14 V

Na widok Yori najzwyczajniej w świecie rzuciłam się jej na szyję, wskutek czego przewróciłyśmy się obie i wpadłyśmy do rzeki. Skąd ta rzeka? A, marzył mi się sen wiosenny... Tyle że w rezultacie oczywiście dokoła był śnieg, a woda lodowata. Ja zdecydowanie NIE UMIEM kontrolować swoich snów.
- Z tobą to się nie można nudzić, Miya-chan - zachichotała Yori, gdy już wychlupałyśmy się na brzeg. O dziwo, nie przybrała swojej "służbowej" postaci, która zawsze mnie onieśmielała.
- A ja się tak bałam, czy uda mi się ciebie spotkać - wyznałam. - Nie dość, że siedzę uwięziona w wmiarze bez żadnego wyjścia, o którym bym wiedziała, to jeszcze sny mi szaleją. Żebyś ty widziała jakie wczoraj miałam... Zeszłabyś ze śmiechu.
- Bez wyjścia? To gdzie cię zaniosło?
- Ano, bez. Jesteś moją jedyną łączniczką z resztą multiwersum - pokiwałam głową. - Długa historia o wojnie bogów z demonami...
- Jeszcze jedna? - skrzywiła się Śniąca. Parsknęłam śmiechem - ta dziewczyna chwilami myślała całkiem jak ja.
- Tak, jeszcze jedna - wyszczerzyłam zęby. - I tym razem istotna, bo bóstewka zdołały jakoś zwiać z tego wymiaru, a tajemnicę jak to zrobić, zabrały ze sobą.
- Małpy - skomentowała. - A demonki się jakieś ostały?
- Ani pół kawałka, czyli albo też zwiały, albo umarły z nudów. A dlaczego pytasz?
- Bo jest taki mały światek, który podobno stworzyli jacyś bogowie by w nim przeczekać pościg demonów...
- Chyba o nim słyszałam, ale nigdy nie byłam - zamyśliłam się. - Sugerujesz, że to mogli być ci sami?
- Nie wiem. Bywam tam niekiedy, ale bogowie już raczej dawno się stamtąd wynieśli. Teraz jest tam zatrzęsienie istot wszelakich, tylko nie boskich.
- Skoro się wynieśli, to nawet pasuje do tych moich - przewróciłam oczami. - Takie jakieś całkiem bez korzeni istoty.
- Nie wiedzieli, co tracą - dodała Yori. - To co, oprowadzisz mnie po tym twoim wymiarze?

- Jedno pytanko odnośnie Śnienia, Yori-chan - zaczęłam, gdy spacerowałyśmy po rynku w blasku Świętego Słońca. - To nam się tylko śni, czy naprawdę tu jesteśmy?
Yori obdarzyła mnie spojrzeniem jeśli nie przemądrzałym, to w każdym razie bardzo takiemu bliskim.
- Słońce cię grzeje? - zapytała.
- Nawet nie chcesz wiedzieć jak bardzo. Ono jest antydemoniczne.
- No to widzisz. Jakbyś pojawiła się w rzeczywistym świecie jako wyłącznie wytwór swojego umysłu, wszystko by przez ciebie przenikało. A zakładam, że nie wyszkoliłaś się nagle w tworzeniu sobie sennej projekcji, bo inaczej byś mi się pochwaliła.
- Akurat bym umiała - żachnęłam się.
- No to co mi za pytania zadajesz, laiku? - dała mi kuksańca.
- Bo tęsknię - westchnęłam. - Bo nie mogę wpaść do prawdziwej herbaciarni Blue Haven, podczas gdy ty możesz się nawet w tej chwili przenieść do prawdziego Tokio.
- A nie możesz wyjść tak samo jak weszłaś? - zatroskała się Śniąca.
- To właśnie nie jest takie proste. Wiem, że to ich Słońce jest czymś w rodzaju portalu, ale nie wiem jak go uruchomić, żeby działał w drugą stronę.
- Na pewno musi być coś, co go uruchamia.
- Jeśli bogowie nie zabrali tego ze sobą, to pewnie jest w ich dawnej siedzibie. A tam nie mam szans trafić.
- Słoneczko ci nie pozwoli?
- Gorzej. Aeiran mnie zabije.

