Ellil zaszalał i załatwił
luksusowy apartament z dwiema sypialniami. W ogóle całe miasto, do
którego dotarliśmy wczoraj wieczorem, wyglądało jakby mieszkały w nim
same szychy. Albo ludzie żyjący ponad stan. Albo po prostu lubiący
imprezować. I było pełne neonów - w czasie jazdy nie mogłam od nich oczu
oderwać.
Leżałam na pościelonym już łóżku - szerokim prawie jak to u Clayda w
Melgrade i jeszcze bardziej miękkim - a obok mnie spoczywała otwarta
książka od Moriany. Obudziłam się z myślą, że koniecznie muszę ją
poczytać, tymczasem jednak przypłynęły do mnie dziwne myśli, którym,
właściwie wbrew woli, dałam się ponieść. Miałam wrażenie, że
rozdzieliłam się na dwa różne "ja", przy czym jedno czuje się tu - w tym
świecie, czy w jakimś szerszym znaczeniu? - zupełnie na miejscu, a
drugie wręcz przeciwnie. Tylko nie wiedziałam, które z nich jest
właściwsze i prawdziwsze.
- Hej, czemu tak zbijasz bąki? - otworzyły się drzwi i mój towarzysz
wetknął przez nie głowę. - Co robisz w taki obiecujący dzień?
- Leżę i czekam na moment, w którym się niespodziewanie załamię - powiedziałam apatycznie.
- Skoro niespodziewanie, to nie ma sensu czekać - Ellil podszedł,
chwycił mnie za rękę i podniósł do pozycji siedzącej. - Mamy szukać
źródła mocy, nie pamiętasz?
- W takim miejscu to jak szukanie igły w stogu siana - skrzywiłam się.
- Sama się upierałaś, że musimy się zatrzymać w tym mieście -
przypomniał. - Argumentowałaś, że potrafisz wyczuć chaotyczną moc i
opowieść cię wzywa. Trzeba się w takim razie tego trzymać!
- Musiałam być naprawdę śpiąca, skoro tak bredziłam i nic nie pamiętam.
- No to przypomnisz sobie w trakcie szukania. Tylko czy będziemy szukać w
miejscach najbardziej niepozornych i niespodziewanych, czy wręcz
przeciwnie?
- Ha, łapiesz mój sposób myślenia - zdziwiłam się mile. - Zacznijmy od
wręcz przeciwnie. Wiesz, jak moc demoniczna, to trzeba znaleźć jakiś
mroczy kult ze złowieszczą świątynią...
- Tam? - Ellil patrzył z powątpiewaniem to na mnie, to na budynek.
Oprócz obecności neonów, był jeszcze przeraźliwie różowy. I w graffiti.
- Coś nie tak? - wzruszyłam ramionami. - Złowieszczy jest, gromadzi
szeregi wyznawców i dochodzą z niego potępieńcze dźwięki. Wszystko się
zgadza, nieprawdaż?
- To się nazywa nowoczesna muzyka taneczna - poprawił mnie jakbym była
staromodną sztywniarą, nieznoszącą techno. Co zresztą jest prawdą.
- Wszyscy wiedzą, że podstęp i nowoczesność to wymysły diabelskie. Tym bardziej więc się zgadza.
- I naprawdę myślisz, że tam możemy coś znaleźć?
- Mam jakieś mgliste przebłyski - przyznałam. - Albo to coś jest bardzo słabe, albo w tej chwili tam tego nie ma.
- Wszystko jedno, i tak dzisiaj tam nie wejdziemy.
Tu jest napisane, że dzienna liczba wejść jest ograniczona.
- I może jeszcze przyjmują tylko elitę?
- Zależy, co za ową elitę uważają - Ellil uśmiechnął się pod nosem. - Jak się
zrobię na króla parkietu, to mnie z pocałowaniem ręki wpuszczą. Bo ty
nawet nie będziesz musiała się zbytnio wysilać, już wyglądasz na
zagorzałą kultystkę.
Czy powinnam się bać? Cóż, lepsze to niż czekanie aż któreś ze wspomnianych "ja" zacznie dominować.
7 XI
Już zdążyliśmy zmienić
państwo i to nieistotne, że nie posiadam paszportu. Mój osobisty szofer i
towarzysz niedoli potrafi przekroczyć granicę tak, że nikt tego nie
zauważa.
Jedziemy z zawrotną prędkością, która nie zmienia się niezależnie od terenu, a mimo to wciąż jesteśmy w jednym... No, w trzech kawałkach. Kiedy robimy gdzieś postój, natychmiast doskakują różni ludzie i dopytują się, co nasz środek transportu ma pod maską - bo ponoć z zewnątrz wygląda jak kupiony w czasach, gdy jeszcze nikt na możliwość t a k i e j jazdy nie wpadł. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest zdezelowany, o nie. Ale różni się fasonem od innych samochodów. Nosi wymowne imię "Pędziwiatr", ma zaskakująco wygodne siedzenia, a z lusterka zwiesza się chmurka, która zmienia kolory w zależności od temperatury i wilgotności powietrza. Nie wiem na jakie, na razie pozostaje paskudnie szara.
Nie mogę zrozumieć tego, że podczas jazdy czuję się bezpieczniej niż swego czasu w moim własnym samochodzie z Lexem za kierownicą. Może i nie zawsze miał otwarte oczy, kiedy prowadził, ale przynajmniej nie jeździł jak wariat.
- To bez sensu - oznajmił Ellil, bardziej wspomnianej chmurce niż mi. - To zupełnie poroniony plan.
- Skoro tak uważasz, to dlaczego zgodziłeś się w to włączyć? - zdziwiłam się ja, a nie chmurka. - Nie mów, że aż tak się boisz J.
- Mówię, że jest nielogiczny, a nie na przykład nieprzyjemny do wykonania. Takie bezsensowne plany są najciekawsze, bo najbardziej nieprzewidywalne - posłał mi ten swój stopniowy uśmiech, który zakończył się wyszczerzeniem zębów. Już wiem, kogo przywodził mi na myśl ten uśmiech i delikatna twarz - oczywiście duchy żywiołów Zachodu. Gdyby Tiley zdecydował się wreszcie trochę wydorośleć, może byłby podobny do Ellila.
Cóż, jak dotąd wszystko przebiegało zupełnie przewidywalnie. Jechaliśmy... Jechaliśmy... Jechaliśmy...
- Opowiedz mi coś - uśmiechnęłam się najładniej jak tylko byłam zdolna. - Pędzimy tak przed siebie bez celu, nawet nie mam czasu podziwiać widoków, więc chociaż coś opowiedz.
Mój towarzysz oderwał swe ciemnoniebieskie oczyska od drogi i wytrzeszczył je na mnie w sposób, który zwykle określa się "jak cielę na malowane wrota".
- Jakich widoków?! - wykrztusił, trochę mnie zaskakując. A jednak, po chwili namysłu, skłonna byłam przyznać mu rację. Jechaliśmy autostradą w pochmurny wieczór, więc na atrakcje nie miałam co liczyć.
- Tym bardziej - wydęłam usta. - Poza tym jesteś w tej chwili jedyną osobą, która może mi dopowiedzieć do końca waszą mitologię. Miałabym przepuścić taką okazję?!
Przewrócił oczami i mruknął pod nosem coś w obcym języku. Już myślałam, że zostanę bezczelnie zignorowana... A jednak nie.
- Nastał taki czas, w którym nieśmiertelni zaczęli tracić kontrolę nad światem - zaczął. - Tak jakby... Nie byli już potrzebni do istnienia tym aspektom rzeczywistości, które uosabiali. O, już nagmatwałem - dodał ze złośliwym błyskiem w oku.
- Nic a nic - zaprzeczyłam radośnie. - Pytanie tylko, jak ty się temu oparłeś.
- Może byłem zbyt ciekawy świata, żeby dać się ułożyć grzecznie do wiecznego snu - wzruszył ramionami. - Tak się fajnie zmieniał, ludzie tyle się potrafili nakombinować, żeby ułatwić sobie życie... Chciałem na to popatrzeć. Może się włączyć.
- Ciągle mówisz w czasie przeszłym. To znaczy, że już się nie zmienia? Czy raczej, że niefajnie?
Skrzywił się, chyba nie mając ochoty odpowiadać. Uratował go od tego sygnał telefonu.
- Co, znowu cię wzywają do nagłego przypadku? - zaniepokoiłam się.
- Nie, J nas pilnuje - prychnął Ellil. - Zawiadamia, że jesteśmy lenie patentowane i że w razie problemów mamy dzwonić do Xaia, pod podany numer. Jeszcze czego, żadnego deptania po ambicji!
- Kto to jest Xai?
- Śliski typ - mruknął. - No to o co j e s z c z e chciałabyś zapytać?
To był wyraźny znak, że poprzednie pytanie puścił mimo uszu.
- W każdym razie udało ci się nieźle urządzić w ludzkim życiu - podjęłam.
- A żebyś wiedziała. Oczywiście coś za coś i nie jestem już tak przepakowany pod względem mocy. Jak mówiłem, rzeczywistość zaczęła się od nas uniezależniać... Ale to akurat mi nie przeszkadza jakoś specjalnie.
- A czy ktoś jeszcze poza tobą nie zapadł w sen i pozostał wśród ludzi?
- Wiem o co najmniej dwojgu - zamyślił się Ellil. - Nie widujemy się raczej, świat jest na tyle duży, byśmy nie wchodzili sobie w drogę, ale... Wiem.
Na te słowa ja też się zadumałam i uśmiechnęłam do wspomnień. Nie jestem pewna, czy to był wesoły uśmiech.
- Było w pewnym świecie dziewięcioro bogów - zaczęłam monotonnym głosem. - Oni też w którymś momencie zaczęli tracić... Może nie moc, ale osobowość. Troje z nich zdecydowało się zatem żyć we względnie ludzkiej postaci, by o nich nie zapomniano.
- I co?
- I kiedyś w końcu odkryli istnienie innych światów i udało im się wyrwać poza własny - dokończyłam. - Potem dwoje z nich wróciło jednak do domu, ale trzeci nie czuł się już tam niezbędny i został. Przemierzał światy w poszukiwaniu własnego miejsca.
- Można tak? Można na zawsze zostawić świat, razem z którym się powstało? Dla którego się powstało i nawzajem? - Ellil zwrócił się do mnie z dziwnie zmienioną twarzą. Nie z niepokojem, raczej z... Ekscytacją? Oczekiwaniem? Ale ja słuchałam jednym uchem, myśląc jednocześnie o Aeiranie, o Ivy, o Jasności i Pieśni... Odnosząc nagłe i nieprzyjemne wrażenie, że to wszystko zostało daleko za mną.
Moje myśli przerwało gwałtowne szarpnięcie pojazdem. Choć miałam zapięte pasy, i tak rzuciło mną jak szmacianą lalką. Zdaje się, że Ellil omal nie wpadł na jadący przed nami - dużo wolniej - samochód i skręcił dosłownie w ostatniej chwili. Cudem.
- No i coś ty narobiła?! - wygarnął mi, gdy już było bezpiecznie.
- Ja narobiłam?! - zdenerwowałam się. - Trzeba było patrzeć na drogę!
- To trzeba było mnie nie zagadywać - wytknął, a po paru sekundach odebrał kolejną wiadomość. Przeczytał i podsunął mi telefon z głośnym prychnięciem.
I nie baw sie w pirata drogowego, bo nie po to Cie tak ladnie rekomendowalam, zebys mial sie jednak rozbic. J.
Jedziemy z zawrotną prędkością, która nie zmienia się niezależnie od terenu, a mimo to wciąż jesteśmy w jednym... No, w trzech kawałkach. Kiedy robimy gdzieś postój, natychmiast doskakują różni ludzie i dopytują się, co nasz środek transportu ma pod maską - bo ponoć z zewnątrz wygląda jak kupiony w czasach, gdy jeszcze nikt na możliwość t a k i e j jazdy nie wpadł. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest zdezelowany, o nie. Ale różni się fasonem od innych samochodów. Nosi wymowne imię "Pędziwiatr", ma zaskakująco wygodne siedzenia, a z lusterka zwiesza się chmurka, która zmienia kolory w zależności od temperatury i wilgotności powietrza. Nie wiem na jakie, na razie pozostaje paskudnie szara.
