Położyłam się spać o trzeciej – wzruszyła ramionami. – Chyba jestem w innej strefie czasowej i to dlatego… Ale zaraz będę musiała kończyć poobiednią sjestę i znowu ruszyć w tango.
- A nie chciałabyś sobie zrobić wolnego? – podsunęłam. – Zabieram moich gości na wyprawę i… Właśnie, może przy okazji załatwiłabyś nam więcej koni?
- O? Wybierz się na Rozdroże, tam ci dadzą. Mnie teraz nie ma w domu, dałam się wrobić w całe stadko zleceń i już raczej tego nie odkręcę – Vanny pokręciła głową z cierpkim uśmiechem. – Poza tym wyczytałam w horoskopie, że w maju mogę wpaść w pułapkę Koziorożca, więc muszę się do tego przygotować.
- A nie lepiej po prostu pytać przezornie o znak zodiaku i uciekać? – parsknęłam śmiechem.
- Jeśli mowa o tej osobie, o której myślę, to może być trudne – przy tych słowach zapatrzyła się w przestrzeń, chyba wspominając. – Co nie znaczy, że nie da się z tej pułapki uciec.
Sceneria znów się zmieniła i znalazłyśmy się pod dnem morza. To znaczy, otaczała nas falująca ściana, śliska w dotyku i ozdobiona błękitnymi zawijasami, a gdzieś nad nami szumiała woda…
- No to zostawiam cie w przyjaznym środowisku. Trzymaj się, honey – Vanny pomachała mi i zniknęła, zmieniając kolor włosów na niebieskie.

18 IV

Wynurzyłam się z zacisza (jasne…) domowego i wreszcie zabrałam gości na wycieczkę – jednak Ettard powinna trochę poznać światy, a Marius… No, poznać światy. I przekonać się, czy bardzo się różnią od jego własnego. W przezwyciężeniu lenistwa pomógł mi liścik przysłany wczoraj z wydawnictwa w Arquillonie, po przeczytaniu którego nabrałam ochoty nakopać mojemu szanownemu wydawcy. Nie bacząc na to, że jest chyba jedynym, który sam się o mnie upomina, w dodatku po tak długim czasie… Zresztą DeNaNi to dobry punkt, od którego można zacząć poznawanie światów – choć może nie jestem tu specjalnie obiektywna.
I tak znaleźliśmy się w Arquillonie, ojczyźnie stukniętych czarodziejek. Sama idea magii, w dodatku wykładanej w eleganckiej szkole, wydała się Mariusowi ziszczeniem opowiastek dla dzieci, ale przynajmniej nie uważał tego za kolejny koszmar. Za to później trzeba mu było uświadamiać, że maszyny parowe bynajmniej nie są poruszane przez czary. Doprawdy, trudno mi ustalić, z jakiej epoki się wywodzi – w stolicy czuł się dość swojsko, ale już styl ubierania się mieszczan uznał za ekscentryczny. A może za długo grzebaliśmy w Szafie poprzedniego dnia, szukając nam porządnych ciuchów na wyjazd?
Z kolei Ettard, jak na kogoś, kto nigdy wcześniej nie opuszczał swojego świata, prawie niczemu się nie dziwiła, a do tego nadzwyczaj rzadko się odzywała. Może traktowała wszystko swoim „tak powinno być”, a może po prostu mowę jej odebrało z wrażenia? Bez sprzeciwów pozwoliła się wszędzie ciągać Tenariemu, który zachowywał się, jakby doskonale znał całe miasto, a także dzielił się z nią myślami niedostępnymi dla mnie, nieszczęsnej. Co oznaczało, że Marius jest na mojej głowie, tymczasem po prostu mnie ignorował.
Na chwilkę zajrzałam do szkoły, w której wykładała Vylette i do której zaciągnęłam kiedyś Geddwyna, ale okazało się, że moja dawna podopieczna wyjechała w delegację do Tarahieny. Od razu przyszło mi do głowy, że może odbywa się tam Gala Niezwykłych Myśli, ale usłyszałam, że nie, że to jakieś szkolne sprawy. Złapałam więc moich towarzyszy za fraki – zanosząc się od śmiechu po tym, jak Tenari zaproponował, że ich przypilnuje – i pomaszerowałam do wydawnictwa. Już zdążyłam zapomnieć, przez jaki trzeba najpierw przejść labirynt kamieniczek, ale jakoś udało nam się dotrzeć do celu.
