Dwa widoki najbardziej
rzucają się w oczy. Oślepiająco błyszcząca w słońcu piramida Hakano-Sakh
oraz Ten-chan w uroczym żywym kołnierzu z lotofenka. Tak się upierał,
że ją zabierze i będzie fajnie, a teraz fuka, że mu za gorąco. Jej też. I
skrzydła im się plączą.
Jak to się stało, że jedziemy wzdłuż rzeki Thanasis, nie mając pojęcia dokąd i po co? A czy to naprawdę takie istotne?
Bardziej zaskakuje, że zapragnęła nam towarzyszyć Vaneshka. Choć może
właściwie nie powinnam się dziwić, bo trzeba pamiętać, że ostatnio
zasmakowała w podróżach, a lokatorzy Marzenia chyba nie mają innego
wyjścia, tylko przyzwyczaić się do tego... Zazwyczaj pieśniarka jedzie
ze mną na Nindë, podczas gdy Tenarim zajmuje się Vanny.
Wokół nas lato eksploduje soczystymi barwami. Jak kiedyś napisał mi
Geddwyn, "Wiosna jest kusząco niewinna, za to Lato jest kuszące
świadomie". W taki dzień jak dzisiejszy, trudno mi się z nim nie
zgodzić, nawet jeśli żar słońca zawzięcie próbuje mi przeszkodzić w
zachwycaniu się.
15 VII
- Chciałaś, żebym
przyjechała pokelnerować, a teraz mnie wyciągasz z herbaciarni gdzie
tylko popadnie? - zapytała Vanny z lekkim uśmiechem.
- Nie gdzie popadnie, na Carne nas jeszcze nie ma - prychnęłam.
To prawda, sosnowemu lasowi, po którym spacerowałyśmy, daleko było do Carne... Na szczęście. Za to spoglądając w górę, odnosiło się wrażenie, że drzewa sięgają nieba. Tenari próbował dofrunąć do ich szczytów, ale się zmęczył.
- To nawet lepiej, że nas tam nie ma - stwierdziła moja kuzyneczka. - Tutaj jest spokojniej.
Wciągnęła głęboko powietrze i odetchnęła. Nie było już po niej widać niepokoju i jeszcze czegoś, co towarzyszyło jej wczoraj, a co z kolei mnie niepokoiło. Pokazałam jej rysunek od Geddwyna i... Cóż, przez resztę dnia chodziła podminowana. Zresztą co się dziwić, skoro scena z rysunku i to, co zdążyłam już usłyszeć na temat zniknięcia siostry Ricka, układało się w deliryczną i niejednoznaczną opowieść.
- Mam ochotę się gdzieś wyrwać i złapać wiatr w żagle - szepnęłam bardziej do siebie, niż do niej. Ale usłyszała.
- Na przykład gdzie?
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Marzy mi się nowa opowieść, do której czułabym, że pasuję.
- No patrz - zakręciła się na palcach i omal nie upadła. - Tobie się marzy opowieść, ale żadnej nie masz, a ja mam, ale nic z niej nie wynika... No to pomyślmy - zadumała się. - Gdzież to byś mogła pasować?
- Gdzieś, gdzie jest mnóstwo wody - parsknęłam śmiechem. - Bo ta pogoda mnie powoli wykańcza... Ale to raczej niemożliwe.
- Że cię wykańcza?
- Że mnóstwo wody - pokręciłam głową. - Bo mogłabym już nie wypłynąć.
- Oj, przed zimą na pewno byś zdążyła - roześmiała się Vanny. - Zanim by ta woda zamarzła.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, podleciał do mnie Tenari, przytłoczony wysokością drzew, i uczepił się mojej ręki.
- Wiesz, nawet nie w tym rzecz - odezwałam się po chwili. - Po prostu dawno temu mi się śniło, że niechcący dałam się wydać za jakiegoś Księcia Mórz, czy kogoś takiego... I teraz się trochę boję.
- Serio, czy mnie tylko zbywasz? - kuzynka spojrzała na mnie podejrzliwie.
- To był jeden z niewielu snów, jakie w miarę dobrze zapamiętałam - dałam jej prztyczka w nos. - Z bardzo ładną sceną miłosną.
- Tak? - od razu się uśmiechnęła. - To ja zatkam małemu uszy, a ty mi opowiedz, dobra?
- Zatkasz mu uszy? Znaczy, że niby jeszcze się od ciebie nie nasłuchał?
- Wiesz co, żeby tak podważać moją niepodważalną niewinność...
- No to ja lecę się zgubić - przekazał nam Tenari ze zrezygnowaną miną i poleciał głębiej w las zanim zdążyłyśmy zareagować. Vanny - bo zaczęła się dziko śmiać, a ja - bo chyba mi umknęło, kiedy dzieciak się nauczył przekazywania swoich myśli więcej niż jednej osobie naraz.
Czy tylko ja mam wrażenie, że nastroje nam się zmieniają z prędkością dźwięku? Chyba będzie burza.
Ale wtedy będziemy z powrotem w herbaciarni, poza wszelkimi zmianami pogody.
- Nie gdzie popadnie, na Carne nas jeszcze nie ma - prychnęłam.
To prawda, sosnowemu lasowi, po którym spacerowałyśmy, daleko było do Carne... Na szczęście. Za to spoglądając w górę, odnosiło się wrażenie, że drzewa sięgają nieba. Tenari próbował dofrunąć do ich szczytów, ale się zmęczył.
- To nawet lepiej, że nas tam nie ma - stwierdziła moja kuzyneczka. - Tutaj jest spokojniej.
Wciągnęła głęboko powietrze i odetchnęła. Nie było już po niej widać niepokoju i jeszcze czegoś, co towarzyszyło jej wczoraj, a co z kolei mnie niepokoiło. Pokazałam jej rysunek od Geddwyna i... Cóż, przez resztę dnia chodziła podminowana. Zresztą co się dziwić, skoro scena z rysunku i to, co zdążyłam już usłyszeć na temat zniknięcia siostry Ricka, układało się w deliryczną i niejednoznaczną opowieść.
- Mam ochotę się gdzieś wyrwać i złapać wiatr w żagle - szepnęłam bardziej do siebie, niż do niej. Ale usłyszała.
- Na przykład gdzie?
- Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Marzy mi się nowa opowieść, do której czułabym, że pasuję.
- No patrz - zakręciła się na palcach i omal nie upadła. - Tobie się marzy opowieść, ale żadnej nie masz, a ja mam, ale nic z niej nie wynika... No to pomyślmy - zadumała się. - Gdzież to byś mogła pasować?
- Gdzieś, gdzie jest mnóstwo wody - parsknęłam śmiechem. - Bo ta pogoda mnie powoli wykańcza... Ale to raczej niemożliwe.
- Że cię wykańcza?
- Że mnóstwo wody - pokręciłam głową. - Bo mogłabym już nie wypłynąć.
- Oj, przed zimą na pewno byś zdążyła - roześmiała się Vanny. - Zanim by ta woda zamarzła.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, podleciał do mnie Tenari, przytłoczony wysokością drzew, i uczepił się mojej ręki.
- Wiesz, nawet nie w tym rzecz - odezwałam się po chwili. - Po prostu dawno temu mi się śniło, że niechcący dałam się wydać za jakiegoś Księcia Mórz, czy kogoś takiego... I teraz się trochę boję.
- Serio, czy mnie tylko zbywasz? - kuzynka spojrzała na mnie podejrzliwie.
- To był jeden z niewielu snów, jakie w miarę dobrze zapamiętałam - dałam jej prztyczka w nos. - Z bardzo ładną sceną miłosną.
- Tak? - od razu się uśmiechnęła. - To ja zatkam małemu uszy, a ty mi opowiedz, dobra?
- Zatkasz mu uszy? Znaczy, że niby jeszcze się od ciebie nie nasłuchał?
- Wiesz co, żeby tak podważać moją niepodważalną niewinność...
- No to ja lecę się zgubić - przekazał nam Tenari ze zrezygnowaną miną i poleciał głębiej w las zanim zdążyłyśmy zareagować. Vanny - bo zaczęła się dziko śmiać, a ja - bo chyba mi umknęło, kiedy dzieciak się nauczył przekazywania swoich myśli więcej niż jednej osobie naraz.
Czy tylko ja mam wrażenie, że nastroje nam się zmieniają z prędkością dźwięku? Chyba będzie burza.
Ale wtedy będziemy z powrotem w herbaciarni, poza wszelkimi zmianami pogody.
10 VII
Rysunek, który przysłał mi
Geddwyn, był dość... Osobliwy. Aż się przestraszyłam czy on ma takie
psychodeliczne wizje, czy raczej wplątał się w coś podczas tych swoich
wojaży z Kaede. Nie wiem, która opcja byłaby gorsza...
Całość była narysowana oczywiście ołówkiem, ale jak zwykle zdumiało mnie bogactwo odcieni. Na mrocznym tle, przetykanym białymi nićmi, znajdowała się dziewczyna z wyrysowanymi na twarzy dziwnymi znakami i wielkimi, skórzastymi skrzydłami wyrastającymi z głowy (?!). Miała długie ciemne włosy i mieniące się oczy... Podtrzymywała w powietrzu chłopaka, który miał na twarzy wyraz ekstatycznego cierpienia, i chyba przymierzała się do pocałunku. Tytuł tego czegoś brzmiał: The Chosen One takes back the Legacy...
Brrr. Aż mnie ciarki przeszły. Z powyższego opisu to może nie wynika, ale klimat rysunku był dość makabryczny. Już miałam napisać do przyjaciela z pytaniem co mu, u licha ciężkiego, odbiło, ale znalazłam w teczce kartkę z dopiskiem:
Przekaż to mojej największej rywalce, bo ja się boję. T. N. I. Geddwyn.
To już zmieniało postać rzeczy. Co prawda teraz z kolei nie miałam pojęcia, po co mojej kuzynce coś takiego, ale przynajmniej było bardziej w jej klimatach niż w moich. I kto wie, może by coś z tego zrozumiała?
Schowałam rysunek do szuflady, oddam go Vanny do rąk własnych, gdy przyjedzie trochę pokelnerować.
Całość była narysowana oczywiście ołówkiem, ale jak zwykle zdumiało mnie bogactwo odcieni. Na mrocznym tle, przetykanym białymi nićmi, znajdowała się dziewczyna z wyrysowanymi na twarzy dziwnymi znakami i wielkimi, skórzastymi skrzydłami wyrastającymi z głowy (?!). Miała długie ciemne włosy i mieniące się oczy... Podtrzymywała w powietrzu chłopaka, który miał na twarzy wyraz ekstatycznego cierpienia, i chyba przymierzała się do pocałunku. Tytuł tego czegoś brzmiał: The Chosen One takes back the Legacy...
Brrr. Aż mnie ciarki przeszły. Z powyższego opisu to może nie wynika, ale klimat rysunku był dość makabryczny. Już miałam napisać do przyjaciela z pytaniem co mu, u licha ciężkiego, odbiło, ale znalazłam w teczce kartkę z dopiskiem:
Przekaż to mojej największej rywalce, bo ja się boję. T. N. I. Geddwyn.
To już zmieniało postać rzeczy. Co prawda teraz z kolei nie miałam pojęcia, po co mojej kuzynce coś takiego, ale przynajmniej było bardziej w jej klimatach niż w moich. I kto wie, może by coś z tego zrozumiała?
Schowałam rysunek do szuflady, oddam go Vanny do rąk własnych, gdy przyjedzie trochę pokelnerować.
9 VII
Czy ja kiedyś marzyłam o domu, z którego w i d a ć przemijanie pór roku?
Doprawdy, lato jest bardzo denerwującą porą. Przez ten upał, znaczy, bo bez niego byłoby całkiem miłe... Ale w tym palącym słońcu rozpływam się, paruję i się gotuję. Dobrze, że czasem zdarzał się powiew wiatru, chociaż na przykład Lilly uznała, że jest zdecydowanie za zimny i dostała gęsiej skórki. A do wody niemal siłą musiałam ją ciągnąć.
Tymczasem Tenariego musiałam siłą z wody wyciągać... O ile dobrze pamiętam, zeszłego lata wolał raczej przebywać na lądzie, czy może raczej w powietrzu. Za to dzisiaj skrzydła mu nasiąknęły morską wodą. Iskrzyły się w słońcu i skrzypiały od soli.
Natomiast dla mnie pływanie było samą rozkoszą. Gdy poczułam chłodny dotyk fal, miałam ochotę popłynąć daleko, zanurzyć się głęboko, jak najgłębiej... Tyle że tam na dnie Morza Edrillin jest Kezonia; gdybym tam dotarła, pewnie długo bym nie wypływała, spędzając czas na zgłębianiu tajemnic tej krainy, którą widziałam tylko z daleka. Zostawiłam ją sobie na nieokreślone "potem", tak jak parę innych miejsc w DeNaNi. Spotkałam kiedyś paru podmorskich na stałym lądzie i nie czuli się tu najlepiej. Bardzo tęsknili za domem. Na swój sposób podzielam ich tęsknotę...
Wysłałam do Vanny wiadomość, że ma schować swoje troski głęboko do szuflady i przyjechać żeby posłuchać o Ha'O'Hanie... Chyba, że chce zaznać luksusu bycia pocieszaną i głaskaną po główce, wtedy może tych trosk nie chować. Tak czy inaczej, dawno jej nie było... W pracy.
Pora zasiąść do biurka, przygotować kartki i rozpocząć pisanie opowieści. Mam cichą nadzieję, że nie skończy się to patrzeniem przed siebie pustym wzrokiem, z piórem w zębach, dopóki nie przypomnę sobie, że jest już po północy i chce mi się spać.
Doprawdy, lato jest bardzo denerwującą porą. Przez ten upał, znaczy, bo bez niego byłoby całkiem miłe... Ale w tym palącym słońcu rozpływam się, paruję i się gotuję. Dobrze, że czasem zdarzał się powiew wiatru, chociaż na przykład Lilly uznała, że jest zdecydowanie za zimny i dostała gęsiej skórki. A do wody niemal siłą musiałam ją ciągnąć.
Tymczasem Tenariego musiałam siłą z wody wyciągać... O ile dobrze pamiętam, zeszłego lata wolał raczej przebywać na lądzie, czy może raczej w powietrzu. Za to dzisiaj skrzydła mu nasiąknęły morską wodą. Iskrzyły się w słońcu i skrzypiały od soli.
Natomiast dla mnie pływanie było samą rozkoszą. Gdy poczułam chłodny dotyk fal, miałam ochotę popłynąć daleko, zanurzyć się głęboko, jak najgłębiej... Tyle że tam na dnie Morza Edrillin jest Kezonia; gdybym tam dotarła, pewnie długo bym nie wypływała, spędzając czas na zgłębianiu tajemnic tej krainy, którą widziałam tylko z daleka. Zostawiłam ją sobie na nieokreślone "potem", tak jak parę innych miejsc w DeNaNi. Spotkałam kiedyś paru podmorskich na stałym lądzie i nie czuli się tu najlepiej. Bardzo tęsknili za domem. Na swój sposób podzielam ich tęsknotę...