12 V

Siedział przy fontannie, na dziedzińcu naszej siedziby, z twarzą zwróconą ku Słońcu. Gdy do niego podeszłam, miał zamknięte oczy.
- O mnie mówisz, że odpływam gdzieś, gdzie wzrok nie sięga, a sam jeszcze bardziej odcinasz się od świata.
Nawet nie dał znaku, że mnie usłyszał.
- Ode mnie też uciekasz - dodałam ciszej. - Choć nie mam tu nikogo innego.
- Jest taki jeden, który świata za tobą nie widzi - raczył się odezwać. - Więc nie bierz mnie na litość.
- Łatwo nie widzieć świata za boginią - odparłam sucho. - Ale cóż, z nim przynajmniej mogę porozmawiać.
Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby chciał się uśmiechnąć, ale nie miał na to sił. Ani nie otworzył oczu.
- Dobra - zdecydował. - W takim razie... Co słychać?
Prychnęłam i niewiele myśląc, przeniosłam trochę wody z fontanny i spuściłam ją Aeiranowi na twarz. Westchnął tylko i zrobił kilka gestów, dzięki czemu obejrzałam tę akcję jeszcze raz, jakby przewijaną do tyłu na podglądzie.
- To nie fair - burknęłam zniechęcona. - Chciałam cię trochę rozkręcić i wyciągnąć gdzieś w świat, a tymczasem...
- Ten świat mnie tu nie chce - przerwał mi. - Choć z drugiej strony w jakiś sposób przyciąga.
- Od kiedy wróciłeś z poszukiwania panteonu, widzę, że nie czujesz się najlepiej - westchnęłam. - Tym bardziej więc powinieneś chyba szukać wyjścia, nie mam racji?
- Jakoś go nie znalazłem, zauważ.
- Może niedokładnie szukałeś? - zasugerowałam niewinnie. - Może coś przeoczyłeś?
Nareszcie podniósł na mnie wzrok. Dość chmurny.
- Było tam jedno miejsce, do którego nie miałem dostępu - przyznał z trudem. - Kto wie...
Zadumałam się.
- Skoro ty nie mogłeś - rzuciłam - może ja bym się tam wybrała...
Co jak co, ale takiej reakcji się nie spodziewałam. Poderwał się gwałtownie, chwytając mnie za ramiona i patrząc takim wzrokiem, jakiego jeszcze nigdy...
- Nie pozwalam ci!! - podniósł głos, a ja pierwszy raz w życiu się go przestraszyłam. Nie było w nim niemal nic z tego opanowania, które zawsze było jego siłą. Nie dość, że tak szybko zdążył zmizernieć, na twarzy miał wypisane... Coś, co osoba postronna mogłaby wziąć za szaleństwo, ja zaś zdołałam rozdzielić to na gniew, desperację i... Lęk? Emocje, które tłumił w sobie chyba całe życie. W tej chwili wyglądał jak ktoś zdolny do zamknięcia się w wieżowcu z (co najmniej) setką zakładników i zdetonowania tam bomby. Bez wyraźnego powodu.
- Nie myśl sobie... - wycedziłam w końcu - że mi czegoś zabronisz...
- Tak - syknął. - Zwłaszcza jeśli to ma być wchodzenie w Słońce, rozumiesz?!
W tym momencie usłyszałam szczęk broni i kątem oka dostrzegłam moją małą prywatną gwardię, stojącą dokoła z wyciągniętymi pistoletami. Na ten widok Aeiran w pierwszym odruchu przyciągnął mnie do siebie i zasłonił.
Antydemoniczna moc Świętego Słońca, no oczywiście...
- Natychmiast od niej odejdź! - słowa jednego z ochroniarzy miały chyba zabrzmieć groźnie, tymczasem wyszły jakoś niepewnie.
- Aeiran, puść - szepnęłam ze ściśniętym gardłem, ale on ani myślał.
- Rozejdźcie się - nakazałam już głośniej. - Nie musicie się o mnie obawiać.
Oni zaś stali jak wryci, dopóki nie powtórzyłam polecenia, wtedy powoli zaczęli odchodzić. Za nimi zobaczyłam Egila, który miał mi towarzyszyć w dzisiejszym zwiedzaniu i widocznie wolał przyjść nieco wcześniej. Wręcz zbielał na twarzy.
Aeiran też odsunął się wreszcie nieco. Patrzył na mnie przez chwilę, nie mogąc zdecydować, czy się odezwać i w końcu zamaszystym krokiem ruszył do budynku.
- Nic ci się nie stało, pani? - Egil podbiegł do mnie z troską w głosie. - Czy on... - urwał, nie mogąc się wysłowić. - Zmuszał cię do czegoś wbrew twojej woli?
Spojrzałam na niego, mrugając bez zrozumienia.
- A jak inaczej można zmuszać? - spytałam lekko zjadliwie, ale gdy się zmieszał, zrobiło mi się go żal.
- Ze mną wszystko w porządku - zapewniłam szybko. - I chcę się wybrać do biblioteki... Skusiłeś mnie.
Byłam absolutnie zdecydowana znaleźć w tych księgach cokolwiek świadczącego o tym, że bogowie opuścili Jasność. I miałam zamiar szukać choćbym miała to potem odsypiać przez następne dwa tygodnie...
Zaraz, zaraz... Odsypiać?
Międzysfera tu nie dotrze, ale sny przecież docierają wszędzie... Prawda?
I tak oto doszło mi jeszcze postanowienie by wyśnić sobie kontrolowany sen.
O ile oczywiście zdołam zasnąć.

11 V

Nic dodać, nic ująć - zwiedzam. Szkoda tylko, że taszczona w lektyce. Ale cóż miałam poradzić, że nie przepadam za tym natarczywym blaskiem Świętego Słońca? Powiedziałam Thedrze coś tam, chyba że nie chcę by się na mnie gapiły tłumy (równie natarczywych niekiedy) wiernych, więc wymyśliła tę lektykę. Nie mogłam nie odmówić - ta kobieta potrafi być apodyktyczna...
Na domiar złego przydzieliła mi szóstkę bodyguardów, uzbrojonych w giwery - giwery! - naładowane podobno energią prosto ze Słońca. Zastanawiam się, czy w Ciemności wpadli na coś takiego, bo jakoś nie zauważyłam.
Na szczęście mam osobistego przewodnika w osobie Egila, który jest w tej chwili dla mnie najlepszym towarzyszem. To prawdziwa chodząca biblioteka i kopalnia wiedzy. Najpierw opowiadał mi o doniosłych wydarzeniach z przeszłości, a ostatnio trochę się jakby oswoił i miewa dla mnie najświeższe ploteczki (!)... Dodatkowo towarzyszy nam Nindë, zmieniona tym razem w ptaka. Uparła się, że jako istota ambitna chce się podszkolić w lataniu, a skończyło się na tym, że zazwyczaj siedzi na dachu lektyki i strzela perfidne komentarze na temat wszystkiego, co się napatoczy. Ma postać gołębia - czarnego, oczywiście... W każdym razie utrzymuje, że to gołąb.
Egilowe opowieści i tęsknota za domem niezaprzeczalnie budzą we mnie wspomnienia. A że niekoniecznie mam teraz o czym pisać, zaczynam cofać się trochę w czasie. Bo przecież ten pamiętnik zaczęłam pisać dopiero w drugiej połowie zeszłego roku, wcześniej jakoś nie ciągnęło mnie do regularnego zapisywania własnych przeżyć. Zawsze dotąd miałam wrażenie, że żyję nie swoim życiem, tylko bohaterów moich opowieści, ale jak się tak zastanowić, było w przeszłości parę zdarzeń wartych spojrzenia na nie jeszcze raz i być może zapisania. Pierwsze wizyty w DeNaNi, próby w Teevine i jeszcze parę scenek bez wyraźnego kontekstu... Mam przeczucie, że gdy wrócę wreszcie do domu, założę sobie nowy zeszyt - do retrospekcji.
Ale póki wciąż tu jestem, muszę się kiedyś wymknąć czujnym spojrzeniom ochroniarzy i zwiedzić bibliotekę. Jak stwierdził Egil, uśmiechając się przy tym przepraszająco, z zebranych tam ksiąg mogę się dowiedzieć czego tylko zapragnę, bo niestety nawet on nie wie wszystkiego. Cóż, pozostaje mi się podszkolić w rozszyfrowywaniu tutejszego pisma - co mi powoli, ale nawet nieźle idzie, choć tak naprawdę nie mogę u nikogo szukać potwierdzenia tego faktu i zaświecić oczętami, czekając na pochwałę za poczynione postępy. Nawet... Nie, z w ł a s z c z a   u Aeirana, który zawzięcie schodzi mi z drogi, a ja nie mam pojęcia dlaczego.
I ciągle wygląda jakby go dopadło skrajne zmęczenie.