Tutaj nie było Grupy Spod Ściany, rzucającej się łapczywie na każdą fantastykę, ale Egbert Vial ze swoim entuzjazmem wystarczył za sześciu. Powitał, uściskał wszystkie dłonie naraz i posadził nas w fotelach w swoim przytulnym gabinecie. Kiedy zapytał, czego się napijemy, Ettard dała się skusić na kawę, a ja po prostu zaczęłam grzebać w dostępnych zapasach herbaty i wyręczać gospodarza w parzeniu jej – ale i tak plątał się obok i wymachiwał rękami, co miało się tłumaczyć jako: „nie trzeba”.
- To musi być naprawdę ubogie miejsce – skomentował Marius, obserwując nas. – Żadnej służby, choć urządzone dostatnio – czyżby ponad stan?
- To wydawnictwo, nie kawiarnia! – fuknęłam, tuląc do siebie puszkę nelhina. Nikogo, kto kupował tak rzadką herbatę, nie należało podejrzewać o brak pieniędzy.
- Kilka osób sugerowało mi zatrudnienie choćby sekretarki – uśmiechnął się Egbert – ale nie czułbym się pewnie, gdyby plątała mi się tu jakaś obca osoba… Poza tym świetnie daję sobie radę sam. Jestem czarodziejem – odpowiedział na pytające spojrzenie Ettard. – Dość marnym, ale jednak.
- Rodzynek, tak to się nazywa? – minstrelka zerknęła w moją stronę. Roześmiałam się i pokiwałam głową.
- No dobrze – zaczął Egbert, kiedy już wszyscy usiedliśmy wygodnie. – Skoro pofatygowałaś się osobiście, czy mam przypuszczać, że masz już coś dla mnie? Nie odzywałaś się tak długo, że nie zdziwiłoby mnie to.
Dopiero na te słowa przypomniałam sobie, po co właściwie do niego przyszłam.
- Miałam zamiar sprawdzić, czy pamięć ci przypadkiem nie szwankuje – prychnęłam. – W porządku, baśń masz u mnie zapewnioną, ale to drugie? Gorszego pomysłu na antologię już nie miałeś?
- Miałem, ale już jest skompletowana. Z kryminałami.
- Też coś – machnęłam ręką. – Wyszedłby mi jakiś niedorzeczny, no i prędzej książka niż opowiadanie, ale nie miałabym nic przeciwko napisaniu jakiegoś.
- Dobrze, w takim razie w czym gorszy taki romans? – nie ustępował, rozżalony. – Wiem, pamiętam, odgrażałaś się mnie i Vylette, że żadnego nie napiszesz, ale do dziś tego nie rozumiem. Jeśli to dlatego, że nie traktujesz tego tematu serio, to nie musi być przecież śmiertelnie poważnie.
- Nie musi – zgodziłam się z kamienną twarzą. – Co byś zatem powiedział, gdybym opisała twoje podchody do Vylette? To pierwsze, co mi przychodzi do głowy.
Syknął cicho i wycofał się z podwiniętym ogonem. Oj, chyba zadałam cios poniżej pasa… Niby długo mnie nie było, a jednak przez ten czas nic się nie rozwiązało i Vylette nie powiedziała ani „tak”, ani „nie”? A może właśnie powiedziała? Tylko że jakoś nie miałam już ochoty ciągnąć tego tematu.
- Słuchaj, nie mam pomysłu na czysty romans, który mógłby równocześnie być dobry – podjęłam z westchnieniem. Odgrażałam się, to prawda, ale współpracowaliśmy regularnie i zaciągnęłam go raz na sylwestra, więc nie mogłam być aż tak wredna. – Gdyby chociaż był do czegoś przyczepiony… Do jakiejś legendy, bo mam teraz na nie fazę. Tylko żadnej nie mam pod ręką.
- Ja mam – odezwała się niespodziewanie Ettard.
Zarówno ja, jak i mój niestrudzony wydawca spojrzeliśmy na nią rozgwieżdżonym wzrokiem, aż się speszyła, co było do niej niepodobne.
- Mam legendę, w której miłość odgrywa znaczącą rolę – pokiwała głową. – Taką, którą pragnęłaś usłyszeć. Dzieje rycerza Dylana z Eskalotu.