Wysłałam do Vanny wiadomość, że ma schować swoje troski głęboko do szuflady i przyjechać żeby posłuchać o Ha'O'Hanie... Chyba, że chce zaznać luksusu bycia pocieszaną i głaskaną po główce, wtedy może tych trosk nie chować. Tak czy inaczej, dawno jej nie było... W pracy.
Pora zasiąść do biurka, przygotować kartki i rozpocząć pisanie opowieści. Mam cichą nadzieję, że nie skończy się to patrzeniem przed siebie pustym wzrokiem, z piórem w zębach, dopóki nie przypomnę sobie, że jest już po północy i chce mi się spać.
6 VII
Dziś księżyc jest prawie
niewidoczny, za to gwiazd nieprzebraną ilość. Nawet te
najdalsze starają się jak mogą, by zostać dostrzeżone. Inna sprawa, że w aktualnym miejscu mojego pobytu księżyca i tak nie ma, a gwiazd pełno jest zawsze.
Siedzę z Tenarim przy oknie w jednej z gościnnych komnat pałacu na Andromedzie i patrzymy w niebo aż do znudzenia. Inna rzecz, że to znudzenie nieprędko nadejdzie, o ile w ogóle.
A przecież jeszcze przed chwilą tak samo wpatrywałam się w niebo, stojąc na balkonie z Renê...
- Jutro będziecie mieć świetny widok na Drogę Mleczną - zauważyła. - Tutaj chmury nie docierają, deszczu nie uświadczysz... Pasterz i Tkaczka będą mogli się spotkać bez problemów.
- Już myślałam, że powiesz "Altair i Wega" - uśmiechnęłam się. - Albo przynajmniej "Hyo'kei i Gedaien".
- Uważasz mnie za aż taką chłodną realistkę? - prychnęła. - No sama powiedz, nie sądzisz, że świat byłby piękniejszy gdyby oni rzeczywiście gdzieś byli i się spotykali?
- Nie bierz mnie na opowieści - wzruszyłam ramionami. - Oczywiście, że gdzieś są. Tam, gdzie gwiazdy są gwiazdami, a chmury są gęste i miękkie, i można po nich skakać. Gdzie jedyną granicą jest nasz umysł - uśmiechnęłam się do wspomnień. Rzadko się uśmiecham do tych właśnie wspomnień; takie właśnie "gdzieś" próbowałam opisać w nieszczęsnym poprzednim życiu... I tam już pozostało.
- Mówisz jakbyś nie potrafiła tej granicy przekroczyć - Renê stuknęła mnie palcem w czoło. - Jeśli nie ty, to kto?
Pokręciłam głową, będąc ciągle pod wpływem ostatnich wydarzeń i tego, czym się zaczytywałam po powrocie do domu.
- Myślisz, że ktoś taki jak ja, powinien? - zapytałam. - W takim razie po co sobie wyobrażać baśniowe światy, jeśli można zrobić krok i się w nich znaleźć? Po co się bawić w bohaterów, skoro jak dobrze pójdzie, można się nimi po prostu stać?
Renê patrzyła na mnie spod ściągniętych brwi, bez zrozumienia. A ja nie mogłam znaleźć właściwych słów i tyle.
- Coś jednak powinno pozostać w sferze marzeń - spróbowałam jeszcze raz. - Nie wolno sobie spowszednić baśni. Już i tak odzieram z baśniowości każdą opowieść, jakiej się tknę.
- Dlaczego mówisz to właśnie mnie?
Pewnie powiedziałabym, że po prostu była akurat w pobliżu, ale przyszło mi do głowy lepsze wyjaśnienie.
- Bo kiedyś wtargnęłaś w baśń i uczyniłaś ją częścią swojego życia - przypomniałam. - A potrafisz sobie wyobrazić jak wyglądałoby to życie bez Ciarána, a w rezultacie bez Kaya i Xemedi-san?
- Nie sądzę - stwierdziła Renê po namyśle. - I co z tego wynika?
Teraz ja się zamyśliłam i zapatrzyłam w niebo.
- Czy ja wiem - westchnęłam. - Chyba straciłam wątek.
Teraz, jak już wspominałam, siedzę z Tenarim, który pozwala się zarażać Piotrusiem Panem. O, radości! Wreszcie czuję, że czytam mu coś odpowiedniego...
- Czego tam wypatrujesz? Drogi do Nibylandii? - uśmiecham się do niego. Kiwa głową radośnie.
- Ona jest w twojej wyobraźni. Jeśli spróbujesz jej szukać na żywo, zawsze będzie ryzyko, że znajdziesz, a wtedy już przestanie być "niby".
- Na razie są światy - płynie ku mnie jego myśl.
- Tak, są światy - przytakuję z zadumą. - Ten-chan, a gdybym miała napisać opowieść dla tych dzieci, które nie mają okazji do wyruszenia w światy? Co powinno się w niej znaleźć?
Oj, chyba będzie się miał nad czym zastanawiać przez dłuuugi czas. Od dawna marzy mi się napisanie czegoś dla dzieci, ale też zawsze się boję, że do nich nie trafię, tylko przepłynę gdzieś obok. Chyba każdy ma swoją Nibylandię i powinien się jej trzymać, ale...
Dziś wieczorem zabieram Tenariego do domu. Po raz pierwszy wybrałam się tu konno i absolutnie nie żałuję. Taka podróż zbliża do baśni.
Siedzę z Tenarim przy oknie w jednej z gościnnych komnat pałacu na Andromedzie i patrzymy w niebo aż do znudzenia. Inna rzecz, że to znudzenie nieprędko nadejdzie, o ile w ogóle.
A przecież jeszcze przed chwilą tak samo wpatrywałam się w niebo, stojąc na balkonie z Renê...
- Jutro będziecie mieć świetny widok na Drogę Mleczną - zauważyła. - Tutaj chmury nie docierają, deszczu nie uświadczysz... Pasterz i Tkaczka będą mogli się spotkać bez problemów.
- Już myślałam, że powiesz "Altair i Wega" - uśmiechnęłam się. - Albo przynajmniej "Hyo'kei i Gedaien".
- Uważasz mnie za aż taką chłodną realistkę? - prychnęła. - No sama powiedz, nie sądzisz, że świat byłby piękniejszy gdyby oni rzeczywiście gdzieś byli i się spotykali?
- Nie bierz mnie na opowieści - wzruszyłam ramionami. - Oczywiście, że gdzieś są. Tam, gdzie gwiazdy są gwiazdami, a chmury są gęste i miękkie, i można po nich skakać. Gdzie jedyną granicą jest nasz umysł - uśmiechnęłam się do wspomnień. Rzadko się uśmiecham do tych właśnie wspomnień; takie właśnie "gdzieś" próbowałam opisać w nieszczęsnym poprzednim życiu... I tam już pozostało.
- Mówisz jakbyś nie potrafiła tej granicy przekroczyć - Renê stuknęła mnie palcem w czoło. - Jeśli nie ty, to kto?
Pokręciłam głową, będąc ciągle pod wpływem ostatnich wydarzeń i tego, czym się zaczytywałam po powrocie do domu.
- Myślisz, że ktoś taki jak ja, powinien? - zapytałam. - W takim razie po co sobie wyobrażać baśniowe światy, jeśli można zrobić krok i się w nich znaleźć? Po co się bawić w bohaterów, skoro jak dobrze pójdzie, można się nimi po prostu stać?
Renê patrzyła na mnie spod ściągniętych brwi, bez zrozumienia. A ja nie mogłam znaleźć właściwych słów i tyle.
- Coś jednak powinno pozostać w sferze marzeń - spróbowałam jeszcze raz. - Nie wolno sobie spowszednić baśni. Już i tak odzieram z baśniowości każdą opowieść, jakiej się tknę.
- Dlaczego mówisz to właśnie mnie?
Pewnie powiedziałabym, że po prostu była akurat w pobliżu, ale przyszło mi do głowy lepsze wyjaśnienie.
- Bo kiedyś wtargnęłaś w baśń i uczyniłaś ją częścią swojego życia - przypomniałam. - A potrafisz sobie wyobrazić jak wyglądałoby to życie bez Ciarána, a w rezultacie bez Kaya i Xemedi-san?
- Nie sądzę - stwierdziła Renê po namyśle. - I co z tego wynika?
Teraz ja się zamyśliłam i zapatrzyłam w niebo.
- Czy ja wiem - westchnęłam. - Chyba straciłam wątek.
Teraz, jak już wspominałam, siedzę z Tenarim, który pozwala się zarażać Piotrusiem Panem. O, radości! Wreszcie czuję, że czytam mu coś odpowiedniego...
- Czego tam wypatrujesz? Drogi do Nibylandii? - uśmiecham się do niego. Kiwa głową radośnie.
- Ona jest w twojej wyobraźni. Jeśli spróbujesz jej szukać na żywo, zawsze będzie ryzyko, że znajdziesz, a wtedy już przestanie być "niby".
- Na razie są światy - płynie ku mnie jego myśl.
- Tak, są światy - przytakuję z zadumą. - Ten-chan, a gdybym miała napisać opowieść dla tych dzieci, które nie mają okazji do wyruszenia w światy? Co powinno się w niej znaleźć?
Oj, chyba będzie się miał nad czym zastanawiać przez dłuuugi czas. Od dawna marzy mi się napisanie czegoś dla dzieci, ale też zawsze się boję, że do nich nie trafię, tylko przepłynę gdzieś obok. Chyba każdy ma swoją Nibylandię i powinien się jej trzymać, ale...
Dziś wieczorem zabieram Tenariego do domu. Po raz pierwszy wybrałam się tu konno i absolutnie nie żałuję. Taka podróż zbliża do baśni.
4 VII
Spodziewałam się raczej
Tomine, tymczasem przybył nieco skwaszony Sei'Hyô w towarzystwie jeszcze
bardziej skwaszonego Kaede. Przypłynęli jakąś wydziwaczoną amfibią,
która na szczęście nie miała lustrzanego pokładu.
- Znów to samo mnie czeka - stwierdził Kaede, gdy tylko stanął na lądzie. - Czarne przejście otwarte przez ponurego typa w czerni... O równie podejrzliwym spojrzeniu, co poprzednio.
- Sam jesteś w czerni, że już o ponuractwie nie wspomnę - zwrócił mu uwagę towarzysz.
Miałam ochotę powiedzieć im coś do słuchu, ale niestety ubiegł mnie Aeiran.
- Więc to z jego powodu zwlekałaś z powrotem do domu...
- Więc to z jego powodu tak się tutaj rwałaś? - wtrącił rudowłosy podobnym tonem. - A tymczasem twoje pragnienie okazało się dziwnie słabe.
- A nasza przewodniczka pewnie z nas zakpiła - starałam się mówić spokojnie. - Rozumiem, że postanowiłeś wracać w światy?
- Nie dał się przekonać, że powinien zostać - mruknął Hyô. - A przecież przyczyny jego udręki przestały już istnieć...
- Zdrajca i buntownik na zawsze pozostaje zdrajcą i buntownikiem - wzruszył ramionami Kaede. - Może zawsze już będę uciekać, a może wreszcie stoczę swoją walkę. Bo tamto była kompletna porażka.
Ponury typ w czerni z brakiem poczucia przynależności... Doprawdy, musi mi zniknąć z zasięgu wzroku zanim zacznę rzucać talerzami! Na początek wykopię go do Teevine, absolutnie sobie zasłużył.
- Tomine prosiła, byś się z tym zapoznała - Hyô wsunął mi do ręki kopertę. - Sama jest zbyt zajęta przywracaniem porządku i nie mogła przyjechać.
- Będzie rządzić w Ha'O'Hanie? - uśmiechnęłam się lekko.
- Ona nie lubi rządzić - odpowiedział uśmiechem. - Mówi, że woli stać blisko tronu i służyć pomocą. I starać się, by ta pomoc tym razem wyszła wszystkim na dobre.
Skinęłam głową ze zrozumieniem i przyjrzałam się kopercie, adresowanej do "Jasnookiej". A niech to. I tak dobrze, że przysłała list - mogła być taśma albo dysk pamięci, może jeszcze z psychoprzekaźnikiem do kompletu. Tak czy siak list pójdzie do szuflady bez czytania, przynajmniej na razie. Za dobrze się domyślam jego treści.
- Dlaczego chciała mi to przekazać? - zapytałam, ważąc kopertę w dłoni (była dość gruba). - O nic jej osobiście nie prosiłam, mogła mi dać spokój... Jestem przecież z zewnątrz.
- Tomine jest mądra - odparł Hyô. - Uważa, że skoro tu przybyłaś, tak właśnie powinno być.
- I dlatego mnie tak uparcie nawiedzałeś? Bo tak powinno być?
Nie odezwał się, tylko posłał mi krzywy uśmiech, dziwnie nie pasujący do jego delikatnych rysów.
Po chwili dojechała Vaneshka na Cloverze i Aeiran mógł rozpocząć otwieranie przejścia. Zastanawiałam się czy można rozerwać muzykę tak samo jak przestrzeń i czy ona na tym nie ucierpi, ale pieśniarka nie wyglądała na zaniepokojoną, a czarna dziura powstała z niezwykłą łatwością.
- Tak nie powinno być - pokręcił głową Hyô. - Te światy powinny pozostać zamknięte; póki można się do nich włamać, istnieje niebezpieczeństwo...
- Zawsze istnieje niebezpieczeństwo - przerwał Aeiran zimno. - A już zwłaszcza jeśli zmusisz pewne osoby do pozostania tu na zawsze.
- Czy ja się zaliczam do tych osób? - roześmiałam się. On też się lekko uśmiechnął i przyciągnął mnie do siebie na moment. A potem już mogłam wsiąść na No Doubta (Kaede jechał z Vaneshką na Cloverze) i popędzić w mrok. Ku perspektywie zatonięcia w powodzi kartek urodzinowych i napicia się zielonej z miętą. Litrami.
- Znów to samo mnie czeka - stwierdził Kaede, gdy tylko stanął na lądzie. - Czarne przejście otwarte przez ponurego typa w czerni... O równie podejrzliwym spojrzeniu, co poprzednio.
- Sam jesteś w czerni, że już o ponuractwie nie wspomnę - zwrócił mu uwagę towarzysz.
Miałam ochotę powiedzieć im coś do słuchu, ale niestety ubiegł mnie Aeiran.
- Więc to z jego powodu zwlekałaś z powrotem do domu...
- Więc to z jego powodu tak się tutaj rwałaś? - wtrącił rudowłosy podobnym tonem. - A tymczasem twoje pragnienie okazało się dziwnie słabe.
- A nasza przewodniczka pewnie z nas zakpiła - starałam się mówić spokojnie. - Rozumiem, że postanowiłeś wracać w światy?