Nie mogę zrozumieć tego, że podczas jazdy czuję się bezpieczniej niż swego czasu w moim własnym samochodzie z Lexem za kierownicą. Może i nie zawsze miał otwarte oczy, kiedy prowadził, ale przynajmniej nie jeździł jak wariat.
- To bez sensu - oznajmił Ellil, bardziej wspomnianej chmurce niż mi. - To zupełnie poroniony plan.
- Skoro tak uważasz, to dlaczego zgodziłeś się w to włączyć? - zdziwiłam się ja, a nie chmurka. - Nie mów, że aż tak się boisz J.
- Mówię, że jest nielogiczny, a nie na przykład nieprzyjemny do wykonania. Takie bezsensowne plany są najciekawsze, bo najbardziej nieprzewidywalne - posłał mi ten swój stopniowy uśmiech, który zakończył się wyszczerzeniem zębów. Już wiem, kogo przywodził mi na myśl ten uśmiech i delikatna twarz - oczywiście duchy żywiołów Zachodu. Gdyby Tiley zdecydował się wreszcie trochę wydorośleć, może byłby podobny do Ellila.
Cóż, jak dotąd wszystko przebiegało zupełnie przewidywalnie. Jechaliśmy... Jechaliśmy... Jechaliśmy...
- Opowiedz mi coś - uśmiechnęłam się najładniej jak tylko byłam zdolna. - Pędzimy tak przed siebie bez celu, nawet nie mam czasu podziwiać widoków, więc chociaż coś opowiedz.
Mój towarzysz oderwał swe ciemnoniebieskie oczyska od drogi i wytrzeszczył je na mnie w sposób, który zwykle określa się "jak cielę na malowane wrota".
- Jakich widoków?! - wykrztusił, trochę mnie zaskakując. A jednak, po chwili namysłu, skłonna byłam przyznać mu rację. Jechaliśmy autostradą w pochmurny wieczór, więc na atrakcje nie miałam co liczyć.
- Tym bardziej - wydęłam usta. - Poza tym jesteś w tej chwili jedyną osobą, która może mi dopowiedzieć do końca waszą mitologię. Miałabym przepuścić taką okazję?!
Przewrócił oczami i mruknął pod nosem coś w obcym języku. Już myślałam, że zostanę bezczelnie zignorowana... A jednak nie.
- Nastał taki czas, w którym nieśmiertelni zaczęli tracić kontrolę nad światem - zaczął. - Tak jakby... Nie byli już potrzebni do istnienia tym aspektom rzeczywistości, które uosabiali. O, już nagmatwałem - dodał ze złośliwym błyskiem w oku.
- Nic a nic - zaprzeczyłam radośnie. - Pytanie tylko, jak ty się temu oparłeś.
- Może byłem zbyt ciekawy świata, żeby dać się ułożyć grzecznie do wiecznego snu - wzruszył ramionami. - Tak się fajnie zmieniał, ludzie tyle się potrafili nakombinować, żeby ułatwić sobie życie... Chciałem na to popatrzeć. Może się włączyć.
- Ciągle mówisz w czasie przeszłym. To znaczy, że już się nie zmienia? Czy raczej, że niefajnie?
Skrzywił się, chyba nie mając ochoty odpowiadać. Uratował go od tego sygnał telefonu.
- Co, znowu cię wzywają do nagłego przypadku? - zaniepokoiłam się.
- Nie, J nas pilnuje - prychnął Ellil. - Zawiadamia, że jesteśmy lenie patentowane i że w razie problemów mamy dzwonić do Xaia, pod podany numer. Jeszcze czego, żadnego deptania po ambicji!
- Kto to jest Xai?
- Śliski typ - mruknął. - No to o co j e s z c z e chciałabyś zapytać?
To był wyraźny znak, że poprzednie pytanie puścił mimo uszu.
- W każdym razie udało ci się nieźle urządzić w ludzkim życiu - podjęłam.
- A żebyś wiedziała. Oczywiście coś za coś i nie jestem już tak przepakowany pod względem mocy. Jak mówiłem, rzeczywistość zaczęła się od nas uniezależniać... Ale to akurat mi nie przeszkadza jakoś specjalnie.
- A czy ktoś jeszcze poza tobą nie zapadł w sen i pozostał wśród ludzi?
- Wiem o co najmniej dwojgu - zamyślił się Ellil. - Nie widujemy się raczej, świat jest na tyle duży, byśmy nie wchodzili sobie w drogę, ale... Wiem.
Na te słowa ja też się zadumałam i uśmiechnęłam do wspomnień. Nie jestem pewna, czy to był wesoły uśmiech.
- Było w pewnym świecie dziewięcioro bogów - zaczęłam monotonnym głosem. - Oni też w którymś momencie zaczęli tracić... Może nie moc, ale osobowość. Troje z nich zdecydowało się zatem żyć we względnie ludzkiej postaci, by o nich nie zapomniano.
- I co?
- I kiedyś w końcu odkryli istnienie innych światów i udało im się wyrwać poza własny - dokończyłam. - Potem dwoje z nich wróciło jednak do domu, ale trzeci nie czuł się już tam niezbędny i został. Przemierzał światy w poszukiwaniu własnego miejsca.
- Można tak? Można na zawsze zostawić świat, razem z którym się powstało? Dla którego się powstało i nawzajem? - Ellil zwrócił się do mnie z dziwnie zmienioną twarzą. Nie z niepokojem, raczej z... Ekscytacją? Oczekiwaniem? Ale ja słuchałam jednym uchem, myśląc jednocześnie o Aeiranie, o Ivy, o Jasności i Pieśni... Odnosząc nagłe i nieprzyjemne wrażenie, że to wszystko zostało daleko za mną.
Moje myśli przerwało gwałtowne szarpnięcie pojazdem. Choć miałam zapięte pasy, i tak rzuciło mną jak szmacianą lalką. Zdaje się, że Ellil omal nie wpadł na jadący przed nami - dużo wolniej - samochód i skręcił dosłownie w ostatniej chwili. Cudem.
- No i coś ty narobiła?! - wygarnął mi, gdy już było bezpiecznie.
- Ja narobiłam?! - zdenerwowałam się. - Trzeba było patrzeć na drogę!
- To trzeba było mnie nie zagadywać - wytknął, a po paru sekundach odebrał kolejną wiadomość. Przeczytał i podsunął mi telefon z głośnym prychnięciem.
I nie baw sie w pirata drogowego, bo nie po to Cie tak ladnie rekomendowalam, zebys mial sie jednak rozbic. J.
4 XI
Trudno, bym nie zauważyła
pewnej regularności, po tylu spotkaniach z tą dziwną dwójką, po tylu
rozmowach, które przynosiły więcej pytań niż odpowiedzi. Powiedziałabym
nawet, że kręcenia się w kółko. Ale dziś, kiedy spotkałam się z J,
przyszło do mnie długo oczekiwane wrażenie, że jakiś trybik się
poruszył.
- Co byś zrobiła jako pierwsze, chcąc uchronić świat przed utratą magii? - zapytała w czasie spaceru po parku. Zachowywała się jak na siebie wyjątkowo serio, choć ciągle była to taka dziecięca, zabawna z wyglądu powaga.
- Starałabym się dowiedzieć, kto lub co ją z niego wyciąga - odpowiedziałam po namyśle.
- A jeśli to jest niewykrywalne?
- Wtedy nie wiem. Może znalazłabym innych z czarodziejską mocą i założylibyśmy Koalicję Przeciwko Uciekającej Magii - wzruszyłam ramionami i opatuliłam się mocniej szalikiem. Zdecydowanie wolę golfy; szaliki, zwłaszcza długie, mają swój sens głównie... Głównie... Nieważne.
- No to nie ma problemu! - ucieszyła się J. - Poszwendasz się trochę po świecie, poszperasz...
- Nie poszwendam się - przerwałam. - Poza wszystkim innym, nie mam transportu.
- Jak to nie masz? Przyciągnie się Ellila za ucho, on ma samochód, którego jakimś cudem nie rozbija o każde napotkane drzewo - roześmiała się. - Jak go przestaniesz onieśmielać, to on przestanie ci uciekać.
- Przestanę co? - wyjąkałam. - Czy mówimy o tej samej osobie, z którą się niby miałam pobić? O srebrnobłękitnym czupiradle, któremu kupiłaś rysunek? To już nieaktualne?
- Gdybyście się mieli pobić, już dawno byście to zrobili - prychnęła dziewczynka (zauważyłam, że gdy mówiłam o rysunku, błyskawicznie odwróciła wzrok). - Nie, ja raczej miałam nadzieję, że któregoś dnia zjawi się ktoś z zewnątrz i go z tego zadymionego świata zabierze.
- Na przykład ja?
- Nie wiem - zapatrzyła się gdzieś w dal. - Może ty, a może ktoś inny. Nie wiem jak powinno być.
Na to nie znalazłam słów, bo sama nie raz i nie dwa zastanawiałam się nad tą sprawą bezowocnie. Nigdy nie wiadomo, kiedy ustawianie opowieści tak, jak p o w i n n a przebiegać, okaże się dla niej zbawienne, a kiedy wręcz przeciwnie, zrobi jej krzywdę. Tym razem zresztą nie myślałam o tym długo, bo uzmysłowiłam sobie coś jeszcze.
- Czekaj, czekaj - zaczęłam powoli. - Dlaczego to ja mam jeździć po świecie i szukać? Czemu ty tego nie zrobisz?
- Bo ja jestem tylko małym i niewinnym dzieckiem.
- A małe, niewinne dzieci wzbudzają najmniej podejrzeń - aha, akurat. Jeśli, jak przypuszczałam, była kimś w rodzaju Xelli-Mediny tego świata, każda słodka minka tylko ją demaskowała.
- Ale skoro już pojawiłaś się ty, która czujesz się tu okropnie nieszczęśliwa i nie masz co robić...
- Chyba już ustaliłyśmy, że jestem tu niezapowiedzianym gościem - przypomniałam.
- Niezapowiedziani goście bywają prawdziwym darem od losu - skwitowała J. - Wybierz się więc do biblioteki i przedłuż sobie te książki, bo kto wie, kiedy tu znowu wrócisz.
Doprawdy, wiele bym dała, by poznać tajemnicę owych książek. Bo że jakąś mają, to pewne. Same w sobie frapują mnie nawet bardziej niż problemy z magią w tym świecie, chociaż to się pewnie zmieni, kiedy już wyjadę w podróż. Nawet bardziej niż moje własne problemy z magią, choć to akurat powinno mnie martwić najbardziej.
...Czy ja właśnie napisałam, że wyjadę w tę podróż?! Do licha, przecież nawet nic ostatecznie nie obiecałam!
- Co byś zrobiła jako pierwsze, chcąc uchronić świat przed utratą magii? - zapytała w czasie spaceru po parku. Zachowywała się jak na siebie wyjątkowo serio, choć ciągle była to taka dziecięca, zabawna z wyglądu powaga.
- Starałabym się dowiedzieć, kto lub co ją z niego wyciąga - odpowiedziałam po namyśle.
- A jeśli to jest niewykrywalne?
- Wtedy nie wiem. Może znalazłabym innych z czarodziejską mocą i założylibyśmy Koalicję Przeciwko Uciekającej Magii - wzruszyłam ramionami i opatuliłam się mocniej szalikiem. Zdecydowanie wolę golfy; szaliki, zwłaszcza długie, mają swój sens głównie... Głównie... Nieważne.
- No to nie ma problemu! - ucieszyła się J. - Poszwendasz się trochę po świecie, poszperasz...
- Nie poszwendam się - przerwałam. - Poza wszystkim innym, nie mam transportu.
- Jak to nie masz? Przyciągnie się Ellila za ucho, on ma samochód, którego jakimś cudem nie rozbija o każde napotkane drzewo - roześmiała się. - Jak go przestaniesz onieśmielać, to on przestanie ci uciekać.
- Przestanę co? - wyjąkałam. - Czy mówimy o tej samej osobie, z którą się niby miałam pobić? O srebrnobłękitnym czupiradle, któremu kupiłaś rysunek? To już nieaktualne?