Poczułam, jak przechodzi mnie dreszcz ekscytacji. Owszem, to było właśnie to, czego pragnęłam! I proszę – nie musiałam się z tym zwracać do Sheril i ryzykować, że… No, nie wiem. Nie że mnie udusi, bo to nie w jej stylu. Że Lex się na mnie obrazi?
- Opowiesz mi? – zapytałam prędko. – Opowiesz mi, żebym ją mogła puścić w świat? Tylko czy nie będzie za długa?…
- Możesz ją napisać tak, jak opowiadasz – przypłynęła do mnie (i chyba nie tylko do mnie) wesoła myśl. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak bezczelny dzieciak błyska radośnie oczkami znad swojej herbaty.
- No dobra, jeśli z tym zdążymy, tobie i Vylette nic nie grozi – rzuciłam Egbertowi, myśląc jednocześnie, że faktycznie spisanie wspomnień z tamtych czasów mogłoby być zabawne. Byle nie zostały wydane w DeNaNi.
- Nie ma się co spieszyć – powiedział z uśmiechem, ale zauważyłam, że się wzdrygnął.

Potem było Solen. W którymś punkcie wydarzeń to z a w s z e jest Solen. Gdybym miała się zdecydować na zamieszkanie w jakimś konkretnym miejscu, innego bym nie wybrała; poza tym jest najbardziej przyjazne nowym przybyszom – albo znowu jestem stronnicza. Szczerze mówiąc, miałam ochotę wybrać się do smoków i sprawdzić, czy Lilly wróciła już z Nadziei, ale bałam się, jak Marius to zniesie… Zresztą Solen, a konkretnie Cantiola (w Melrin jest jednak za duże natężenie nieludzi jak na pierwszy raz), zrobiła na nim spore wrażenie. Nie mógł się nadziwić, jak to możliwe, że dwa kraje w tym samym świecie są od siebie tak różne. I znowu poczułam ciekawość, jak to było u niego. Niekończąca się monotonia? Czy może niekończące się pole bitwy? A może rzecz w tym, że DeNaNi stanowi mieszankę kilku różnych epok? Jeśli tak, to zastanawiam się, co by powiedział o Althenos.
Cantiola, miasto śpiewu i muzyki… Tym razem i Ettard przestała przyjmować wszystko ze stoickim spokojem – z okrzykami zachwytu słuchała grających na ulicach muzykantów, aż wreszcie przekonała któregoś do występu w duecie. Ludzie są tam weseli i życzliwi, a im więcej artystycznych dusz, tym lepiej, szybko więc zgrała się z nowym znajomym, a brzmienie jej harfy nieźle pasowało do piosenki, którą śpiewał. Nawet Marius słuchał z zainteresowaniem, choć może spory udział miało w tym pewne demoniątko, które usadowiło mu się na ramionach, zmęczywszy się lataniem. Tenari również słuchał ze skupieniem, a może po prostu pogrążył się we własnej zadumie… Tylko ja nie mogłam się na dłużej skoncentrować na muzyce – rozglądałam się wokół z oczekiwaniem, nie wiedząc nawet, na co. Aż w końcu zobaczyłam, co miałam zobaczyć – jasnowłosą dziewczynkę z warkoczykami, siedzącą na ławce dość daleko od nas i zajętą wielkim czerwonym lizakiem. Nic nie mówiąc pozostałym podeszłam do niej i czekałam, aż raczy mnie zauważyć. Po chwili podniosła fioletowe oczęta i posłała mi spojrzenie uduchowionej wychowanki pensji przyklasztornej. Na wszelki wypadek czy coś zmalowała?
- Mogłaś do nas podejść, zamiast się tak czaić – zagaiłam. – Smaczny?
- Ujdzie – J wyjęła lizaka z buzi (jak ona go tam zmieściła?) i obejrzała go ze wszystkich stron, jakby to miało zadecydować o smaku. – Bycie słodką dziewczynką z lizaczkiem bywa fajne! A czaję się, bo jestem obrażona, że szwendałaś się gdzieś z dala od moich rejonów. Mogłabyś sprawić sobie komórkę, wiesz?
- Nie, nie wiem. Czuję niesprecyzowany lęk przed telefonami.
- A wiesz, że ja też? – rozpromieniła się. – I teraz sama się sobie dziwię, że cię namawiam. Komórkę dostałam kiedyś od Ellila, że niby profilaktycznie, zanim sama go na nią naciągnę, ale długo trwało, zanim zaczęłam jej używać. Wtedy to jeszcze były takie cegły, wiesz. Niewygodne.