- Nie dał się przekonać, że powinien zostać - mruknął Hyô. - A przecież przyczyny jego udręki przestały już istnieć...
- Zdrajca i buntownik na zawsze pozostaje zdrajcą i buntownikiem - wzruszył ramionami Kaede. - Może zawsze już będę uciekać, a może wreszcie stoczę swoją walkę. Bo tamto była kompletna porażka.
Ponury typ w czerni z brakiem poczucia przynależności... Doprawdy, musi mi zniknąć z zasięgu wzroku zanim zacznę rzucać talerzami! Na początek wykopię go do Teevine, absolutnie sobie zasłużył.
- Tomine prosiła, byś się z tym zapoznała - Hyô wsunął mi do ręki kopertę. - Sama jest zbyt zajęta przywracaniem porządku i nie mogła przyjechać.
- Będzie rządzić w Ha'O'Hanie? - uśmiechnęłam się lekko.
- Ona nie lubi rządzić - odpowiedział uśmiechem. - Mówi, że woli stać blisko tronu i służyć pomocą. I starać się, by ta pomoc tym razem wyszła wszystkim na dobre.
Skinęłam głową ze zrozumieniem i przyjrzałam się kopercie, adresowanej do "Jasnookiej". A niech to. I tak dobrze, że przysłała list - mogła być taśma albo dysk pamięci, może jeszcze z psychoprzekaźnikiem do kompletu. Tak czy siak list pójdzie do szuflady bez czytania, przynajmniej na razie. Za dobrze się domyślam jego treści.
- Dlaczego chciała mi to przekazać? - zapytałam, ważąc kopertę w dłoni (była dość gruba). - O nic jej osobiście nie prosiłam, mogła mi dać spokój... Jestem przecież z zewnątrz.
- Tomine jest mądra - odparł Hyô. - Uważa, że skoro tu przybyłaś, tak właśnie powinno być.
- I dlatego mnie tak uparcie nawiedzałeś? Bo tak powinno być?
Nie odezwał się, tylko posłał mi krzywy uśmiech, dziwnie nie pasujący do jego delikatnych rysów.
Po chwili dojechała Vaneshka na Cloverze i Aeiran mógł rozpocząć otwieranie przejścia. Zastanawiałam się czy można rozerwać muzykę tak samo jak przestrzeń i czy ona na tym nie ucierpi, ale pieśniarka nie wyglądała na zaniepokojoną, a czarna dziura powstała z niezwykłą łatwością.
- Tak nie powinno być - pokręcił głową Hyô. - Te światy powinny pozostać zamknięte; póki można się do nich włamać, istnieje niebezpieczeństwo...
- Zawsze istnieje niebezpieczeństwo - przerwał Aeiran zimno. - A już zwłaszcza jeśli zmusisz pewne osoby do pozostania tu na zawsze.
- Czy ja się zaliczam do tych osób? - roześmiałam się. On też się lekko uśmiechnął i przyciągnął mnie do siebie na moment. A potem już mogłam wsiąść na No Doubta (Kaede jechał z Vaneshką na Cloverze) i popędzić w mrok. Ku perspektywie zatonięcia w powodzi kartek urodzinowych i napicia się zielonej z miętą. Litrami.
3 VII
A niech ich po raz drugi.
Przyjechali na nakrapianym koniu, który mi się osobiście przedstawił... Dlaczego wredna Nindë nie przyznała się, że ostatnim miejscem, gdzie ich zostawiła, było to, z którego sama pochodzi? Nieważne, pewnie miała przerost ambicji i chciała ich sama znaleźć. Ale na nic się to nie zdało, skoro prawie od początku byli tutaj.
- Bardzo mi miło, nazywam się No Leaf Clover, ale wystarczy Clover - powiedział koń i wyszczerzył zęby. - Mama miała poetyczny nastrój. A moją siostrę nazwała Devil's Dance i nie bardzo jest to jak skrócić...
- Czemu? - starałam się nie wybuchnąć śmiechem. - Na upartego by się dało.
- Ale ona się upiera, żeby nie.
- Fajny, prawda? - cieszył się Ketris.
- Wiesz, ja o Pokrzywie też tak na początku myślałam - puściłam do niego oko i poszliśmy do domu. Vaneshka też wyglądała na szczęśliwą, choć wyraz jej twarzy był trochę nieobecny.
- I kiedy już otrzymałem konia, postanowiliśmy się przejechać aleją - spowiadał mi się bard, próbując mówić skruszonym tonem. - Obskoczyliśmy parę światów i nagle się okazało, że nie mamy jak wyjechać... Skakaliśmy więc dalej.
- Przez tę burzę żywiołów? - zdumiałam się.
- Pewnie, że nie było tam tak spokojnie jak w zwykłej międzysferze, ale nic nie trwa wiecznie, nawet takie burze.
- Nie mogę się nadziwić - zwróciłam się do Ketrisa. - Najpierw nam zarzucasz, że się zjawiamy i mieszamy w tych światach, a potem osobiście robisz rzeczy, które być może nawet bogowie będą ci wytykać.
- Dlaczego mieliby? - Vaneshka otworzyła szeroko oczy.
- Bo będą zazdrośni - wyjaśnił Aeiran, który do tej pory siedział w milczeniu i patrzył przez okno z podejrzanie złośliwą miną.
- Ale spotkaliśmy jedną z nich - wyznał niepewnie Ketris. - Pogratulowała nam w imieniu całego panteonu. Czyli chyba nie uznali naszego działania za obrazę?
- Nie zdążyli - brzmiała odpowiedź. - Powiedziałem im, że jesteś moim heroldem.
Chwilę trwało, zanim bard podniósł się z podłogi i postawił przewrócone krzesło.
- CZYM?!
- Inaczej powstrzymaliby was już na początku - ciągnął Aeiran spokojnie. - Nie chcesz wiedzieć jak. Oni naprawdę są niezwykle zazdrośni.
- Ale twoją opiekę nad tym światem uznali? - upewniłam się, nie bacząc na to jak się zjeżył. - Jako rekompensatę za to, że wcześniej zniszczyłeś inny?
- Zniszczyłem coś, co dawało mu życie, więc na jedno wychodzi... Tak, również dlatego.
- I może jeszcze mam zacząć oddawać ci cześć?! - fuknął Ketris, ku mojej cichej radości.
- Tylko byś spróbował...
- To już lepiej... No dobra, to jestem twoim heroldem - bard wziął głęboki wdech i klapnął z powrotem na krzesło. - Czyli jeśli coś spapram, to będzie na ciebie?
Moja radość natychmiast przestała być cicha. Kiedy ten chłopak się tak wyrobił?
- Naprawdę nie trzeba robić z tego takiej afery - w głosie Vaneshki brzmiała zarówno tkliwość, jak i politowanie, gdy przejechała dłonią po włosach barda (zaraziła się tym ode mnie?) i nie dała mu długo posiedzieć. - Pora jechać porządnie odpocząć.
- Nie opłaca się tłuc o tej porze - Ketris ziewnął i wyjrzał przez okno. - Możemy tu sobie zająć na dziś pokój, skoro jeszcze parę stoi pustych...
Poszli na górę, a ja odniosłam wrażenie, że coś przegapiłam.
No dobrze, nie będę już owijać w bawełnę. Nie od dziś wiadomo, że więź między światami - mam na myśli oczywiście światy po tej stronie - została zerwana. To prawda, że przedtem też krążyły sobie dość losowo, ale nie było między nimi żadnych burz i chaosu... Nie jesteśmy pewni czy zniszczenie alei było przyczyną zerwania więzi, czy tylko kroplą w przepełnionym pucharze. Faktem natomiast jest, że Ketris i Vaneshka spróbowali ową więź przywrócić, najlepiej jak potrafili - i najpiękniej jak to tylko możliwe - swoją muzyką.
Co za bezinteresowność z ich strony... Choć pewnie też chęć sprawdzenia się. Ostatnio wszyscy chcą się sprawdzać na wszelkie możliwe sposoby, to jakaś moda? Przynajmniej w tym przypadku sukces został osiągnięty.
Do tej pory nie wyobrażałam sobie jak by to było, gdyby zamiast międzysfery była pośród światów muzyka. Pewnego dnia się w nią zanurzę, niech się tylko nauczę. Teraz te światy stanowią jedną długą pieśń... Powiedziałabym, że są jej zwrotkami, a refrenem ich strefa nadprzyrodzona, ta niewdzięczna bosko-duchowa, bo mają wspólną.
No cóż, przybyliśmy i wywarliśmy na nie wpływ, trzeba się z tym pogodzić. Nawet chętnie bym poobserwowała czy i w jaki sposób będą się przez to zmieniać. Choć właściwie co jeszcze, poza strukturą, może się w nich zmienić? Przeznaczenie?
Przyjechali na nakrapianym koniu, który mi się osobiście przedstawił... Dlaczego wredna Nindë nie przyznała się, że ostatnim miejscem, gdzie ich zostawiła, było to, z którego sama pochodzi? Nieważne, pewnie miała przerost ambicji i chciała ich sama znaleźć. Ale na nic się to nie zdało, skoro prawie od początku byli tutaj.
- Bardzo mi miło, nazywam się No Leaf Clover, ale wystarczy Clover - powiedział koń i wyszczerzył zęby. - Mama miała poetyczny nastrój. A moją siostrę nazwała Devil's Dance i nie bardzo jest to jak skrócić...
- Czemu? - starałam się nie wybuchnąć śmiechem. - Na upartego by się dało.
- Ale ona się upiera, żeby nie.
- Fajny, prawda? - cieszył się Ketris.
- Wiesz, ja o Pokrzywie też tak na początku myślałam - puściłam do niego oko i poszliśmy do domu. Vaneshka też wyglądała na szczęśliwą, choć wyraz jej twarzy był trochę nieobecny.
- I kiedy już otrzymałem konia, postanowiliśmy się przejechać aleją - spowiadał mi się bard, próbując mówić skruszonym tonem. - Obskoczyliśmy parę światów i nagle się okazało, że nie mamy jak wyjechać... Skakaliśmy więc dalej.
- Przez tę burzę żywiołów? - zdumiałam się.
- Pewnie, że nie było tam tak spokojnie jak w zwykłej międzysferze, ale nic nie trwa wiecznie, nawet takie burze.
- Nie mogę się nadziwić - zwróciłam się do Ketrisa. - Najpierw nam zarzucasz, że się zjawiamy i mieszamy w tych światach, a potem osobiście robisz rzeczy, które być może nawet bogowie będą ci wytykać.
- Dlaczego mieliby? - Vaneshka otworzyła szeroko oczy.
- Bo będą zazdrośni - wyjaśnił Aeiran, który do tej pory siedział w milczeniu i patrzył przez okno z podejrzanie złośliwą miną.
- Ale spotkaliśmy jedną z nich - wyznał niepewnie Ketris. - Pogratulowała nam w imieniu całego panteonu. Czyli chyba nie uznali naszego działania za obrazę?
- Nie zdążyli - brzmiała odpowiedź. - Powiedziałem im, że jesteś moim heroldem.
Chwilę trwało, zanim bard podniósł się z podłogi i postawił przewrócone krzesło.
- CZYM?!
- Inaczej powstrzymaliby was już na początku - ciągnął Aeiran spokojnie. - Nie chcesz wiedzieć jak. Oni naprawdę są niezwykle zazdrośni.
- Ale twoją opiekę nad tym światem uznali? - upewniłam się, nie bacząc na to jak się zjeżył. - Jako rekompensatę za to, że wcześniej zniszczyłeś inny?
- Zniszczyłem coś, co dawało mu życie, więc na jedno wychodzi... Tak, również dlatego.
- I może jeszcze mam zacząć oddawać ci cześć?! - fuknął Ketris, ku mojej cichej radości.
- Tylko byś spróbował...
- To już lepiej... No dobra, to jestem twoim heroldem - bard wziął głęboki wdech i klapnął z powrotem na krzesło. - Czyli jeśli coś spapram, to będzie na ciebie?
Moja radość natychmiast przestała być cicha. Kiedy ten chłopak się tak wyrobił?
- Naprawdę nie trzeba robić z tego takiej afery - w głosie Vaneshki brzmiała zarówno tkliwość, jak i politowanie, gdy przejechała dłonią po włosach barda (zaraziła się tym ode mnie?) i nie dała mu długo posiedzieć. - Pora jechać porządnie odpocząć.
- Nie opłaca się tłuc o tej porze - Ketris ziewnął i wyjrzał przez okno. - Możemy tu sobie zająć na dziś pokój, skoro jeszcze parę stoi pustych...
Poszli na górę, a ja odniosłam wrażenie, że coś przegapiłam.
No dobrze, nie będę już owijać w bawełnę. Nie od dziś wiadomo, że więź między światami - mam na myśli oczywiście światy po tej stronie - została zerwana. To prawda, że przedtem też krążyły sobie dość losowo, ale nie było między nimi żadnych burz i chaosu... Nie jesteśmy pewni czy zniszczenie alei było przyczyną zerwania więzi, czy tylko kroplą w przepełnionym pucharze. Faktem natomiast jest, że Ketris i Vaneshka spróbowali ową więź przywrócić, najlepiej jak potrafili - i najpiękniej jak to tylko możliwe - swoją muzyką.
Co za bezinteresowność z ich strony... Choć pewnie też chęć sprawdzenia się. Ostatnio wszyscy chcą się sprawdzać na wszelkie możliwe sposoby, to jakaś moda? Przynajmniej w tym przypadku sukces został osiągnięty.
Do tej pory nie wyobrażałam sobie jak by to było, gdyby zamiast międzysfery była pośród światów muzyka. Pewnego dnia się w nią zanurzę, niech się tylko nauczę. Teraz te światy stanowią jedną długą pieśń... Powiedziałabym, że są jej zwrotkami, a refrenem ich strefa nadprzyrodzona, ta niewdzięczna bosko-duchowa, bo mają wspólną.
No cóż, przybyliśmy i wywarliśmy na nie wpływ, trzeba się z tym pogodzić. Nawet chętnie bym poobserwowała czy i w jaki sposób będą się przez to zmieniać. Choć właściwie co jeszcze, poza strukturą, może się w nich zmienić? Przeznaczenie?
1 VII
- Żeby było jasne, nie zamierzam rozmawiać o sprawach związanych z tymi cholernymi bóstwami.
- No to dobrze - uśmiechnęłam się. - Bo ja się do tych spraw nawet nie chcę wtrącać. Cholerne bóstwa powinny być odległe i tajemnicze, gdyby spowszedniały, przestałyby być bóstwami.
- To wbrew pozorom nie byłby najgorszy pomysł.
- A poza tym są z reguły nie do wytrzymania, więc wolę nie mieć z nimi do czynienia - zakończyłam swój wywód i zabrałam się do kończenia zapisków z ostatnich, najbardziej niespokojnych dni.