8 V

- Aeiran, mogę o coś spytać?
Z pewnym trudem wrócił myślami do rzeczywistości.
- Zanim się tu przenieśliśmy... Wiedziałeś gdzie jestem i że coś mi grozi, prawda? Tak szybko przybyłeś pod wieżę...
Nie odezwał się, posłał mi tylko gorzki uśmiech.
- I to nie był pierwszy raz. Znalazłeś mnie w samą porę choćby w Shiroaki, które jest przecież w innej domenie, daleko...
- Międzysfery nie mierzy się kilometrami, sama wiesz - wreszcie zdecydował się odpowiedzieć. - A ja muszę wiedzieć jak cię znaleźć, skoro mam być przy tobie jeszcze przez kilka miesiecy.
- To działanie przysięgi?
- Można to tak nazwać... - zamyślił się. - Mówiłem ci kiedyś, że to nie była taka zwykła przysięga i nie wystarczy takie zwykłe zwolnienie mnie z niej. Właśnie dlatego.
Skinęłam głową, ale nie zamierzałam kończyć rozmowy.
- No, to teraz powiedz, co tobie leży na wątrobie.
Aeiran spojrzał na mnie pytająco, mrugając ze zdziwieniem.
- Uobecnij wreszcie trochę swój wzrok! Od kiedy pożyczyłam ci tę książkę, jesteś jakiś nieswój... Coś się stało?
- Te opowieści grzebią mi w pamięci - skrzywił się. - Zepchniętej głęboko na dno umysłu.
- W pamięci? Dlaczego?
- Chcesz wiedzieć? - na moment odwrócił wzrok, ale wziął do ręki księgę od Egila i otworzył w zaznaczonym miejscu. - A padając od potęgi tych, po których stronie słuszna racja była, przeklął ten świat, roztaczając wokół niego mrok wszechobecny i w tym mroku więżąc tych, którzy pozostali. Jak myślisz, o czym to traktuje?
Chwilę przetrawiałam ten fragment w swoim umyśle.
- O tym, jak powstała Ciemność - odpowiedziałam z namysłem. - I być może... Jak wy się narodziliście?
- Z tej książki wynika, że któryś z tutejszych bogów miał dość tych głupich walk z demonami i chciał wyrwać się z tego wymiaru - zaczął Aeiran powoli. - Zbuntował się z widocznym rezultatem... A z mroku, którym odgrodził Jasność od międzysfery, powstała dziewiątka nowych bóstw i nowy świat.
Zadumałam się, bo coś mi zaczęło świtać.
- Czy zaistnienie DeNaNi też odgrodziło w ten sposób Ciemność od reszty domeny?
- Dlaczego pytasz?
- Bo mieszkańcy mawiają, że kiedyś bogowie strzelili gola, który rozerwał siatkę bramki i sięgnął poza boisko. Pewnie sami do końca nie są świadomi sensu tych słów, ale jeśli ten gol został wystrzelony stąd?
- Jak to sobie wyobrażasz? - zdradził wreszcie jakieś zainteresowanie.
- Czekaj, czekaj - zaczęłam gorączkowo rozglądać się w poszukiwaniu czegoś do pisania. W końcu pobiegłam do swojej komnaty i przyniosłam kartkę z mojego tymczasowego pamiętnika.
- Przypuśćmy, że to jest Jasność - narysowałam na kartce iście artystyczne kółko. - Jedno bóstewko buntuje się i roztacza dokoła Ciemność - dokoła narysowałam kolejne. - A zatem przypuśćmy, że pozostali chcieli się przez nią przebić i jakoś im się to udało... Tworząc przy tym kolejny świat - trzecie kółko powstało, co razem dało coś w rodzaju pawiego oczka. - I dlatego też dzisiaj musimy tu siedzieć.
- W porządku - Aeiran skinął głową. - Czyli swoje kroniki DeNaNi możesz właściwie zacząć od Jasności, na to wychodzi. Ale jak nam to pomoże?
Tu się trochę zawahałam.
- Skoro tamtym się udało, to jakiś sposób być musi - mruknęłam. - Na pewno wyszli stąd dzięki energii Słońca, tak jak my przenieśliśmy się tutaj...
- Ale w drugą stronę nam się nie udało - przypomniał.
- Może niewłaściwie się do tego zabraliśmy? - zasugerowałam. - Skoro Słońce jest źródłem zasilania, ochrony i światła, to czemu nie miałoby być portalem? Im szybciej je rozgryziemy, tym lepiej!
- Jeszcze niedawno marzyłaś, żebyśmy wyrwali się gdzieś, gdzie żadne z nas jeszcze nie było - w głosie Czasoprzestrzennego pobrzmiewało zmęczenie. - A teraz nie korzystasz z okazji, tylko próbujesz uciec.
Odrzucił głowę w tył, zanosząc się bezgłośnym śmiechem. Nie wiedzieć dlaczego, czułam w nim zrezygnowanie... i ból? Chciałam jakoś dodać mu otuchy, ale w tej chwili jakby przypomniał sobie, że tu jestem i spojrzał na mnie spod zmarszczonych brwi.
- Cholera - syknął. - Co też ja... Zostaw mnie samego, dobrze?
Kiwnęłam głową, a w jego oczach pojawiło się zaskoczenie, gdy przejechałam mu dłonią po włosach. Wyszłam z pokoju ze świadomością, że nie jestem pilnowana (no, chyba że przez Thedrę) i mogę trochę pozwiedzać.