- Gdybyście się mieli pobić, już dawno byście to zrobili - prychnęła dziewczynka (zauważyłam, że gdy mówiłam o rysunku, błyskawicznie odwróciła wzrok). - Nie, ja raczej miałam nadzieję, że któregoś dnia zjawi się ktoś z zewnątrz i go z tego zadymionego świata zabierze.
- Na przykład ja?
- Nie wiem - zapatrzyła się gdzieś w dal. - Może ty, a może ktoś inny. Nie wiem jak powinno być.
Na to nie znalazłam słów, bo sama nie raz i nie dwa zastanawiałam się nad tą sprawą bezowocnie. Nigdy nie wiadomo, kiedy ustawianie opowieści tak, jak p o w i n n a przebiegać, okaże się dla niej zbawienne, a kiedy wręcz przeciwnie, zrobi jej krzywdę. Tym razem zresztą nie myślałam o tym długo, bo uzmysłowiłam sobie coś jeszcze.
- Czekaj, czekaj - zaczęłam powoli. - Dlaczego to ja mam jeździć po świecie i szukać? Czemu ty tego nie zrobisz?
- Bo ja jestem tylko małym i niewinnym dzieckiem.
- A małe, niewinne dzieci wzbudzają najmniej podejrzeń - aha, akurat. Jeśli, jak przypuszczałam, była kimś w rodzaju Xelli-Mediny tego świata, każda słodka minka tylko ją demaskowała.
- Ale skoro już pojawiłaś się ty, która czujesz się tu okropnie nieszczęśliwa i nie masz co robić...
- Chyba już ustaliłyśmy, że jestem tu niezapowiedzianym gościem - przypomniałam.
- Niezapowiedziani goście bywają prawdziwym darem od losu - skwitowała J. - Wybierz się więc do biblioteki i przedłuż sobie te książki, bo kto wie, kiedy tu znowu wrócisz.
Doprawdy, wiele bym dała, by poznać tajemnicę owych książek. Bo że jakąś mają, to pewne. Same w sobie frapują mnie nawet bardziej niż problemy z magią w tym świecie, chociaż to się pewnie zmieni, kiedy już wyjadę w podróż. Nawet bardziej niż moje własne problemy z magią, choć to akurat powinno mnie martwić najbardziej.
...Czy ja właśnie napisałam, że wyjadę w tę podróż?! Do licha, przecież nawet nic ostatecznie nie obiecałam!
1 XI
Kiedy wróciłam z rytualnego
już spaceru po parku - wywiana i wytrzęsiona - właścicielka pensjonatu
poinformowała mnie od drzwi, że przyszedł jakiś bardzo przyjemny
młodzian i pragnie się ze mną widzieć. Musiałam wyglądać idiotycznie,
robiąc całą serię skrajnie różnych min, zanim wreszcie zdecydowałam się
na tę zadowoloną. Słuszna to była decyzja - kiedy weszłam do jadalni,
czekający tam gość od razu odwzajemnił mój uśmiech. A potem zamrugał i
skrzywił się jak po cytrynie - czyżby przybył z zamiarem udawania
groźnego i spłoszenia mnie w rewanżu?
- Dobry wieczór - powiedziałam, powstrzymując się od śmiechu. - Zapraszam do mojego pokoju.
Srebrnowłosy podniósł się z krzesła i przejechał dłonią po włosach w geście bezradności. A potem znowu się uśmiechnął - dziwnie znajomym uśmiechem, z początku powściągliwym i stopniowo rozjaśniającym całą twarz - i poszedł za mną na górę. Tym razem był bez garnituru, za to w jasnej kurtce, z mnóstwem przyczepionych do niej kolorowych znaczków. I z równie ozdobionym plecakiem.
- Pamiątki z podróży - zrobił zabawną minę, widząc, że się przyglądam. - Byłem chyba na całym świecie.
- Zazdroszczę - szepnęłam w zachwycie. - Od kiedy tu jestem, nie ruszyłam się poza to miasto. Brak mi mapy i transportu.
- To znaczy, od kiedy? - podchwycił prędko.
Usiadłam na łóżku, wskazując mu miejsce obok siebie.
- Od trzech miesięcy.
- A wcześniej...?
- Jaka odpowiedź będzie bardziej wiarygodna? - podparłam brodę rękami i zapatrzyłam się w okno, zastanawiając się, po co on tu właściwie przyszedł.
- Najlepiej ta prawdziwa. Jaka inna?
- W porządku. Przerzuciło mnie do tego świata z mojego domu - wyjaśniłam. - Nie mam pojęcia jak ani dlaczego.
Milczał przez chwilę, wreszcie zapytał:
- Jak tam jest? W innych światach, znaczy.
- Czasem podobnie jak tu, innym razem magicznie i baśniowo, a jeszcze inne są jak z koszmarów. Wystarczy poczytać fantastykę, żeby się dowiedzieć.
- Nasza fantastyka jest czysto ludzkim wymysłem. A magię... Ciągle pamiętam, ale nikt nigdy nie wpadł na to, że można by wybrać się poza ten świat i odkrywać inne. Też wyłoniły się z Chaosu?
- Jeśli są takie, które zaczęły się w inny sposób, pewnie dobrze się kryją - roześmiałam się. On również, ale był to dziwnie gorzki śmiech, nie pasujący do niego. Później znowu rozważał moje słowa w ciszy.
- Dlaczego nagle tak szczerze ze sobą rozmawiamy? - zapytał niespodziewanie. - Dlaczego mówisz mi to wszystko i nie obawiasz się, że okażę się niegodny zaufania? Albo, że cię wyśmieję?
- Chyba od początku rozmawialiśmy ze sobą szczerze? - zauważyłam.
- Może. Nie wiem. Dziwnie mi z tym - mruknął. - Ostatni raz rozmawiałem z kimś poważnie, kiedy... Nie, to ze mną poważnie rozmawiano. Z czego niewiele sobie robiłem.
- Chyba wyczułam w tobie pokrewną duszę - wyjaśniłam. - A może po prostu chciałam z kimś pogadać od serca. Kiedy rozmawiam z tą małą, czuję się na niepewnym gruncie, a reszta świata jest jakby zbyt... Rzeczywista?
Zanim jeszcze skończyłam mówić, zobaczyłam jak srebrnowłosy marszczy brwi i tylko czeka, kiedy mógłby się wciąć.
- Mała - powtórzył. - Właśnie. Mały rudzielec z podwijanymi włoskami i fioletowymi oczami? Reaguje na "J"?
- Blondyneczka z warkoczami, ale reszta się zgadza - odpowiedziałam niepewnie.
- Nie strasz! Nie wyobrażam jej sobie z jakimiś niewinnymi warkoczykami! - ku mojemu zdziwieniu parsknął śmiechem. - Ale w zasadzie mogłem się spodziewać, że potrafi zmieniać wygląd.
- A może po prostu różne osoby widzą ją inaczej? - podsunęłam. - Kim ona jest? Albo czym?
- Sam chciałbym wiedzieć, a przecież znam ją niemal od kiedy pamiętam. Pokpiwała zarówno z bogów jak i z demonów, ale żadnej przynależności nie deklarowała.
- Może też jest z innego świata. Dlaczego nigdy jej nie spytałeś?
- A myślisz, że by odpowiedziała wprost?
Tym razem ja parsknęłam śmiechem. Swoją drogą ciekawe, ile w takim razie to "dziecko" ma latek. A może jest bezwiekowe...
- No, w każdym razie smarkula znów wyłudziła ode mnie kieszonkowe, po czym poszła na rynek, kupiła ten dziwny obrazek i wcisnęła mi - zaczął srebrnowłosy ni w pięć, ni w dziewięć. - A dwa dni później spotkałem ciebie i wyjechałaś z czymś, że jestem wytworem twojej wyobraźni, czy coś takiego. I co niby miałem myśleć?
- Nie mojej - zaprzeczyłam szybko. - Znaczy... Czekaj, jaki dziwny obrazek?
- No właśnie. Miałem ci go pokazać i zapsypać pytaniami, ale byłaś zbyt gościnna i zbiłaś mnie z tropu - sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego niezbyt dużą kartkę w antyramie. Spojrzałam na nią i wciągnęłam powietrze ze świstem.
Pisałam już o mojej wizji, prawda? Otóż obraz przedstawiał obie postacie, które się w niej pojawiły. Mojego nowego znajomego we własnej osobie, stojącego na tle zachmurzonego nieba i patrzącego w górę. Czarnowłosą dziewczynę - starsze wydanie Djellii Avrei, dziewczynki z mojej dawnej opowieści? - uczepioną jego ramienia. A drugiego ramienia trzymałam się ja sama, roześmiana i jednocześnie bojąca się, że porwie mnie wiatr. Bo wiatr był tam zauważalny, wyczuwalny... A cały rysunek był wykonany ołówkiem, zarówno zwiewny i żywy, wręcz wyskakujący z kartki. Od kiedy pamiętam, znałam tylko jedną osobę potrafiącą tak rysować.
- Mogę to pożyczyć? - odezwałam się cicho, jakby słowa choć trochę głośniejsze mogły rozwiać tę wizję.
Srebrnowłosy podał mi obraz bardzo ostrożnie. Nie jak cenny skarb, ale jak coś niebezpiecznego, co w każdej chwili może ugryźć.
- Czy to znaczy, że możesz mi coś... - zaczął, ale w tej chwili coś w jego plecaku zaczęło wygwizdywać jakąś szaloną muzyczkę. Westchnął i wyjął przeuroczy srebrzysty telefonik, który przypominał puderniczkę. Na luste... ekraniku ukazała się wiadomość, której nie przyjął z zadowoleniem.
- Nie ma jak sprawy zawodowe, wcinające się w każdą inną sferę życia - westchnął sentencjonalnie - No nic, sam się w to wpakowałem. Teraz muszę lecieć na drugi koniec świata, żeby znów wojować z komputerami.
Wstał z łóżka i otworzył okno, przeciągając się jak po długim śnie.
- No to na razie - uśmiechnął się do mnie, zanim zaprotestowałam przeciw roztrącaniu moich rzeczy przez wichurę. - Wkrótce znów się zobaczymy, obawiam się.
A potem chwycił plecak, pomachał mi, przesadził parapet i wyskoczył. No nie, ja sobie wypraszam! Podbiegłam do okna, ale nigdzie już go nie zobaczyłam, zamknęłam więc i zatrzasnęłam okiennice. Ciekawe jak teraz wytłumaczę właścicielce pensjonatu nagłe zniknięcie gościa...
- Dobry wieczór - powiedziałam, powstrzymując się od śmiechu. - Zapraszam do mojego pokoju.
Srebrnowłosy podniósł się z krzesła i przejechał dłonią po włosach w geście bezradności. A potem znowu się uśmiechnął - dziwnie znajomym uśmiechem, z początku powściągliwym i stopniowo rozjaśniającym całą twarz - i poszedł za mną na górę. Tym razem był bez garnituru, za to w jasnej kurtce, z mnóstwem przyczepionych do niej kolorowych znaczków. I z równie ozdobionym plecakiem.
- Pamiątki z podróży - zrobił zabawną minę, widząc, że się przyglądam. - Byłem chyba na całym świecie.
- Zazdroszczę - szepnęłam w zachwycie. - Od kiedy tu jestem, nie ruszyłam się poza to miasto. Brak mi mapy i transportu.
- To znaczy, od kiedy? - podchwycił prędko.
Usiadłam na łóżku, wskazując mu miejsce obok siebie.
- Od trzech miesięcy.
- A wcześniej...?
- Jaka odpowiedź będzie bardziej wiarygodna? - podparłam brodę rękami i zapatrzyłam się w okno, zastanawiając się, po co on tu właściwie przyszedł.
- Najlepiej ta prawdziwa. Jaka inna?
- W porządku. Przerzuciło mnie do tego świata z mojego domu - wyjaśniłam. - Nie mam pojęcia jak ani dlaczego.
Milczał przez chwilę, wreszcie zapytał:
- Jak tam jest? W innych światach, znaczy.
- Czasem podobnie jak tu, innym razem magicznie i baśniowo, a jeszcze inne są jak z koszmarów. Wystarczy poczytać fantastykę, żeby się dowiedzieć.