- Zapamiętam - oświadczył Aeiran uroczyście i opuścił pokój, który pewnie sobie zaklepię na stałe, bo jest przytulny i ma widok na morze.
Podumałam nad swoimi słowami i po chwili wybiegłam za nim.
- Zdarzają się niechlubne wyjątki nawet od tej reguły - powiedziałam, dopadając go na schodach i przytulając się przymilnie. - A tej rozmowy i tak pewnie nie unikniemy, ale na razie chyba możemy trochę odpocząć od spraw nadprzyrodzonych...
- Chyba tak - przyznał. - Przynajmniej dopóki pieśniarka i dźwiękmistrz nie wrócą.
- Bardzo bym chciała, żeby wrócili. Rozmowa rozmową, ale przegonię ich do Arbeli i z powrotem za to, że nie dali znaku życia...
Tak, pamiętam, że podobne zamiary jeszcze niedawno miałam w stosunku do Aeirana, tyle że najwyraźniej umiem się na niego gniewać tylko kiedy go nie ma w pobliżu. Już to parę razy zaobserwowałam. Przy nim natychmiast mięknę... Inna rzecz, że on przy mnie też. Problemy tego świata - i nie tylko tego - musiały go naprawdę przytłoczyć, skoro nawet przestał się oganiać od mojego współczucia. I szuka u mnie wsparcia; może nie pomocy, ale takiej duchowej podpory... Trochę mnie to zaskakuje, bo albo czegoś nie pamiętam, albo zwykle było odwrotnie. I nawet mi się to podoba, choć nigdy się za silną nie uważałam.
Zupełnie zniknęło to poczucie oddalenia, które sobie swego czasu wymyśliłam, a dom nad morzem jeszcze nigdy nie wydawał mi się tak wytęsknioną przystanią. Co nie zmienia faktu, że chętnie bym zajrzała do swojej własnej, błękitnej. Ale to dopiero gdy Ketris i Vaneshka skończą, cokolwiek mają do skończenia. A niech ich.
- No to dobrze - uśmiechnęłam się. - Bo ja się do tych spraw nawet nie chcę wtrącać. Cholerne bóstwa powinny być odległe i tajemnicze, gdyby spowszedniały, przestałyby być bóstwami.
- To wbrew pozorom nie byłby najgorszy pomysł.
- A poza tym są z reguły nie do wytrzymania, więc wolę nie mieć z nimi do czynienia - zakończyłam swój wywód i zabrałam się do kończenia zapisków z ostatnich, najbardziej niespokojnych dni.
- Zapamiętam - oświadczył Aeiran uroczyście i opuścił pokój, który pewnie sobie zaklepię na stałe, bo jest przytulny i ma widok na morze.
Podumałam nad swoimi słowami i po chwili wybiegłam za nim.
- Zdarzają się niechlubne wyjątki nawet od tej reguły - powiedziałam, dopadając go na schodach i przytulając się przymilnie. - A tej rozmowy i tak pewnie nie unikniemy, ale na razie chyba możemy trochę odpocząć od spraw nadprzyrodzonych...
- Chyba tak - przyznał. - Przynajmniej dopóki pieśniarka i dźwiękmistrz nie wrócą.
- Bardzo bym chciała, żeby wrócili. Rozmowa rozmową, ale przegonię ich do Arbeli i z powrotem za to, że nie dali znaku życia...
Tak, pamiętam, że podobne zamiary jeszcze niedawno miałam w stosunku do Aeirana, tyle że najwyraźniej umiem się na niego gniewać tylko kiedy go nie ma w pobliżu. Już to parę razy zaobserwowałam. Przy nim natychmiast mięknę... Inna rzecz, że on przy mnie też. Problemy tego świata - i nie tylko tego - musiały go naprawdę przytłoczyć, skoro nawet przestał się oganiać od mojego współczucia. I szuka u mnie wsparcia; może nie pomocy, ale takiej duchowej podpory... Trochę mnie to zaskakuje, bo albo czegoś nie pamiętam, albo zwykle było odwrotnie. I nawet mi się to podoba, choć nigdy się za silną nie uważałam.
Zupełnie zniknęło to poczucie oddalenia, które sobie swego czasu wymyśliłam, a dom nad morzem jeszcze nigdy nie wydawał mi się tak wytęsknioną przystanią. Co nie zmienia faktu, że chętnie bym zajrzała do swojej własnej, błękitnej. Ale to dopiero gdy Ketris i Vaneshka skończą, cokolwiek mają do skończenia. A niech ich.
28 VI
Here's a man whose voice speaks for everyone
And whose actions touch the lives of us all
He rose with energy and style
Touch my hand, kiss my child
Sway us all with his smile
He readily accepts acclaim
But soon forgets that he came
From the back streets like them
We pray to the east, we pray to the west
And we see the gods of the new church
As they undertake their vow
Tell me who can save us now?
Save us from the lords of the new church
Don't say no...
Here's a man some believe is a visionary
Here's a man who is driven by greed
He made a fortune overnight
In a deal that he knew
Was too good to be true
Now as he bends the rules of play
Becomes obsessed with the game
Has to go all the way...
They feast and they fly
While we pay the real price
But what price do we place on life?
- Obudź się. Dojechaliśmy - mój towarzysz potrząsał mną gwałtownie. Uśmiechał się, oczy błyszczały mu gorączkowo.
- Wypad, bo zapomnę sen - pogoniłam go i poleżałam jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami. Sen rzeczywiście miałam godny zapamiętania, ponieważ był, co mi się rzadko zdarza, niemal baśniowy. Niestety jego sedno zdążyło mi umknąć, więc podniosłam się z westchnieniem, przy okazji przeglądając się w podłodze. Przez głowę przemknęło mi dziwne pytanie: czy Kaede też się w niej odbijał? Nie miałam pojęcia, skąd mi się wzięło, więc złożyłam to na karb zaspania. Zresztą nie miałam jak sprawdzić, bo sam zainteresowany opuścił już pojazd.
Ja także wyszłam, głowiąc się jeszcze nad czymś, na co powinnam zwrócić uwagę, ale oczywiście zapomniałam co to było.
Stolica Ha'O'Hany... Już bardziej Nowy Jork niż Las Vegas, choć tu też były neony. Tylko wyłączone, bo w dzień nie dawałyby takiego efektu.
Pojazd dowiózł nas przed wielką srebrzystą kopułę z ledwo widocznym wejściem. Otoczona była ekranami, przy których zgromadziły się spore gromadki ludzi. Teraz jednak się już rozchodzili, mamrocząc pod nosem, że "szkoda, że tak krótko".
- Co jest, już się skończyło?! - zawołał Kaede, nie wiem czy bardziej podekscytowany, czy zdenerwowany.
Kiedy zebrani go usłyszeli i zobaczyli, zaczęli się dla odmiany tłoczyć wokół nas. I klaskać. Odniosłam wrażenie, że ktoś ich zaprogramował na umiłowanie rozrywki, nieważne w jakiej postaci. Rudowłosy z wściekłością wyrwał się tłumowi i pobiegł do wejścia. Ruszyłam za nim przez wąski i ciemny korytarz, starając się nie stracić go z oczu, ale zupełnie przestał zwracać na mnie uwagę. Na szczęście wbiegliśmy w bardziej otwartą przestrzeń i tam się zatrzymał.
Pomieszczenie było wielkie i obwieszone kamerami. A poza tym całkiem puste... Jeśli nie liczyć dwóch postaci w centrum, no i nas - koneserów sztuki oglądających obraz w galerii. Pietę.
Powalony Sei'Hyô leżał z głową na kolanach ubranej na niebiesko kobiety o misternie upiętych jasnych włosach. Chyba zarejestrował nasze przybycie, bo coś do niej szepnął - natychmiast oderwała od niego zatroskane spojrzenie i chwyciła leżącą obok broń. Odruchowo zacisnęłam palce na rękojeści Grievance, ale miałam nadzieję, że obejdzie się bez walki.
- Dlaczego tak się przyglądasz mojej broni? - przemówiła kobieta mocnym, ale melodyjnym głosem. - Zastanawiasz się czy przetniesz ją jednym ciosem swojego miecza?
Przyłapałam się na tym, że rzeczywiście bezczelnie się gapię. Wizyty w galerii sztuki ciąg dalszy?
- Nie... Zastanawiam się jak ją opisać - pokręciłam głową. - Skrzydła motyla i żądło pszczoły...
Faktycznie, miało toto długie i cienkie ostrze, jak szpada, ale bardziej fantazyjną rękojeść. Niczym motyl właśnie.
- Czy ty jesteś Jasnooką z Krawędzi? - zapytała retorycznie.
- Przykro mi, jestem tylko zdesperowaną kronikarką z Blue Haven - prychnęłam. - Czy ty jesteś Tomine?
- Odsuń się od niego - usłyszałam zamiast odpowiedzi.
Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Głos jej stwardniał i choć ciągle klęczała przy Sei'Hyô, wydawała się być w pełnej gotowości do walki. Łatwo mi było zrozumieć dlaczego ci z kwatery głównej żywią do niej taki respekt... Potem spojrzałam na swojego towarzysza i bez wahania się odsunęłam. Zrobiłabym to nawet bez nakazu, bo uśmiechał się jak szaleniec.
- Ta niedoróbka zwyciężyła? - odezwał się nieswoim (a może właśnie swoim?) głosem. - To jakieś nieporozumienie... Ale tym lepiej. Przyślij go do mnie, Tomine, a szybko zrobię z nim porządek.
- Chcesz działaś wbrew planom naszego przywódcy - skomentowała tamta cierpko. - Nie pierwszy to raz... Ale ostatni.
- Jakim planom?! Czy ty w ogóle znasz te plany? Czy ktokolwiek je zna?
- Dość - kobieta wstała, a Hyô z pewną ulgą podniósł się do pozycji siedzącej. - Przybierz swoją wyjściową postać i skończ to przedstawienie albo będę zmuszona sama je zakończyć.
- Nie dasz mi rady - brzmiała odpowiedź i w jednej chwili zamiast Kaede stał przed nami ktoś zupełnie inny. Ktoś w szarym mundurze ze złoceniami, o zaczesanych do tyłu ciemnych włosach... Tylko uśmiech pozostał ten sam, równie szalony.
I nagle miałyśmy wątpliwą przyjemność oglądać ów uśmiech w wersji zwielokrotnionej.
- Twoje lustrzane sztuczki nie robią na mnie wrażenia - Tomine wycelowała w niego swoją szpadą. Losowo, w środkowego.
- Mówię ci, że nie dasz mi rady! - zawołało siedem głosów. W siedmiu dłoniach pojawiły się białe płomienie.
Przewróciłam oczami - moja nadzieja na uniknięcie walki legła w gruzach.
- A teraz? - zapytałam i wbiłam Grievance w podłogę. Natychmiast wytrysnął z niej strumień wody, który rozlał się w pięć identycznych ze mną postaci
- Który jest prawdziwy? - zapytałam cicho Tomine.
- Tak naprawdę? Żaden - stwierdziła i pomknęła jak strzała ku najbliższemu przeciwnikowi. Zupełnie jej nie przeszkadzało, że tamci walczą mocą, a ona tylko swoją szpadą. Unikała ognistych pocisków tak zwinnie, jakby trenowała to i tylko to przez całe życie.
Również rzuciłam się w wir walki, a moje wodne sobowtóry powtarzały każdy mój ruch. Coś takiego nie zawsze jest wygodne, niestety.
- Myślisz, że jeśli pokonamy tego właściwego, pozostali też padną? - spytałam, akurat mijając się z Tomine.
- Próbuj - usłyszałam. Ładna mi odpowiedź, nie ma co.
Cięcie, unik, znowu cięcie. Nie wiem czy to nasza broń tak głośno dźwięczała, czy raczej oni pod jej uderzeniami... Odłamki zwierciadła. Odbicie zawsze będzie tylko odbiciem... Czego dowodem był fakt, że nasi przeciwnicy nie byli tak doskonałymi wojownikami jak im się wydawało. To mogło znaczyć, że temu właściwemu powinno iść odrobinę lepiej niż sześciu pozostałym... Tylko jak znaleźć choć chwilę, by im się przyjrzeć?!
I w końcu ta chwila nadeszła. Nagle wszyscy znieruchomieli, jakby zbledli, zmatowieli... A jeden tkwił w bryle lodu, która przed chwilą pojawiła się znikąd.
- Ty to zrobiłaś? - Tomine spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Nie, nie ja - pokręciłam głową. - Chyba Hyô-kun... - obejrzałam się niepewnie, znajdując potwierdzenie swoich słów. Sei'Hyô stał dość chwiejnie, a powietrze wokół jego wyciągniętych rąk stawało się coraz bardziej mroźne.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła jasnowłosa. - Nie możesz się tak przemęczać, dopiero co...
- Nie trać czasu, tylko kończ!! - przerwał jej z niezwykłą stanowczością. Zawahała się, ale po chwili uniosła szpadę i z niewiarygodną siłą wbiła ją w lód. I to wystarczyło.Nie tylko bryła lodu rozpadła się na kawałki, ale i po naszym przeciwniku zostało tylko rozbite lustro. Zaś pozostała szóstka po prostu zniknęła.
- Na szczęście nie wyglądasz na przesądną - wymamrotałam i usiadłam na podłodze. Tomine podbiegła do Hyô i zmusiła go by się na niej oparł.
- Skąd wiedziałeś? - zapytała.
- W końcu to on uczył mnie magii luster - uśmiechnął się lekko. - Kto miał go rozpoznać, jeśli nie ja?
- Czy ja dobrze słyszałam, że on sam nie był prawdziwy? - zmarszczyłam brwi. - To znaczy, że gdzieś jeszcze jest oryginał?
- Jest - skinął głową Hyô. - To prawa ręka przywódcy. Ale nie spotkaliśmy nigdy ani jednego, ani drugiego. Tomine jest najwyżej postawioną osobą jaką tutaj znam.
- Przestań - kobieta objęła go mocno. - Już i tak nie ma organizacji. Wszyscy albo uciekli, albo... Nie zdążyli uciec - wykrztusiła i nagle się załamała. Role się odwróciły; to Hyô zaczął się zachowywać jak ten silniejszy.
- Opowiedz - poprosił.
- Sam wiesz, że miałyśmy sprawdzić jak tamci dwoje poradzą sobie w terenie... I sam widzisz, że wróciłam sama - Tomine potrząsnęła głową i zwróciła się do mnie z wyjaśnieniem. - Dwa inne produkty. Dwoje przekształconych. Zabili moją przyjaciółkę, a sami uciekli nie wiadomo dokąd. Tylko ja zostałam... Okazali się za silni bym mogła ich ścigać w pojedynkę.
- A ty jesteś produktem, czy raczej producentką? - nie darowałam sobie.
- Niestety producentką - powiedziała gorzko. - I zbyt wiele z tego wszystkiego stało się właśnie przeze mnie.