7 V

Jest noc. A przynajmniej według czasu zachodniego powinna być noc.
Leżę sobie na łóżku, wszystkie światła pogaszone, wszystkie zasłony pozaciągane, a mimo to ciągle jest za jasno. Nie rozumiem, jak można zasnąć przy tym Słońcu - ja, kiedy stąd wyjdę, pewnie będę wyglądała jak siedem nieszczęść...
A jednak rzeczywiście musi być noc, bo ta pora zawsze przynosi ze sobą potrzebę zajęcia się dziwnymi myślami. I tak też jest w tej chwili. To znaczy, te myśli, które mnie nawiedziły najpierw, były całkiem normalne - i wyrażały tęsknotę za domem. Fakt, że wreszcie znalazłam się w świecie, w którym jeszcze nigdy nie byłam i który mogę poznawać od podstaw, ale przecież Jasność nie jest zbyt duża, szybko zaczęłabym się w niej dusić, wiedząc, że nie mogę wybrać się gdzie indziej. Wychodząc w międzysferę zawsze mam wybór; jest nieskończona, więc mogę udać się dokąd zechcę...
À propos, czasem zadaję sobie pytanie: czy potrafiłabym ot tak, samotnie, ruszyć któregoś dnia przed siebie i już więcej nie wrócić?
Cóż, gdybym nie zabrała nikogo ze sobą, to gdziekolwiek bym się znalazła, pewnie szybko przyjęłabym jakąś rolę i przestałabym być sobą. A do tego wystarczyłoby mi zginąć i odrodzić się na nowo, jako inna osoba. Nie sądzę, bym była do tego zdolna; lubię to życie, choć nie do końca wiem, która z kiedykolwiek istniejących "ja" jest lub była prawdziwa. Poza tym za bardzo jestem przywiązana do niektórych osób...
Ciekawe, czy ktoś by mnie szukał. Kto byłby na tyle zdeterminowany? Pewnie Xemedi-san, chyba że przyszłoby jej na myśl uszanowanie mojej decyzji, może rodzina... Chociaż pierwsze, co by zrobiły, to zaopiekowałyby się Blue Haven i moją herbatą.
Jasne, już widzę Xemedi-san osobiście dbającą o zaopatrzenie. Akurat by się do tego przyzwyczaiła. To tylko Lexowi czasem przychodzi do głowy przynosić swoją rumową.
O właśnie, Lex. Czy on miałby jakieś powody by mnie szukać? Czy raczej zdałby się na przewrotny los, który dotąd stykał nas aż za często?
Dziwne, że pomyślałam o nim dopiero na końcu, zupełnie bez zamierzenia. Czy to dlatego, że tak dawno już go nie widziałam? Niekoniecznie, gdyby było tak jak zwykle, czułabym się jak na głodzie narkotycznym. A teraz mam wrażenie, że całe to uzależnienie emocjonalne jakby nigdy nie istniało. Jak się dobrze zastanowić, to chyba postępowało stopniowo, ale co się stało, że do tego doszło? Nigdy nie potrafiłam się porządnie rozeznać we własnych uczuciach, więc pewnie zastanawiać się nie będę. Nie brak mi jego obecności w mojej głowie i po powrocie pewnie osobiście dokupię zapas rumowej, żeby mu to zadośćuczynić...
O, właśnie mi przyszło do głowy, że jeśli ruszyłabym przed siebie, mając już nigdy nie wrócić, musiałabym z tym poczekać aż minie czas przysięgi. Bo inaczej ktoś by mnie  n a   p e w n o znalazł. I chyba będę miała z nim w najbliższym czasie do pogadania.