- Nasza fantastyka jest czysto ludzkim wymysłem. A magię... Ciągle pamiętam, ale nikt nigdy nie wpadł na to, że można by wybrać się poza ten świat i odkrywać inne. Też wyłoniły się z Chaosu?
- Jeśli są takie, które zaczęły się w inny sposób, pewnie dobrze się kryją - roześmiałam się. On również, ale był to dziwnie gorzki śmiech, nie pasujący do niego. Później znowu rozważał moje słowa w ciszy.
- Dlaczego nagle tak szczerze ze sobą rozmawiamy? - zapytał niespodziewanie. - Dlaczego mówisz mi to wszystko i nie obawiasz się, że okażę się niegodny zaufania? Albo, że cię wyśmieję?
- Chyba od początku rozmawialiśmy ze sobą szczerze? - zauważyłam.
- Może. Nie wiem. Dziwnie mi z tym - mruknął. - Ostatni raz rozmawiałem z kimś poważnie, kiedy... Nie, to ze mną poważnie rozmawiano. Z czego niewiele sobie robiłem.
- Chyba wyczułam w tobie pokrewną duszę - wyjaśniłam. - A może po prostu chciałam z kimś pogadać od serca. Kiedy rozmawiam z tą małą, czuję się na niepewnym gruncie, a reszta świata jest jakby zbyt... Rzeczywista?
Zanim jeszcze skończyłam mówić, zobaczyłam jak srebrnowłosy marszczy brwi i tylko czeka, kiedy mógłby się wciąć.
- Mała - powtórzył. - Właśnie. Mały rudzielec z podwijanymi włoskami i fioletowymi oczami? Reaguje na "J"?
- Blondyneczka z warkoczami, ale reszta się zgadza - odpowiedziałam niepewnie.
- Nie strasz! Nie wyobrażam jej sobie z jakimiś niewinnymi warkoczykami! - ku mojemu zdziwieniu parsknął śmiechem. - Ale w zasadzie mogłem się spodziewać, że potrafi zmieniać wygląd.
- A może po prostu różne osoby widzą ją inaczej? - podsunęłam. - Kim ona jest? Albo czym?
- Sam chciałbym wiedzieć, a przecież znam ją niemal od kiedy pamiętam. Pokpiwała zarówno z bogów jak i z demonów, ale żadnej przynależności nie deklarowała.
- Może też jest z innego świata. Dlaczego nigdy jej nie spytałeś?
- A myślisz, że by odpowiedziała wprost?
Tym razem ja parsknęłam śmiechem. Swoją drogą ciekawe, ile w takim razie to "dziecko" ma latek. A może jest bezwiekowe...
- No, w każdym razie smarkula znów wyłudziła ode mnie kieszonkowe, po czym poszła na rynek, kupiła ten dziwny obrazek i wcisnęła mi - zaczął srebrnowłosy ni w pięć, ni w dziewięć. - A dwa dni później spotkałem ciebie i wyjechałaś z czymś, że jestem wytworem twojej wyobraźni, czy coś takiego. I co niby miałem myśleć?
- Nie mojej - zaprzeczyłam szybko. - Znaczy... Czekaj, jaki dziwny obrazek?
- No właśnie. Miałem ci go pokazać i zapsypać pytaniami, ale byłaś zbyt gościnna i zbiłaś mnie z tropu - sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego niezbyt dużą kartkę w antyramie. Spojrzałam na nią i wciągnęłam powietrze ze świstem.
Pisałam już o mojej wizji, prawda? Otóż obraz przedstawiał obie postacie, które się w niej pojawiły. Mojego nowego znajomego we własnej osobie, stojącego na tle zachmurzonego nieba i patrzącego w górę. Czarnowłosą dziewczynę - starsze wydanie Djellii Avrei, dziewczynki z mojej dawnej opowieści? - uczepioną jego ramienia. A drugiego ramienia trzymałam się ja sama, roześmiana i jednocześnie bojąca się, że porwie mnie wiatr. Bo wiatr był tam zauważalny, wyczuwalny... A cały rysunek był wykonany ołówkiem, zarówno zwiewny i żywy, wręcz wyskakujący z kartki. Od kiedy pamiętam, znałam tylko jedną osobę potrafiącą tak rysować.
- Mogę to pożyczyć? - odezwałam się cicho, jakby słowa choć trochę głośniejsze mogły rozwiać tę wizję.
Srebrnowłosy podał mi obraz bardzo ostrożnie. Nie jak cenny skarb, ale jak coś niebezpiecznego, co w każdej chwili może ugryźć.
- Czy to znaczy, że możesz mi coś... - zaczął, ale w tej chwili coś w jego plecaku zaczęło wygwizdywać jakąś szaloną muzyczkę. Westchnął i wyjął przeuroczy srebrzysty telefonik, który przypominał puderniczkę. Na luste... ekraniku ukazała się wiadomość, której nie przyjął z zadowoleniem.
- Nie ma jak sprawy zawodowe, wcinające się w każdą inną sferę życia - westchnął sentencjonalnie - No nic, sam się w to wpakowałem. Teraz muszę lecieć na drugi koniec świata, żeby znów wojować z komputerami.
Wstał z łóżka i otworzył okno, przeciągając się jak po długim śnie.
- No to na razie - uśmiechnął się do mnie, zanim zaprotestowałam przeciw roztrącaniu moich rzeczy przez wichurę. - Wkrótce znów się zobaczymy, obawiam się.
A potem chwycił plecak, pomachał mi, przesadził parapet i wyskoczył. No nie, ja sobie wypraszam! Podbiegłam do okna, ale nigdzie już go nie zobaczyłam, zamknęłam więc i zatrzasnęłam okiennice. Ciekawe jak teraz wytłumaczę właścicielce pensjonatu nagłe zniknięcie gościa...
30 X
Gdyby ktoś mnie spytał
dlaczego tak chciałam odnaleźć J i wyprosić od niej tamtą książkę,
pewnie stanęłabym jak słup i nie wiedziała, co powiedzieć, drapiąc się
tylko po głowie. A jednak... Miałam wrażenie, że tak trzeba. Że ten
świat tylko na pierwszy rzut oka jest zupełnie zwyczajny, ale kryje
jakąś tajemnicę - choćby książki są tego dowodem. I że te wszystkie
pojawiające się dotąd jak na dłoni rozwiązania mają mnie po prostu
rozpieścić, żebym przeżyła ciężki szok, kiedy przyjdzie czas na
prawdziwą tajemnicę, twardy orzech do zgryzienia.
Z drugiej strony, skąd ja mogę wiedzieć, jaki tak naprawdę jest ten świat, skoro cały czas tylko szwendam się po jednym głupim mieście? Czy wolno mi tak od razu wydawać osądy?
Nie miałam pojęcia jak znaleźć moją małą znajomą, założyłam więc, że sama mnie znajdzie, kiedy uzna, że już na to pora. I tak, kiedy wracałam przez park z zapowiedzianej rozmowy w wydawnictwie (udało im się nie zbankrutować, ale i tak przyjęli moje opowiadania), omal się nie zderzyłyśmy na skrzyżowaniu ścieżek. Obie pogrążone w zamyśleniu, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wczoraj była straszna burza i wiatr pozrywał większość liści z drzew, więc nawet cieszyć się pięknem jesieni się nie dało.
Na mój widok dziewczynka natychmiast uśmiechnęła się przymilnie.
- I jak się podoba książka? - zapytała na wstępie.
- Na tyle, że wypożyczyłam sobie następną - odwzajemniłam uśmiech.
- O! Czyją tym razem?
- Ma podpis jakiegoś Kennetha - wzruszyłam ramionami. - Ale to, co naprawdę chciałam przeczytać, już wzięłaś ty.
Momentalnie przestała się uśmiechać i zrobiła kwaśną minkę.
- Opowiadania? Właśnie idę oddać - powiedziała. - Jak chcesz, wybierz się ze mną.
- Jeszcze nie przeczytałam tamtych - westchnęłam. - Nie żeby mi nie było pilno, ale... No nic, wypożyczę to sobie następnym razem.
- A które z tych małych dziełek literackich cię najbardziej ciekawi? - spytała jakoś podejrzliwie.
- Podobno jest tam opowiadanie o świecie, z którego znika magia i...
Kiedy to mówiłam, J aż upuściła torbę z książkami. Nie myliłam się, wyglądała na obrażoną.
- Możesz je sobie od razu odpuścić - przerwała mi. - To opowiadanie jest do kitu, zawodzi wszelkie nadzieje! Jest niedokończone!
- Jak to niedokończone? - zdumiałam się.
- Zwyczajnie - prychnęła, po czym podniosła torbę i chwyciła mnie pod rękę. - Chodź, odprowadź mnie trochę. W bezruchu zimniej.
Szłyśmy chwilę po grubym dywanie z liści, aż J zainteresowała się, jakie miałam wrażenia po mitach i co jeszcze wypożyczyłam.
- Książkę o demonach - skrzywiłam się. - Jakaś egzaltowana pisarka pisze o nich jakby była z nimi w naprawdę dobrej komitywie i co tydzień wpadała do piekła na imprezę.
- A, to wiem - zachichotała jasnowłosa. - Ale to nie z tutejszego piekła, tylko niby z innego świata. Tu nigdy nie było takich irracjonalnych.
Dopiero dużo później przypomniałam sobie tę rozmowę i zastanawiałam się, czy każda mała dziewczynka czyta takie książki. Ja na razie zmęczyłam dopiero pierwszy rozdział, a... W tamtej chwili jednak zawtórowałam jej śmiechem:
- Z innego świata... Dobra, spotykałam demony, które wyrzynały się nawzajem, ale nigdy żaden nie uznał, że lepiej się pozabijać i świat zostawić Ładowi. Nawet ja bym na coś takiego nie wpadła.
- A co, sama jesteś demonem? - zainteresowała się J.
- Jestem przede wszystkim pisarką, więc czasem wpadam na różne pomysły - ucięłam. Też coś, ja ją pierwsza zapytałam, a odpowiedzi jak nie ma, tak nie ma!
- Jesteś demonem i tyle! - ucieszyła się, nie zwracając uwagi na moje słowa. - Wyglądasz odpowiednio nieludzko i masz demoniczny pentagram!
- Demoniczny byłby odwrócony - sprostowałam i dodałam, nie mogąc sobie darować: - Dlaczego nie założyłaś, że jestem wariatką z farbowanymi włosami i barwionymi szkłami kontaktowymi?
- Bo jesteś prawie tak chaotyczna jak ja. Światy światami, ale skoro jesteś tutaj, twoją powinnością jest tłuczenie się z bogami, a nie z innymi demonami - zawyrokowała. A potem, ku mojemu zdziwieniu, pociągnęła mnie do najbliższej ławki i posadziła.
- Już wiem. Poczekaj tu - patrzyłam bez zrozumienia, jak jak szpera w swojej torbie, aż wyjęła książkę i położyła mi na kolanach. - O, poczytaj sobie, a ja zaraz wrócę.
Wystrzeliła jak z procy i tyle ją widziałam. Nie żeby mnie to martwiło... Otworzyłam książkę i zaczęłam ją kartkować w poszukiwaniu upragnionego opowiadania - znalazłam je na samym końcu. Była w nim mowa o świecie, którego bogowie ustąpili pola istotom, które stworzyli, i zapadli w sen, natomiast siła magiczna odchodziła stopniowo w zapomnienie, podczas gdy coraz bardziej rozwijała się technika. Nikt więc nie zwracał uwagi na to, że magii jest coraz mniej i że nie jest to naturalne...
Następne strony poświęcone były trzem osobom, które odkryły w sobie moc i nawet nauczyły się jej używać na niewielką skalę. Ot, iluzjonista potrafiący więcej niż zwykli magicy... Kobieta, która wysysała z innych siłę życiową, a przy okazji wspomnienia... I druga, przenosząca się w snach do opowieści z książek. Ta ostatnia zdolność zainteresowała mnie najbardziej - było w niej coś ze Śnienia i z podróżowania po światach zarazem. Czasami wspomniana pani budziła się z jakimś przedmiotem ze swojego snu. Niekiedy wracała stamtąd z nowymi książkami... I tu opowiadanie się urywało. Rzeczywiście, następne kartki pozostały puste, nie zmącone ani słowem. A taką miałam ochotę doczytać, co dalej! Zapowiadało się coś tak fascynującego - przecież jeśli kobieta przynosiła ze snów książki, je również mogła potem czytać i przez to przenosić się w coraz to nowe miejsca, może coraz bardziej magiczne, może... Może...?!