- I działa między światami? – zainteresowałam się.
- Teraz już tak – dziewczynka uśmiechnęła się tajemniczo. – Co porabiałaś odkąd się pożegnałyśmy? Bo ja wpadłam do swojego świata i wyciągnęłam Aislinn w odwiedziny do Shaitha… Ale się działo, ostra faza na całego – stwierdziła z dumą i znów wpakowała sobie lizaka do ust.
- A ja znalazłam sobie nowe dzieciaki do niańczenia – wskazałam ruchem głowy w stronę coraz większego zbiorowiska widzów. To najwyraźniej przypomniało o czymś J, bo klasnęła w łapki z olśnieniem i powiedziała coś, czego jednak za nic nie mogłam zrozumieć.
- No właśnie! – wykrzyknęła, kiedy już żaden lizak jej nie przeszkadzał. – Jak tam twoje znalezisko z koszmarów?
- Nawet nie py… Zaraz, zaraz – spojrzałam na nią podejrzliwie. – A co ty masz z nim wspólnego?
- Ja? Absolutnie nic – zatrzepotała rzęsami.
- W takim razie skąd o nim wiesz? Jakoś nie wierzę, żebyś mnie obserwowała non-stop już od marca.
- A skąd! Nawet nie jestem pewna, gdzie wtedy byłaś – obruszyła się. – Ale zobaczyłam tego pana, kiedy wędrowałam sobie po koszmarach, próbując się dowiedzieć czegoś o tej pani, którą tam kiedyś spotkałaś, no i pomyślałam, że nadawałby się dla ciebie! – wypaliła jednym tchem.
Nawet nie było sensu pytać, skąd jej przyszła do głowy „ta pani z koszmarów”, choć nie pamiętam, bym opowiadała J o tym, jak przerzuciło mnie do jej świata w tamtym feralnym sierpniu.
- Jak się znalazłaś w koszmarach? – spytałam za to.
- Jakoś przez Szare Światy, próbowałam im się przyjrzeć trochę bliżej – odpowiedziała mętnie. – A później znalazłam znajdujący się najbliżej ciebie punkt, przez który dało się tego pana wyładować. I proszę!
Taak, i proszę. To by potwierdzało, że lady Adelin mogła mieć coś wspólnego ze Śnieniem, ale jeszcze nie wyjaśniało wszystkiego.
- A skąd on się wziął w koszmarach? – podjęłam, dziwnie pewna, że J już to wywęszyła.
- A, zasnął w miejscu mrocznego kultu i go przerzuciło – machnęła ręką, potwierdzając moje przypuszczenia. – Ale przecież nie będę ci zdawała raportu z całego jego życia, bo stracisz całą zabawę, nie?
- Zabawa jak zabawa, ale czasem mam ochotę sprawić mu lanie…
- Wiesz co, ty to jednak jesteś większą sadystką niż ja! – pożaliła się. – On jest biedny i nie zasługuje na lanie! Powinnaś go wygłaskać, jak Shyama!
- Niby kiedy głaskałam Shyama?!
- Kiedyś musiałaś, skoro się tak fajnie wyrobił – J wzruszyła ramionami. – A w ogóle to się za nim stęskniłam, chyba złożę mu wizytę. A potem wproszę się do ciebie na dłużej, o!
I tyle. Nagadała się jak rzadko kiedy i zniknęła, nie zostawiając mnie o wiele mądrzejszą… I nawet nie zdążyłam jej powiedzieć o „zabawach” pewnego Dziecka Chaosu w dawnym świecie Sheril. O ile sama o tym nie wiedziała – może to i nie jej rejony, ale na tyle często wie zbyt wiele, że i teraz mogła coś ukryć.
Wróciłam do moich towarzyszy, którzy wcale nie czuli się zaniedbani – o ile w ogóle zauważyli moją nieobecność. Ettard skończyła grać i podbiegła do mnie, z wypiekami na twarzy opowiadając o konserwatorium, w którym kształci się poznany przez nią śpiewak – wyraźnie przekonana, że trafiła do raju dla bardów. Marius jak zwykle nic nie mówił, obserwując tylko czujnie otoczenie, za to Tenari był bardzo zadowolony z punktu widokowego. Zaczęłam rozważać zostanie tu na następny dzień, w końcu nigdzie się nam nie spieszyło…
A później w moje ręce wpadła depesza. Krótka i zwięzła, nawet bez podpisu, ale od razu rozpoznałam charakter pisma Vanny. Przed kilkoma dniami wysłałam do niej wiadomość, że przydałby mi się ekspert od Śnienia, i dołączyłam rysunek Tenariego, przedstawiający Ivy na łące, siedzącą pod dużo większym od niej kwiatkiem. Teraz zaś dostałam odpowiedź. Brzmiała: Czekaj na sen.