6 V

Obudził mnie gwar i czyjeś donośne kroki. Nie bacząc na to, że jako bogini powinnam być dostojna, uchyliłam drzwi, powodowana cechującą zwykłych śmiertelników ciekawością.
Wyglądał na bardzo zmęczonego, ale szedł zdecydowanym krokiem i wszyscy przezornie schodzili mu z drogi.
- Miya, pozwól - rzucił, nawet się nie zatrzymując. Szybko narzuciłam na siebie coś w rodzaju jedwabnego szlafroka i pobiegłam do pokoju na końcu korytarza.
- Ale się pewnie rozczarowali - mruknęłam, zamykając za sobą drzwi. - Że jednak wróciłeś - wyjaśniłam, widząc, że Aeiran patrzy na mnie pytająco.
- Bardzo mi przykro, że ich zawiodłem - odpowiedział głosem bez wyrazu. - Ale skoro nie mam komu ogłosić, że cię schwytałem, będą nas musieli dalej u siebie znosić.
- Chyba cię nie rozumiem. Może się najpierw prześpij, a potem porozmawiamy?
- Sugerujesz, że nie wiem co mówię? - spojrzał na mnie spode łba. - A zrozumiesz, że tam nic ani nikogo nie ma?
Usiadłam na najbliższym krześle, gotowa słuchać dalej.
- Znalazłem miejsce, które faktycznie mogłyby zamieszkwać siły nadprzyrodzone - Aeiran dość niepewnie usiadł na łóżku. - Ale jeśli jakieś tam były, to wygląda na to, że już dawno się wyniosły. Ludzie z Jasności, jak ją nazywasz, są pozostawieni sami sobie.
- I nic o tym nie wiedzą - szepnęłam z niedowierzaniem. - Ciekawe co by powiedzieli na fakt, że tak naprawdę nie po... - urwałam, inaczej powiedziałabym coś głupiego.
Cóż, chyba nie zwrócił na to uwagi.
- Myślisz, że opuścili ten świat? - zapytałam.
- Jeśli tak, to może i nam by się udało - odpowiedział. - Ale jak... Próbowałem. Tam, na miejscu, próbowałem...
- Ja też próbowałam. Ani ja, ani Nindë nie mogłyśmy donikąd przeskoczyć.
- Nie umiem tego wyjaśnić... Ale gdy dotarłem do tej siedziby bogów, czułem się, jakbym już tam kiedyś był - spuścił głowę; nigdy dotąd nie widziałam go tak bezradnego jak w tej chwili. - Może gdybym miał Symbol...
Podeszłam i usiadłam obok niego.
- Masz teraz okazję by robić mi wyrzuty. Gdyby mnie nie podkusiło żeby iść z Ner'lindem, nigdy byśmy się tu nie znaleźli.
- To chyba w twoim stylu tak podążać za impulsami - zamiast mnie ofukać, Aeiran tylko uśmiechnął się lekko - Jak myślisz, ilu rzeczy byś żałowała, gdybyś im nie ufała?
- Może patrzyłabym na rozpadające się DeNaNi, nawet nie przeczuwając, że w pewnej chwili miałam szansę temu zapobiec. Ale...
- ...?
- Ale skoro cię znalazłam, nie muszę się o to martwić.
- Właściwie nigdy cię nie pytałem - rzekł cicho. - Dlaczego mi wtedy pomogłaś?
- No, to był właśnie taki impuls - zachichotałam.
- Czyli byłem twoim kaprysem, jak rozumiem.
- Powiedziałabym raczej: pomysłem. Całkiem udanym - sprostowałam. - Czasem po prostu czuję, że jakiejś opowieści trzeba pomóc się rozkręcić... Choć nie zawsze wychodzi mi to na dobre.
- A opowieści?
- Akurat w tym wypadku jesteś częścią tej opowieści. Sam sobie odpowiedz - dałam mu lekkiego kuksańca. - À propos opowieści, Egil pożyczył mi książkę o Jasności. Ciężko mi się ją czyta, ale może tobie pójdzie lepiej... Może się z niej czegoś dowiesz!
Nie czekając na odpowiedź, wybiegłam z komnatki i poszłam po Egilową księgę. Doprawdy, nie tylko ciężko się ją czytało, ale i niosło! Ale kiedy wróciłam, Aeiran leżał na łóżku i spał jak kamień.
No tak, a ja mu głowę zawracam... Nie zdziwiłabym się gdyby wcale nie spał przez te dwa dni. Odłożyłam książkę i patrzyłam na niego, stojąc przez chwilę w wejściu, aż wreszcie pokręciłam głową z uśmiechem i wyszłam, cicho zamykając drzwi.