- No i klapa - J pojawiła się przede mną tak niespodziewanie, że podskoczyłam, omal nie upuszczając tomiku opowiadań. - Obleciałam cały park i go nie znalazłam. Może już go nie ma w tym mieście...
- Czekaj, k o g o nie ma? - przystopowałam ją trochę.
- Znajomego. Przyszło mi do głowy, że mogłabym was sobie przedstawić - mruknęła niezadowolona. - Często się tu kręci, bo powietrze w miarę świeże... Ale teraz równie dobrze może być nad morzem. Albo w górach. Albo gdzieś.
- Od początku - zamachałam rękami. - Chciałaś mu mnie przedstawić, żebym mu mogła spuścić lanie po demoniemu?
- Ty, akurat - dziewczynka parsknęła śmiechem. - Jesteś jedną z najbardziej pokojowych istot jakie znam. Rzecz w tym, że... A, nieważne. Poczytałaś sobie?
- Owszem - podniosłam się z ławki i oddałam jej książkę z nadzieją, że dowiem się czegoś jeszcze. - Słuchaj, ta postać, która Śniła...
- A, to właśnie kompletnie zatarty ślad. Żadnych wyjaśnień tak naprawdę nie zapewnia.
Zamrugałam, słysząc takie podsumowanie, ale nie odezwałam się ani słowem. J najwyraźniej stwierdziła (poniekąd słusznie), że zgłupiałam, schowała książkę do torby i pożegnała się. Chwilę patrzyłam jak odchodzi z konsternacją na twarzy, a potem uprzytomniłam sobie, że szłyśmy w drugą stronę niż powinnam, wobec czego czeka mnie dłuższy spacer do pensjonatu.
Z drugiej strony, skąd ja mogę wiedzieć, jaki tak naprawdę jest ten świat, skoro cały czas tylko szwendam się po jednym głupim mieście? Czy wolno mi tak od razu wydawać osądy?
Nie miałam pojęcia jak znaleźć moją małą znajomą, założyłam więc, że sama mnie znajdzie, kiedy uzna, że już na to pora. I tak, kiedy wracałam przez park z zapowiedzianej rozmowy w wydawnictwie (udało im się nie zbankrutować, ale i tak przyjęli moje opowiadania), omal się nie zderzyłyśmy na skrzyżowaniu ścieżek. Obie pogrążone w zamyśleniu, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wczoraj była straszna burza i wiatr pozrywał większość liści z drzew, więc nawet cieszyć się pięknem jesieni się nie dało.
Na mój widok dziewczynka natychmiast uśmiechnęła się przymilnie.
- I jak się podoba książka? - zapytała na wstępie.
- Na tyle, że wypożyczyłam sobie następną - odwzajemniłam uśmiech.
- O! Czyją tym razem?
- Ma podpis jakiegoś Kennetha - wzruszyłam ramionami. - Ale to, co naprawdę chciałam przeczytać, już wzięłaś ty.
Momentalnie przestała się uśmiechać i zrobiła kwaśną minkę.
- Opowiadania? Właśnie idę oddać - powiedziała. - Jak chcesz, wybierz się ze mną.
- Jeszcze nie przeczytałam tamtych - westchnęłam. - Nie żeby mi nie było pilno, ale... No nic, wypożyczę to sobie następnym razem.
- A które z tych małych dziełek literackich cię najbardziej ciekawi? - spytała jakoś podejrzliwie.
- Podobno jest tam opowiadanie o świecie, z którego znika magia i...
Kiedy to mówiłam, J aż upuściła torbę z książkami. Nie myliłam się, wyglądała na obrażoną.
- Możesz je sobie od razu odpuścić - przerwała mi. - To opowiadanie jest do kitu, zawodzi wszelkie nadzieje! Jest niedokończone!
- Jak to niedokończone? - zdumiałam się.
- Zwyczajnie - prychnęła, po czym podniosła torbę i chwyciła mnie pod rękę. - Chodź, odprowadź mnie trochę. W bezruchu zimniej.
Szłyśmy chwilę po grubym dywanie z liści, aż J zainteresowała się, jakie miałam wrażenia po mitach i co jeszcze wypożyczyłam.
- Książkę o demonach - skrzywiłam się. - Jakaś egzaltowana pisarka pisze o nich jakby była z nimi w naprawdę dobrej komitywie i co tydzień wpadała do piekła na imprezę.
- A, to wiem - zachichotała jasnowłosa. - Ale to nie z tutejszego piekła, tylko niby z innego świata. Tu nigdy nie było takich irracjonalnych.
Dopiero dużo później przypomniałam sobie tę rozmowę i zastanawiałam się, czy każda mała dziewczynka czyta takie książki. Ja na razie zmęczyłam dopiero pierwszy rozdział, a... W tamtej chwili jednak zawtórowałam jej śmiechem:
- Z innego świata... Dobra, spotykałam demony, które wyrzynały się nawzajem, ale nigdy żaden nie uznał, że lepiej się pozabijać i świat zostawić Ładowi. Nawet ja bym na coś takiego nie wpadła.
- A co, sama jesteś demonem? - zainteresowała się J.
- Jestem przede wszystkim pisarką, więc czasem wpadam na różne pomysły - ucięłam. Też coś, ja ją pierwsza zapytałam, a odpowiedzi jak nie ma, tak nie ma!
- Jesteś demonem i tyle! - ucieszyła się, nie zwracając uwagi na moje słowa. - Wyglądasz odpowiednio nieludzko i masz demoniczny pentagram!
- Demoniczny byłby odwrócony - sprostowałam i dodałam, nie mogąc sobie darować: - Dlaczego nie założyłaś, że jestem wariatką z farbowanymi włosami i barwionymi szkłami kontaktowymi?
- Bo jesteś prawie tak chaotyczna jak ja. Światy światami, ale skoro jesteś tutaj, twoją powinnością jest tłuczenie się z bogami, a nie z innymi demonami - zawyrokowała. A potem, ku mojemu zdziwieniu, pociągnęła mnie do najbliższej ławki i posadziła.
- Już wiem. Poczekaj tu - patrzyłam bez zrozumienia, jak jak szpera w swojej torbie, aż wyjęła książkę i położyła mi na kolanach. - O, poczytaj sobie, a ja zaraz wrócę.
Wystrzeliła jak z procy i tyle ją widziałam. Nie żeby mnie to martwiło... Otworzyłam książkę i zaczęłam ją kartkować w poszukiwaniu upragnionego opowiadania - znalazłam je na samym końcu. Była w nim mowa o świecie, którego bogowie ustąpili pola istotom, które stworzyli, i zapadli w sen, natomiast siła magiczna odchodziła stopniowo w zapomnienie, podczas gdy coraz bardziej rozwijała się technika. Nikt więc nie zwracał uwagi na to, że magii jest coraz mniej i że nie jest to naturalne...
Następne strony poświęcone były trzem osobom, które odkryły w sobie moc i nawet nauczyły się jej używać na niewielką skalę. Ot, iluzjonista potrafiący więcej niż zwykli magicy... Kobieta, która wysysała z innych siłę życiową, a przy okazji wspomnienia... I druga, przenosząca się w snach do opowieści z książek. Ta ostatnia zdolność zainteresowała mnie najbardziej - było w niej coś ze Śnienia i z podróżowania po światach zarazem. Czasami wspomniana pani budziła się z jakimś przedmiotem ze swojego snu. Niekiedy wracała stamtąd z nowymi książkami... I tu opowiadanie się urywało. Rzeczywiście, następne kartki pozostały puste, nie zmącone ani słowem. A taką miałam ochotę doczytać, co dalej! Zapowiadało się coś tak fascynującego - przecież jeśli kobieta przynosiła ze snów książki, je również mogła potem czytać i przez to przenosić się w coraz to nowe miejsca, może coraz bardziej magiczne, może... Może...?!
- No i klapa - J pojawiła się przede mną tak niespodziewanie, że podskoczyłam, omal nie upuszczając tomiku opowiadań. - Obleciałam cały park i go nie znalazłam. Może już go nie ma w tym mieście...
- Czekaj, k o g o nie ma? - przystopowałam ją trochę.
- Znajomego. Przyszło mi do głowy, że mogłabym was sobie przedstawić - mruknęła niezadowolona. - Często się tu kręci, bo powietrze w miarę świeże... Ale teraz równie dobrze może być nad morzem. Albo w górach. Albo gdzieś.
- Od początku - zamachałam rękami. - Chciałaś mu mnie przedstawić, żebym mu mogła spuścić lanie po demoniemu?
- Ty, akurat - dziewczynka parsknęła śmiechem. - Jesteś jedną z najbardziej pokojowych istot jakie znam. Rzecz w tym, że... A, nieważne. Poczytałaś sobie?
- Owszem - podniosłam się z ławki i oddałam jej książkę z nadzieją, że dowiem się czegoś jeszcze. - Słuchaj, ta postać, która Śniła...
- A, to właśnie kompletnie zatarty ślad. Żadnych wyjaśnień tak naprawdę nie zapewnia.
Zamrugałam, słysząc takie podsumowanie, ale nie odezwałam się ani słowem. J najwyraźniej stwierdziła (poniekąd słusznie), że zgłupiałam, schowała książkę do torby i pożegnała się. Chwilę patrzyłam jak odchodzi z konsternacją na twarzy, a potem uprzytomniłam sobie, że szłyśmy w drugą stronę niż powinnam, wobec czego czeka mnie dłuższy spacer do pensjonatu.
28 X
Spałam dzisiaj do wyjątkowo
późnej godziny, a potem trudno mi było zwlec się z łóżka. Chyba miałam
jakieś miłe sny, chociaż oczywiście już ich nie pamiętam. W każdym razie
ogarnęłam się i wypiłam n a p r a w d ę mocną herbatę, po czym
pojechałam do biblioteki. Dotarłam tam z opóźnieniem, bo niechcący
wysiadłam stację wcześniej - wszystkie one takie do siebie podobne.. Ale
cóż, pogoda była ładna, postanowiłam dojść na piechotę... Co okazało
się trochę problematyczne... Nieważne, w porze obiadowej wreszcie
dotarłam. Oddałam książki o mitologii i zawiadomiłam, że tę czwartą
jeszcze przetrzymam, na co miła bibliotekarka uśmiechnęła się i
zapewniła, że dobrze mnie rozumie.
Nie zamierzałam wyjść stamtąd z pustymi rękami, poszłam więc sprawdzić jak się tu ma fantastyka. Ponieważ baśniowe, wzorcowe wręcz zbiegi okoliczności napełniły mnie nadzieją, że w tym świecie przynajmniej była kiedyś magia, spodziewałam się czegoś ciekawego. Cóż, książek było całkiem dużo, za to nieprzyzwoicie cienkie - oprócz tej części księgozbioru, którą stanowiły "dary dla biblioteki". Było ich więcej niż się spodziewałam, choć z pewnością mniej niż bym chciała. Po kolei brałam je do ręki i kartkowałam - tak jak w przypadku książki, którą sobie zostawiłam, nigdzie nie znalazłam tytułu, za to w niektórych mignęły mi podpisy.
- Może w czymś pomóc? - bibliotekarka pojawiła się obok mnie prawie bezszelestnie. Uśmiechnęłam się do własnych wspomnień - zawsze uważałam bibliotekarzy za osobny gatunek, a tę umiejętność za przynależną im i zazdrościłam jej Kilmeny.
- Właściwie jestem niezdecydowana - odpowiedziałam nie przestając się uśmiechać. - Wszystkie te książki wydają się takie niezwykłe.
- Są niezwykłe - potwierdziła poważnie. - Interesuje panią coś konkretnego? Mogę podpowiedzieć, znam je dobrze.
Zamyśliłam się, patrząc na ciąg skórzanych okładek o stonowanych, kojących dla oka kolorach.
- Czy znalazłoby się coś - zaczęłam powoli - o magii opuszczającej świat?
Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem i też się zadumała.
- Było takie opowiadanie... - powiedziała cicho, a jej wzrok podążył za moim. - Ale w książce, której tu nie widzę. Widocznie została wypożyczona.
Jakim cudem ona odróżniała te książki bez tytułów, patrząc tylko na ich grzbiety?! Kolejna umiejętność godna podziwu.
- Nie może pani przewidzieć, kiedy wróci? - zapytałam błagalnie, co mnie samą zdumiało. - Zarezerwowałabym.
Bibliotekarka skinęła głową z i poszła z powrotem do swojego pulpitu. Wystukała na komputerze jakiś kod i spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Dobrze się składa - rzekła. - Tę książkę ma obecnie osóbka, z którą była tu pani poprzednio. Właśnie wtedy wypożyczyła.
- No to klops - zwiesiłam smętnie głowę. - Przecież nie będę na nią czatować z tego powodu... O ile w ogóle udałoby mi się ją znaleźć.
- Wyglądałyście na dobre znajome - zdziwiła się bibliotekarka. - Ona tu bardzo często przychodzi. Na pewno prędzej czy później ją tu pani spotka.
Koniec końców, wyszłam z biblioteki z jedną losowo wybraną książką bez tytułu i jedną "zwyczajną". Jakby tam, skąd przyszłam, nie czekała na mnie jeszcze jedna.
Nie zamierzałam wyjść stamtąd z pustymi rękami, poszłam więc sprawdzić jak się tu ma fantastyka. Ponieważ baśniowe, wzorcowe wręcz zbiegi okoliczności napełniły mnie nadzieją, że w tym świecie przynajmniej była kiedyś magia, spodziewałam się czegoś ciekawego. Cóż, książek było całkiem dużo, za to nieprzyzwoicie cienkie - oprócz tej części księgozbioru, którą stanowiły "dary dla biblioteki". Było ich więcej niż się spodziewałam, choć z pewnością mniej niż bym chciała. Po kolei brałam je do ręki i kartkowałam - tak jak w przypadku książki, którą sobie zostawiłam, nigdzie nie znalazłam tytułu, za to w niektórych mignęły mi podpisy.
- Może w czymś pomóc? - bibliotekarka pojawiła się obok mnie prawie bezszelestnie. Uśmiechnęłam się do własnych wspomnień - zawsze uważałam bibliotekarzy za osobny gatunek, a tę umiejętność za przynależną im i zazdrościłam jej Kilmeny.
- Właściwie jestem niezdecydowana - odpowiedziałam nie przestając się uśmiechać. - Wszystkie te książki wydają się takie niezwykłe.
- Są niezwykłe - potwierdziła poważnie. - Interesuje panią coś konkretnego? Mogę podpowiedzieć, znam je dobrze.
Zamyśliłam się, patrząc na ciąg skórzanych okładek o stonowanych, kojących dla oka kolorach.
- Czy znalazłoby się coś - zaczęłam powoli - o magii opuszczającej świat?
Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem i też się zadumała.
- Było takie opowiadanie... - powiedziała cicho, a jej wzrok podążył za moim. - Ale w książce, której tu nie widzę. Widocznie została wypożyczona.
Jakim cudem ona odróżniała te książki bez tytułów, patrząc tylko na ich grzbiety?! Kolejna umiejętność godna podziwu.
- Nie może pani przewidzieć, kiedy wróci? - zapytałam błagalnie, co mnie samą zdumiało. - Zarezerwowałabym.
Bibliotekarka skinęła głową z i poszła z powrotem do swojego pulpitu. Wystukała na komputerze jakiś kod i spojrzała na mnie z uśmiechem.
- Dobrze się składa - rzekła. - Tę książkę ma obecnie osóbka, z którą była tu pani poprzednio. Właśnie wtedy wypożyczyła.
- No to klops - zwiesiłam smętnie głowę. - Przecież nie będę na nią czatować z tego powodu... O ile w ogóle udałoby mi się ją znaleźć.
- Wyglądałyście na dobre znajome - zdziwiła się bibliotekarka. - Ona tu bardzo często przychodzi. Na pewno prędzej czy później ją tu pani spotka.
Koniec końców, wyszłam z biblioteki z jedną losowo wybraną książką bez tytułu i jedną "zwyczajną". Jakby tam, skąd przyszłam, nie czekała na mnie jeszcze jedna.
27 X
Już sobie przypomniałam to, o
czym zapomniałam. Znaczy, w poprzednim zapisku miałam wspomnieć o czymś
istotnym, a tymczasem... W każdym razie chodzi o to, że nie wstawiałam
bajek nieszczęsnej ofierze zbiegów okoliczności, a przynajmniej wierzę,
że nie. Naprawdę widziałam go w przbłysku wizji, w jednym z wielu
odprysków opowieści, które nie do mnie należą, ale czasem przebiegają
przez mój umysł. A może to był ktoś podobny. W światach jest wielu
osobników o srebrnych włosach, czasami wręcz mam wrażenie, że zbyt
wielu. W wizji pojawiła się też młoda kobieta - drobna, czarnowłosa, o
dziwnie znajomej twarzy. Dawno, dawno temu, w poprzednim życiu, snułam
historię, w której występowała taka osoba - tyle że była dzieckiem. No
cóż, może tamto dziecko mogło wyrosłoby na taką właśnie kobietę. Sporo czasu upłynęło, w opowieściach też mogą płynąć lata...
Nie przywiązywałam do tamtej wizji zbyt wielkiej wagi - nie pierwsza ona i nie ostatnia; poza tym, jak już pisałam, mogła należeć do kogoś innego. Dlaczego miałabym się wtrącać w czyjś wątek?
Przeczytałam wszystkie trzy książki z mitami i do tej pory mam w głowie mętlik. Głównie przez wspomnianą poprzednio niezgodność autorów w różnych kwestiach. W chwilach kiedy nie bolała mnie od tego głowa, biegałam po mieście i bezczelnie kserowałam co bardziej interesujące (w każdym możliwym znaczeniu) opowieści. Cóż... Chwilę mi zabrało przymierzanie się do czwartej książki. Nie byłam pewna, co w niej znajdę; miałam dziwne wrażenie, że zależy to od mojego nastroju i nastawienia, a było ono na początku jakieś nieufne. Przecież nie dlatego, że przypominały mi się rozmaite chwile, kiedy to wpadała mi do herbaciarni Xella-Medina i podsuwała wątki, które później nie chciały ani dać się kontrolować, ani zakończyć? W końcu dzisiaj postanowiłam się przemóc i wygrzebałam książkę spod łóżka - spod łóżka... - żeby przyjrzeć się jej lepiej.
Przez chwilę po prostu trzymałam ją w rękach z zamkniętymi oczami. Albo emanowała magią, albo naprawdę zrobiłam się przewrażliwiona... A może po prostu wołała, żeby ją otworzyć, żeby przeczytać, żeby zagłębić się w jakimś nowym świecie, choćby tylko w taki sposób... Nie, dla mnie taki sposób nigdy nie był "tylko". Uniosłam powieki i otworzyłam książkę na chybił trafił.
- Wyglądasz jak rtęć – szepnął Rafael.
- Rtęć? – zaciekawiona wróżka przechyliła głowę. – Co to jest rtęć?
- Płynne srebro.
- Srebro? Masz na myśli ten metal?
Przytaknął.
- Płynne srebro to też metal?
- Tak – uśmiechnął się, gdy musnęła go skrzydłem.
- Mam coś lepszego – ucieszyła się i sięgnęła do paska. Nachylił się i zobaczył flakonik wypełniony błyszczącą, niezwykle srebrzystą cieczą, przelewającą się powoli w rękach księżycowej wróżki.
- Co to jest?
- Światło księżyca – odpowiedziała. Przygryzła wargę, przyglądając mu się szerokimi, ciekawskimi oczami. – Podoba ci się?
- Bardzo.
Roześmiała się dźwięcznie, z zachwytem.
- Umaluję cię nim, chcesz?
- Dobrze – uśmiechnął się do jej entuzjazmu.
- Będziesz wyglądał jak księżycowy elf!
- Raczej jak negatyw. Kontrast – dodał, widząc jej spojrzenie.
Uśmiechałam się z domieszką tkliwości i rozbawienia, kiedy to czytałam. A potem, dopiero potem zerknęłam na okładkę, chcąc zobaczyć tytuł... I niczego nie znalazłam, oprócz pieczątki: DAR DLA BIBLIOTEKI. Jeszcze dotąd nie zetknęłam się z książką nie dość, że bez autora, to w dodatku bez tytułu! Zajrzałam jeszcze na kartę tytułową, ale tam, dość zamaszystym charakterem pisma, ktoś nakreślił tylko: Moriana...
Nie przywiązywałam do tamtej wizji zbyt wielkiej wagi - nie pierwsza ona i nie ostatnia; poza tym, jak już pisałam, mogła należeć do kogoś innego. Dlaczego miałabym się wtrącać w czyjś wątek?
Przeczytałam wszystkie trzy książki z mitami i do tej pory mam w głowie mętlik. Głównie przez wspomnianą poprzednio niezgodność autorów w różnych kwestiach. W chwilach kiedy nie bolała mnie od tego głowa, biegałam po mieście i bezczelnie kserowałam co bardziej interesujące (w każdym możliwym znaczeniu) opowieści. Cóż... Chwilę mi zabrało przymierzanie się do czwartej książki. Nie byłam pewna, co w niej znajdę; miałam dziwne wrażenie, że zależy to od mojego nastroju i nastawienia, a było ono na początku jakieś nieufne. Przecież nie dlatego, że przypominały mi się rozmaite chwile, kiedy to wpadała mi do herbaciarni Xella-Medina i podsuwała wątki, które później nie chciały ani dać się kontrolować, ani zakończyć? W końcu dzisiaj postanowiłam się przemóc i wygrzebałam książkę spod łóżka - spod łóżka... - żeby przyjrzeć się jej lepiej.
Przez chwilę po prostu trzymałam ją w rękach z zamkniętymi oczami. Albo emanowała magią, albo naprawdę zrobiłam się przewrażliwiona... A może po prostu wołała, żeby ją otworzyć, żeby przeczytać, żeby zagłębić się w jakimś nowym świecie, choćby tylko w taki sposób... Nie, dla mnie taki sposób nigdy nie był "tylko". Uniosłam powieki i otworzyłam książkę na chybił trafił.
- Wyglądasz jak rtęć – szepnął Rafael.
- Rtęć? – zaciekawiona wróżka przechyliła głowę. – Co to jest rtęć?
- Płynne srebro.
- Srebro? Masz na myśli ten metal?
Przytaknął.
- Płynne srebro to też metal?
- Tak – uśmiechnął się, gdy musnęła go skrzydłem.
- Mam coś lepszego – ucieszyła się i sięgnęła do paska. Nachylił się i zobaczył flakonik wypełniony błyszczącą, niezwykle srebrzystą cieczą, przelewającą się powoli w rękach księżycowej wróżki.
- Co to jest?
- Światło księżyca – odpowiedziała. Przygryzła wargę, przyglądając mu się szerokimi, ciekawskimi oczami. – Podoba ci się?
- Bardzo.
Roześmiała się dźwięcznie, z zachwytem.
- Umaluję cię nim, chcesz?
- Dobrze – uśmiechnął się do jej entuzjazmu.
- Będziesz wyglądał jak księżycowy elf!
- Raczej jak negatyw. Kontrast – dodał, widząc jej spojrzenie.
Uśmiechałam się z domieszką tkliwości i rozbawienia, kiedy to czytałam. A potem, dopiero potem zerknęłam na okładkę, chcąc zobaczyć tytuł... I niczego nie znalazłam, oprócz pieczątki: DAR DLA BIBLIOTEKI. Jeszcze dotąd nie zetknęłam się z książką nie dość, że bez autora, to w dodatku bez tytułu! Zajrzałam jeszcze na kartę tytułową, ale tam, dość zamaszystym charakterem pisma, ktoś nakreślił tylko: Moriana...
24 X
Chyba spłoszyłam wczoraj
obiecujący wątek... Nie, przepraszam. Już dawno postanowiłam sobie, że
nie będę traktowała życia jak kolejnej opowieści, a tu taka porażka...