15 IV

Chmurka pracowicie sprzątała herbaciarnię, a ja wylegiwałam się na kanapie i miałam wizje. Oczami duszy widziałam sprawy, które czekały, by ktoś je dokończył – tak, dokończył, chociaż nigdy nie zostały zaczęte. W każdym razie nigdy w tej rzeczywistości; może trwały gdzieś w Domenie Lustrzanej i w każdej chwili mogły zaistnieć tu, wyrosnąć nagle, dojrzałe już i soczyste. Ale nie, gdyby zaistniały, być może byłabym jedyną osobą zdolną je zrozumieć, przez co musiałabym brnąć w nie sama. To by mi się nie podobało.
Zamknęłam oczy i zaczęłam nucić Il mare di suoni, a wtedy zamiast dalszych wizji przyszedł do mnie Marius. Bardziej zaskakujący widok, biorąc pod uwagę, że do tej pory konsekwentnie mnie unikał.
- Jeśli nie jestem uwięziony w snach – odezwał się – to dlaczego nie mogę stąd wyjść?
Mówił z pozoru spokojnie, ale widziałam, że obserwował mnie czujnie, czekając na jakiś błąd. Albo haczyk.
- Parę dni temu pytałam cię, dokąd chciałbyś odejść – przypomniałam, znów zamykając oczy. – Owarczałeś mnie tylko i zamknąłeś się w łazience. Co się zmieniło?
- Szukałem wyjścia – powiedział. – A nie znalazłem żadnych drzwi ani nawet okien, jak gdyby poza tym miejscem nic innego nie istniało.
- Jest jeszcze mój pokój, ale za mało sobie ufamy, żebym ci go pokazała – uśmiechnęłam się. – To miejsce jest zawieszone pomiędzy światami, Ettard ci tego nie mówiła? Gdybym miała tu drzwi, nie miałyby się na co otworzyć. Wyjdziesz stąd, kiedy o tym zadecyduję. I gdzie zadecyduję.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza; Marius nawet się nie poruszył, tylko stał jak ten słup soli.
- Przysuń sobie krzesło i usiądź – zirytowałam się, przez co tym bardziej nie miałam ochoty zmieniać pozycji. – Nie stoisz na warcie.
Nie zdążył nawet zareagować, gdy poczułam mocny podmuch powietrza. Uczynna Chmurka sama przyniosła krzesło, choć nie jej to poleciłam. Parsknęłam śmiechem, a ona okręciła się trzy razy wokół Mariusa i pomknęła sprzątać dalej.
- Miejsca zarządzane przez kobiety – podjął mój gość, siadając sztywno – to zwykle domy schadzek albo posiadłości bogatych wdów. Oraz letni dworek jej wysokości królowej, ale powiadają, że to raczej miejsce jej ucieczek po kłótniach z małżonkiem.
- Prowadzę zupełnie niewinną herbaciarnię i nigdy w tym życiu nie byłam zamężna – odparowałam. – A na królową się nie nadaję. Jeszcze jakieś uwagi?
- Herbaciarnia, do której nie można wejść?
- Ależ można. Tylko trzeba wiedzieć jak i być zaproszonym.
- W takim razie to miejsce o wielkiej wartości – na chwilę zapomniał, że mi nie ufa, że nie rozumie swojej sytuacji; ściszył głos i pogrążył się we własnym świecie. – Z taką sekretną bazą wypadową bylibyśmy niezwyciężeni i…
- O wielkiej wartości? A masz jakąś walutę? – przerwałam zgryźliwie. – Nawet gdybym stworzyła ci prywatny wymiar na zamówienie, jesteś zwykłym człowiekiem bez mocy. Miałbyś pewne problemy z teleportacją.
Kiedy wyrwałam go z rozmyślań, zagapił się na mnie jakbym mówiła jakimś niezrozumiałym bełkotem.
– I kto byłby niezwyciężony? – pytałam dalej, nie rezygnując.