5 V

- Opowiedz mi coś jeszcze, Egil - uśmiechnęłam się, siadając wygodniej na schodach prowadzących do świątyni.
- Dlaczego pragniesz bym opowiadał ci rzeczy, które pewnie dobrze wiesz, pani? - nie śmiał usiąść obok mnie, stał prosto, ściskając w rękach opasłą księgę.
- Bo świetnie ci to wychodzi. Poza tym mógłbyś się wreszcie przemóc i nazywać mnie Miyą, bo inaczej reaguję z opóźnieniem...
- Bluźnierstwem jest nazywać bogów po imieniu - kronikarz wyrecytował jakby regułkę z katechizmu.
- Nie wówczas, gdy tego od ciebie wymagają - straciłam cierpliwość. - I nie wymiguj mi się tu od opowiadania. Kto może lepiej znać ten świat niż jego rodowity mieszkaniec? W dodatku kronikarz?
- Gdybyś chciała, pokazałbym ci go osobiście. Niczego bardziej bym nie pragnął - rzekł z rozmarzeniem w głosie. - Powinnaś przyjąć do wiadomości, że jesteś wolna i możesz przyjąć moją propozycję...
- ...Bo skoro droga do siedziby bogów prowadzi przez Święte Słońce, on już na pewno nie wróci - dokończyłam z rozdrażnieniem. - Tak, tak, już to słyszałam od Thedry. Sugerowała, że mogłabym tu zostać, troszczyć się o ten świat i być uwielbiana. Ale tak się nie da, złotko, wybacz.
Kiedy Egil na mnie spojrzał, w jego oczach była gorycz.
- Nie możesz tak... nie mieć już nadziei.
Miałam ochotę złapać go za tę blond czuprynę i mocno potrząsnąć. On mi nawija o nadziei! Oczywiście, że ją mam, tylko nie na to, o czym myśli! Ale postanowiłam panować nad sobą i pomogłam sobie w tym bawiąc się wodą z pobliskiej fontanny. Chłopak z fascynacją obserwował jak woda przybiera najróżniejsze kształty, aż wreszcie zachichotałam i posłałam mu trochę w twarz.
- Czy moglibyśmy płynnie i błyskotliwie zmienić temat - zapytałam - i dokończyć namawianie cię na opowieść?
Ten strumień wody chyba go trochę ożywił, bo po momencie oszołomienia uśmiechnął się i zajął miejsce przy mnie.
- Właśnie dlatego przyniosłem tę książkę - położył mi na kolanach wielkie tomisko. - Tu spisane są dzieje świata od jego początków.
- Czyżbyś chciał się pochwalić swoimi osiągnięciami?
- Nie, nie! Za stara jest, żeby mogła być moim dziełem - roześmiał się. - Napisał ją mój dziadek... Moja rodzina to pisarski klan, a ja jestem dziecko pióra i pergaminu.
- I narodziłeś się jako kropla atramentu? - rozchichotałam się.
- Nie, jako fragment rodzinnej biblii: Choć taki mały, na świat patrzy już wzrokiem tak rozumnym, jakiego nie spotkasz nawet u tych, którzy przeżyli wiele lat, a w wyglądzie widać zapowiedź tego, że będzie łamał serca i szybko opuści gniazdo rodzinne, pozostawiając mnie w żalu... To oczywiście popełniła moja matka - westchnął. - Świata poza mną nie widziała.
- No to przyznaj się, ile już tych serc złamałeś?
- A daj spokój, od kiedy przeczytałem ten fragment, odżegnywałem się od tego jak tylko mogłem! - żachnął się. - I widzisz, wyrosłem na takiego nieśmiałego.
- Zakopanego w woluminach mola książkowego.
- Właśnie! - podchwycił radośnie. - I daję głowę, że przeżyję to życie jako stary kawaler!
- No, aż taki nieśmiały to ty jednak nie jesteś.
- Dlaczego nie? - spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Bo wreszcie zacząłeś ze mną normalnie rozmawiać.
Zmieszał się, a gdy otworzył usta, pewna byłam, że usłyszę przeprosiny, więc go ubiegłam:
- Właśnie tego mi tutaj brakowało, więc nie psuj tego, dobrze?
Uśmiech, jaki mi posłał, pozwolił mi uwierzyć w tę jego nieśmiałość.
- No to zobaczmy, co też tu jest napisane - nie pozwoliłam na ciszę i otworzyłam księgę. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że opowieści Egila dadzą mi więcej, ponieważ jeszcze nie całkiem oswoiłam się z ich alfabetem. Naszyjnik wielomowy ułatwiał mi porozumiewanie się - nota bene, tym samym językiem, jakiego używano w Ciemności - i pewnie mogłabym sobie czytać na głos, ale pismo w tej książce było jednak jakieś inne... Stare?
- Bądź tak miły, Egil - odezwałam się, przewracając strony - i powiedz mi, skąd wiecie jak powstał ten świat? Przecież na pewno tego nie widzieliście.
- Dawno temu jeden z bogów ukazał się naszej ostatniej królowej i opowiedział jej wiele - kronikarz nie dał się złapać na podchwytliwe pytanko. - Po tym objawieniu królowa uznała, że nie godzi się człowiekowi wywyższać ponad innych, bo jedynie bogowie są wyżej od ludzi... Zrezygnowała z tronu i przemierzała świat jako prorokini.
- A jak ten bóg wyglądał? - zainteresowałam się.
- Był świetlisty i towarzyszyło mu sześć aniołów. Pokazać ci? - spytał, jakby zdziwiony, że sama tego nie wiem. Ale szybko przeszedł nad tym do porządku; skoro bogini postanowiła go przetestować, niech tak będzie... Wziął ode mnie książkę i zaczął szukać jednej konkretnej strony.
- A jak bardzo wizerunek w książce ma się do rzeczywistości? - nie ustawałam, uśmiechając się szeroko. Naprawdę byłam ciekawa, ile w tych kronikach rzetelnej prawdy, a ile wyobraźni.
- Nie tylko królowej się ów bóg ukazał - odparł Egil z godnością. - O, tu jest.
Zajrzałam do książki i odsunęłam na bok rzetelną prawdę, a skupiłam się na bogactwie szczegółów. Ktokolwiek to namalował, miał talent - przynajmniej według mnie, bo Geddwyn pewnie nazwałby to kiczem. Cóż, samo bóstwo jak bóstwo - światło ukształtowane w sylwetkę, poza tym nie było w nim nic imponującego, chociaż oryginał pewnie raziłby w oczy. Nic dziwnego, że mieszkańcy tego wymiaru nie chcą podnosić na mnie wzroku... Co innego anielice, na ich widok Geddwyn uśmiechnąłby się perfidnie i rzuciłby komentarz typu "chętnie zamknąłbym je same na dwa tygodnie w pomieszczeniu z lustrem weneckim". Były przyodziane w cienką koronkę i miały miny jakby chciały się zaraz rzucić sobie nawzajem na szyję. Albo do gardeł, licho wie...
- O, tę panią jakby pamiętam - pomyślałam na głos, wskazując najpiękniejszą z nich, tę ze złotymi lokami i branzoletą z dzwoneczkami. Mogłabym przysiąc, że to właśnie ją widziałam na rysunku, który Geddwym posłał Vaneshce. W każdym razie nieswojo mi się zrobiło, bo była namalowana tak sugestywnie, że miałam wrażenie, jakby naprawdę się we mnie wpatrywała.
Pomijając fakt, że wpatrywała się, wypisz wymaluj, oczami Vaneshki...

3 V

Trochę się już zorientowałam tu, w Jasności. Bo skoro jest Ciemność, to może być i Jasność, czemu nie? Nazywam tak ten wymiar ze względu na Święte Słońce, które świeci jak szalone - zdecydowanie nie ma w tym umiaru, skoro jego blask (i energia) przebija się nawet do Ciemności. À propos, podejrzewamy, że odkryliśmy kolejny wymiar wewnątrz wymiaru - tak jak Ciemność znajduje się niejako wewnątrz DeNaNi. Za tą teorią przemawia choćby fakt, że i stąd nie można się połączyć z międzysferą...
Ale wracając do Świętego Słońca - podobno zostawili je bogowie w czasach swych największych bitew z demonami. Jakoby w darze dla ludzi, ale pewnie raczej żeby sobie oświetlać pole walki... I zapewnić ochronę przed przeciwnikiem. Bo historia głosi, że żar Słońca zmieniało demony w proszek. Zastanawiam się zatem, dlaczego mnie to nie spotkało, a jedynie wywołało potworne wrażenie, że płonę. Może w pełni działa tylko na ten konkretny rodzaj demonów? Nie wiem. Nie mogę żadnego spytać, bo obecnie ani one, ani bogowie nie dają znaku życia, a ostatnia bitwa odbyła się dawno temu. Nie wiadomo tak naprawdę kiedy, bo mieszkańcy Jasności, którym non-stop świeci słoneczko, nie dzielą czasu na dni, tygodnie i miesiące... Ba, nawet na dzień i noc, bo jak? Wiem przynajmniej, że według czasu w Blue Haven jest teraz wpół do pierwszej, bo mam ze sobą zegareczek... Taki mały, srebrny, na łańcuszku, prezent urodzinowy od Lilly - przywędrował ze mną w kieszeni i Nindë się o niego poobijała, gdy tu przybyliśmy. Ale chyba znowu zbaczam z tematu. Jak łatwo się domyślić, ludzie tutaj korzystają z energii Świętego Słońca i dzięki temu świat jest na swój sposób techniczny, choć wygląda na taki bardziej fantasy. Natomiast na magii nie znają się wcale...