- A co z Kaede?
- Rzeczywiście mnie pokonał - przyznał Hyô. - Właściwie dziwię się, że mnie przy tym nie zabił... Teraz jest na pokładzie statku, leci na spotkanie z przywódcą.
- Gdybym dotarła tu wcześniej, próbowałabym go powstrzymać, ale nie zdążyłam - mruknęła Tomine.
- Kolejny latający pojazd, co? - skrzywiłam się... I nagle do mnie dotarło.
- Szlag - syknęłam. - Szlag, szlag, szlag. Czyli teraz pewnie się bije z oryginałem.
- Dlaczego tak uważasz? - Tomine spojrzała na mnie jakbym była jasnowidzem, który właśnie przepowiedział jej dwanaścioro dzieci.
- Jasnooka zawsze wpada na takie pomysły - wzruszył ramionami duch lodu.
- Słuchajcie, macie jeszcze jakieś latające paskudztwo do dyspozycji? - poderwałam się z podłogi. - Muszę się tam dostać, to trzeba przerwać!
- Nie zdążysz.
- Niech to, gdybym mogła się teleportować...
- Właściwie to jest pomysł - powiedziała powoli Tomine. - Tylko bardzo ryzykowny dla kogoś postronnego. Ja muszę tu zostać i zająć się Hyô, ale jeśli chcesz...
- Ty musisz tu zostać i ewakuować ludzi z miasta - sprostowałam. - Jaki masz pomysł?
Kobieta skoncentrowała się, jednocześnie składając dłonie, nad którymi coś zamigotało i zatrzepotało. Mały motyl o skrzydłach z kolorowych paciorków.
- On cię zabierze do miejsca... Nie, nie do miejsca, bo nie wiesz, co to za miejsce. Wyobraź sobie Kaede i skup się mocno na tym wyobrażeniu. A kiedy już się do niego przeniesiesz, wtedy wyobraźcie sobie miejsce i skaczcie tam.
Byłam pewna, że ma na myśli tylko miejsca w obrębie tego świata, ale to mi dawało możliwość powrotu na Krawędź... Radość psuł mi fakt, że pierwszy raz do teleportacji potrzebna mi była magiczna zabawka.
Wzięłam motyla w ręce i pomknęłam myślami do Kaede, po czym coś wokół mnie załopotało, jakby kolorowe skrzydła...
...I znalazłam się na pokładzie czegoś bez wątpienia lecącego wyżej i wyżej. Pokład ten był dobijająco lustrzany.
Zwarci dotąd w walce przeciwnicy odskoczyli od siebie, pewnie po to by obrzucić się groźnymi spojrzeniami, gdy nagle zauważyli mnie. Kaede na mój widok westchnął z rezygnacją.
- No, ty już jesteś prawdziwy - ucieszyłam się.
- A jednak musiałaś mi przeszkodzić, co? - warknął.
- Jeszcze niedawno mówiłeś, że nic ci nie przeszkodzi - przypomniał drugi mężczyzna. Był prawie nie do odróżnienia od swoich kopii, tylko jego mundur miał srebrne wykończenia, a nie złote. No i zamiast szalonego uśmiechu miał prawdziwie żołnierską postawę.
- Wybaczy pani, jeśli moje odbicie sprawiło kłopot - ukłonił mi się. - Okazało się zdradzieckie... Jak wszyscy ostatnio. Być może tylko ja pozostałem lojalny.
- Czasami o wiele lepiej jest się zbuntować - ucięłam i zwróciłam się do rudowłosego: - Lecisz niby na spotkanie z przywódcą, a marnujesz energię w taki sposób?!
- A ty co byś zrobiła na moim miejscu?!
- Zostałabym na ziemi - prychnęłam. - A tak robisz dokładnie to, o co im chodzi.
- Prawdziwy wojownik nie porzuci swego przeznaczenia - dobiegło mnie ze strony oryginału (jak to brzmi, do licha...). - Proszę się odsunąć, nie zwykłem atakować kobiet.
- Całe szczęście - uśmiechnęłam się i stanęłam między nimi. - Kaede, spadamy.
- Nie ma mowy!! - wrzasnął i podbiegł do mnie, tworząc w pośpiechu kulę ognia. Napotkał ostrze mojego miecza zanim zdążył jej użyć.
- Jaka szkoda, że i ty nie jesteś dżentelmenem - westchnęłam. - Widzisz, właśnie rzucamy się sobie do gardeł, co to ma znaczyć? Że jedno z nas stoi po stronie organizacji?
- ŻE CO?!
- Możecie już przestać skakać sobie do gardeł - przerwał nam tamten... szlag, nawet nie wiem, jak o nim pisać. - Dolecieliśmy na miejsce.
Rzeczywiście, pojazdem już nie trzęsło.
- No i co teraz? - Kaede odsunął się ode mnie i spojrzał przeciwnikowi w twarz. - Wypuścisz nas, czy mam przejść po twoich resztkach?
Ton jego głosu sugerował, że najmilej widziane byłoby to drugie.
- Nasza walka nie została rozstrzygnięta. Nie wiem, na ile cię stać, renegacie... Ale idźcie. Być może nie skończy się to... - jedyny lojalny odwrócił wzrok i odstąpił, robiąc nam przejście.
- A dlaczego "idźcie", a nie na przykład "chodźmy"? - spojrzałam na niego spode łba.
- Moim przeznaczeniem jest pozostać tutaj - odpowiedział głosem bez wyrazu i domyśliłam się, w czym rzecz.
Zacisnęłam zęby, żeby przypadkiem nie zacząć wymyślać na czym świat stoi, podeszłam i wepchnęłam mu w rękę motyla.
- Wyobraź sobie z łaski swojej jakieś miłe miejsce i przenieś się tam.
- Dlaczego? - zapytał.
- Bo ze wszystkich sił wtrącających się w ludzkie życie najbardziej nie lubię przeznaczenia - syknęłam. - Zwłaszcza jeśli w grę wchodzi niepotrzebny dramatyzm. Idziemy, Kaede - posłałam rudowłosemu spojrzenie jakiego nie powstydziłaby się Tomine.
Jeszcze w drzwiach się obejrzałam; oryginał oderwał kamienny wzrok od motyla i zasalutował.
Po wyjściu z pojazdu, który natychmiast odleciał, po prostu nie mogłam się nie rozejrzeć w oszołomieniu. Znajdowaliśmy się przy wejściu do stacji kosmicznej... Kosmicznej? W oddali świecił księżyc, zbliżający się do trzeciej kwadry. A co było za tym księżycem, w tej nieznanej mi ciemnej przestrzeni? Zamiast gwiazd - portale do pozostałych światów?
Gdy tylko weszliśmy do środka, usłyszeliśmy odgłos eksplozji.
- Jak myślisz, skorzystał? - odezwał się Kaede, wreszcie bez nadmiernej wrogości. Tylko z taką jak zwykle.
- Lojalność to jedno, a instynkt samozachowawczy to drugie - mruknęłam.
- A perspektywa teleportacji pośród motylich skrzydeł, tak jak to robi Tomine, bije oba na głowę - stwierdził zjadliwie. - Nie skorzystał.
Na te słowa po prostu stanęłam jak wryta.
- Naprawdę tak sądzisz, czy jednak masz poczucie humoru? - wykrztusiłam.
Westchnął ciężko i popatrzył na mnie jak na wariatkę.
Pomieszczenie, do którego weszliśmy, nie nadawało się do kolejnej efektownej sceny walki. W ogóle nie wyglądało na wnętrze stacji kosmicznej. Była to komnata urządzona z przepychem godnym króla. Natomiast człowiek, który nas tam powitał, na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś, kto dałby radę nas zgnieść jednym palcem. Na drugi rzut oka zaś wyglądał na kogoś, kogo uwielbiano by nawet gdyby rzeczywiście nie dał rady. Miał zdobny płaszcz i jasne włosy do ramion, a na jego gładkiej, bezwiekowej twarzy gościł wyraz skupienia i uduchowienia.
- A więc to jednak ty zaszczyciłeś ten przybytek swoją obecnością - powiedział; ku mojemu zaskoczeniu miał młodo brzmiący głos. - Nie docenialiśmy cię.
- Po prostu tylko on c h c i a ł tu przylecieć - wyrwało mi się.
Przywódca przyjrzał mi się badawczo.
- Ciebie w ogóle nie przewidziałem - rzekł. - Co więcej, zupełnie sobie ciebie nie przypominam.
- Nikt od ciebie nie wymaga bycia wszechwiedzącym - uznałam. - A ja jestem tu przypadkiem, w drodze z innego świata.
- Dobrze. Usiądźcie - wskazał nam miękkie z wyglądu fotele. Z ochotą zajęłam jeden z nich.
- Czegoś tu nie rozumiem - Kaede zdecydowanie wolał stać. - Jestem tu i co? Poczęstujesz mnie herbatą?!
- Białym winem - skorygował tamten spokojnie. - Siadaj, moje najbardziej nieprzewidywalne dzieło, siadaj.
- Ten świr, któremu zaaplikowaliście czarne płomienie, był bardziej nieprzewidywalny. Zamiast się zjawić i dać mi się skopać, wybył gdzieś.
- Wiem, co się stało z nim i Ćmą - pokręcił głową przywódca. - Nie to miałem na myśli. Po prostu... Uważaliśmy cię za najbardziej nieudany eksperyment. Połączenie przeciwnych mocy, zupełne rozchwianie... Nie powinieneś się nadawać do czegokolwiek.
- Po prostu stosowaliście za słabą tresurę - burknął rudowłosy.
- Jak powiedziałem, nie docenialiśmy cię. Ale teraz to właśnie ty będziesz świadkiem mojej dalszej misji.
- Dalszej misji? - znowu się wtrąciłam. - To nie chciałeś wziąć jego energii? Położyć ostatni szlif na swojej mocy i zostać bogiem?
Zauważył mnie ponownie; otworzył butelkę z winem i nalał nam.
- Nie wiem, skąd znasz moje początkowe plany - powiedział. - Ale porzuciłem je.
- Całe szczęście, bo to był ograny motyw.
- To prawda, że ludzie mają wiele ograniczeń - ciągnął przywódca. - Przez większość mojego życia próbowałem je złamać. Być ponad innymi ludźmi. Osiągnąć potęgę, o jakiej się nikomu nie śniło. Ale co potem?
- Podbić świat? - podsunęłam.
- Mieszkańcy tego świata byliby na każde moje skinienie nawet gdybym nie osiągnął takiej potęgi - stwierdził, a ja byłam skłonna przyznać mu rację. Kiedy przemawiał, po prostu chciało się go słuchać, choćby wygadywał bzdury. - Nie, w tym świecie zrobiłem już wszystko, co można, czas więc zająć się innymi.
- Innymi... Światami? - osłupiałam. - Co masz zamiar robić, nadal bawić się ludźmi i wysywać energię z innych światów? Równie dobrze możesz je zwyczajnie puścić z dymem, wiesz?
- Dlaczego?
- Bo zachwiejesz równowagę; padną, jeśli nic nie będzie ich podtrzymywać... - zamarłam, bo coś przyszło mi do głowy. A jeśli to już się zaczęło, jeśli właśnie dlatego rozpadła się aleja?
- Nie odcinałbym sobie jedynego wyjścia w międzysferę - powiedział pobłażliwym tonem.
- Za pozwoleniem, nie czytaj mi w myślach.
- Dajcie spokój z tymi uprzejmościami - nie wytrzymał Kaede. - Skończmy to wreszcie. Walcz ze mną albo oddaj mi pamięć i wyślij do domu... Albo nie, po prostu walczmy. Mam potąd tej farsy.
- Nie rozumiesz - zwrócił się do niego lider organizacji. - Nie potrzebuję zwycięstwa nad tobą by wiedzieć na co mnie stać.
- Sam nie rozumiesz... I możesz sobie wsadzić swoje zwycięstwo!
Postronna osoba pewnie miałaby trudności z odnalezieniem sedna tej rozmowy. Sama miałabym problemy gdybym nie znała wzoru, według którego szły wydarzenia. Ale za nic nie mogłam pojąć motywów tego człowieka - człowieka? - który najwyraźniej nie pragnął władzy. Czego więc, przetestowania swoich możliwości? Sprawdzenia co dłużej wytrzyma, jego wola, ciało i umysł - czy światy?
- Dobrze więc. Nie dajesz mi wyboru.
Na te słowa Kaede od razu się ożywił, a raczej ucieszył. Najwyraźniej wciąż uważał, że jest stworzony do walki i do odegrania roli bohatera, choć od dawna starałam się go przekonać, że wcale nie musi. Teraz obaj stanęli na okrągłej płycie, która powolutku zaczęła unosić się w górę... Zdążyłam na nią wskoczyć; nie zamierzałam siedzieć i czekać biernie przy alkoholu (bez herbaty!).
Znaleźliśmy się w miejscu, któremu z wyglądu najbliżej było do wnętrza domu maszyn w D'athúil. Ściany obłożone przyrządami, składającymi się na jeden wielki system magazynujący moc, a raczej wiele sprzecznych, kotłujących się razem mocy. Przewody, po których coraz to przebiegały iskry. Zdziwiona byłam, że to wszystko jeszcze nie eksplodowało.
- To jest moja potęga, niemądry dzieciaku. Mam ci naocznie udowodnić, że z nią nie wygrasz?
- Nie zdążysz - warknął Kaede i z okrzykiem rzucił się do ataku. Nie powiem, bił się ładnie (choć bez jakiegoś konkretnego stylu), a raczej biłby się ładnie, gdyby tamten nie blokował jego ciosów jednym wyciągnięciem ręki. Doszedłszy rychło w czas do wniosku, że w zwykły sposób niczego nie dokona, rudowłosy sięgnął po żywioły. Ku mojemu zaskoczeniu, oba. Widać był naprawdę zdeterminowany. Albo po prostu miał frajdę.
Tylko że wtedy przywódca też zaczerpnął trochę mocy. Naprawdę tylko trochę, w porównaniu z tym wszystkim, co siedziało w generatorach. Ale tyle wystarczyło żebym poczuła się nagle sparaliżowana, bezsilna i rozrywana na części we własnym umyśle. Nie mam pojęcia jak Kaede potrafił znieść coś takiego. I tak się cieszyłam, że nie jestem celem ataku. A raczej cieszyłabym się, gdybym była zdolna do myślenia.
Może powinnam była jednak zostać tam na dole, nawet z tym nieszczęsnym białym winem.
Ale gdyby tak się stało... Pewnie by się nie pojawił...
Nie usłyszałabym szumu skrzydeł odgradzających mnie - nas - od nich, nie zapadłaby ciemność i nie stałby się spokój. Choć jednocześnie również niepokój...
Wszyscy znamy ten motyw, kiedy to damie w tarapatach przybywa Ten Jedyny z odsieczą. Ale nie spodziewałam się. Nie sądziłam, że ów motyw się tu wpasuje.