Nową, obiecującą znajomość. Bo nie wątpię, że byłaby obiecująca. Choć
mogę się jeszcze łudzić, że ten nowy znajomy nie uciekł przede mną,
tylko naprawdę goniły go jakieś istotne niedokończone sprawy, więc przy
następnym spotkaniu nie będzie już uciekał...
O! Prawda, jak prędko założyłam, że następne spotkanie się odbędzie?
Powinnam sobie więcej powtarzać, że to wszystko, co się wokół dzieje, jest za łatwe. Może wtedy zacznie się porządnie komplikować i mnie uspokoi.
...A może wręcz przeciwnie, z przekory stanie się jeszcze bardziej oczywiste?
Czytam trzy grube tomiszcza pełne mitów. Na zmianę; żadnego jeszcze nie skończyłam. Jest jeszcze czwarte, ale J wspominała coś, że zawiera zupełnie inną treść i żebym zabrała się za nie dopiero na końcu. Tymczasem zbiory mitów są od siebie skrajnie różne. To znaczy, podstawowe założenia są takie same, ciąg przyczynowo-skutkowy niby też, ale forma jest całkiem inna. Właściwie mogę je podzielić na wersję dla grzecznych dzieci, dla dzieci zdecydowanie niegrzecznych oraz dla ich cioć nudzących się w domu i oglądających telewizję. Ale dlaczego miałoby mnie to martwić? Jaka to różnica czy świat został stworzony w rytuale płodności bogów-stwórców, czy przywołany z niczego tajemnymi zaklęciami? Dla świata chyba żadna... Albo te wyjaśnienia odnośnie wsypywaniu szczypty soli w świeżo zapalony ogień. W jednej książce jest napisane, że bóg ognia sól lubi (dlaczego, u licha, właśnie sól?!) i w taki sposób można mu się przypodobać, żeby przypadkiem pożaru nie wywołał. W innej zaś, że wręcz przeciwnie, ma do niej wstręt, więc użycie jej jest właściwie formą groźby - w tym samym celu zresztą. Ciekawe, swoją drogą, czy współcześni nadal sypią tę sól, a jeśli tak, to czy wiedzą dlaczego. Ale to też mnie nie martwi. Gorzej, że niekiedy widać jak autorzy się w tym wszystkim gubili - wtedy niepewność aż wylewa się z kartek. Podsumować to można takim stwierdzeniem: na początku był Chaos, potem z Chaosu wyłonił się świat, żeby miał ów Chaos gdzie egzystować.
Na wszystkie Siły Wyższe tego i innych światów, jakże mi się kręci w głowie... Ale nie poddam się! Przeczytam te księgi, a potem wrócę do biblioteki po fantastykę!
Uff, zrobiłam sobie herbatę i trochę mi lepiej. W każdym razie udało mi się też znaleźć tam parę perełek, które nie wyjaśniają żadnych wielkich prawd życiowych, ale czyta się je ot, jak baśnie. Przy tych się naprawdę relaksuję, choć nie wiem czy zawierają jakiś okruch prawdy, czy są jedynie wymysłami autorów... Może właśnie dlatego. Na przykład historia bogini pieśni, która tak upodobała sobie pewnego młodego i urodziwego muzyka, że ciągle mu śpiewała. Pozostawała jednak dla niego niewidzialna, ku swemu utrapieniu. Był on, jak wywnioskowałam, rzemieślnikiem, a nie artystą i pewnie brak wyobraźni nie pozwalał mu jej dostrzec. Za to pieśni dobrze słyszał, zaczął więc je spisywać i zdobywać coraz większą sławę, grając je na koncertach. Zdaje się, że bogini nie zemściła się za taką bezczelność, skoro według autora muzyka ta jest nadal grana i podziwiana. Nie wydaje mi się, by o to chodziło, ale czytając uśmiałam się jak fretka. Za to najbardziej wbiła mi się w pamięć opowieść o tym jak dwa bóstwa żywiołów pokłóciły się w środku wojny między ludźmi. Bóg wiatru kibicował Hadilijczykom - choć wtedy to jeszcze nie był Abd-Hadil tylko niewielki teren jednego z wielu plemion - natomiast bóg gromu stał po stronie najeźdźców z sąsiedniego państewka, którzy chcieli zagarnąć te tereny dla siebie. Oba bóstwa tak się spierały, kto wygra, że niechcący wywołały straszliwą burzę, po której została w tamtym miejscu tylko goła pustynia. Niedoszli przeciwnicy cudem ocaleli - zostali stamtąd w y w i a n i - i doszli do wniosku, że skoro dostali taki znak od niebios, lepiej nie wojować, tylko się pogodzić. Zawarli więc przymierze, które okazało się bardzo korzystne dla obu stron.
Uff po raz kolejny. Może jednak ten świat jest nieco bardziej sensowny niż mi się wydawało? Coś takiego, ledwo mnie wypuścili z kliniki, a już się zaczęłam tu zadomawiać... Coś jednak niezwykłego tu znalazłam, a może nawet kogoś?
Co jednak nie zmienia faktu, że chciałabym mieć wolność wyboru. Bez możliwości podróżowania nie poczuję się całkowicie wolna.
O! Prawda, jak prędko założyłam, że następne spotkanie się odbędzie?
Powinnam sobie więcej powtarzać, że to wszystko, co się wokół dzieje, jest za łatwe. Może wtedy zacznie się porządnie komplikować i mnie uspokoi.
...A może wręcz przeciwnie, z przekory stanie się jeszcze bardziej oczywiste?
Czytam trzy grube tomiszcza pełne mitów. Na zmianę; żadnego jeszcze nie skończyłam. Jest jeszcze czwarte, ale J wspominała coś, że zawiera zupełnie inną treść i żebym zabrała się za nie dopiero na końcu. Tymczasem zbiory mitów są od siebie skrajnie różne. To znaczy, podstawowe założenia są takie same, ciąg przyczynowo-skutkowy niby też, ale forma jest całkiem inna. Właściwie mogę je podzielić na wersję dla grzecznych dzieci, dla dzieci zdecydowanie niegrzecznych oraz dla ich cioć nudzących się w domu i oglądających telewizję. Ale dlaczego miałoby mnie to martwić? Jaka to różnica czy świat został stworzony w rytuale płodności bogów-stwórców, czy przywołany z niczego tajemnymi zaklęciami? Dla świata chyba żadna... Albo te wyjaśnienia odnośnie wsypywaniu szczypty soli w świeżo zapalony ogień. W jednej książce jest napisane, że bóg ognia sól lubi (dlaczego, u licha, właśnie sól?!) i w taki sposób można mu się przypodobać, żeby przypadkiem pożaru nie wywołał. W innej zaś, że wręcz przeciwnie, ma do niej wstręt, więc użycie jej jest właściwie formą groźby - w tym samym celu zresztą. Ciekawe, swoją drogą, czy współcześni nadal sypią tę sól, a jeśli tak, to czy wiedzą dlaczego. Ale to też mnie nie martwi. Gorzej, że niekiedy widać jak autorzy się w tym wszystkim gubili - wtedy niepewność aż wylewa się z kartek. Podsumować to można takim stwierdzeniem: na początku był Chaos, potem z Chaosu wyłonił się świat, żeby miał ów Chaos gdzie egzystować.
Na wszystkie Siły Wyższe tego i innych światów, jakże mi się kręci w głowie... Ale nie poddam się! Przeczytam te księgi, a potem wrócę do biblioteki po fantastykę!
Uff, zrobiłam sobie herbatę i trochę mi lepiej. W każdym razie udało mi się też znaleźć tam parę perełek, które nie wyjaśniają żadnych wielkich prawd życiowych, ale czyta się je ot, jak baśnie. Przy tych się naprawdę relaksuję, choć nie wiem czy zawierają jakiś okruch prawdy, czy są jedynie wymysłami autorów... Może właśnie dlatego. Na przykład historia bogini pieśni, która tak upodobała sobie pewnego młodego i urodziwego muzyka, że ciągle mu śpiewała. Pozostawała jednak dla niego niewidzialna, ku swemu utrapieniu. Był on, jak wywnioskowałam, rzemieślnikiem, a nie artystą i pewnie brak wyobraźni nie pozwalał mu jej dostrzec. Za to pieśni dobrze słyszał, zaczął więc je spisywać i zdobywać coraz większą sławę, grając je na koncertach. Zdaje się, że bogini nie zemściła się za taką bezczelność, skoro według autora muzyka ta jest nadal grana i podziwiana. Nie wydaje mi się, by o to chodziło, ale czytając uśmiałam się jak fretka. Za to najbardziej wbiła mi się w pamięć opowieść o tym jak dwa bóstwa żywiołów pokłóciły się w środku wojny między ludźmi. Bóg wiatru kibicował Hadilijczykom - choć wtedy to jeszcze nie był Abd-Hadil tylko niewielki teren jednego z wielu plemion - natomiast bóg gromu stał po stronie najeźdźców z sąsiedniego państewka, którzy chcieli zagarnąć te tereny dla siebie. Oba bóstwa tak się spierały, kto wygra, że niechcący wywołały straszliwą burzę, po której została w tamtym miejscu tylko goła pustynia. Niedoszli przeciwnicy cudem ocaleli - zostali stamtąd w y w i a n i - i doszli do wniosku, że skoro dostali taki znak od niebios, lepiej nie wojować, tylko się pogodzić. Zawarli więc przymierze, które okazało się bardzo korzystne dla obu stron.
Uff po raz kolejny. Może jednak ten świat jest nieco bardziej sensowny niż mi się wydawało? Coś takiego, ledwo mnie wypuścili z kliniki, a już się zaczęłam tu zadomawiać... Coś jednak niezwykłego tu znalazłam, a może nawet kogoś?
Co jednak nie zmienia faktu, że chciałabym mieć wolność wyboru. Bez możliwości podróżowania nie poczuję się całkowicie wolna.
23 X
Zbiegi okoliczności się
zmówiły i atakują raz za razem. Takie jest moje zdanie i ja je
podzielam, jak rzekła kiedyś pewna znajoma.
W wydawnictwie zastałam kilka osób koczujących pod ścianą z kawą, niezły bałagan i szefa tego bałaganu, który spojrzał na mnie błędnym wzrokiem.
- Nie widziała pani na drzwiach tej karteczki: Zamknięte do odwołania? - zaczął podniesionym głosem. - Żadnych akwizytorów, żadnych ankiet, nawet żadnych upomnień o czynsz!
- Nie było tam żadnej - odpowiedziałam niepewnie, ale już zaczynało mi się tam podobać. - Ale szukam wydawcy, a nie frajera, któremu mogłabym wcisnąć każdy towar... Choć właściwie na jedno wychodzi.
- Tym gorzej, tym gorzej - zamachał rękami. - Znowu jakieś napuszone, naukowe dzieło, które mało kto będzie chciał czytać...
- Na napuszonego naukowca chyba też nie wyglądam? - roześmiałam się. - Nie, raczej... Fantastyka.
- To jeszcze gorzej! Tak nam brakowało czegoś z fabułą, tymczasem pani ma to pewnie zmagazynowane na dysku?
- Nie, same rękopisy - pokręciłam głową, nie rozumiejąc dlaczego grupka spod ściany wydaje zgodny okrzyk radości. Ja bym się nie cieszyła, gdyby ktoś kazał mi rozszyfrowywać takie pismo jak moje (no dobra, Geddwyn ma gorsze, a się nauczyłam)... Nie mogłam trwonić pieniędzy na nową maszynę do pisania, a do komputera zbliżyłabym się tylko gdybym naprawdę musiała.
- Czyli jednak nie zbankrutujemy! - usłyszałam. - Z nieba nam pani spadła, pani... Panno...
- Al'Wedd - podpowiedziałam i w tej samej chwili w drugim pokoju rozległ się hałas, jakby przewróciło się gwałtownie odsunięte krzesło. Ktoś zajrzał przez szparę w przymkniętych drzwiach, ale trwało to może ułamek sekundy.
- Nie wygląda pani na Hadilijkę... - zawahał się wydawca. - Zresztą nieważne. Ważne, że elektronika nam siadła i tylko patrzeć jak stracimy wszystkie dane z komputerów, bo ten gość, którego wezwaliśmy, ciska meblami zamiast naprawiać.