Skąd to wszystko wiem? Otóż dorobiłam się już własnych kontaktów! Dokładnie w liczbie dwóch osób.
Jedna z nich to Thedra, kapłanka w świątyni, przy której zostaliśmy zakwaterowani. Złożyła mi wizytę przedwczoraj wieczorem z pytaniem, na jakiej zasadzie chcę żeby mnie czczono. Na szczęście nie zdążyłam w odpowiedzi na to pytanie wybuchnąć histerycznym śmiechem, bo wtrącił się mój szanowny porywacz, czyli Aeiran, i wyjaśnił z kamienną twarzą, że nie życzę sobie by mi oddawano cześć. Thedra najpewniej zrozumiała to w ten sposób, że bogini jest całkowicie we władzy demona i nie zrobi nic, na co on się nie zgodzi. Żeby sobie jeszcze przez to czegoś nie pomyślał... Cóż, kapłanka nie tylko nie przestała przychodzić, ale następnym razem przyprowadziła ze sobą kolegę.
Kolega ma na imię Egil i jest - ha! - kronikarzem! Dziwne, że gdy słyszę to słowo, staje mi przed oczami siwobrody osobnik z gęsim piórem, taki typ Koszałka-Opałka, tymczasem ten tu kronikarz jest energicznym młodym mężczyzną o jasnych (jak u większości ludzi w tym wymiarze) włosach i ciekawości świata w oczach. I żal mi, że nie możemy sobie zwyczajnie pogadać jak koledzy po fachu - chłopak ma fenomenalny dar słowa i do tego jest sympatyczny - ale patrzy na mnie jak na niezwykłe zjawisko i nie odzywa się dopóki mu nie pozwolę. Ma nadzieję, że opowiem mu historię waśni bogów i demonów. Ja! Sama bym się chętnie dowiedziała! O czym mu mam opowiedzieć, o Ceiphiedzie i Shabranigdo, a może o wojnie Tae z Yamidae? Jeszcze czego, nawet by nie zrozumiał. Oni nic a nic nie wiedzą o innych światach, nie wiem czy w ogóle zdają sobie sprawę z istnienia czegoś takiego jak multiwersum...
Doprawdy, czuję się tu taka bezsilna... Może jeszcze uda mi się trochę zwiedzić Jasność i wtedy mi przejdzie.

Jutro Aeiran zamierza zrobić coś szalonego - ni mniej, ni więcej, tylko udać się do nieba. Oczywiście po to, by oznajmić mi podobnym, że jestem w jego rękach i wysunąć żądania. Ojej, wisielczy humor mnie dopada. Poważnie to mój towarzysz chce sprawdzić gdzie można znaleźć tych bogów Jasności, a raczej c z y można ich gdzieś znaleźć. Nie wiem dlaczego jest pod tym względem raczej sceptyczny... Ale jeśli Jasność jest (nie licząc kolorystyki) choć trochę podobna do Ciemności, to może te bóstewka tutaj znają jakiś sposób by stąd wybyć. Nieznany śmiertelnikom.
Szalony pomysł? Jasne, że tak. Dlatego właśnie chętnie wzięłabym w nim udział, ale zbliżanie się do Świętego Słońca mogłoby być dla mnie ryzykowne. A niech to.

1 V

Nareszcie udało mi się ich przekonać, że bardzo przyda mi się coś do pisania i będę za to niewymownie wdzięczna. Bo co poradzę, że wszystko, co mieliśmy, zostało w Ciemności? Dobrze, wiem, że to moja wina, ale czwarty dzień bez pamiętnika byłby dla mnie zbyt wysoką karą...