- Jesteś - powiedziałam ledwie słyszalnie. - Dlaczego? Dlaczego właśnie tu i teraz?
Gdybym odezwała się głośniej, nie powtrzymałabym drżenia głosu i tym bardziej wyszłabym na damę w opresji. A już się wcale nie czułam w opresji. Dokoła mogły się walić z wielkim hukiem wszelkie możliwe światy, ale my byliśmy poza czasem i przestrzenią. Takie przynajmniej miałam wrażenie.
- Oni woleliby żebym był zupełnie gdzie indziej. Ale udało mi się przybyć tu i teraz.
- Jeśli "oni" są Siłami Wyższymi tego świata, to cieszę się, że nie pozostałeś z nimi - oświadczyłam z ulgą, choć przez ostatni miesiąc obiecywałam sobie, że przy najbliższym spotkaniu mu nawrzucam. Aeiran ujął mnie za rękę, ale nie patrzył w moją stronę, tylko poza barierę z cieni. Wyglądał jak ktoś, kto jest bardzo zmęczony i ma już wszystkiego dość. Czyli tak, jak ja się czułam.
Tymczasem tamci dwaj nie mieli zamiaru przestać walczyć. To znaczy, Kaede nie miał zamiaru. Niestety, mimo wyćwiczonego panowania nad mocą, coraz bardziej obrywał. Może to jednak nie miała być jego walka? Ale jeśli nie, to czyja? Czy w ogóle powinno było do niej dojść?
- Czy naprawdę muszę cię zabić z a n i m zrozumiesz, że z moją potęgą nic się nie równa? - dobiegł mnie głos przywódcy, przytłumiony przez skrzydła cieni.
Kaede podniósł się z podłogi, ciągle jeszcze nie zniechęcony. Ze wściekłą determinacją w oczach. I zrobił to, co powinien zrobić już na samym początku.
- A co zrobisz b e z tej potęgi? - syknął i cisnął ognisty pocisk. I kolejny, i jeszcze jeden. Ale nie w przeciwnika, tylko w generatory mocy. Gwałtownie zajęły się ogniem, strzeliły światłem, a tamten wrzasnął jakby sam płonął. Uniósł się w powietrze, gromadząc wokół siebie uwalniającą się energię, próbując ją wchłonąć. Otworzył stację na ciemne niebo. Wszystko dokoła się zatrzęsło...
Korzystając z okazji wybiegłam z naszego schronienia i wciągnęłam do niego Kaede. Oczywiście protestował.
- Kiedy w końcu mam się wykazać, skoro ciągle ktoś mi przeszkadza?!
- Jacy jesteście podobni, ty i on - spojrzałam w górę. - Obaj chcecie być najlepsi, nie zastanawiając się po co wam to ani co z tego wyniknie.
Chłopak już miał się na mnie obrazić za wygadywanie niedorzeczności, gdy usłyszeliśmy głos przywódcy, zwielokrotniony mocą:
- Bez potęgi?! Choćbym miał zniszczyć ten świat, nikt nie jest w stanie mi jej odebrać!!!
I urwał, gdy wokół niego zawirowało pięć świateł. Nie było za dobrze widać poprzez cienie i ogień, ale chyba kształtowały się w sylwetki... Był pośród nich jak ptak w klatce, który trzepie skrzydłami co sił, ale nie może się wydostać.
- A jednak się pojawili - powiedział Aeiran z pozoru spokojnie. Ale za dobrze już go znam.
- T e r a z się pojawili?! - zrozumiałam kim są. - A gdzie byli, kiedy zaczynał układać cały ten plan?!
- Ta kraina była na nich zamknięta... Więc i oni się na nią zamknęli - wyjaśnił nie bez ironii. - Ale lepiej późno niż wcale, nie uważasz?
Piątka postaci jaśniała jeszcze przez chwilę, aż nagle zgasła. Zniknął również ten o wygórowanych ambicjach, jakby nigdy nie istniał. Ale nie, na pewno istniał, bo została po nim ta ogromna kłębiąca się w powietrzu moc.
- Co z nim zrobili, jak myślicie? - Kaede patrzył w niebo jak zaczarowany.
- Na to pytanie pewnie nigdy nie poznamy odpowiedzi - Aeiran wzruszył ramionami.
- No to lepiej się stąd wynieść zanim to wszystko na nas spadnie... Chociaż jeszcze jedno pytanie: co jest tam w dole, pod nami?
Zdumiewające, że to właśnie on pierwszy zatroszczył się o ziemię...
Przenieśliśmy się do znanego mi już "wagonu" z lustrzaną podłogą. Kierowała nim Tomine, bynajmniej nie zdziwiona naszym przybyciem.
- Zaraz tu będzie piekło, prawda? - zapytała przez zaciśnięte zęby. - Miasto jest już puste... Tak mi się przynajmniej wydaje.
- No to po co tu jesteś zamiast też wiać? - wytknął jej Kaede.
- Dostałam komunikat od Hyô, że nie dopuści do zniszczenia stolicy - wyjaśniła szybko, gorączkowo. - Chciał się dostać do systemów bezpieczeństwa i postawić barierę, ale tam wszystko jest zahasłowane, nie zdąży!
- Jasna cholera - syknął rudowłosy, otworzył sobie drzwi i w te pędy wypadł z pojazdu.
- KAEDE!! - krzyknęła za nim, ale to się na nic nie zdało.
- Ile mamy sekund zanim ta cała kotłowanina tu spadnie? - spytałam z rezygnacją. - Ryzykujemy?
Moje słowa spotkały się z odzewem ze strony Aeirana. Choć nie takim w stylu pozytywnych bohaterów, obrońców ludzkości.
- Odleć stąd jak najdalej - powiedział do Tomine.
- Chyba oszalałeś! - zdenerwowała się jeszcze bardziej. - Znikajcie stąd tak jak przybyliście, ja ich nie zostawię!
- Oni chcieli, żebyś przeżyła - rzucił. - Te dzieciaki też, jeśli się uda.
- Jeśli się... - kobieta na chwilę straciła oddech. - De'haer di yl gla'edd!
- Vetem es - Aeiran skinął poważnie głową i jednym gestem przerzucił cały pojazd daleko poza miasto.
- Podejrzanie dobrze ci to idzie - stwierdziłam. - Czy to znaczy, że...
Nie dokończyłam, bo posłał mi spojrzenie tak pełne goryczy, że zapragnęłam po prostu go przytulić i dać mu całe swoje wsparcie. Ale to musiało poczekać, bo sama nie miałam już sił. Patrzyłam więc tylko na jego kolejny ruch i oto wśród czarnej mgły pojawiły się dwie postacie. Sei'Hyô też niespecjalnie czuł się na siłach, a Kaede go podtrzymywał... Ale jednocześnie jakby przytrzymywał. Żeby się nie wyrwał przypadkiem.
- Już - powiedział Aeiran nieobecnym głosem, a wtedy eksplozja światła powiedziała nam, że już po mieście.
- ...I jak jeszcze raz spróbujesz takiego kretyńskiego wyskoku, to ci dla odmiany tak wpieprzę, że się przez tydzień nie podniesiesz!! - grzmiał rudowłosy na oszołomionego ducha lodu i chyba jeszcze nie zauważył, gdzie właściwie są.
- To się właśnie nazywa prawdziwa serdeczna przyjaźń - rozczuliła się Tomine. - Widzisz, Hyô, jak Kaede się o ciebie troszczy?
- Wcale się nie troszczę!!! - wrzasnął obiekt jej podziwu i wrócił do przerwanej czynności, natomiast Sei'Hyô rozejrzał się, uśmiechnął lekko i usiadł, kwitując każde kolejne warknięcie "przyjaciela" kiwnięciem głowy.
Oddalaliśmy się coraz bardziej od miasta, z którego pewnie zostały same gruzy.
- Nie mogę uwierzyć, że tak szybko się skończyło - szepnęłam. - Chociaż pewnie po prostu za późno się w to włączyłam.
- Dopiero się zaczęło - pokręciła głową Tomine. - Ha'O'Hana została bez swojej głównej siły napędowej. Teraz trzeba będzie pozbierać niedobitki organizacji i przekonać...
- Sama jesteś niedobitkiem organizacji - prychnął Kaede, który już się widać wykrzyczał. - Uważasz, że to miejsce nie może bez niej istnieć? I co, teraz będziecie działać ku chwale ojczyzny?
- Każdy może mieć wpływ na świat - rzekł cicho Hyô. - Ty też możesz, jeśli tylko chcesz.
- Jesteśmy tylko małą częścią świata - westchnęła Tomine. - A on z kolei jest małą częścią o wiele większego wzoru. I gdyby ten wzór nie zaczął się rozsypywać, może i my byśmy...
- Przestańcie wpadać w patos, dobrze? - jęknęłam. - I jeszcze jedno: czy ta rozsypka jest aż tak widoczna? Wyczuwalna?
- Zdajemy sobie z niej sprawę - przyznał Hyô. - Jest nieunikniona, skoro kolejne pokolenia bóstw walczą między sobą zamiast troszczyć się o światy.
- W każdym pokoleniu znajdą się jacyś buntownicy, burzący porządek rzeczy.
Kiedy Tomine to powiedziała, poczułam jak Aeiran zaciska palce na moim ramieniu. Wyczułam jego napięcie i niemal od razu domyśliłam się w czym rzecz. Cóż, nie miałam ochoty się wplątywać w te zagmatwane boskie sprawy, ale musiałam się pogodzić z tym, że prędzej czy później czeka nas długa rozmowa z tą panią, kimkolwiek naprawdę jest.
I że faktycznie wszystko dopiero się zaczęło...
And whose actions touch the lives of us all
He rose with energy and style
Touch my hand, kiss my child
Sway us all with his smile
He readily accepts acclaim
But soon forgets that he came
From the back streets like them
We pray to the east, we pray to the west
And we see the gods of the new church
As they undertake their vow
Tell me who can save us now?
Save us from the lords of the new church
Don't say no...
Here's a man some believe is a visionary
Here's a man who is driven by greed
He made a fortune overnight
In a deal that he knew
Was too good to be true
Now as he bends the rules of play
Becomes obsessed with the game
Has to go all the way...
They feast and they fly
While we pay the real price
But what price do we place on life?
Tasmin Archer
- Obudź się. Dojechaliśmy - mój towarzysz potrząsał mną gwałtownie. Uśmiechał się, oczy błyszczały mu gorączkowo.
- Wypad, bo zapomnę sen - pogoniłam go i poleżałam jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami. Sen rzeczywiście miałam godny zapamiętania, ponieważ był, co mi się rzadko zdarza, niemal baśniowy. Niestety jego sedno zdążyło mi umknąć, więc podniosłam się z westchnieniem, przy okazji przeglądając się w podłodze. Przez głowę przemknęło mi dziwne pytanie: czy Kaede też się w niej odbijał? Nie miałam pojęcia, skąd mi się wzięło, więc złożyłam to na karb zaspania. Zresztą nie miałam jak sprawdzić, bo sam zainteresowany opuścił już pojazd.
Ja także wyszłam, głowiąc się jeszcze nad czymś, na co powinnam zwrócić uwagę, ale oczywiście zapomniałam co to było.
Stolica Ha'O'Hany... Już bardziej Nowy Jork niż Las Vegas, choć tu też były neony. Tylko wyłączone, bo w dzień nie dawałyby takiego efektu.
Pojazd dowiózł nas przed wielką srebrzystą kopułę z ledwo widocznym wejściem. Otoczona była ekranami, przy których zgromadziły się spore gromadki ludzi. Teraz jednak się już rozchodzili, mamrocząc pod nosem, że "szkoda, że tak krótko".
- Co jest, już się skończyło?! - zawołał Kaede, nie wiem czy bardziej podekscytowany, czy zdenerwowany.
Kiedy zebrani go usłyszeli i zobaczyli, zaczęli się dla odmiany tłoczyć wokół nas. I klaskać. Odniosłam wrażenie, że ktoś ich zaprogramował na umiłowanie rozrywki, nieważne w jakiej postaci. Rudowłosy z wściekłością wyrwał się tłumowi i pobiegł do wejścia. Ruszyłam za nim przez wąski i ciemny korytarz, starając się nie stracić go z oczu, ale zupełnie przestał zwracać na mnie uwagę. Na szczęście wbiegliśmy w bardziej otwartą przestrzeń i tam się zatrzymał.
Pomieszczenie było wielkie i obwieszone kamerami. A poza tym całkiem puste... Jeśli nie liczyć dwóch postaci w centrum, no i nas - koneserów sztuki oglądających obraz w galerii. Pietę.
Powalony Sei'Hyô leżał z głową na kolanach ubranej na niebiesko kobiety o misternie upiętych jasnych włosach. Chyba zarejestrował nasze przybycie, bo coś do niej szepnął - natychmiast oderwała od niego zatroskane spojrzenie i chwyciła leżącą obok broń. Odruchowo zacisnęłam palce na rękojeści Grievance, ale miałam nadzieję, że obejdzie się bez walki.
- Dlaczego tak się przyglądasz mojej broni? - przemówiła kobieta mocnym, ale melodyjnym głosem. - Zastanawiasz się czy przetniesz ją jednym ciosem swojego miecza?
Przyłapałam się na tym, że rzeczywiście bezczelnie się gapię. Wizyty w galerii sztuki ciąg dalszy?
- Nie... Zastanawiam się jak ją opisać - pokręciłam głową. - Skrzydła motyla i żądło pszczoły...
Faktycznie, miało toto długie i cienkie ostrze, jak szpada, ale bardziej fantazyjną rękojeść. Niczym motyl właśnie.
- Czy ty jesteś Jasnooką z Krawędzi? - zapytała retorycznie.
- Przykro mi, jestem tylko zdesperowaną kronikarką z Blue Haven - prychnęłam. - Czy ty jesteś Tomine?
- Odsuń się od niego - usłyszałam zamiast odpowiedzi.
Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Głos jej stwardniał i choć ciągle klęczała przy Sei'Hyô, wydawała się być w pełnej gotowości do walki. Łatwo mi było zrozumieć dlaczego ci z kwatery głównej żywią do niej taki respekt... Potem spojrzałam na swojego towarzysza i bez wahania się odsunęłam. Zrobiłabym to nawet bez nakazu, bo uśmiechał się jak szaleniec.
- Ta niedoróbka zwyciężyła? - odezwał się nieswoim (a może właśnie swoim?) głosem. - To jakieś nieporozumienie... Ale tym lepiej. Przyślij go do mnie, Tomine, a szybko zrobię z nim porządek.
- Chcesz działaś wbrew planom naszego przywódcy - skomentowała tamta cierpko. - Nie pierwszy to raz... Ale ostatni.
- Jakim planom?! Czy ty w ogóle znasz te plany? Czy ktokolwiek je zna?