- Nikt – uciął twardo, a jego spojrzenie w jednej chwili pociemniało. Zaaferowanie się ulotniło, pozostawiając człowieka, który nagle przypomniał sobie, że jest skończony, ale próbuje udawać, że wcale go to nie rusza. No i klops, najwyraźniej coś zepsułam. A już zaczynało być zabawnie…
- Jaki jest twój świat? – przyjęłam jak najłagodniejszy ton.
Marius znów popatrzył na mnie bez zrozumienia.
- Jak to jaki?... Świat to świat. Zwyczajny.
– Mogłabym ci pokazać całe mnóstwo światów, których z pewnością nie nazwałbyś zwyczajnymi. Ale jak długo by to trwało, zanim uwierzyłbyś, że nie są snem?
I znowu chwilę mu zajęło przetrawienie usłyszanych informacji. Albo trafiłam na typ analizatora wszystkiego, co się nawinie, albo po prostu nie umiem rozmawiać z ludźmi. Swoją drogą, kiedy ostatni raz rozmawiałam z zupełnie zwyczajnym człowiekiem?
- A kto miałby mi udowodnić, że mogę w to wierzyć? – zapytał w końcu.
- Ty sam musisz zdecydować, komu warto zaufać – wzruszyłam ramionami, po czym wstałam i wyszłam, przekonana, że mój szanowny gość zaraz rozłoży kanapę, żeby się na niej wylegiwać. Nie pierwszy to raz – albo jeszcze (?!) nie odespał, albo po prostu żołnierskie życie nie rozpieszczało go luksusami. Chyba jednak nie należy jeszcze o to życie pytać.

W moim pokoju zastałam uroczą scenkę: Ettard siedziała oparta o moje łóżko, głaszcząc leżącego obok lotofenka, a na kolanach miała otwartą księgę; Tenari zaś rozłożył się na kołderce i zaglądał dziewczynie przez ramię. Dopiero kiedy do nich podeszłam, zorientowałam się, że mój wychowanek czyta minstrelce w uszko co bardziej smakowite ustępy z Księgi Białej Grozy. Stanęłam nad nimi i zatupałam.
- Chyba już wystarczy, aż dreszcze mnie przechodzą – roześmiała się Ettard, zamykając to specyficzne dzieło sztuki rodem ze Starego Świata. – Lepiej było na dziś wybrać sobie coś lżejszego.
- Nigdy mi nawet tego nie pokazałaś – przekazał mi rozżalony Tenari. – Opowiadałaś o Orochim i o yôkaiach, ale to ominęłaś!
- Zapomniałam, że mam tę książkę. Nigdy nawet nie przeczytałam jej w całości – mruknęłam, obiecując sobie w duchu, że zrobię to w najbliższym czasie. Fakt, że nawet nie doszłam do tego, czym jest tytułowa biała groza – chyba że autorka po prostu nie umiała znaleźć intrygującego epitetu, więc posłużyła się kolorem. No co? Ja bym tak zrobiła.
- Myślisz, że teraz ty zaczniesz się bać koszmarów? – uśmiechnęłam się do minstrelki, która właśnie odłożyła książkę na półkę. Strel ziewnęła i fuknęła na nią, nagle pozbawiona miłej rączki do głaskania.
- Nawet jeśli, wtedy będę się tulić do Mariusa, by mnie przed nimi ochronił – Ettard wyszczerzyła zęby. Uniosłam brwi, ale nie skomentowałam – powinna lepiej go znać.
- Ależ nie patrz tak na mnie. Nie jestem niewinną panienką, byłam na Godach dwie zimy temu – prychnęła. Trochę nie o to mi chodziło, ale machnęłam ręką. – Nie zamierzam jednak zarzucać sieci na kogoś gotowego zabijać czarownice, gdyby miał czym.
- Raczej demony. On chyba nie wierzy w czarownice.
- Bo i kto ma mu udowodnić, że może w nie uwierzyć? – nieświadomie powtórzyła jego ostatnią myśl niemal słowo w słowo.
- Lepiej żeby uwierzył, że życie jest piękne – pokręciłam głową. – Ale zdaje się, że z tym też nie do nas. Przynajmniej na razie.
- Trzeba zatem znaleźć kogoś odpowiedniego. Poza tym pragnę przypomnieć, że poszłam z tobą, by poznać inne światy. Nie mogę siedzieć tu bez końca, nawet w towarzystwie twojej… Wieży.