- Niczym nie ciskam! - dobiegł z tamtego pokoju znajomy głos. - I przynajmniej nie uprawiam tu żadnych nielegalnych procederów!
- A my niby tak?! - rozsierdził się wydawca. - Nie płacimy panu za bezczelność!
Drzwi otworzyły się z rozmachem i stanął w nich srebrnowłosy informatyk, którego poznałam w klinice - to pierwsza rzecz odnośnie zbiegów okoliczności. Podszedł do szefa tego bałaganu z teatralnie groźną miną.
- Jeszcze dotąd nikt mi tu nie zapłacił - wytknął, uderzając dłonia o biurko. - Ale po zakazanych odmętach sieci się surfowało, taaak?!
- To jakieś pomówienie!! - oburzyła się jak na komendę gromadka spod ściany. Czy oni byli zaprogramowani, czy jak?
- Jeszcze się zobaczy - uciął, triumfalnie szczerząc zęby. - Bo ja mogę przejrzeć wszystkie strony, na jakie zachodziliście przez ostatnie pół roku. Nic się przede mną nie ukryje!
Powiedziawszy to, przeczesał palcami włosy, założył ręce za głowę i wolnym krokiem skierował się do swojego miejsca pracy.
- Ale fajnie! - odezwał się wniebowziętym tonem. - Czuję się jak w jakimś filmie o gliniarzach!
Zanim zamknął drzwi, okno się otworzyło i wiatr porozwiewał wszystkie papiery na biurku. Kiedy wchodziłam, nie wiało ani trochę... Nagle tam, w pełnej nieładu siedzibie wydawnictwa, poczułam jak w mojej wyobraźni pojawia się wątek... A raczej wspomnienie wątku. Odruchowo skierowałam wzrok ku zamkniętym drzwiom, ale już w następnej chwili musiałam uskoczyć, bo Grupa Spod Ściany™ rozproszyła się, zbierając papierzyska.
- Wie pani co - westchnął wydawca, poczerwieniały na twarzy. - Proszę nam zostawić te rękopisy... My je sobie przeczytamy jak już doprowadzimy wszystko do porządku i się do pani odezwiemy.
- Chyba ja się prędzej odezwę, nie mam telefonu - westchnęłam, mając uczucie, że gdzie tylko się pojawiam, wszyscy nagle zaczynają działać po mojej myśli.
Albo raczej gdzie tylko on się pojawia?
Wypadł zza drzwi, zacierając ręce. Nie wracał już do tematu nielegalnych stron, a jedynie zapisał na kartce numer swojego konta, pomachał wszystkim i wybiegł jakby się bardzo spieszył.
- No to... Ja już też się pożegnam - powiedziałam, zostawiając rękopisy i kierując się do drzwi. Nie wiem, dlaczego tak chciałam go jeszcze złapać. To znaczy, wiem, ale... No właśnie, ale zbiegi okoliczności. Co za dużo, to niezdrowo.
Nie odszedł daleko; właściwie to stał grzecznie przy ulicy, łypiąc w stronę bramy.
- Już wypisali? - odezwał się na mój widok.
- Wypisali - potwierdziłam. - Choć spodziewałam się, że zaraz usłyszę inne domysły. Na przykład, że uciekłam.
- Nie, uciekłaby pani już wtedy - srebrnowłosy pokręcił głową. - Chyba, że...?
- Nie, nie. Nie skorzystałam z okazji. Sami się na mnie poznali - prychnęłam. - Ładnie to tak, nasyłać wirusa i potem brać forsę za jego usuwanie?
Skrzywił się i podszedł do mnie, rozglądając się ostrożnie na boki.
- A nie powie pani nikomu? - szepnął, jakby znowu wczuł się w rolę.
Dałam słowo, że nie powiem, a wtedy rozejrzał się jeszcze raz.
- To draństwo chyba zaczyna wymykać się spod kontroli - powiedział tyleż cicho, co teatralnie. - Jakby ktoś je zbuntował przeciw mnie. No, ale jeśli ktoś nas podsłuchał - dodał już głośniej - to i tak nie może pani nikomu sypnąć, bo jest już w to wmieszana razem ze mną, o!
- To jakieś wygłupy, tak? - odsunęłam się niepewnie.
- Może pani nie docenia mojej stresującej pracy - parsknął śmiechem. - A może, skoro wpatrywała się pani we mnie tak badawczo, chciałem przynajmniej dać po temu powód... Spotkaliśmy się już gdzieś? Znaczy, oprócz kliniki.
- W mojej wyobraźni - odpowiedziałam odruchowo. - W zaczątku opowieści, której nigdy nie podjęłam. A może to był ktoś podobny - mam słabość do srebrnowłosych.
- Coś takiego - zadumał się i zobaczyłam w jego oczach jakąś niepewność. - To może ja już więcej nie będę niepokoił...
Powiedziawszy to ukłonił się dwornie i błyskawicznie wskoczył do przejeżdżającego autobusu pozbawionego tylnych drzwi. A ja zostałam z niedosytem.
W wydawnictwie zastałam kilka osób koczujących pod ścianą z kawą, niezły bałagan i szefa tego bałaganu, który spojrzał na mnie błędnym wzrokiem.
- Nie widziała pani na drzwiach tej karteczki: Zamknięte do odwołania? - zaczął podniesionym głosem. - Żadnych akwizytorów, żadnych ankiet, nawet żadnych upomnień o czynsz!
- Nie było tam żadnej - odpowiedziałam niepewnie, ale już zaczynało mi się tam podobać. - Ale szukam wydawcy, a nie frajera, któremu mogłabym wcisnąć każdy towar... Choć właściwie na jedno wychodzi.
- Tym gorzej, tym gorzej - zamachał rękami. - Znowu jakieś napuszone, naukowe dzieło, które mało kto będzie chciał czytać...
- Na napuszonego naukowca chyba też nie wyglądam? - roześmiałam się. - Nie, raczej... Fantastyka.
- To jeszcze gorzej! Tak nam brakowało czegoś z fabułą, tymczasem pani ma to pewnie zmagazynowane na dysku?
- Nie, same rękopisy - pokręciłam głową, nie rozumiejąc dlaczego grupka spod ściany wydaje zgodny okrzyk radości. Ja bym się nie cieszyła, gdyby ktoś kazał mi rozszyfrowywać takie pismo jak moje (no dobra, Geddwyn ma gorsze, a się nauczyłam)... Nie mogłam trwonić pieniędzy na nową maszynę do pisania, a do komputera zbliżyłabym się tylko gdybym naprawdę musiała.
- Czyli jednak nie zbankrutujemy! - usłyszałam. - Z nieba nam pani spadła, pani... Panno...
- Al'Wedd - podpowiedziałam i w tej samej chwili w drugim pokoju rozległ się hałas, jakby przewróciło się gwałtownie odsunięte krzesło. Ktoś zajrzał przez szparę w przymkniętych drzwiach, ale trwało to może ułamek sekundy.
- Nie wygląda pani na Hadilijkę... - zawahał się wydawca. - Zresztą nieważne. Ważne, że elektronika nam siadła i tylko patrzeć jak stracimy wszystkie dane z komputerów, bo ten gość, którego wezwaliśmy, ciska meblami zamiast naprawiać.
- Niczym nie ciskam! - dobiegł z tamtego pokoju znajomy głos. - I przynajmniej nie uprawiam tu żadnych nielegalnych procederów!
- A my niby tak?! - rozsierdził się wydawca. - Nie płacimy panu za bezczelność!
Drzwi otworzyły się z rozmachem i stanął w nich srebrnowłosy informatyk, którego poznałam w klinice - to pierwsza rzecz odnośnie zbiegów okoliczności. Podszedł do szefa tego bałaganu z teatralnie groźną miną.
- Jeszcze dotąd nikt mi tu nie zapłacił - wytknął, uderzając dłonia o biurko. - Ale po zakazanych odmętach sieci się surfowało, taaak?!
- To jakieś pomówienie!! - oburzyła się jak na komendę gromadka spod ściany. Czy oni byli zaprogramowani, czy jak?
- Jeszcze się zobaczy - uciął, triumfalnie szczerząc zęby. - Bo ja mogę przejrzeć wszystkie strony, na jakie zachodziliście przez ostatnie pół roku. Nic się przede mną nie ukryje!
Powiedziawszy to, przeczesał palcami włosy, założył ręce za głowę i wolnym krokiem skierował się do swojego miejsca pracy.
- Ale fajnie! - odezwał się wniebowziętym tonem. - Czuję się jak w jakimś filmie o gliniarzach!
Zanim zamknął drzwi, okno się otworzyło i wiatr porozwiewał wszystkie papiery na biurku. Kiedy wchodziłam, nie wiało ani trochę... Nagle tam, w pełnej nieładu siedzibie wydawnictwa, poczułam jak w mojej wyobraźni pojawia się wątek... A raczej wspomnienie wątku. Odruchowo skierowałam wzrok ku zamkniętym drzwiom, ale już w następnej chwili musiałam uskoczyć, bo Grupa Spod Ściany™ rozproszyła się, zbierając papierzyska.
- Wie pani co - westchnął wydawca, poczerwieniały na twarzy. - Proszę nam zostawić te rękopisy... My je sobie przeczytamy jak już doprowadzimy wszystko do porządku i się do pani odezwiemy.
- Chyba ja się prędzej odezwę, nie mam telefonu - westchnęłam, mając uczucie, że gdzie tylko się pojawiam, wszyscy nagle zaczynają działać po mojej myśli.
Albo raczej gdzie tylko on się pojawia?
Wypadł zza drzwi, zacierając ręce. Nie wracał już do tematu nielegalnych stron, a jedynie zapisał na kartce numer swojego konta, pomachał wszystkim i wybiegł jakby się bardzo spieszył.
- No to... Ja już też się pożegnam - powiedziałam, zostawiając rękopisy i kierując się do drzwi. Nie wiem, dlaczego tak chciałam go jeszcze złapać. To znaczy, wiem, ale... No właśnie, ale zbiegi okoliczności. Co za dużo, to niezdrowo.
Nie odszedł daleko; właściwie to stał grzecznie przy ulicy, łypiąc w stronę bramy.
- Już wypisali? - odezwał się na mój widok.
- Wypisali - potwierdziłam. - Choć spodziewałam się, że zaraz usłyszę inne domysły. Na przykład, że uciekłam.
- Nie, uciekłaby pani już wtedy - srebrnowłosy pokręcił głową. - Chyba, że...?
- Nie, nie. Nie skorzystałam z okazji. Sami się na mnie poznali - prychnęłam. - Ładnie to tak, nasyłać wirusa i potem brać forsę za jego usuwanie?
Skrzywił się i podszedł do mnie, rozglądając się ostrożnie na boki.
- A nie powie pani nikomu? - szepnął, jakby znowu wczuł się w rolę.
Dałam słowo, że nie powiem, a wtedy rozejrzał się jeszcze raz.
- To draństwo chyba zaczyna wymykać się spod kontroli - powiedział tyleż cicho, co teatralnie. - Jakby ktoś je zbuntował przeciw mnie. No, ale jeśli ktoś nas podsłuchał - dodał już głośniej - to i tak nie może pani nikomu sypnąć, bo jest już w to wmieszana razem ze mną, o!
- To jakieś wygłupy, tak? - odsunęłam się niepewnie.
- Może pani nie docenia mojej stresującej pracy - parsknął śmiechem. - A może, skoro wpatrywała się pani we mnie tak badawczo, chciałem przynajmniej dać po temu powód... Spotkaliśmy się już gdzieś? Znaczy, oprócz kliniki.
- W mojej wyobraźni - odpowiedziałam odruchowo. - W zaczątku opowieści, której nigdy nie podjęłam. A może to był ktoś podobny - mam słabość do srebrnowłosych.
- Coś takiego - zadumał się i zobaczyłam w jego oczach jakąś niepewność. - To może ja już więcej nie będę niepokoił...
Powiedziawszy to ukłonił się dwornie i błyskawicznie wskoczył do przejeżdżającego autobusu pozbawionego tylnych drzwi. A ja zostałam z niedosytem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)