- Dość - kobieta wstała, a Hyô z pewną ulgą podniósł się do pozycji siedzącej. - Przybierz swoją wyjściową postać i skończ to przedstawienie albo będę zmuszona sama je zakończyć.
- Nie dasz mi rady - brzmiała odpowiedź i w jednej chwili zamiast Kaede stał przed nami ktoś zupełnie inny. Ktoś w szarym mundurze ze złoceniami, o zaczesanych do tyłu ciemnych włosach... Tylko uśmiech pozostał ten sam, równie szalony.
I nagle miałyśmy wątpliwą przyjemność oglądać ów uśmiech w wersji zwielokrotnionej.
- Twoje lustrzane sztuczki nie robią na mnie wrażenia - Tomine wycelowała w niego swoją szpadą. Losowo, w środkowego.
- Mówię ci, że nie dasz mi rady! - zawołało siedem głosów. W siedmiu dłoniach pojawiły się białe płomienie.
Przewróciłam oczami - moja nadzieja na uniknięcie walki legła w gruzach.
- A teraz? - zapytałam i wbiłam Grievance w podłogę. Natychmiast wytrysnął z niej strumień wody, który rozlał się w pięć identycznych ze mną postaci
- Który jest prawdziwy? - zapytałam cicho Tomine.
- Tak naprawdę? Żaden - stwierdziła i pomknęła jak strzała ku najbliższemu przeciwnikowi. Zupełnie jej nie przeszkadzało, że tamci walczą mocą, a ona tylko swoją szpadą. Unikała ognistych pocisków tak zwinnie, jakby trenowała to i tylko to przez całe życie.
Również rzuciłam się w wir walki, a moje wodne sobowtóry powtarzały każdy mój ruch. Coś takiego nie zawsze jest wygodne, niestety.
- Myślisz, że jeśli pokonamy tego właściwego, pozostali też padną? - spytałam, akurat mijając się z Tomine.
- Próbuj - usłyszałam. Ładna mi odpowiedź, nie ma co.
Cięcie, unik, znowu cięcie. Nie wiem czy to nasza broń tak głośno dźwięczała, czy raczej oni pod jej uderzeniami... Odłamki zwierciadła. Odbicie zawsze będzie tylko odbiciem... Czego dowodem był fakt, że nasi przeciwnicy nie byli tak doskonałymi wojownikami jak im się wydawało. To mogło znaczyć, że temu właściwemu powinno iść odrobinę lepiej niż sześciu pozostałym... Tylko jak znaleźć choć chwilę, by im się przyjrzeć?!
I w końcu ta chwila nadeszła. Nagle wszyscy znieruchomieli, jakby zbledli, zmatowieli... A jeden tkwił w bryle lodu, która przed chwilą pojawiła się znikąd.
- Ty to zrobiłaś? - Tomine spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
- Nie, nie ja - pokręciłam głową. - Chyba Hyô-kun... - obejrzałam się niepewnie, znajdując potwierdzenie swoich słów. Sei'Hyô stał dość chwiejnie, a powietrze wokół jego wyciągniętych rąk stawało się coraz bardziej mroźne.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła jasnowłosa. - Nie możesz się tak przemęczać, dopiero co...
- Nie trać czasu, tylko kończ!! - przerwał jej z niezwykłą stanowczością. Zawahała się, ale po chwili uniosła szpadę i z niewiarygodną siłą wbiła ją w lód. I to wystarczyło.Nie tylko bryła lodu rozpadła się na kawałki, ale i po naszym przeciwniku zostało tylko rozbite lustro. Zaś pozostała szóstka po prostu zniknęła.
- Na szczęście nie wyglądasz na przesądną - wymamrotałam i usiadłam na podłodze. Tomine podbiegła do Hyô i zmusiła go by się na niej oparł.
- Skąd wiedziałeś? - zapytała.
- W końcu to on uczył mnie magii luster - uśmiechnął się lekko. - Kto miał go rozpoznać, jeśli nie ja?
- Czy ja dobrze słyszałam, że on sam nie był prawdziwy? - zmarszczyłam brwi. - To znaczy, że gdzieś jeszcze jest oryginał?
- Jest - skinął głową Hyô. - To prawa ręka przywódcy. Ale nie spotkaliśmy nigdy ani jednego, ani drugiego. Tomine jest najwyżej postawioną osobą jaką tutaj znam.
- Przestań - kobieta objęła go mocno. - Już i tak nie ma organizacji. Wszyscy albo uciekli, albo... Nie zdążyli uciec - wykrztusiła i nagle się załamała. Role się odwróciły; to Hyô zaczął się zachowywać jak ten silniejszy.
- Opowiedz - poprosił.
- Sam wiesz, że miałyśmy sprawdzić jak tamci dwoje poradzą sobie w terenie... I sam widzisz, że wróciłam sama - Tomine potrząsnęła głową i zwróciła się do mnie z wyjaśnieniem. - Dwa inne produkty. Dwoje przekształconych. Zabili moją przyjaciółkę, a sami uciekli nie wiadomo dokąd. Tylko ja zostałam... Okazali się za silni bym mogła ich ścigać w pojedynkę.
- A ty jesteś produktem, czy raczej producentką? - nie darowałam sobie.
- Niestety producentką - powiedziała gorzko. - I zbyt wiele z tego wszystkiego stało się właśnie przeze mnie.
- A co z Kaede?
- Rzeczywiście mnie pokonał - przyznał Hyô. - Właściwie dziwię się, że mnie przy tym nie zabił... Teraz jest na pokładzie statku, leci na spotkanie z przywódcą.
- Gdybym dotarła tu wcześniej, próbowałabym go powstrzymać, ale nie zdążyłam - mruknęła Tomine.
- Kolejny latający pojazd, co? - skrzywiłam się... I nagle do mnie dotarło.
- Szlag - syknęłam. - Szlag, szlag, szlag. Czyli teraz pewnie się bije z oryginałem.
- Dlaczego tak uważasz? - Tomine spojrzała na mnie jakbym była jasnowidzem, który właśnie przepowiedział jej dwanaścioro dzieci.
- Jasnooka zawsze wpada na takie pomysły - wzruszył ramionami duch lodu.
- Słuchajcie, macie jeszcze jakieś latające paskudztwo do dyspozycji? - poderwałam się z podłogi. - Muszę się tam dostać, to trzeba przerwać!
- Nie zdążysz.
- Niech to, gdybym mogła się teleportować...
- Właściwie to jest pomysł - powiedziała powoli Tomine. - Tylko bardzo ryzykowny dla kogoś postronnego. Ja muszę tu zostać i zająć się Hyô, ale jeśli chcesz...
- Ty musisz tu zostać i ewakuować ludzi z miasta - sprostowałam. - Jaki masz pomysł?
Kobieta skoncentrowała się, jednocześnie składając dłonie, nad którymi coś zamigotało i zatrzepotało. Mały motyl o skrzydłach z kolorowych paciorków.
- On cię zabierze do miejsca... Nie, nie do miejsca, bo nie wiesz, co to za miejsce. Wyobraź sobie Kaede i skup się mocno na tym wyobrażeniu. A kiedy już się do niego przeniesiesz, wtedy wyobraźcie sobie miejsce i skaczcie tam.
Byłam pewna, że ma na myśli tylko miejsca w obrębie tego świata, ale to mi dawało możliwość powrotu na Krawędź... Radość psuł mi fakt, że pierwszy raz do teleportacji potrzebna mi była magiczna zabawka.
Wzięłam motyla w ręce i pomknęłam myślami do Kaede, po czym coś wokół mnie załopotało, jakby kolorowe skrzydła...
...I znalazłam się na pokładzie czegoś bez wątpienia lecącego wyżej i wyżej. Pokład ten był dobijająco lustrzany.
Zwarci dotąd w walce przeciwnicy odskoczyli od siebie, pewnie po to by obrzucić się groźnymi spojrzeniami, gdy nagle zauważyli mnie. Kaede na mój widok westchnął z rezygnacją.
- No, ty już jesteś prawdziwy - ucieszyłam się.
- A jednak musiałaś mi przeszkodzić, co? - warknął.
- Jeszcze niedawno mówiłeś, że nic ci nie przeszkodzi - przypomniał drugi mężczyzna. Był prawie nie do odróżnienia od swoich kopii, tylko jego mundur miał srebrne wykończenia, a nie złote. No i zamiast szalonego uśmiechu miał prawdziwie żołnierską postawę.
- Wybaczy pani, jeśli moje odbicie sprawiło kłopot - ukłonił mi się. - Okazało się zdradzieckie... Jak wszyscy ostatnio. Być może tylko ja pozostałem lojalny.
- Czasami o wiele lepiej jest się zbuntować - ucięłam i zwróciłam się do rudowłosego: - Lecisz niby na spotkanie z przywódcą, a marnujesz energię w taki sposób?!
- A ty co byś zrobiła na moim miejscu?!
- Zostałabym na ziemi - prychnęłam. - A tak robisz dokładnie to, o co im chodzi.
- Prawdziwy wojownik nie porzuci swego przeznaczenia - dobiegło mnie ze strony oryginału (jak to brzmi, do licha...). - Proszę się odsunąć, nie zwykłem atakować kobiet.
- Całe szczęście - uśmiechnęłam się i stanęłam między nimi. - Kaede, spadamy.
- Nie ma mowy!! - wrzasnął i podbiegł do mnie, tworząc w pośpiechu kulę ognia. Napotkał ostrze mojego miecza zanim zdążył jej użyć.
- Jaka szkoda, że i ty nie jesteś dżentelmenem - westchnęłam. - Widzisz, właśnie rzucamy się sobie do gardeł, co to ma znaczyć? Że jedno z nas stoi po stronie organizacji?
- ŻE CO?!
- Możecie już przestać skakać sobie do gardeł - przerwał nam tamten... szlag, nawet nie wiem, jak o nim pisać. - Dolecieliśmy na miejsce.
Rzeczywiście, pojazdem już nie trzęsło.
- No i co teraz? - Kaede odsunął się ode mnie i spojrzał przeciwnikowi w twarz. - Wypuścisz nas, czy mam przejść po twoich resztkach?
Ton jego głosu sugerował, że najmilej widziane byłoby to drugie.
- Nasza walka nie została rozstrzygnięta. Nie wiem, na ile cię stać, renegacie... Ale idźcie. Być może nie skończy się to... - jedyny lojalny odwrócił wzrok i odstąpił, robiąc nam przejście.
- A dlaczego "idźcie", a nie na przykład "chodźmy"? - spojrzałam na niego spode łba.
- Moim przeznaczeniem jest pozostać tutaj - odpowiedział głosem bez wyrazu i domyśliłam się, w czym rzecz.
Zacisnęłam zęby, żeby przypadkiem nie zacząć wymyślać na czym świat stoi, podeszłam i wepchnęłam mu w rękę motyla.
- Wyobraź sobie z łaski swojej jakieś miłe miejsce i przenieś się tam.
- Dlaczego? - zapytał.
- Bo ze wszystkich sił wtrącających się w ludzkie życie najbardziej nie lubię przeznaczenia - syknęłam. - Zwłaszcza jeśli w grę wchodzi niepotrzebny dramatyzm. Idziemy, Kaede - posłałam rudowłosemu spojrzenie jakiego nie powstydziłaby się Tomine.
Jeszcze w drzwiach się obejrzałam; oryginał oderwał kamienny wzrok od motyla i zasalutował.
Po wyjściu z pojazdu, który natychmiast odleciał, po prostu nie mogłam się nie rozejrzeć w oszołomieniu. Znajdowaliśmy się przy wejściu do stacji kosmicznej... Kosmicznej? W oddali świecił księżyc, zbliżający się do trzeciej kwadry. A co było za tym księżycem, w tej nieznanej mi ciemnej przestrzeni? Zamiast gwiazd - portale do pozostałych światów?
Gdy tylko weszliśmy do środka, usłyszeliśmy odgłos eksplozji.
- Jak myślisz, skorzystał? - odezwał się Kaede, wreszcie bez nadmiernej wrogości. Tylko z taką jak zwykle.
- Lojalność to jedno, a instynkt samozachowawczy to drugie - mruknęłam.
- A perspektywa teleportacji pośród motylich skrzydeł, tak jak to robi Tomine, bije oba na głowę - stwierdził zjadliwie. - Nie skorzystał.
Na te słowa po prostu stanęłam jak wryta.
- Naprawdę tak sądzisz, czy jednak masz poczucie humoru? - wykrztusiłam.
Westchnął ciężko i popatrzył na mnie jak na wariatkę.
Pomieszczenie, do którego weszliśmy, nie nadawało się do kolejnej efektownej sceny walki. W ogóle nie wyglądało na wnętrze stacji kosmicznej. Była to komnata urządzona z przepychem godnym króla. Natomiast człowiek, który nas tam powitał, na pierwszy rzut oka nie wyglądał na kogoś, kto dałby radę nas zgnieść jednym palcem. Na drugi rzut oka zaś wyglądał na kogoś, kogo uwielbiano by nawet gdyby rzeczywiście nie dał rady. Miał zdobny płaszcz i jasne włosy do ramion, a na jego gładkiej, bezwiekowej twarzy gościł wyraz skupienia i uduchowienia.
- A więc to jednak ty zaszczyciłeś ten przybytek swoją obecnością - powiedział; ku mojemu zaskoczeniu miał młodo brzmiący głos. - Nie docenialiśmy cię.
- Po prostu tylko on c h c i a ł tu przylecieć - wyrwało mi się.
Przywódca przyjrzał mi się badawczo.
- Ciebie w ogóle nie przewidziałem - rzekł. - Co więcej, zupełnie sobie ciebie nie przypominam.
- Nikt od ciebie nie wymaga bycia wszechwiedzącym - uznałam. - A ja jestem tu przypadkiem, w drodze z innego świata.
- Dobrze. Usiądźcie - wskazał nam miękkie z wyglądu fotele. Z ochotą zajęłam jeden z nich.
- Czegoś tu nie rozumiem - Kaede zdecydowanie wolał stać. - Jestem tu i co? Poczęstujesz mnie herbatą?!
- Białym winem - skorygował tamten spokojnie. - Siadaj, moje najbardziej nieprzewidywalne dzieło, siadaj.
- Ten świr, któremu zaaplikowaliście czarne płomienie, był bardziej nieprzewidywalny. Zamiast się zjawić i dać mi się skopać, wybył gdzieś.
- Wiem, co się stało z nim i Ćmą - pokręcił głową przywódca. - Nie to miałem na myśli. Po prostu... Uważaliśmy cię za najbardziej nieudany eksperyment. Połączenie przeciwnych mocy, zupełne rozchwianie... Nie powinieneś się nadawać do czegokolwiek.
- Po prostu stosowaliście za słabą tresurę - burknął rudowłosy.
- Jak powiedziałem, nie docenialiśmy cię. Ale teraz to właśnie ty będziesz świadkiem mojej dalszej misji.