- Wiem, pamiętam – westchnęłam. – Problem w tym, że jeszcze nie całkiem przywykłam do waszej obecności. Nie żebyście mi przeszkadzali, ale zastanawiam się, co z wami dalej będzie. Choć tu akurat mała wyprawa może być rozwiązaniem.
- Przypominasz mi teraz Idlis-Czarodziejkę z pewnej pieśni, wolnego ducha, którego potężny książę pragnął zamknąć w swym pałacu – zamyśliła się Ettard. – Może i ty jesteś istotą, która powinna samotnie przemierzać światy? Nie powinna przywiązywać się do innych ani mieć własnego domu, tylko ruszać w drogę, kiedy chce…
- A daj spokój – słysząc takie rozważania nagle dostałam bólu brzucha, włosów i dużego palca u lewej nogi. – Kto powiedział, że to, co p o w i n n o być, stanowi zawsze najlepsze wyjście? Nie mówię tego tylko w odniesieniu do siebie… A że nie chciałabym nie mieć domu, to tak na marginesie.
- Być może. Muszę jednakże więcej się nauczyć, by to zrozumieć – uznała Ettard i po namyśle postanowiła uprosić Tenariego, żeby jej jeszcze poczytał, tym razem coś zabawnego, prosto z DeNaNi. A ja zostałam z myślami, do kogo najpierw się zwrócić, zanim wypuszczę tych dwoje z mojego domu. Do którejś ze Śniących? Czy nadal czekać na Vaneshkę?…

14 IV

Co za absurd – w światach rozkwita wiosna, a ja najchętniej siedziałabym bez końca zaszyta w kąt z herbatą i książką. Może stałam się mało wymagająca, bo na razie wystarczy mi słuchanie Ettard, która swoją grą i śpiewem przynosi wiosnę do Blue Haven. Nie mnie osądzać, jaki ta dziewczyna ma potencjał jako dźwiękmistrzyni, ale z pewnością jest świetnym muzykiem. Chętnie przedstawiłabym ją Ketrisowi i Vaneshce, ale oni siedzą w Pieśni już prawie miesiąc i diabli wiedzą, kiedy ich znowu zobaczę. Podobnie jak Aeirana, który przebywał przecież poza Pieśnią tak długo, że równie dobrze mógł tam nie wracać… No, ale tak dobrze nie ma. Co do Vaneshki zaś – z relacji rozżalonego Leo wynika, że ostatnimi czasy dziewczyna wpada do Marzenia głównie po to, by okopać lokatorów i ucałować drzewko, i zaraz rusza w dalsze wojaże. Przez to Leo musi siedzieć sam w domu, gdy tymczasem Milanee uczy się „tej swojej fotografiki” – szczegółów nie znam – natomiast co porabia Carnetia, tego łatwo się domyślić. Znaczy, Marzenie świeci pustkami, a w Blue Haven przybywa zbłąkanych duszyczek. Słońce wschodzi na zachodzie, ptaki latają tyłem i tak dalej.

Od dawna próbuję przejść do wątku Mariusa – takie imię podał minstrelce, rozmów ze mną konsekwentnie unika – tylko nie mam pomysłu, od czego zacząć. Niby trzymam go u siebie już drugi tydzień, ale dopiero od paru dni jest na chodzie. Nie żeby Ettard tak długo trzymała go w zaklętym śnie, ale kiedy już go wybudziła, rozejrzał się nieprzytomnie… I zasnął na nowo. Tym razem naturalnie, spokojnie i chyba z ulgą.
- To tak, jakby nie spał przez długi, długi czas – zrelacjonowała mi Ettard. – I teraz musi ten stracony czas nadrobić.
Nie byłam całkowicie przekonana co do jej teorii, bo jednak ludzie – jeśli mogę mówić w ich imieniu – nie sypiają chyba aż tak długim i kamiennym snem. W dodatku facet wyglądał na żołnierza, a tacy raczej nie wylegują się całymi dniami. W końcu więc pewnego ranka zdecydowałam trochę nim potrząsnąć.
- Pobudka – powiedziałam. – Nie chcesz chyba zmarnować reszty swojego życia, prawda?
Otworzył oczy i spojrzał na mnie wyjątkowo, jak na niego, przytomnie… I nagle odsunął się ode mnie, zaplątany w kołdrę, a na jego twarzy pojawił się wyraz niechęci czy wręcz obrzydzenia.