Wieczór był piękny, więc wyszłam ze świątyni na mały spacer. W mojej kieszeni siedziała zamieniona w myszkę Nindë - kiedy odkryła, że i ona może być noszona, a nie tylko nosić, stwierdziła, że musi wypróbować takie bycie "po drugiej stronie", jak się wyraziła.
- Nie przeszkadzam? - Ner'lind wyrósł za mną jak spod ziemi. To jego niespodziewane pojawianie się sprawiało, że przechodziły mnie ciarki...
- W zasadzie nie - mruknęłam, choć miałam ochotę mu powiedzieć: "zjeżdżaj, facet, niech do ciebie dotrze, że nie potrzebuję kamerdynera!" tylko niestety jestem zbyt miła.
- W takim razie, pani, może mógłbym ci coś pokazać? - uśmiechnął się łagodnie, spuszczając wzrok, gdy na niego spojrzałam.
Zamyśliłam się. W zasadzie nie miałam powodu by z nim nie iść, zresztą w przeciwnym razie i tak by się pewnie nie odczepił. Poza tym w razie czego dałabym sobie radę, prawda?
- Czy to "coś" jest daleko? - zapytałam tylko.
- Ależ skąd... Wybierzemy się tylko do wieży.
- Do wieży czy na wieżę?
- Właściwie pod - uściślił. - Chciałbym, abyś zobaczyła źródło naszej energii.
O, to mnie skusiło! Kiedy skinęłam głową przyzwalająco, z galanterią posadził mnie na swoim skuterku i pojechaliśmy. Pojazd prawie nie wydawał dźwięku, słuchałam więc ciszy i byłam zupełnie wyłączona dopóki Ner'lind nie powiadomił mnie, że jesteśmy na miejscu.
Wrota prowadzące do wnętrza wieży otwarły się ciężko. Nie było to wejście, z którego korzystałam podczas ostatniej wycieczki, to miało prowadzić prosto do źródła energii.
I faktycznie, zaprowadziło. Ner'lind z dumą pokazał mi miejsce, w którym światło jakby przebijało się tuż spod powierzchni ziemi. Wyżej, z sufitu zwieszała się przezroczysta kopuła, która to światło wchłaniała. Mój przewodnik poprowadził mnie prosto pod nią, tak że wyglądałam jak skąpana w blasku. Był ciepły, nawet trochę za ciepły.
- Zostań tu na chwilę, pani - powiedział, cofając się kilka kroków. - Do twarzy ci z jasnością.
Ledwo się oddalił, z ukrycia wyszło jeszcze pięć osób. Okrążyły mnie stykając się dłońmi...
...I nagle światło mnie otoczyło niczym pole siłowe.
Próbowałam wyjść, ale było tak, jakbym stała za grubą ścianą.
- W porządku - powiedziałam siląc się na lekki ton. - Co jest grane, Ner'lind?
- Nic bardziej oczywistego - nadal łagodnie sie uśmiechał, ale jego spojrzenie nie było już pokorne. - Po prostu pora zrobić porządek z Czasoprzestrzennymi. Na dobre!
- Macie dość oddawania czci? - prychnęłam.
- Skąd ten pomysł? - odezwała się jakaś kobieta z kręgu. - Trójka bóstw Ach'renn, Wytrwałych, rośnie w siłę i czeka aby odzyskać władzę!
- A skoro dwoje Denethari nie posiada już pełnej mocy - dodał ktoś inny - należy jescze unieszkodliwić trzeciego, by móc skończyć z nimi ostatecznie!
- No proszę. Zdaje się, że nie wszyscy zapomnieli o dawnych bogach - zrozumiałam. - Tylko co mam do tego ja?
- Aby dostać jego - odpowiedział Ner'lind - wystarczy uderzyć w ciebie. Proste?
- Nie tak bardzo, jak wam się wydaje - rzekłam, nie do końca rozumiejąc jego punkt widzenia.
- Jeśli nie, to dlaczego się nie bronisz? Dlaczego nie próbujesz nas powstrzymać?
Zagotowało się we mnie i na chwilę straciłam nad sobą panowanie. Po tej chwili przypomniałam sobie jedną podstawową prawdę - że nie mogę sięgnąć po broń, nie mam w pobliżu żadnej wody ani żadnych gwiazd, że jedyne, co mi pozostało, to przejście w tę nieszczęsną smoczą formę... Że, do diabła, Aeiran o tym pomyślał, a ja nie, i miał przeklętą rację, tak mnie pilnując...
Ale zanim to sobie przyponiałam, z rozpędu spróbowałam otworzyć portal.
I wtedy ziemia pode mną eksplodowała światłem.
Słyszałam jak ci, którzy mnie schwytali, wołają coś do siebie, a potem krzyk... Mój? Jasność ze wszystkich stron. Czułam jak mnie pali, wciąga gdzieś głęboko, nie byłam zdolna przebić się za nią nawet wzrokiem... Ale potem ciemność, mogąca przysłonić nawet taki blask. Znajoma, skrzydlata ciemność. Odgłosy wyładowań, okrzyki tamtych, rozbiegających się w popłochu, wołanie Aeirana...

Nie wiem jak to się stało, że nagle znaleźliśmy się w centrum jakiegoś miasta, w dodatku w czymś przypominającym niewielki krater. Kręciło mi się w głowie i nie byłam zdolna racjonalnie myśleć, wiedziałam tylko, że Aeiran jakoś mnie znalazł i zdążył wciągnąć mnie na konia, ale jak i dokąd nas przeniosło?
Patrzyłam na niego bez słowa, zaciskając zęby.
- Wyglądasz jakby ścigała cię piekielna sfora Det Ragnena - powiedział uspokajającym tonem. - Bez obaw, już nic ci nie grozi.
Dopiero wtedy wypuściłam długo powstrzymywany oddech.
- Dlaczego przyjechałeś? - spytałam z trudem. - Im właśnie o to chodziło, wiesz?
- Śmieszne - syknął. - Co oni sobie myśleli?
- Ja się domagam racjonalnych wyjaśnień - usłyszałam cichy głosik z mojej kieszeni, a potem doszły mnie głosy zbierających się wkoło ludzi i zemdlałam.

Obudziłam się następnego dnia w urządzonej z przepychem komnacie i w niej też jestem zakwaterowana do tej pory. Poczułam ulgę gdy dotarło do mnie, że nie spłonęłam żywcem, ale jeszcze trochę poudawałam rekonwalescentkę... Zwłaszcza że Aeiran nie pozwalał nikomu do mnie wchodzić i tym razem byłam mu za to wdzięczna. Oczywiście nie wiem, co im naopowiadał, ale zdaje się, że mieszkańcy tego wciąż niezidentyfikowanego wymiaru uważają go za demona, a mnie za boginię... Boginię, która jest jego jeńcem. Jak się już zdążyłam dowiedzieć, ten świat zwykł być polem walki bogów z demonami, więc mroczny jeździec spadający na ziemię prosto ze Świętego Słońca, z ledwo przytomną acz jakby utkaną z blasku (???) damą na rękach, wyśmienicie pasuje do konwencji. Chyba nie uwierzyliby, że jest dokładnie odwrotnie... Zwłaszcza po tym jak kazałam myszy zmienić się w konia, nikt nie śmie wątpić, że jestem boginią.
Cały problem w tym, że zupełnie nie wiemy gdzie właściwie jesteśmy ani jak się tu przenieśliśmy, więc nie jesteśmy pewni jak się stąd wydostać...