- Dalszej misji? - znowu się wtrąciłam. - To nie chciałeś wziąć jego energii? Położyć ostatni szlif na swojej mocy i zostać bogiem?
Zauważył mnie ponownie; otworzył butelkę z winem i nalał nam.
- Nie wiem, skąd znasz moje początkowe plany - powiedział. - Ale porzuciłem je.
- Całe szczęście, bo to był ograny motyw.
- To prawda, że ludzie mają wiele ograniczeń - ciągnął przywódca. - Przez większość mojego życia próbowałem je złamać. Być ponad innymi ludźmi. Osiągnąć potęgę, o jakiej się nikomu nie śniło. Ale co potem?
- Podbić świat? - podsunęłam.
- Mieszkańcy tego świata byliby na każde moje skinienie nawet gdybym nie osiągnął takiej potęgi - stwierdził, a ja byłam skłonna przyznać mu rację. Kiedy przemawiał, po prostu chciało się go słuchać, choćby wygadywał bzdury. - Nie, w tym świecie zrobiłem już wszystko, co można, czas więc zająć się innymi.
- Innymi... Światami? - osłupiałam. - Co masz zamiar robić, nadal bawić się ludźmi i wysywać energię z innych światów? Równie dobrze możesz je zwyczajnie puścić z dymem, wiesz?
- Dlaczego?
- Bo zachwiejesz równowagę; padną, jeśli nic nie będzie ich podtrzymywać... - zamarłam, bo coś przyszło mi do głowy. A jeśli to już się zaczęło, jeśli właśnie dlatego rozpadła się aleja?
- Nie odcinałbym sobie jedynego wyjścia w międzysferę - powiedział pobłażliwym tonem.
- Za pozwoleniem, nie czytaj mi w myślach.
- Dajcie spokój z tymi uprzejmościami - nie wytrzymał Kaede. - Skończmy to wreszcie. Walcz ze mną albo oddaj mi pamięć i wyślij do domu... Albo nie, po prostu walczmy. Mam potąd tej farsy.
- Nie rozumiesz - zwrócił się do niego lider organizacji. - Nie potrzebuję zwycięstwa nad tobą by wiedzieć na co mnie stać.
- Sam nie rozumiesz... I możesz sobie wsadzić swoje zwycięstwo!
Postronna osoba pewnie miałaby trudności z odnalezieniem sedna tej rozmowy. Sama miałabym problemy gdybym nie znała wzoru, według którego szły wydarzenia. Ale za nic nie mogłam pojąć motywów tego człowieka - człowieka? - który najwyraźniej nie pragnął władzy. Czego więc, przetestowania swoich możliwości? Sprawdzenia co dłużej wytrzyma, jego wola, ciało i umysł - czy światy?
- Dobrze więc. Nie dajesz mi wyboru.
Na te słowa Kaede od razu się ożywił, a raczej ucieszył. Najwyraźniej wciąż uważał, że jest stworzony do walki i do odegrania roli bohatera, choć od dawna starałam się go przekonać, że wcale nie musi. Teraz obaj stanęli na okrągłej płycie, która powolutku zaczęła unosić się w górę... Zdążyłam na nią wskoczyć; nie zamierzałam siedzieć i czekać biernie przy alkoholu (bez herbaty!).
Znaleźliśmy się w miejscu, któremu z wyglądu najbliżej było do wnętrza domu maszyn w D'athúil. Ściany obłożone przyrządami, składającymi się na jeden wielki system magazynujący moc, a raczej wiele sprzecznych, kotłujących się razem mocy. Przewody, po których coraz to przebiegały iskry. Zdziwiona byłam, że to wszystko jeszcze nie eksplodowało.
- To jest moja potęga, niemądry dzieciaku. Mam ci naocznie udowodnić, że z nią nie wygrasz?
- Nie zdążysz - warknął Kaede i z okrzykiem rzucił się do ataku. Nie powiem, bił się ładnie (choć bez jakiegoś konkretnego stylu), a raczej biłby się ładnie, gdyby tamten nie blokował jego ciosów jednym wyciągnięciem ręki. Doszedłszy rychło w czas do wniosku, że w zwykły sposób niczego nie dokona, rudowłosy sięgnął po żywioły. Ku mojemu zaskoczeniu, oba. Widać był naprawdę zdeterminowany. Albo po prostu miał frajdę.
Tylko że wtedy przywódca też zaczerpnął trochę mocy. Naprawdę tylko trochę, w porównaniu z tym wszystkim, co siedziało w generatorach. Ale tyle wystarczyło żebym poczuła się nagle sparaliżowana, bezsilna i rozrywana na części we własnym umyśle. Nie mam pojęcia jak Kaede potrafił znieść coś takiego. I tak się cieszyłam, że nie jestem celem ataku. A raczej cieszyłabym się, gdybym była zdolna do myślenia.
Może powinnam była jednak zostać tam na dole, nawet z tym nieszczęsnym białym winem.
Ale gdyby tak się stało... Pewnie by się nie pojawił...
Nie usłyszałabym szumu skrzydeł odgradzających mnie - nas - od nich, nie zapadłaby ciemność i nie stałby się spokój. Choć jednocześnie również niepokój...
Wszyscy znamy ten motyw, kiedy to damie w tarapatach przybywa Ten Jedyny z odsieczą. Ale nie spodziewałam się. Nie sądziłam, że ów motyw się tu wpasuje.
- Jesteś - powiedziałam ledwie słyszalnie. - Dlaczego? Dlaczego właśnie tu i teraz?
Gdybym odezwała się głośniej, nie powtrzymałabym drżenia głosu i tym bardziej wyszłabym na damę w opresji. A już się wcale nie czułam w opresji. Dokoła mogły się walić z wielkim hukiem wszelkie możliwe światy, ale my byliśmy poza czasem i przestrzenią. Takie przynajmniej miałam wrażenie.
- Oni woleliby żebym był zupełnie gdzie indziej. Ale udało mi się przybyć tu i teraz.
- Jeśli "oni" są Siłami Wyższymi tego świata, to cieszę się, że nie pozostałeś z nimi - oświadczyłam z ulgą, choć przez ostatni miesiąc obiecywałam sobie, że przy najbliższym spotkaniu mu nawrzucam. Aeiran ujął mnie za rękę, ale nie patrzył w moją stronę, tylko poza barierę z cieni. Wyglądał jak ktoś, kto jest bardzo zmęczony i ma już wszystkiego dość. Czyli tak, jak ja się czułam.
Tymczasem tamci dwaj nie mieli zamiaru przestać walczyć. To znaczy, Kaede nie miał zamiaru. Niestety, mimo wyćwiczonego panowania nad mocą, coraz bardziej obrywał. Może to jednak nie miała być jego walka? Ale jeśli nie, to czyja? Czy w ogóle powinno było do niej dojść?
- Czy naprawdę muszę cię zabić z a n i m zrozumiesz, że z moją potęgą nic się nie równa? - dobiegł mnie głos przywódcy, przytłumiony przez skrzydła cieni.
Kaede podniósł się z podłogi, ciągle jeszcze nie zniechęcony. Ze wściekłą determinacją w oczach. I zrobił to, co powinien zrobić już na samym początku.
- A co zrobisz b e z tej potęgi? - syknął i cisnął ognisty pocisk. I kolejny, i jeszcze jeden. Ale nie w przeciwnika, tylko w generatory mocy. Gwałtownie zajęły się ogniem, strzeliły światłem, a tamten wrzasnął jakby sam płonął. Uniósł się w powietrze, gromadząc wokół siebie uwalniającą się energię, próbując ją wchłonąć. Otworzył stację na ciemne niebo. Wszystko dokoła się zatrzęsło...
Korzystając z okazji wybiegłam z naszego schronienia i wciągnęłam do niego Kaede. Oczywiście protestował.
- Kiedy w końcu mam się wykazać, skoro ciągle ktoś mi przeszkadza?!
- Jacy jesteście podobni, ty i on - spojrzałam w górę. - Obaj chcecie być najlepsi, nie zastanawiając się po co wam to ani co z tego wyniknie.
Chłopak już miał się na mnie obrazić za wygadywanie niedorzeczności, gdy usłyszeliśmy głos przywódcy, zwielokrotniony mocą:
- Bez potęgi?! Choćbym miał zniszczyć ten świat, nikt nie jest w stanie mi jej odebrać!!!
I urwał, gdy wokół niego zawirowało pięć świateł. Nie było za dobrze widać poprzez cienie i ogień, ale chyba kształtowały się w sylwetki... Był pośród nich jak ptak w klatce, który trzepie skrzydłami co sił, ale nie może się wydostać.
- A jednak się pojawili - powiedział Aeiran z pozoru spokojnie. Ale za dobrze już go znam.
- T e r a z się pojawili?! - zrozumiałam kim są. - A gdzie byli, kiedy zaczynał układać cały ten plan?!
- Ta kraina była na nich zamknięta... Więc i oni się na nią zamknęli - wyjaśnił nie bez ironii. - Ale lepiej późno niż wcale, nie uważasz?
Piątka postaci jaśniała jeszcze przez chwilę, aż nagle zgasła. Zniknął również ten o wygórowanych ambicjach, jakby nigdy nie istniał. Ale nie, na pewno istniał, bo została po nim ta ogromna kłębiąca się w powietrzu moc.
- Co z nim zrobili, jak myślicie? - Kaede patrzył w niebo jak zaczarowany.
- Na to pytanie pewnie nigdy nie poznamy odpowiedzi - Aeiran wzruszył ramionami.
- No to lepiej się stąd wynieść zanim to wszystko na nas spadnie... Chociaż jeszcze jedno pytanie: co jest tam w dole, pod nami?
Zdumiewające, że to właśnie on pierwszy zatroszczył się o ziemię...
Przenieśliśmy się do znanego mi już "wagonu" z lustrzaną podłogą. Kierowała nim Tomine, bynajmniej nie zdziwiona naszym przybyciem.
- Zaraz tu będzie piekło, prawda? - zapytała przez zaciśnięte zęby. - Miasto jest już puste... Tak mi się przynajmniej wydaje.
- No to po co tu jesteś zamiast też wiać? - wytknął jej Kaede.
- Dostałam komunikat od Hyô, że nie dopuści do zniszczenia stolicy - wyjaśniła szybko, gorączkowo. - Chciał się dostać do systemów bezpieczeństwa i postawić barierę, ale tam wszystko jest zahasłowane, nie zdąży!
- Jasna cholera - syknął rudowłosy, otworzył sobie drzwi i w te pędy wypadł z pojazdu.
- KAEDE!! - krzyknęła za nim, ale to się na nic nie zdało.
- Ile mamy sekund zanim ta cała kotłowanina tu spadnie? - spytałam z rezygnacją. - Ryzykujemy?
Moje słowa spotkały się z odzewem ze strony Aeirana. Choć nie takim w stylu pozytywnych bohaterów, obrońców ludzkości.
- Odleć stąd jak najdalej - powiedział do Tomine.
- Chyba oszalałeś! - zdenerwowała się jeszcze bardziej. - Znikajcie stąd tak jak przybyliście, ja ich nie zostawię!
- Oni chcieli, żebyś przeżyła - rzucił. - Te dzieciaki też, jeśli się uda.
- Jeśli się... - kobieta na chwilę straciła oddech. - De'haer di yl gla'edd!
- Vetem es - Aeiran skinął poważnie głową i jednym gestem przerzucił cały pojazd daleko poza miasto.
- Podejrzanie dobrze ci to idzie - stwierdziłam. - Czy to znaczy, że...
Nie dokończyłam, bo posłał mi spojrzenie tak pełne goryczy, że zapragnęłam po prostu go przytulić i dać mu całe swoje wsparcie. Ale to musiało poczekać, bo sama nie miałam już sił. Patrzyłam więc tylko na jego kolejny ruch i oto wśród czarnej mgły pojawiły się dwie postacie. Sei'Hyô też niespecjalnie czuł się na siłach, a Kaede go podtrzymywał... Ale jednocześnie jakby przytrzymywał. Żeby się nie wyrwał przypadkiem.
- Już - powiedział Aeiran nieobecnym głosem, a wtedy eksplozja światła powiedziała nam, że już po mieście.
- ...I jak jeszcze raz spróbujesz takiego kretyńskiego wyskoku, to ci dla odmiany tak wpieprzę, że się przez tydzień nie podniesiesz!! - grzmiał rudowłosy na oszołomionego ducha lodu i chyba jeszcze nie zauważył, gdzie właściwie są.
- To się właśnie nazywa prawdziwa serdeczna przyjaźń - rozczuliła się Tomine. - Widzisz, Hyô, jak Kaede się o ciebie troszczy?
- Wcale się nie troszczę!!! - wrzasnął obiekt jej podziwu i wrócił do przerwanej czynności, natomiast Sei'Hyô rozejrzał się, uśmiechnął lekko i usiadł, kwitując każde kolejne warknięcie "przyjaciela" kiwnięciem głowy.
Oddalaliśmy się coraz bardziej od miasta, z którego pewnie zostały same gruzy.
- Nie mogę uwierzyć, że tak szybko się skończyło - szepnęłam. - Chociaż pewnie po prostu za późno się w to włączyłam.
- Dopiero się zaczęło - pokręciła głową Tomine. - Ha'O'Hana została bez swojej głównej siły napędowej. Teraz trzeba będzie pozbierać niedobitki organizacji i przekonać...
- Sama jesteś niedobitkiem organizacji - prychnął Kaede, który już się widać wykrzyczał. - Uważasz, że to miejsce nie może bez niej istnieć? I co, teraz będziecie działać ku chwale ojczyzny?
- Każdy może mieć wpływ na świat - rzekł cicho Hyô. - Ty też możesz, jeśli tylko chcesz.
- Jesteśmy tylko małą częścią świata - westchnęła Tomine. - A on z kolei jest małą częścią o wiele większego wzoru. I gdyby ten wzór nie zaczął się rozsypywać, może i my byśmy...
- Przestańcie wpadać w patos, dobrze? - jęknęłam. - I jeszcze jedno: czy ta rozsypka jest aż tak widoczna? Wyczuwalna?
- Zdajemy sobie z niej sprawę - przyznał Hyô. - Jest nieunikniona, skoro kolejne pokolenia bóstw walczą między sobą zamiast troszczyć się o światy.
- W każdym pokoleniu znajdą się jacyś buntownicy, burzący porządek rzeczy.
Kiedy Tomine to powiedziała, poczułam jak Aeiran zaciska palce na moim ramieniu. Wyczułam jego napięcie i niemal od razu domyśliłam się w czym rzecz. Cóż, nie miałam ochoty się wplątywać w te zagmatwane boskie sprawy, ale musiałam się pogodzić z tym, że prędzej czy później czeka nas długa rozmowa z tą panią, kimkolwiek naprawdę jest.
I że faktycznie wszystko dopiero się zaczęło...
Subskrybuj:
Posty (Atom)