- No co? – zdziwiłam się. – Piżama w gwiazdki to taki straszny widok?
- Kto mnie położył do łóżka? – zapytał przez zaciśnięte zęby.
- Ona – skinęłam głową w stronę Ettard, która właśnie siedziała przy stoliku i stroiła harfę.
- Ja – potwierdziła, uśmiechając się promiennie.
- A ty? – długowłosy mężczyzna zwrócił się do mnie. – Ty jesteś do nich podobna. Przyszłaś tu za mną?
- Nigdzie za tobą nie szłam – prychnęłam. – To ty jesteś u mnie.
- Więc jednak stamtąd nie wyszedłem – powiedział cicho. – A już miałem nadzieję… Tak długo spałem. Bez snów.
- Skąd? – wyrwało mi się. – Jak zjawiłeś się w zamku?
- Nie będę z tobą rozmawiał! – warknął, próbując podnieść się z kanapy, ale albo był za słaby, albo kołdra okazała się przeszkodą nie do pokonania. – Skoro nadal jestem w piekle, rób co zechcesz, ale przynajmniej nie dam się zwieść!
Na takie dictum mogły mi tylko łapki opaść.
- Ja też robiłam sobie nadzieje, a tu widzę, że goszczę wariata – pokręciłam głową z rezygnacją. – Ty z nim pogadaj, Ettard, chcesz?
Minstrelce nie trzeba było tego dwa razy powtarzać – od razu zeskoczyła z krzesła i podbiegła do naszego śpiocha, który starał się nie okazywać zdziwienia.
- Widziałem cię już – szepnął. – Byłaś w kamiennej sali wraz z kilkoma kobietami przyodzianymi w proste suknie… Więc to mi się nie śniło?
- Masz szczęście, że nie mogły słyszeć tej wzmianki o prostych sukniach – bąknęła Ettard. – Dlaczego tak się dziwisz, że to nie sen? Przed chwilą wszak mówiłeś, że spałeś bez snów.
- Nie muszę śnić koszmarów – powiedział – jeśli bez przerwy otaczają mnie na jawie.
Z trudem powstrzymałam parsknięcie – ni to śmiechu, ni irytacji, sama nie wiem – przez co zakrztusiłam się i odmaszerowałam do kuchni, żeby zrobić herbatkę. Co jak co, ale sporo czasu minęło, odkąd ktoś nazwał mnie koszmarem. Nie licząc Vanny, ale Vanny to rodzina i pokrewna dusza, która dobrze wie, z czego jestem ulepiona. Chyba jeszcze demony ze świata, w którym się narodziłam, nazywały mnie Córką Koszmarów, ale to było dawno temu. Nawet Yori, która jest przecież Śniącą, nigdy się mnie nie czepiała, a wręcz uważała to za pożyteczne – a tu pojawia się zupełnie zwykły (tak mi się wydaje) człowiek, który ode mnie ucieka!
No i trudno, pierwszy szok ma już chyba za sobą. Później, kiedy przed jego oczami przedefilował ziewający Tenari ze skrzydlatym zwierzątkiem z czarną kitą, zdołał zachować pokerową twarz.
To uciekanie jednak mu zostało, na szczęście Ettard na tyle dobrze radzi sobie z jego obsługą, że jeszcze nie zaczął szukać okna, którym mógłby wyskoczyć… A, prawda, tu i tak nie ma okien. W każdym razie Marius ciągle łazi spięty i skryty – i nawet mu się nie dziwię, że nie chce nic o sobie mówić. Zresztą, czy w ogóle coś mówi? Zwykle sprawia wrażenie, jakby na coś czekał – na nowe rozkazy? – a równocześnie coś rozpamiętywał. Uparcie nie okazuje emocji, najwyraźniej sobie postanowił niczemu się nie dziwić, nawet temu nowemu miejscu. Doprawdy, zupełne przeciwieństwo tego, jak Ettard zareagowała na herbaciarnię… W pierwszych dniach godzinami moczyła się w wannie i musiałam ją niemal siłą wyciągać (ale nie zachlapała mi łazienki), próbowała zrozumieć, jak działa sprzęt kuchenny (w tym jej pomóc nie mogłam), ale najbardziej zafascynowała ją moja wieża i kasety. Z jak bardzo odległej epoki trzeba pochodzić, żeby świecić oczętami do kaset magnetofonowych? Miałam z tą dziewczyną sporo śmiechu, przyznam. A co mnie czeka teraz?